gorzej niz dzieci

dzis pod szkola

mama Vittorio stoi ze lzami w oczach i prosi mnie na bok, bo chce mi cos powiedziec. jakis czas temu rozmawialam z ojcem R. i ten skarzyl sie, ze dzieci dokuczaja jego synowi. mama Vittorio to uslyszala i potwierdzila, ze rzeczywiscie, slyszala od Vittorio, ze tak jest.

R. urodzil sie z zajecza warga, jest po operacji, ale jego twarz nadal jest ”inna”, delikatnie mowiac, chlopiec ten wyglada inaczej niz pozostale dzieci, a na dodatek jest bardzo emocjonalny, czesto poplakuje, szybko sie irytuje – co dzieci niestety wykorzystuja.

dzis do mamy Vittorio podeszla mama Jesse i mowi, ze slyszala od ojca R., ze ta skarzyla, ze Jesse przesladuje R… mama Vittorio sie zaczela tlumaczyc, ze ona imienia Jesse nie wymieniala, ze ona ogolnie potwierdzila to, na co skarzyl sie ojciec R. Mamie Vittorio zrobilo sie glupio, przykro i o malo sie nie poplakala. nie wiedziala, czy ma wolac ojca R. prosic, zeby sprostowal, czy dac sobie spokoj.

z kolei mama Vittorio do mnie dziwi sie, ze mama Menno chyba cos do niej ma, bo Menno nie zaprasza Vittorio i tez nie chce do Vittorio przychodzic.

Mama Ady ma podobne odczucia i tez mi sie zali.

Mama Jessego, z kolei poskarzyla mi sie przed swietami, kto dokucza Jessemu, bo Jesse ma ADHD, upierdliwie sie zachowuje i dzieci go wykluczaja z grupy.

itd., itd…

codziennie nowe opowiesci. a ja stoje i wysluchuje…

i im dluzej tego slucham, tym bardziej oczy ze zdziwienia otwieram, ze tez ludzie sie takimi pierdolami zajmuja (wiem, ze przesladownie nie jest pierdola, ale sposob, w jaki to rodzice roztrzasaja, dochodza kto komu, gdzie i kiedy…). slucham i mysle, ze moje dzieci mniej negatywnych rzeczy o kolegach opowiadaja niz ich rodzice (wlasciwie to ja wyciagam informacje szkolne z moich chlopakow, bo sami malo opowiadaja – nie sa zbyt wylewni). moze dlatego, ze u nas w domu rzadko sie mowi o innych? moja mama mnie nauczyla, ze lepiej nic nie powiedziec niz cos zlego. ze lepiej zamilknac niz obgadac. cos w tym jest… choc czasami trudno sie powstrzymac, czasami sie przeleje – zeby nie bylo tak czarno-bialo (prawda, Matyldo?;)).

nic nikomu nie powtarzam, na niczyje dziecko nie skarze, mam bloga i tu moge sobie dac upust;) tak jest chyba bezpieczniej:)

_____________________

wieczorna edycja. a wlasnie, ze obgadam: w pn wypucowalam podlogi. umylam, nablyszczylam, bo wiosna zawitala i mnie natchnela. i co? przyszla po Menno jego mama z coreczka. cale mieszkanie mi oblecialy, a na koniec mama Menno pochwalila sie, ze wlasnie zaliczyly farme. my na farmie bylismy w niedziele: kupa na kupie – my buty zostawilismy na dole, a wieczorem obskrobalam co suche, potem wsadzilam buty pod kran, choc my nie chodzimy w obuwiu po calym mieszkaniu. mama Menno i jej coreczka nie raczyly butow sciagnac.

jestem zla.

nie, nie jestem perfekcyjna pania domu, u ktorej wszsytko ma sie blyszczyc, lsnic – miewam balagan, rozgardziasz, bywa, ze podloga sie lepi, bo ”ktos” rozlal herbate, bywa, ze okruchy pod stolem leza, a ja nie biegne od razu z odkurzaczem. ale roznoszenie zwierzecych odchodow po czyims domu to  dla mnie szczyt bezczelnosci.

nienawidze sprzatania, a juz najbardziej nienawidze myc okien i podlog. a jutro… od nowa pucuje podlogi. tylko… czy jest sens? jutro ma przyjsc Ada z mama – chyba je wczesniej spytam, czy nie zaliczyly przadkiem jakis kup…:/

pomocne matki

mama kolegi Bizona ma raka piersi. jest w trakcie terapii, wyjdzie z tego. jednak terapia kobiete oslabia i nie ma sily matkowac swoim dzieciom (lat 5 i 6) i dzieci przejal ojciec – rodzice nie zyja razem.

ojca znam z zamierzchlych czasow, kiedy nasze dzieci jeszcze raczkowaly. sympatyczny facet, bardzo pogodny, z reszta matka tez – obydwoje zawsze usmiechnieci, radosni, pelni energii, zadowoleni z zycia. az dziw, ze im relacja sie rozpadla.

ale ja nie o tym mialam…

chodzi o to, ze odkad rodzice sie rozstali, dzieci mieszkaly z mama i to ona zaprowadzala je do szkoly, odbierala, karmila, ubierala, wozila na imprezy, baseny, itd. tato byl weekendowy. od wrzesnia codzienne obowiazki przejal ojciec.

zagadnelam go kiedys, jak sie czuje Rosa (matka jego dzieci), co na te zmiany dzieci i w koncu, jak on sie w tym nowym zyciu odnalazl. on szczerze odpowiedzial: w koncu rozumiem narzekania tych samotnych matek. w koncu rozumiem co to znaczy byc z dziecmi caly czas, ile dzieci kosztuja pieniedzy, ile energii kosztuje opieka nad nimi.

nie powiedzial tego w stylu ”o ja biedny”’, nie uzalal sie nad soba, tylko z lekka ironia wysmial swoje wczesniejsze podejscie do tematu ”dzieci”, a jednoczesnie dowartosciowal swoja byla partnerke.

a co ja na to? od razu zaczelam myslec, na kiedy by tu zaprosic te jego dzieci, oczywiscie z obiadem, zeby biedny facet juz nie musial gotowac, zeby go choc troche odciazyc.

ale po chwili nadeszla refleksja… a gdy jego ex byla samotna matka, czy kiedykolwiek przyszlo mi do glowy ja odciazac? leciec jej z pomoca? no oczywiscie, ze nie. bo samotna matka to norma. a samotny ojciec taki biedny!

ech, pewnie zaprosze chociaz tego chlopca, kolege z klasy Bizonka. ale jak to jest, ze wobec ojca od razu jakas litosc w sercu bierze;)?

kolejny weekend zaliczony

dzis leniwie, powolnie – jak co niedziele, pospalam do 10.00, a pozniej, wzielo mnie na sztuke;) zrobilam zaproszenia urodzinowe dla Szkraba: lokomotywa, w ktorej okienku siedzi solenizant. mialam kilka zbednych zdjec ”paszportowych” Szkraba i w koncu je wykorzystalam. Szkrab zachwycony, nawet Bizon z zachwytem spytal ”mamo, jak ty tak umiesz?”. ”glowka pracuje, synus” – Bizona zawsze to rozsmiesza:)

w poludnie szybki lunch i pognalismy na pobliska farme dla dzieci. rozsiedlismy sie z lubym w sloncu, wyciagnelismy ksiazki, a dzieci pognaly do zwierzat. ja niby mialam ksiazke, ale taka do przegladania – wyszukuje pomyslow na impreze urodzinowa Szkraba i wczoraj w bibliotece zlapalam ksiazke ”urodziny dla malucha”. wiec przegladalam i jednoczesnie ”podgladalam”, czy raczej obserwowalam rodzicow mlodszych dzieci i plawilam sie w swym luksusie – ja siedzialam, oni biegali:) ja wystawialam twarz do slonca, przymykajac z rozkoszy oczy (i zastanawiajac sie leniwie, czy zlapie pierwsza w tym roku opalenizne), oni gnali w cien, tam gdzie ich pociechy (a wiekszosc sprzetow do zabawy ustawiona jest w cieniu drzew, co jest bardzo korzystne latem, gdy slonce mocno grzeje). nastepnym razem jeszcze termos z kawa wezme i lubego zaskocze:)

”poopalam sie” z 1.5 godziny, az w koncu zmarzlam:) luby tez, dzieci nie, ale na szczescie bez protestow udalo nam sie wrocic do domu.

zrobilam niedzielny obiad, czyli schabowe i buraczki:) a pozniej wieczorna msza, czytanie ksiazek, objadanie sie czekoladowymi jajkami (podwieczorek), kolacja w pizamkach (dzieci) i cisza… 

wczoraj za to bylo zabieganie, bo lekcje plywania, biblioteka, targ i popoludniowy wyjazd do tesciow. musialam w koncu poojechac do jubilera, u ktorego tesciowa i szwagierka kupily moj urodzinowy zegarek, bo bransoletka byla za luzna. pani sprzedawczyni na miejscu usunela 3 ogniwa i zegarek lezy jak ulal. szwagierka chciala sobie czarne buty kupic, ale nic nie znalazla, wiec poszlysmy z nia i tesciowa na kawe. dzieci z lubym szalaly w ogrodzie tesciow – luby przywiozl z podrozy chlopakom rakiety, ktore lataja z duzym impetem, tak, ze w koncu jedna wleciala na dach i tam osiadla;) wiec byla akcja ”drabina” – trzeba bylo pozyczyc od sasiada:)

wieczorem zadzwonila szwagierka w sprawie prezentu dla tesciow, bo 30 marca beda obchodzic 40-sta rocznice slubu. zaproponowala wspolny wyjazd weekendowy. ale i luby i ja uwazamy, ze to powinien byc weekend dla tesciow, ich samych, a nie dla tesciow, dzieci i wnukow. mi tam wszystko jedno, jak powinno byc, ale wiem, ze tesciowie maja inny sposob spedzania wolnego czasu niz my – my duzo chodzimy, jezdzimy, a tesciowie co godzine pija kawke i zwiedzaja jezdzac samochodem. my lubymy z dziecmi posiedziec na plazy, pochlapac sie morzu, oni wola basen… po co sie na sile uszczesliwiac? wiec musimy jakos szwagierke przekonac, ze tylko czesciowo nam sie ten pomysl podoba.

jutro mam wizyte u dentysty. i czeka mnie sprawdzian z asertywnosci. bo pan dentysta (przystojny skurczybyk…) chce mi wyleczyc 7-ke i usunac sasiadujaca z nia 8-ke. wg mnie to to sa 6 i 7, bo wiem, ze 8-ke to ja juz tam mialam usuwana. dentysta twierdzi, ze u niektorych 8-ki moga dwa razy wyrosnac… moze i tak sie stalo. ale tak czy siak, ja uwazam, ze skoro ta osemka zdolala sie jakos wcisnac i nie skrzywia mi zebow, nie uwiera i jest zdrowa, to szkoda ja usuwac. dentysta uwaza, ze osemka polozona jest tak, ze nie moge jej dokladnie dopucowac, z tylu zbiera sie kamien, co sprzyja prochnicy. tak czy siak, skoro jest zdrowa, to po co ja usuwac??? ja wiedzac, jaka jest sytuacja, bardziej dbam o pucowanie z tylu, wiec moze i mniej kamienia sie bedzie odkladac. a jak bedzie prochnica, to przeciez mozna wyleczyc/zaleczyc czy w ostatecznosci usunac. i wlasnie o to musze jutro tupnac noga. a jak tu tupac, gdy ten dentysta tak mi nogi zmiekcza;)?

 

a, bede sie martwic jutro. teraz ide ogladac z lubym ”The Killing 3”:-)

juz zapomnialam

co to znaczy miec 1.5 roczne dziecko w domu.

wczoraj spedzilam pol dnia z 1.5 rocznym Marvinem, synem sasiadki. dziecko kochane, pogodne, zywe, z blyskiem w oku, czyli takie, jakie lubie:)

rano spacerek do szkoly, Marvin w wozku, moi chlopcy na piechote, bo z trojgiem na rowerze jeszcze nie potrafie (i mam nadzieje, ze nie bede musiala sie uczyc;)). pod szkola wypuscilam Marvina z wozka – blad. Marvin jak z procy wystrzelil, zaczal ganiac dzieci, a ja za nim, bo balam sie, ze go ktos moze przewrocic, ze sam sie przewroci… po 5 minutach mialam dosc – nie biegania, ale stresu – poczulam na wlasnej skorze to, o czym mowila mi mama: ze jak sie pilnuje czyjegos dziecka, to czuje sie te opdowiedzialnosc podwojnie. i rzeczywiscie, jak sie moi przewrocili i poobijali, byl placz, przytulacnie, cmok-cmok i gotowe. a jak by sie Marvin poobijal… musialbym sie sasiadce tlumaczyc i glupio by mi bylo, ze nie dopilnowalam.

wsadzilam go z powrotem do wozka, na szczescie nie protestowal. spacerek, karmienie kaczek, pogawedka ”eendje? eendje?” ”ja, eendje, eendje, Marvin”… (eendje – kaczuszka). no to pogadalismy;)

w domu MArvin dopadl szafek w kuchni i rozsypal cukier. zlapalam za odkurzacz, odkrzurzam, a Marvin… stoi cichutko z boczku, tuli pieska i oczka mu sie zmniejszaja. jakby w trans zapadal. hmmm… sasiadka mowila, ze kolo 10.00 moge go polozyc spac i akurat ta pora sie zblizala. Polozylam go wiec do lozka, zasnal bez mrugniecia okiem. bez wycia, bez negocjacji, bez pytan, bez narzekan: pic, spac, siku, ksiazeczka, buziaka, przytul mnie, boje sie, nie chce spac, a jutro pojdziemy na plac zabaw? a jaki jutro dzien? a co ogladacie? a dlaczego ty jeszcze nie spisz, mamo?, itd… po prostu zasnal, a po 1.5 godzinie zawolal: buuuuauuuu, buuuuuauuu, co znaczy nic innego jak ”buurvrouw”, ”sasiadkooo!”. kanapka, mleko i spacer do szkoly, zeby odebrac chlopakow.

niby wszystko latwo, gladko, prosto, ale jednak pomyslalam, ze ciesze sie, ze juz wyroslam z tego etapu. bylo fajnie, gdy moje dzieci byly male, ale jednak teraz jest ciekawiej.

sasiadka wzbogacila moja kolekcje storczykow – to jedyne kwiatki, do ktorych mam reke;) tym razem dostalam miniaturke w szklanej doniczce, wylozonej mchem. bardzo ladna kompozycja. troche glupio mi bylo, bo akurat Marvina bardzo lubie, sasiadke tez i nie oczekuje zadnych prezentow za pomoc, tym bardziej, ze sasiadka doglada moich kwiatkow, gdy wyjezdzamy na wakacje, a ostatnio nawet sama zaproponowala, ze wlaczy nam ogrzewanie, dzien przez naszym powrotem z Polski, zebysmy do ”lodowki” nie wrocili.

dobrze miec mile relacje z sasiadami:)

 

 

co zrobic z tarta?

a farsz zjesc i juz;)

od czasu do czasu, gdy juz przejem sie swoimi kulinariami, szukam czegos nowego. i ile razy wpisze w wyszukiwarce nazwy skladnikow, ktore lubie, wyskakuja mi przepisy na… tarty. a ja tart nie lubie.

myslalam, ze to z powodu bialomacznego ciasta, otaczajacego farsz, ale w koncu znalazlam przepis na ciasto z maki zytniej, na dodatek z tymiankiem i jogurtem greckim zamiast masla – i juz myslalam, ze polubie tarty. dzis wyprobowalam. niestety. jak zawsze: farsz mi smakuje, ciasto mi nie pasuje do reszty, wiec wyjadlam farsz, a ciasto… posmarowalam maslem i dzieci zjadly ochoczo na kolacje;) dzieci farszu nie chcialy, bo byly w nich m.in. grzyby (Szkrab nie trawi), por (Bizon nie przepada) i troszeczke plesniaka.

i wpadlam na pomysl: nastepnym razem zaladuje tenze farsz do papryki:) beda papryki faszerowane, ktore tak bardzo lubie. inna opcja to wymieszac z kasza gryczana, ktora tez mi smakuje. no, mam jeszcze 3 dni na wyprobowanie tych modyfikacji:)

____________

jutro bede potrojna ”mama”. sasiadka o 7.30 przyprowadzi mi 1.5 rocznego Marvina, bo sama musi jechac do operowanej mamy.

 

oby do piatku…

luby w drodze do hameryki…

ja ciagle walcze z zaraza – dawno mnie tak wezly chlonne nie bolaly. wiec nawet z ulubionej lekcji z Tomem zrezygnowalam, nie czuje sie na silach.

teraz wszystkie sily, jakie zostaly po tygodniowych wakacjach z chorym Szkrabem i tryskajacym energia Bizonem, musze wykorzystac na radzenie sobie jako samotna matka. do piatku.

______________

wczoraj mielismy wywiadowke u Bizona. milo jest uslyszec mile rzeczy o swoim dziecku:-)

zagadnelam nauczycielke o Wisala. ma podobne do mnie odczucia, ale nic nie moze zrobic. bo dziecko nie jest bite, glodzone, jest przyprowadzane do szkoly. nie ma pdostaw do wysylania do tejze rodziny pracownika socjalnego. nauczycielka zwracala juz uwage mamie Wisala, ze powinna na czas przyprowadzac dziecko do szkoly i na czas je odbierac, efektow nie ma, wiec zamierza znow ja upomniec.

ja czuje, ze dobrze zrobilam. nauczycielka tez podsumowala, ze trzeba dzieci, nie tylko swoje, obserwowac, bo czesto im wydaje sie, ze tak jak zyja, tak ma byc, nie wiedza, ze moze byc inaczej, ze maja prawo miec inne zycie. i naszym zadaniem, doroslych, jest pomoc dzieciom, ktore najblizsi zaniedbuja.

smak dziecinstwa

oprocz tych domowych smakow dziecinstwa, np. sernika krolewskiego, ktorego smak potrafie wiernie odtworzyc (pewnie dlatego, ze produkty z Polski;)), towarzysza mi tez kulinarne wspomnienia z przedszkola i ze szkoly.

ze szkoly pamietam lazanki – bardzo lubilam; niestety, mama nigdy ich nie serwowala, a ja tez ich nie robie, bo moi panowie za kapusta nie przepadaja:/ dlatego tez bigos przygotowuje egoistycznie od wielkiego swieta – luby, zeby dac dzieciom dobry przyklad i swiadectwo swej milosci do mnie, zjada dietetyczna porcje, chlopcy skubia, ale widze, ze to nie ich smaczek…

z przedszkola natomiast zapamietam zupy mleczne, ktore uwielbialam. nie znosilam za to podwieczorkowej, zimnej kaszy manny polanej sokiem. fuj, do dzis mnie ciarki przechodza, jak sobie przypomne to zimne cos:/ ciepla kasze bardzo lubie, o zimnej wole nie myslec.

probuje zapoznac moje dzieci ze smakami mojego dziecinstwa. i tak np. racuchy, bliny, cieniutkie nalesniczki, zupa ogorkowa, pomidorowa i krupnik bardzo przypadly im do gustu. lubemu juz mniej… zupy laskawie zje, szczegolnie krupnik, po tym jak mu zrobilam wyklad na temat wlasciwosci zdrowotnych kaszy jeczmiennej:)

moi panowie sa miesozercami… najchetniej jedza mielone i schabowe (tu juz smaku z dziecinstwa nie moge odtworzyc, bo choc na rysunkach polskie i holenderskie swinie wygladaja podobnie, to ich mieso inaczej smakuje), co jest utrapieniem dla mnie, bo mi miesiwo wystarczyloby raz na tydzien… w pozostale dni, krolowalaby u mnie kuchnia bezmiesna, z naciskiem na warzywa straczkowe, ktore uwielbiam. niestety, ani dzieci, ani luby ZADNEJ fasoli, grochu, soczewicy i innych im podobnym nie uznaja.

dzis rano pognalam do kuchni ugotowac zupe mleczna z kluskami lanymi:) co mi przyszlo do glowy, sama nie wiem, ale zrobilam. niestety, naiwna bylam – juz wyglad tychze klusek chlopcow odrzucil:/ no tak, estetycznie to one nie wygladaja. probowalam ich zachecic dorzucajac po kostce cukru… Szkrab zwial z jadalni i nawet cukier, ktory moglby jesc jak kon, go nie przekonal. Bizon sprobowal… ale tak go otrzasalo, ze zlitowalam sie i sama zmlocilam dwie porcje. zupa byla na tlustym mleku… niestety, caly dzien cierpie;) nauczka dla mnie: zadnych lanych klusek na mleku!

co bardzo nam smakuje, ku zgorszeniu lubego, to wafle andrutowe: siedzimy jak chomiki i wygryzamy rozne ksztaly:) luby nie pojmuje naszego entuzjazmu i krzywi sie, ze wafle mu smierdza;)

lubie, gdy luby znika na 2-3 dni – wtedy chlopcom wyciagam zachmikowane wczesniej mini porcje z zamrazarki, a sobie gotuje wegetarianskie nowosci. najczesciej w oparciu o sery smierdziuchy, orzechy i warzywa. juz od wtorku, przez 4 dni, bede slomiana wdowa – menu juz ustalone;) jedyne co mi radosc przycmiewa, to samolotofobia (czy jest jakas profesjonalna nazwa na te paranoje???) – niby to nie ja bede leciec, a i tak juz mam problemy ze snem… na dodatek, przeraza mnie fakt, ze fobie juz wkrotce bede musiala pokonac, bo wakacje letnie chyba spedzimy na innym kontynencie. wiec albo odwaga albo… rejs promem;)

czytelniczy smak

czy jest dziedziczny???

zrobilam dzis kolejne podejscie do ”Przygod Mikolajka”. tak bardzo znany, tak lubiany – przez wszystkich, tylko nie przez nas;) mialam nadzieje, ze chlopaki musza do Mikolajka dorosnac, ale skoro ja nie doroslam… 😉 podobnie z Muminkami – nie lykamy tej tworczosci.

za to uwielbiamy Astrid Lindgen. dzis gardlo zdarlam, bo calego ”Mio, moj Mio” na glos przeczytalam. pierwszym razem, prawie rok temu, czytalam go tylko Bizonowi, bo jak sobie wczesniej ksiazke ”przelecialam”, to doszlam do wniosku, ze troche straszny ten rycerz Kato (czemu kojarzy mi sie z… kapo???). na ksiazce wskaznik: od lat 6+, Szkrab za 3 tygodnie 5 skonczy… ale teraz Szkrab prosil, zeby mu tez ”pocitac” (kiedy on skonczy z tymi zdrobnieniami??? – skad on to ma??? – my tak nie mowimy!!!). pomyslalam, ze szybko sie znudzi, bo ksiazka bogata jest w dosc rozwlekle opisy przyrody, uczuc, ale nie: Szkrab siedzial. no powiedzmy, ze siedzial;) w pewnym momencie sluchal ”siedzac” do gory nogami…

Przygody kota Findusa i Petssona – ja ich pokochalam juz w ksiegarni:) Chlopaki tez: milosc od pierwszego wejrzenia.

Czy ja majac do ksiazki jakies juz nastawienie, przekazuje je podswiadomie chlopcom, czy mamy podobny gust czytelniczy?

Chyba to drugie – bo chlopcy uwielbiaja komiksy, a ja nie cierpie:/ i odmiawiam ich czytania, bo oczoplasu dostaje! tak, wiem, czas oczy przebadac;) ale od malego komiksy mnie denerwowaly swoim chaosem, czesto sie gubilam w kolejnosci czytania chmurek, przez co nie moglam wciagnac sie w akcje. tak, co raz czesciej podejrzewam, ze mam jakas lagodna odmiane adhd – bo im chaotyczniej wokol mnie, tym bardziej jestem podirytowana. odkad jestem tego swiadoma, probuje to opanowywac, ale przyznam, ze 4-ty dzien z rzedu wsrod scinkow kolorowego papieru walajacego sie po domu, doprowadza mnie do rozpaczy… mnie podwojna matke, z 6-letnim stazem!!! przeciez ja juz tego nie powinnam zauwazac….

Wracajac do komiksow, to w bibliotece zawsze szlam szybciutko do kacika oznaczonego dla dzieci ”do 9 lat”. ale jakis czas temu, dzieci wylalapy, ze w zupelnie odleglym kacie sa komiksy. na Donalda Ducka patrzyc nie moge:/ jedynie Lucky Luc przechodzi, ale i tak, uparcie twierdze, ze komiksy chlopaki czytaja sami. i rzeczywiscie, Bizon czyta na glos, a Szkrab… jakby dziecka nie bylo!

No i Biblia – tu chlopaki mnie bardzo zaskoczyly – od malego uwielbiaja. najbardziej Stary Testament: ”mamoooo, poczytasz mi o tym zlym panu?” – wielu ich bylo;) u tesciow jest zwyczaj, ze po obiedzie czytany jest fragment z Pisma Sw. chlopcy nie moge sie doczekac, zeby Beppe im poczytala:-) oczywiscie dla wnukow Beppe kupila wersje dla dzieci, choc nie tak skrajnie uproszczona jak ta njabrdziej znana w Polsce Biblia w czerwonej okladce z maksymalnie skroconym tekstem na jednej stronie i ilustracja na stronie sasiedniej.

Szkrab lubi posluchac czasami prostych bajek, np. o myszcze Tupcio Chrupcio. Bizon niby stroi fochy, ze to dla dzidziusiow, ale ja Tupcia Chrupcia tez lubie, wiec czytam, a Bizon niby nie slucha…. a po chwili juz przy mnie siedzi.

co mnie cieszy, to fakt, ze mimo ze Bizon czyta juz samodzielnie, nadal prosi mnie, zeby mu poczytac. bardzo lubie te czytelnicze chwile spedzone z moimi dziecmi.

a dzis, oprocz czytania, zainicjowalam przygotowania ozdob wielkanocnych. chlopcy wydmuchali 4 wydmuszki (ale atrakcja:)) i nozyczki poszly w ruch. nie tylko nozyczki, nawet suszarka do wlosow sie przydala, bo jak sie akwarelkami maluje wydmuszke… 😉 plakatowki nam sie skonczyly, choc pewnie do do suszenia plakatowek suszarka bylaby pomocna.

a mi brakuje czytadla… niby stoi kilka nieprzeczytanych ksiazek, ale jakos nie moge sie w nie wczuc. i tak mecze po dwie strony na dzien, ale bez wiekszej przyjemnosci.

piekne te ferie:/

niestety, takie super piekne to one nie sa. Szkrab sie rozlozyl na calego, wczoraj niby lepiej bylo, dzis znowu goraczka i nos zapchany:/ oczywiscie podzielil sie ze mna swoim wirusem i ta, ktora nigdy goraczki nie ma, dobila dzis do ponad 38C, co dla mnie jest nie lada wyczynem, bo na ogol mam 35C.

co ciekawe, w jednym uchu mialam 38.8C, w drugim 38C… na czole 37.5…temperatura pal licho, ciekawostka przyrodnicza, tylko, ze chlopakow mi szkoda, a najbardziej Bizona, bo on zdrowy, a w domu musi siedziec.

choc, zeby nie bylo tak zle, wczoraj luby wzial dzien wolny i zabral Bizona na basen, a dzis ja zawiozlam Bizona do kolezanki na pol dnia:) wczoraj juz sie dusilam w domu, Szkrab tez blagal o wyjscie, wiec poszlam ze Szkrabem na polgodzinny spacer do parku i mozliwe, ze tym mu ”dogodzilam” i stad ta goraczka dzis.

tak wiec jutro i pojutrze siedzimy na tylkach. i tak to sobie mozna ferie zaplanowac… nauczka dla mnie: nic nie obiecywac. bo naobiecywalam dzieciom… a tu guzik z pentelka:/

ale planowac nadal lubie:) zapisalam sie wiec na swietowanie Dnia Kobiet w Holandii:) dnia tego nigdy nie swietowalam i nie pamietam o nim, ale w polskim sklepie znalazlam ulotki, ktore przyciagnely me oko. beda warsztaty dla pan, ale tez 1.5 godzinne zajecia plastyczne dla dzieci. juz nie moge sie doczekac:)

dystans czy nie – oto jest pytanie

za tydzien mamy wywiadowke w szkole – jak juz pisalam, sa to spotkania indywidualne rodzic-nauczyciel, dzieki czemu omawiane z nauczycielem sprawy pozostaja tajemnica. i kusi mnie, zeby porozmawiac z nauczycielka Bizona o pewnej matce i jej synu, ktory chodzi z Bizonem do klasy. chodzi o matke Wisala, o ktorym pisalam juz m.in. jesienia, gdy w szkole odbywaly sie targi ksiazki p to ten chlopiec, ktory chcial, zeby Bizon kupil mu ksiazki, ja sie sprzeciwilam, a pozniej mialam wyrzuty sumienia.

Bizon mowi, ze od jakiegos czasu Wisal zrobil sie niemily, agresywny, przeklina, nie slucha nauczycielki, ze zrobil sie z niego urwis. troche mnie to zdziwilo, bo choc wiem, ze chlopca chowa ulica i dwie starsze siostry, a matka ma macierzynstwo chyba gleboko gdzies, to chlopiec ten wydawal mi sie madrym dzieckiem, sympatycznym, dosc zywotnym, ale… trudno powiedziec, ze moje dzieci sa spokojne;) po kilku krotkich konwersacjach odbytych z tym dzieckiem i na podstwwie opowiesci Bizona, wiem, ze Wisal ma bujna fantazje i to o czym marzy, czyni ”realnym” – opowiada jak to chodzi na tenisa, lekcje plywania, karate, pilke nozna, a kiedys (jako osesek???) trenowal taekwondo, no i codziennie go koledzy do siebie zapraszaja. 6-letni Bizon wierzy w te brednie, ja sie nabrac nie dam i wiem, ze dziecku brakuje uwagi, podziwu, komplementow.

Jego mama przywozi go rano 10 minut po dzwonku (wiem, bo gdy ja odwoze dzieci rano do szkoly, to mama Wisala, razem z trojgiem dzieci, wychodzi z pobliskiego supermarketu, gdy ja juz wracam ze szkoly), a po szkole w ogole nie fatyguje, tylko wykorzystuje starsze corki. tylko, ze starsze corki przychodza po Wisala jakies 30 minut po zakonczeniu lekcji. To z kolei wiem, bo czesto zostaje z dziecmi po szkole na dziedzincu, zeby sie chlopaki wybawily na swiezym powietrzu i wyszalaly. Widze, jak na kazde dziecko ktos czeka, tylko nie na Wisala. Polowa dzieci biegnie w ramiona rodzica, druga polowa witana jest przez panie ze swietlic, a Wisal, ze spuszczona glowa placze sie wsrod tej ogolnej radosci.

Na impreze bozonarodzeniowa nikt z Wisalem nie przyszedl, na poczestunek noworoczny Wisal byl sam, ja mu podawalam kakao i przygotowywalam rurke z kremem, pozegnanie juf Nel, matki niepracujace biegna z kwiatkami, bombonierkami, itp. ale mamy Wisala nie ma. tak jest na kazdym kroku. to dziecko jest olewane. szkoda mi go, bo widac, ze nie jest glupi. szkoda mi, ze taki fajny, ladny, madry, dosc sympatyczny chlopiec sie marnuje.

Na swoje urodziny Wisal zadnego dziecka z klasy nie zaprosil – nie wiem, czy w ogole mu mama nie zorganizowala imprezy, ale wiem, ze skoro on nikogo z klasy nie zaprosil to i jego nikt nie zaprosi. i wiem tez, jak bardzo dzieci obserwuja kto kogo, kiedy i gdzie, i jak bardzo pragna byc zapraszane.

Dwa razy przylapalam Wisala jak zamierzal sam wraca do domu – byl mroz, siostry sie nie zjawialy, Wisal bez czapki, szalika, rekawiczek, w rozpietej kurtce czekal, czekal w koncu wyszedl z dziedzinca i zaczal isc… Zawolalam go, spytalam, gdzie idzie, dlaczego sam – on ma tylko 6 lat, a mieszkamy w dosc duzym miescie, gdzie ruch uliczny jest intensywny. Zawrocilam go, zawolalam nauczycielke, ta zgarnela o do szkoly i nie wiem, czy dzwonila po matke, czy czekala az siostra w koncu raczy przyjsc.

Nie podoba mi sie to. Nie wiem czy szkola juz rozmawiala z rodzicami o Wisalu. Jesli nie, to uwazam, ze powinna. Tylko, czy ja powinnam o tym nauczycielce mowic, czy sie do sprawy zdystansowac (=olac).

Mysle ze nauczycielka, gdyby powiedziala matce, ze zaniedbuje syna, ze takim spoznianiem daje dzieciom zly przyklad, ze z takim podejsciem do zycia, brakiem obowiazkowosci jej dzieci nigdy pracy nie utrzymaja, ze marnuje talent syna (jako drugi w klasie potrafil czytac samodzielnie), ze tak male dziecko potrzebuje obecnosci matki w zyciu szkolnym (i nie tylko), ze jest mu przykro, gdy inne dzieci sa witane przez mamy, ze rodzice innych dzieci uczestnicza w wydarzeniach szkolnych, a Wisal jest zawsze sam, to moze by jakos potrzasnela ta kobieta?

nie wiem, czy otwierac paszcze, czy dac sobie spokoj. szkoda mi tego dziecka. ale nie chce sie wtracac w czyjes zycie… wyrobic sobie obojetnosc wobec krzywdy dzieci, czy brnac w to i walczyc o ich prawa do lepszego traktowania, zycia?