taka tradycja?

czy to juz blogowa tradycja, ze wraz z rozpoczeciem ferii dzieci choruja? tak to wyglada;)

wczoraj rano Szkrab jeszcze hasal, skakal, nawe lekcje plywania zaliczyl, a po basenie… bol brzucha, glowy, goraczka, lezenie, oslabienie, zero apetytu – grypa.

dzis podobnie, choc apetyt jakby lepszy.

plany byly, ze w pn sie byczymy, we wtorek idziemy na basen, w srode sie byczymy, w czwartek zaliczamy Pieterburen, gdzie jest szpital-zlobek dla fok i wspaniala, ogromna piaskownica, pozniej obiadek u beppe, a w piatek malpi gaj (brrrr….). plany zostana jednak okrojone i chyba wiekoszsc czasu spedzimy na miejscu spacerujac i wypoczywajac w domu.

Szkrab choruje jak klasyczny facet: obolala mina, pojekiwanie, postekiwanie, nie moze chodzic, nie moze przytrzymac szklanki, nie moze usiasc, zeby sie ze szklanki napic, za to ma sile komenderowac:

– musie do swojego lozka!

– maseren! – to ojca, ktory jest najlepszy w masowaniu brzuszka

– herbatke….

– wylonc telewizie, bo mam dosc!

na dodatek mial sile, zeby wygrzebac z szafy bermudy i krotki rekawek i musialam go dlugo i cierpliwie przkonywac, zeby zalozyl bluze i przykryl gole nogi kocem.

wczoraj wieczorem zarzadal: termometr!!!! biegne z termometrem, a ten krzyczy, ze nie chce, zeby go nie dotykac, ze on chce ”termometr!!!”. no przeciez mam tu dla ciebie termometr… nie bardzo wiem, o co dziecku chodzi… ale w kocnu zaskoczylam: termofor! przygotowalam termofor, grzejemy brzusio, Szkrab rozpalony jak piec. w koncu zczloguje sie z materacja, przytula do sciany i mowi: musie sie odfrizien! czyli ochlodzic:)

goraczka 39 przekracza, glowa boli, daje Szkrabowi paracetamol w plynie i oczywiscie troche sie wylalo na pizamke, Szkrab dotknal raczkami, wiec sie caly lepi. oj, tragedia!!!! ”wsisko plakeraaaagggg!” – wszystko sie lepi;) szybko, szybko, nowa pizamka, wycieramy raczki, ale one dalej sie ”plakaja” (lepia)…

dzis Szkrab zmlocil 2 nalesniki! chce, daje, ale mysle, co to bedzie dalej. po chwili ”ojojojojjjjj…”:

– co cie boli? – jestem pewna, ze brzucho, po tych dwoch nalesnikach

– kosci…

– ktore kosci – teraz juz jestem pewna, ze to grypa

– w noskach (chodzi o nogi) i mozgu…

no tak, szczegolnie te kosci w mozgu mnie martwia;)

oj te chlopy, lubia sie popiescic – od malego…

 

konspiratorzy

czy dzieci potrafia zachowac tajemnice? moje… tak ”troszke”. z okazji urodzin tesciowa i szwagierka kupily mi zegarek (byl na mojej liscie zyczen). kupily go w dniu, gdy luby z chlopakami jezdzil w okolicy na lyzwach, a po lyzwach pojechali do beppe na obiad. ja sie wtedy byczylam w domu:) chlopcy wrocili, a Szkrab mowi:

– a ja widzialem niespodzianke, jaka tante (ciocia) i beppe kupily dla ciebie na urodziny!

– tak??? a co to bylo?????

– tajemnica! – mowi Szkrab, ale widze, ze strasznie chce mi te tajemnice zdradzic;)

– nooooo pooooowiedz… – prosze milutko

Szkrab nachyla mi sie do ucha i szepcze cichutko:

– ziegarek, ale ciiii, bo to tajmnicia!

w tym samym czasie Bizon krzyczy juz na brata:

– nie wolno, nie mow, tante nie kazala!!!!

ale brat juz wyszeptal co mial wyszeptac;) Bizon strasznie zly! Szkrabowi jest smutno, malo sie nie rozplacze. matka probuje wiec ratowac sytuacje i mowie:

– to bedziemy miec nowa tajemnice – jak tante i beppe przyjada, ja udam, ze nic nie wiem. i to, ze Szkrab mi powiedzial, trzymamy w tajemnicy.

dwa dni pozniej zjezdzaja goscie i prezenty, a Bizon biegnie do tante i cos jej na ucho szepcze, na co tatne odpowiada:

– taaaak? powiedzial?????

Bizon kiwa niepewnie glowa, patrzac na mnie:) a ja sie smieje i mowie:

– no, a teraz ty wygadales nasza tajemnice;)

Bizon wie, ze nie jestem na niego zla, smieje sie razem ze mna:)

Od poniedzialku Bizon cieszy sie, ze bedzie niespodzianka, ze cos dla nas (rodzicow???) robi, ale nie powie co. Znow, probouje go za jezyk pociagnac, jednoczesnie zastanawiajac sie, z jakiej okazji, ani dzien matki, ani dzien ojca sie nie zbliza… dopiero wczoraj zalapalam, bo Szkrab przyniosl dzien wczesniej serce ze szkoly – ”dla tego kogo kocham!”. umysl mi sie rozjasnil. dzis Bizon od rana patrzy, czy listonosz juz byl. mowie mu, ze dopiero w poludnie bedzie poczta… i znow mi zaczelo switac w glowie, bo wczoraj dzieci z klasy Bizona szly do skrzynki pocztowej.

odwoze dzieci do szkoly, juz siedza na rowerze, juz wyjezdzamy z podworka na ulice, a tu listonosz… Bizon podekscytowany wola: niespodzianka, o bedzie niespodzianka!!!

wrocilam do domu, jest list. a w srodku piekne serce (takie jak u Natamamy na choince, w przeplatana kratke:) i list, w ktorym Bizon deklaruje nam swoja milosc i dziekuje, ze jestesmy dla niego tacy dobrzy:)

 

 

pekam z dumy!

dzis Bizon zdal egzamin plywacki na poziomie C – ostatni poziom. nie chce mi sie juz w szczegolach rozpisywac, co dzieci musza zaliczyc, ale napisze co mi sie podoba (a jednoczesnie wzbudza duma – ja bym tego nie zrobila): plywanie w ubraniach, butach i plastikowej kurtce przeciwdeszczowej: zabka na plecach i na brzuchu. ciesze sie, ze moje 6-letnie dziecko, gdyby wpadlo do kanalu w ubraniach, jest w stanie doplynac do brzegu, a nawet wyciagnac sie na ten brzeg, o ile nie jest on oczywiscie za wysoki. oto chodzi: nie tylko nauka podstaw plywania, ale zdolnosc do uratowania sie. pewnie, ze jak sie ma kurtke puchowa, to trudno byloby wyplynac… ale juz w normalnych ubraniach tak.

co mnie w Bizonie zachwyca to jego ”elegancja” w plywaniu: precyzyjne, skoordynowane ruchy, nie machanie, ale silne klepniecie nozkami, co procentuje w predkosci. tak, Bizon na basenie szaleje i… wyprzedza:)

Szkrab zrobil z okazji egzaminu choragiewke, ktora machal, a ja… transparent z napisem: Bizon, diploma C! i machalismy w rytm muzyki, jaka puszczano podczas egzaminow.

Bizon zakonczyl wiec kurs ABC i co dalej? jako ze luby i ja nie jestesmy fanami basenu, a na dodatek, jak juz idziemy, to po 10 minutach plywania sobie odpuszczamy i zwyczajnie byczymy sie w czesci tropikalnej, musimy znalezc jakies zajecia plywackie dla Bizona, bo jak nie bedziemy regularnie plywac, to Bizon sie uwsteczni. wiec szukamy ”czegos” dla Bizona. przydaloby sie polepszyc jego crawla, nauczyc motylka a przede wszystkim wykorzystac jego predkosc. zawody… mysle, ze Bizon by sie nadawal, bo on jest bardzo wspolzawodniczacy. nie tak jak ja;)

szukam wiec, na co by tu moje plywaka zapisac…

zapic nerwa?

zaczne od przed-nerwem. po szkole poszlismy na… Arke Noego, o ta:

http://arkvannoach.com/2013/01/23/de-ark-van-noach-in-de-sneeuw/

http://www.verhalenark.nl

arka wyglada okazale, choc jest 2x krotsza i 3x wezsza od tej oryginalnej, Noego. dzieci, gdy tylko ja z daleka ujrzaly, podkaskiwaly z radosci na rowerze – ja mniej, bo lodowaty wiatr pchal mnie na bok, do kanalu, a dzieci skaczace na rowerze nie pomagaly mi utrzymywac rownowagi. nie mialam sily przekrzykiwac wiatru i entuzjazmu dzieci, wiec zacisnelam zeby i jakos dopedalowalam do wejscia na arke:)

mialam wielka nadzieje, ze na Arce sie rozgrzeje… niestety, nie doczytalam na stronie, ze nalezy sie cieplo ubrac… Arka byla nieogrzewana. Na szczescie klimaty byly tak ciekawe, ze dopiero pod koniec uswiadomilam sobie lodowate zimno na tejze arce. dzieci nic nie zauwazyly, bo byly zajete bieganiem:) ja niby za nimi biegalam, ale przy okazji staralam sie rozwiazac quiz z wiedzy biblijnej. przyznam sie, ze tylko dzieki temu, ze z dziecmi czytam regularnie opowiesci biblijne, to cos tam wiedzialam, bo jeszcze kilka lat temu, na pytanie ile zon mial Salomon nie odpowiedzialabym (a mial ich… 1000!).  na pokladzie arki, oprocz zwierzat i postaci biblijnych, np Goliata, byly tez tabliczki informacyjne ze skondesowana wiedza biblijna. niektore z nich zdazylam przeczytac:) Bizon, gdy dowiedzial sie, ze za rozwiazanie quizu mozna dostac drobny upominek, zwolnil nieco i pomagal mi odpowiedziec na niektore pytania, ktore byly tak dlugie, ze zwyczajanie ich nie rozumialam:/ Szkrab za to szukal malp:) cieszyl sie bardzo, gdy mogl poglaskac niedzwiedzia polarnego, zyrafe, a krokodylom nawet do pyskow pozagladal:) zwierzeta byly w ”realnych”rozmiarach.

w nagrode za rozwiazany quiz dzieci dostaly po lizaku i kolo 17.00 wrocilismy do domu. ja glodna, Bizon tez, a Szkrab… zaczyna jeczec. TAKIEGO obiadu on jesc nie bedzie. a ze ostatnio Szkrab za bardzo rzadzi, dowiedzial sie, ze mama jest szefem i wlasnie, ze Szkrab TAKI obiad zje. no i zaczelo sie…

i to nie o jedzene chodzi. Szkrab ma tluszczyk i nic sie nie stanie jak nie zje tego obiadu. ale chodzi o jego zachowanie, o forme mowienia, o dasy i krzyki. bo gdyby grzecznie powiedzial: mamo, nie jestem glody, czy moglbym zjesc pozniej? pozwolilabym mu. ale ja najpierw musze go 5x razy wolac do stolu. pozniej 5x korygowac jego pozycje przy stole (lezaco-wiszaca), nastepnie 5x prosic, zeby zaczal juz jesc. po czym, kiedy moja cierpliwosc juz jest nadwyrezona, Szkrab zaczyna jeczec, marudzic, grymasic, chce mu sie siku, chce mu sie pic, chce mu sie wszytko, tylko nie to, o co ja go prosze… i znow skonczylo sie awantura…

Szkrab jest powtornie uparty. potrafil siedziec nad tym talerzem ponad godzine i wyc. w koncu luby dal mu pizame i o 19.00 dziecko poszlo spac. on uryczany, ja uryczana…

luby pojechal konczyc eksperyment, a ja chyba sie upije, bo juz nie wiem, jak z tym Szkrabem postepowac:/ ani prosby, ani grozby, ani kary, ani nagrody, ani dobre/zle slowo, ani punlty za dobre zachowanie – nic na to dziecko nie dziala. dziecko, ktore ma jeszcze niecale 5 lat… co bedzie za 5, 10, 15 lat? jestem przerazona.

nie wyszlo czy wyszlo inaczej;)?

za miesiac urodziny Szkraba, a ja juz mysle o poczestunku szkolnym z tejze okazji. w zeszlym roku byly po prostu muffinki – ponoc bardzo smakowaly, bo wilgotne, a ja zebralam pochwaly, ze smaczne i zdrowe, bo z jablkami w srodku:D. w tym roku tez beda muffinki, ale nie tak ”po prostu”;) postanowilam zrobic dekoracje. inspiracji szukalam oczywiscie u Dorotus. i znalazlam: pszczolki i sowy:

http://www.mojewypieki.com/przepis/babeczki-bananowo—miodowe-z-pszczolkami

http://www.mojewypieki.com/przepis/babeczki-sowy

pszczolki wyszly mi wypisz wymaluj jak u Dorotus:) wzbudzily zachwyt chlopakow i mimo ze nie lubia marcepanu (jakos nikt z nas nie przepada za tym smakiem), to pszczolki wsuneli bez zawahania.

za to sowy mi nie wyszly – gdy chlopcy zobaczyli me dzielo, obaj krzykneli za zachwytem: nietoperze!!!:DDD

sowy mi nie wyszly, bo bylam za leniwa, nie chcialo mi sie komputera wlaczyc i z glowy dekorowalam. czasami warto, bo gdy pozniej pokazalam chlopcom oryginalna, sowia dekoracje, zgodnie orzekli, ze nietoperze sa bardziej ”cool”.

mowie Szkrabowi, ze takie wlasnie muffinki zrobie na jego szkolny poczestunek. bardzo sie ucieszyl, a Bizon, ktorego urodziny sa dopiero w czerwcu, kilka razy upewnial sie, czy jemu TAKIE SAME zrobie???

niby twardziele, niby pirackie (Szkrab) i spidermanowe (Bizon) urodziny im sie marza, ale pszczolkami nie wzgardzili:)

 

Doe Maar i parkowanie;)

wczoraj zupelnie przypadkowo zaliczylam koncert holenderskiego zespolu ”Doe maar”. Maz kolezanki sie rozchorowal i ta po poludniu zadzwonila z pytaniem czy znam ten zespol. Znam:) Dinozaury, ale znam. Bo na ich tekstach uczylam sie niderlandzkiego. Pierwsze zdania, ktore na glos wypowiadalam, czesto nierozumiejac do konca o co chodzi, to byly wlasnie teksty Doe Maar.

mimo ze wczorajasza pogoda nie byla przyjazna mojej glowie, zdecydowalam sie pojsc.

obiecalam, ze podjade po kolezanke samochodem. jak powiedzialam, tak zrobilam, trase znalam, miasto juz puste, bo koncert zaczynal sie o 20.30, ale parking oczywiscie byl zapchany. byli niby kierujacy ruchem, ale skupili sie na wpuszczaniu samochodow, a nikt nie zwrocil uwagi, ze na samym parkingu strasznie ciasno… zrobilam kilka rundek, ale wszedzie szczelinki miedzy smaochodami. w koncu zdecydowalam sie zaparkowac w takiej szczelince: zamknelam lusterka z obu stron i powolutku wjechalam miedzy dwa samochody. jako ze inaczej sie nie dalo, swiadomie zaparkowalam tak, ze tylko od strony pasazera dalo sie otworzyc drzwi:DDD zadowolone poszlysmy z Magda na koncert, wyskakalysmy sie, troche ogluchlysmy (i nie od muzyki, ale od gwizdow rozbawionych fanow…). dobrze, ze wsrod Holendrow, to my niskie jestesmy, wiec nam prosto do uszu nie gwizdali;)

po koncercie powrot na parking. mowie do Magdy, ze wolalabym nie spotkac wlascicieli samochodu, obok ktorego zaparkowalysmy tak przytulnie blisko, ze sie drzwi nie da otworzyc;) niby nie moja wina, ze taka ciasnota, a na dodatek kierowca samochodu sasiadujacego z naszym troche niefajnie zaparkowal, bo z drugiej strony zoastwil bardzo duza odleglosc od nastepnego samochodu. gdyby zaparkowal miedzy bialymi liniami, a nie na bialej lini (graniczacej z moim samochodem), to wtedy ja bym miala wiecej miejsca. ja zaparkowalam dokladnie miedzy liniami:D ale tak czy siak, wolalam, zeby to oni pierwsi wyjechali, zebym ja sie nie musiala stresowac, tym bardziej, ze lusterka boczne mialam zamkniete;)

idziemy, patrzymy, a nasz parkingowy ”sasiad” chodzi przed swoim samochodem, mysli, kombinuje, jakby tu wsiasc:) mowie do Magdy, choc dalej, poszukamy naszego samochodu, bo cos go nie widze;) porechotalysmy sie ”szukajac” naszego samochodu, a jednoczesnie katem oka obserwujac sasiada, ktory w koncu wczolgal sie do swojego pojazdu od strony pasazera. wyjechal, a my ”znalazlysmy” nasz samochod, wygodnie do niego wsiadlysmy i bez stresu, ze kogos zadrapiemy, wyjechalam.

przyznam, ze milo bylo zobaczyc grupe Doe maar na zywo, zwlaszcza, ze dotarlysmy z Magda do drugiego rzedu, prawie pod scene, ale jednak sie starzeje;) Cutie:DDD po koncercie migrena na calego, do domu dojechalam i tylko do lozka sie nadawalam. ale oczywiscie kiepsko mi sie spalo z bolem glowy. Glowa ciagle cmi:/ Mam nadzieje, ze przejazdka rowerowa na dosc mroznym powietrzu mi pomoze…

i swieze buleczki:

http://www.youtube.com/watch?v=NMm8Ygk3myw



zeby nie bylo, ze mam aniolka…

Szkrab, choc kochana przylepa, charakteru latwego nie ma. niestety, wiele niekorzystnych cech odziedziczyl po mnie (i moim tacie – im jestem starsza tym coraz czesciej widze w sobie zachowania mojego taty…): upartosc, glupie pomysly, fantazje (ktora jak wiadomo potrafi ocierac sie o klamstw badz nim zwyczajnie byc), porywczosc, wybuchowosc, a co za tym idzie ”wydarcie geby” (zeby po 2 min. juz o wszystkim zapomniec i znow byc szczesliwym…), moj metabolizm, apetyt (czyli spalaszuje wszystko ”cio dobre”, a dobre jest ”wsistko”)… pewnie wiele cech pominelam albo dopiero wyjda w przyszlosci…

na szczescie odziedziczyl tez cechy pozytywne, np. zarazliwy smiech. jak sie Szkrab zacznie smiac, to do lez, tak ze i otoczenie zaczyna rechotac – ponoc ja tez tak potrafie… poczucie humoru tez ma mojego typu – czasami glupawe:/ma tez bogata mimike i mowe ciala, przez co wiadomo, co sie w glowce badz emocjach roi. tez tak mam i sama nie wiem, czy to dobre czy zle… bywa niewygodne.

ale wracajac do mojego (nie-)aniolka.

wczoraj Szkrab wrzucil do toalety dwa klocki duplo. wrzucil, pewnie dla ”zartu” badz, zeby sprawdzic, co sie stanie, zorientowal sie, co sie stalo, wystraszyl sie i udal, ze o niczym nie wie. luby, gdy zobaczyl co plywa w toalecie, od razu wiedzial, czyja to sprawka. zawolal Szkraba i spytal sie, dlaczego to zrobil. Szkrab najpierw kombinowal, ze on o niczym nie wie, ze to nie on, ale luby sie wkurzyl i powiedzial, ze za klamstwo bedzie kara. Szkrab sie przyznal, stwierdzil, ze nie wie, dlaczego to zrobil. i luby chyba gotow byl sam te klocki wyjac. ale wkroczyla matka-policjantka, ktora kazala Szkrabowi klocki samemu wyjac. a Szkrab zaczal zawodzic… ”on sie boiiiiiiiii”. jasne. boj sie, boj, ale klocki masz wyciagnac. Szkrab zawodzil z 5 minut, ale nie smial z lazienki zwiac;) a ja stalam, czekalam, gazetke sobie przegladalam (nie mam pojecia o czym byla, bo w srodku sie gotowalam). w koncu zaczelam odliczac: 1,2… przy 3 Szkrab ze wstretem wsadzil paluszki do toalety:DDD (nie zeby toaleta brudna byla;), wyjal klocki i szybko zaczal pucowac raczki – jaki delikatny, no… kazalam mu tez wypucowac klocki. i mam nadzieje, ze te lekcje sobie zapamieta.

ale jest jeszcze problem ze slownictwem. ja wiem, ze dzieci maja takie fazy, fascynacje kupami, siurasami i lubia tymi slowami sie bawic, ale ja tego nie toleruje i tepie. wiem, ze slownictwo to pochodzi ze szkoly, bo Szkrab czasami ktoregos kumpla wyda;) mam w nosie, skad to pochodzi – nie godze sie na te slowa. i tak, swego czasu Szkrab caly czas mowil ”pimmel” (=kutas). w koncu zdenerwowalam sie i caly dzien go tak nazywalam: Pimel, obiad, chodz Pimusiu, poczytamy ksiazeczke, Pimel, chcesz herbatke, itd. Terapia szokowa na jakis czas zadzialala. ale niestety, i pimmel, i inne slowa tego typu wrocily. dzis przy obiedzie Szkrab caly czas mowil o kupach. najpierw udawalam, ze nie slysze, zagadywalam Bizona o inne sprawy. ale Szkrab swietnie sie bawil… zasmiewal sie na calego, bredac i klnac. ostrzeglam, ze jeszcze jedno takie slowo i zabieram mu obiad, a on idzie siedziec sam w swoim pokoju (=najgorsza kara to samotnosc). Szkrab zaczal mi sie smiac prosto w twarz:/ myslal, ze to tylko taka ostrzeganka, pogadanka, blablanka… w koncu skonczyl w swoim pokoju. znow wycie, zawodzenie, szlochanie… tak sie wscieklam, ze powiedzialam mu, ze jutro idzie na obiad i spac do swojego kolezki nr 1 od przeklenstw. mam takie przeczucie, ze Szkrab boi sie opowiesci tego kolezki i tymi przeklenstwami chojraka przed nim zgrywa, a i w domu chce sie popisac… Szkrab sie wystraszyl… ale mi sie przelalo. w ogole sie do Szkraba nie odzywalam. w koncu pozwolilam mu wyjsc z pokoju, ale jak tylko chcial sie przymilac, odganialam: ”idz ode mnie, nie chce sluchac co ty mowisz, ja sie nie zadaje z ludzmi, ktorzy uzywaja takich brzydkich slow”. Szkrab bardzo to przezyl. ja tez. ale nie pozwole, zeby niespelna 5-latek smial mi sie prosto w twarz, gdy go upominam. i niestety, tak sie dzisiejszy dzien zakonczyl. ja focha strzelilam, Szkrab w szoku, bo jego kochana mama sie na niego obrazila… owszem, dalam oficjalne buzi na dobranoc, przynioslam pluszaka, dalam herbatke, ale bez wiekszych czulosci. ostrzeglam, ze jesli chce zyc z mama w zgodzie, ma byc dla mamy dobry…

– od jutra bedziem dobry, mamo…

zobaczymy.

wracajac do mojego dziecinstwa… nie smialabym uzywac takich slow przy moich rodzicach, wstydzilabym sie. ale pomysly tez miewalam glupawe. przy tych klockach duplo plywajacych w toalecie, przypomnialo mi sie, jak tato kladl tapety. przygotowal sobie klej, dokladnie wymieszal, zeby grudek nie bylo, a ja… dosypalam jeszcze troche proszku (klej byl w proszku) i porobilam grudki. tato oczywiscie zorientowal sie, ze ja to zrobilam, a ja, podobnie jak Szkrab, probowalam zaprzeczac. czemu to zrobilam? nie mam pojecia… ale wlasnie dlatego potrafie zrozumiec Szkraba. co nie znaczy, ze to akceptuje i ze zawsze mam cierpliwosc…

i jeszcze o uparciu – przypomnialo mi sie, jak zabralam chlopcow do teatrzyku na Tomcia Paluszka. Bizon zachwycony, od samego poczatku. Szkrab od razu na nie. Ale myslalam, ze jak przyjdzie co do czego, jak juz pojdziemy do tego teatrzyku, to Szkrabowi udzieli sie entuzjazm Bizona (i moj:D). nie. jak Szkrab nie chce, to nie chce. i juz. wiekszosc przedstawienia przesiedzial na podlodze, niepatrzac na scene, bawiac sie moja torebka… w drodze powrotnej oswiadczyl ”zebys mi wiecej biletow nie kupowala!”. nie kupie. jeszcze mu zal d… scisnie jak sama z Bizonem pojde.

Szkrab v. szkola

pisalam juz chyba z grubsza jak wyglada szkolnictwo w Holandii.

obowiazek szkolny jest od 5-go roku zycia, ale mozliwosc pojscia do szkoly jest juz w wieku 4 lat. i tak dzieci ida: koncza 4 latka, ida do pierwszej klasy. ida, bo tak naprawde, nie ma co z takim 4-latkiem zrobic – nie ma przedszkoli dla 4-latkow, a siedziec z takim delikwentem w domu, to wariactwo;) troche zartuje, bo nam ze Szkrabem dobrze bylo razem w domu, ale widzialam, ze w tym wieku on potrzebowal juz wiecej niz tylko mama. tak wiec prawie rok temu Szkrab rozpoczal przygode ze szkola.

w pierwszej klasie przywitala go juf Karin. pani, ktora bardzo lubie, szanuje i juz 3 lata temu, gdy Bizon poszedl do szkoly, zauwazylam, ze jest bardzo kompetenetna nauczycielka. wie, czego dzieci potrzebuja, potrafi trzymac dyscypline, a jednoczesnie nie ma dziecka, ktore by jej nie lubilo.

po jakies 2 tygodniach w szkole, juf Karin podeszla do mnie i opisala mi po krotce zachowanie Szkraba, spytala, czy w domu tez sie tak zachowuje i jak my reagujemy. chodzilo jej o dwie sprawy: dosc frywolny charakter Szkraba i jego niemoznosc siedzenia na tylku przez dluzej niz 5 minut.

przyklad frywolnosci: juf Karin mowi: ”a teraz dzieci grzecznie ida do kacika z ksiazkami” – Szkrab owszem, zmierza ku kacikowi, ale… w podskokach. jak sama nauczycielka zauwazyla, on tego nie robi na zlosc. on tak robi, bo… ma taka ochote, bo nie widzi w tych podskokach nic zlego, bo jak on jest szczesliwy, to se musi podskoczyc;)

jesli chodzi o niemoznosc dluzszego siedzenia na tylku, to problem jest z ”koleczkiem” – pani i dzieci siedza na krzeselkach i przerabiaja tematy (np. ”Jesien”): pani czyta ksiazeczke na dany temat, pokazuje rysunki, zadaje pytania, a dzieci odpowiadaja, przez co rozwiajaja wiedze, slownictwo, myslenie. trwa to kolo 20-30 minut. podczas zajec w koleczku Szkrab kiwa sie na krzeselku, do przodu-do tylu, na boki, chodza mu nozki, raczki, bawi sie sznurkiem od spodni, zamkiem od bluzy a zapytany, zawsze zna odpowiedz…

co do frywolnosci w zachowaniu, powiedzialam, ze w domu Szkrab tez bywa klownem  – czasami jest smiesznie, czasami denerwujaco. wytlumaczylam, ze u nas dziala stanowczy glos i personalizacja polecenia, czyli nie ”dzieci przestancie szalec”, tylko ”Szkrabie, nie skacz!”. jesli cos powtarza sie nagminnie, trzeba niestety poswiecic czas i zrobic pogadanke ”Szkrabie, prosilam, zeby dzieci GRZECZNIE poszly do kacika. dlaczego ty skaczesz, zamiast isc? chcesz mi dokuczyc? przeszkadza mi to. wyobraz sobie, ze wszystkie dzieci zaczna tak skakac, co sie wtedy stanie?” – Szkrab ma poczucie empatii, potrafi wyobrazic sobie, co sie stanie, gdy wszystkie dzieci zaczna skakac. tyle, ze trzeba go na te sciezke myslenia naprowadzic. wtedy sie opamieta. najwazniejsze, zeby Szkrab uslyszal swoje imie. wiem, ze nauczycielka nie moze nazywac kazdego dziecka po imieniu, gdy wydaje takie polecenie, ale na szczescie nie wszystkie dzieci tego wymagaja;) co ciekawe, Szkrab mial to samo napisane w opinii z przedszkola: ”podejscie personalne”. bo w przedszkoly gdy pani powiedziala ”a teraz zbieramy zabawki”, Szkrab trwal w swoim swiecie… dopiero, gdy uslyszal ”Szkrabie, sprzatamy!” – docieralo do niego. tak jest tez w domu. ”Dzieci, zakladajcie buty”… moge sobie wolac. Bizonowi to wystarczy. Szkraba musze zawolac po imieniu.

jest to upierdliwe, ale na szczescie kazdy, kto zna Szkraba widzi, ze to nie jest celowe, ze on potrafi sie zamknac w swoim swiecie tak, ze nie wie, co sie wokol dzieje. a jednoczesnie, jest dzieckiem tak pogodnym, ze wydaje mu sie, ze jesli on ze szczescia skacze, to i nauczycielka powinna sobie z nim podskoczyc;) mam nadzieje, ze z tego wyrosnie…

co do (nie-)siedzenia w koleczku… tu nie wiem, co poradzic. my mamy problem z siedzeniem przy stole podczas obiadu. (co ciekawe, przy sniadaniu i lunchu Szkrab siedzi spokojnie). my, gdy Szkrab tancuje przy stole, kazemy mu jesc na stojaco albo wynosimy mu talerz do osobnego pokoju i za kare je w samotnosci. jedna taka akcja na tydzien niestety musi miesc miejsce, zeby mu przypomniec zasady zachowania przy obiedzie.

podpowiedzialam nauczycielce, ze moze tez Szkrabowi kazac stac albo nawet ukarac i wyslac do kata. ale nauczycielka stwierdzila, ze nie chce go karac, bo on nie dokucza z premedytacja. ja go rozumiem. mam to samo. ja tez za dlugo nie moge usiedziec. w pracy co 15 minut szlam do toalety albo wstawalam od biurka, zeby wyjrzec przez okno, najbardziej lubilam robic eksperymenty, i to na stojaco, nie na siedzaco, a pisanie doktoratu, to byla mordega, bo wymagala siedzienia. na konferencjach cierpialam tak, ze czasami, w przerwie chodzilam po schodach w gore, w dol, w gore, w dol, byle sie poruszac. wiec ja Szkraba rozumiem. ale nie moge go usprawiedliwiac. skoro inne dzieci siedza, on tez ma siedziec. i juz… takie zycie:/

po 2 tygodniach nauczycielka sama podeszla do mnie i powiedziala, ze Szkrab okielznany. ile razy pytalam, jak sie Szkrab zachowuje, slyszalam pozytywy, z naciskiem na jego pozytywne nastawienie do zycia, radosc zycia i bogata wiedze.

niestety, nadeszly wakacje, juf Karin spelnila swoje marzenie i przeszla do II klasy, a do klasy Szkraba przyszla z II klasy juf Nel (ta, co wlasnie przeszla na emeryture). Pani prawie 65-letnia, powolna, zmeczona i nienadazajaca za 4-letnimi dziecmi. Bizon byl jej uczniem w II klasie i zyli sobie z harmonii, zgodzie, wrecz przyjazni. juf Nel byla fanka spkojnego, zdyscyplinowanego Bizonka, ktoremu dac ksiazke i juz go nie ma. za to ze Szkrabem i w sumie, wiekszoscia dzieci sobie nie radzila. po pierwsze, zawyzyla poziom, skurczyla ilosc czasu przeznaczonego na zabawe i posilek czy wyjscia na podworko. juf Karin dawala dzieciom na podworku rowerki, hulajnogi, pilke, a juf Nel nie… juf Nel nie miala cierpliwosci do rozgryzania Szkraba i jemu podobnych, wiec sie na niego regularnie skarzyla. a ja? a ja prosilam Szkraba, zeby nie dokuczal, a jednoczesnie doskonale go rozumialam i w sumie to mi go szkoda bylo. szkoda mi go bylo jeszcze z innego powodu.

juf Nel pracowala 3 dni w tygodniu, a na pozostale dni przyszla nowa nauczycielka. 4-letnie dziecko lubi miec te ”swoja nuaczycielke”, z ktora jest zzyte, ktora kocha, ktora ceni, przez ktora jest lubiane, docenianie i rozumiane. zeby dziecko zrozumiec i okielznac, trzeba miec nie tylko cierpliwosc, chec i podejscie, ale przede wszystkim czas. a jak pani, ktora widzi dziecko 2 lub 3 dni w tygoniu ma je dobrze poznac? Szkrab chodzil wiecznie skolowany, ktora nauczycielka dzis bedzie i zauwazylam, ze od wrzesnia Szkrab jest poddenerwowany, wiecej placze, zlosci sie, narzeka. zupelnie inne dziecko niz przed wakacjami. porozmawialam o tym z juf Nel i przyznala mi racje, ze rzeczywiscie, dla takich maluchow jedna nauczycielka jest najlepszym rozwiazaniem, ale co zrobic.

na dodatek, pani, ktora przychodzila na 2 dni miala male dziecko, ktore czesto chorowalo, wiec czesto byly zastepstwa – przychodzily nauczycielki tzw. zastepcze, czyli niepracujace w tej szkole, nieznane dzieciom. ja nie musialam Szkraba o nic pytac – po jego zachowaniu poznawalam, ze mieli zastepstwo. w koncu ta nauczycielka zrezygnowala z pracy, w listopadzie przyszla nowa pani, na te dwa dni. 5 grudnia juf Nel po raz ostatni poprowadzila zajecia (pozniej ”platala sie” po szkole, zeby dokonczyc administracje i pomoc w testach), a dzieci dostaly kolejna nowa nauczycielke:/

i teraz tak: juf Nel i pani, ktora przyszla z pazdzierniku nie potrafily sobie poradzic ze Szkrabem – ciagle slyszalam, ze przeszkadza w koleczku. swoja droga, jesli zajecia w koleczku trwaja te max 30 minut rano i 30 minut po poludniu, to jeszcze zostaja 3 godziny rano i 1.5 godziny po poludniu, kiedy Szkrab jest grzeczny… to chyba nie tak zle;) juf Karin Szkraba sobie okielznala, zas najnowsza pani, ta od grudnia twierdzi, ze w ogole nie ma zadnego problemu ze Szkrabem! czyli to nie tylko niespokojny duch Szkraba, ale i forma prowadzenia zajec i podejscia do Szkraba ma znaczenie:-)

tak czy siak, poprosilismy z lubym, zeby od marca, kiedy to Szkab skonczy 5 lat, przeniesc go do drugiej klasy, do juf Karin. umotywowalismy to m.in. tym, ze jak Szkrab bedzie mial wyzszy poziom nauczania, to jego glowa bedzie tak zajeta, ze nie bedzie mial czasu na krecenie sie i przeszkadzanie. juf Karin nam przyznala racje, bo wg niej Szkrab jak ma zadanie do wykonania, potrafi sie skupic i bardzo grzecznie pracuje.

dodatkowo umotywowalismy to staloscia nauczycielki, z ktora Szkrab byl emocjonalnie zwiazany.

czego nie powiedzielismy, to zmiana otoczenia. w obecnej klasie Szkraba sa chlopcy z rodzin ”nienormalnych” – obydwoje rodzice niepracujacy, na zasilkach, jednen chlopiec z Portugalii, ktory glownie przeklenstwami po niderlandzku operuje, drugi chlopiec agresor, ktory tez odpowiedniakmi k…rew rzuca, przy jedzeniu opowiadaja o duchach, potworach, gwiezdnych wojnach, kto kogo zabil… ja sie nie dziwie, ze Szkrab, chowany pod kloszem co do agresywnosci i brutalnosci, Szkrab, ktory woli ogladac bajki rysunkowe typu ”Tomek i przyjaciele”, nie odnajduje sie w takim gronie i w domu wyje, krzyczy i odreagowuje szkole. ostatnio zaczal sie bac samodielnego zasypiania, mimo ze siedzimy w pokoju obok i swiatlo mamy zapalone. histeryzuje, wyje, krzyczy, ze sie boi… skad to sie tak nagle wzielo? stawiam na opowiesci kolezkow. a klasie juf Karin sa chlopcy troche starsi od Szkraba, ale znam ich mamy sa to w wiekszosci normalne rodziny.

nie wiem, jaka decyzje podejmie dyrektor, ale mam nadzieje, ze korzystna dla Szkraba.

 

holenderskie brzmienie;)

kiedy przyjechalam do Holandii szokowalo mnie codzienne ”huje morchen” (”goede morgen”) czyli poranne dzien dobry.

jeszcze bardziej zaskoczylo mnie ”huje pindas” (”goede pindas”), czyli smaczne orzeszki ziemne.

teraz wszystkie ”goede” czy ”huje” oswoilam i bez problemu przechodza mi przez gardlo, tym bardziej, ze staram sie je wymawia bardziej jak ”hude”;)

teraz po uszach zaczely mnie uderzac ”faki”;):

– vaak [fak], no powiedzmy [faak], ale ja tego dlugiego ”aa” nie slysze, wiec slysze [fak], co znaczy ”czesto”

– vak [fak], ktore ma wiele znaczen, m.in. ”zajecie, zawod”

– vakje [fakje] czyli przegrodka.

dzieci coraz czesciej miedzy soba rozmawiaja po holendersku a ja sie wzdrugam slyszac te ich faki i fakje. ja z czasem sie oswoje, ale co bedzie jak pojedziemy do Polski;)

 

 

pozegnanie juf Nel

nauczycielka Szkraba (a wczesniej Bizona) ochodzi dzis oficjalnie na emeryture. w szkole organizowane jest pozegnanie. i zaczelo sie hucznie, bo od przejazdzki ”kareta”, czyli wozem.

jak przeczytalam, ze ”koets” (slowo holenderskie wymawiane ”kuc”) podjedzie pod dom juf Nel, a pozniej juf tym ”kucem” podjedzie na pewien parking (oddalony okolo 30 minut od szkoly), zeby stamtad zabrac do szkoly dzieci z klasy Szkraba, to bylam przekonana, ze to bedzie woz z koniem. no tak mi sie ten ”kuc” z kucem, czyli koniem skojarzyl;) skojarzenie nie do konca bylo sluszne i Szkraba niepotrzebnie wystraszylam. Szkrab strasznie sie bal, ze go kon ugryzie. wytlumaczylam Szkrabowi, ze kon nie ma tak dlugiej szyi, zeby sie odwrocic do wozu i dzieci pogryzc, wiec jak nie bedzie sam do pyska konia podchodzil, to kon go nie capnie. Szkrab sie uspokoil.

Zzawiozlam go rano na parking, chwile poczekalismy, a tu zajezdza… zadaszony woz, na karete stylizowany, ale ciagniety przez… traktor:DDD

dzieci mialy radoche jak ten traktor zobaczyly.

ja tez mialam radoche, gdy orientowalam sie, ze ”koets” ma z kucem (=koniem) nie wiele wspolnego;)

dla juf Nel to byla niespodzianka – wiedzala, ze o danej porze ma wyjsc przed dom, ale nie miala pojecia, ze kareta po nia przyjedzie, zeby ja ten ostatni raz zawiezc do szkoly. mysle, ze bedzie to dla niej dzien pelen wzruszen. klasy przygotowaly dla niej pozegnalne przedstawienie, kazde dziecko ze szkoly mialo w domu wykonc prace plastyczna dla juf Nel, pozniej z tych prac zrobiono ksiege pozegnalna, dodatkowo byla zbiorka na prezent i mysle, ze wiele rodzicow przyjdzie tez podziekowac i pozegnac juf osobiscie.

dzieci byly bardzo podekscytowane, gdy juz wsiadly to tego wozu:) ludzie jadacy do pracy, ktorzy utkneli za tym wozem z predkoscia 30 km/ h juz mniej;)

______________

wczoraj jade z chlopakami na rowerze do szkoly, wymiajamy jedna z mam wiozaca kolege Szkraba na swoim rowerze. Szkrab macha do kolegi i bardzo uchachany wola:

– hallo Jeffrey!

chlopiec sie niesmialo usmiechnal, nic nie odpowiedzial, mama chlopca jakos tak niepewnie na Szkraba spojrzala, jakby mu 5 klepki brakowalo… cos mi nie pasowalo.

odjechalismy dalej, pytam Szkraba:

– ten chlopczyk tez ma na imie Jeffrey? – bo jest juz inny Jeffrey w klasie Szkraba

– nie – odpowiada Szkrab

– to dlaczego wolales do niego ”hallo Jeffrey”?

– bo nie wiem, jak ma na imie, to tak sobie go nazwalem – i cieszy sie ze swej kreatywnosci az mi sie rower trzesie…

juz wiem, czemu ta matka tak sie dziwnie na nas patrzyla;)