rzeczywiscie, jak babcia;)

poszlam rano na body sculpting, zeby poskakac, jak Tom nam kaze;) ale okazalo sie, ze Tomowi urodzila sie corka, wiec go nie bylo. zastapila go inna instruktorka, chyba ”goscinna”. i od razu muzyka ”na full”. od razu po uszach, po moim systemie nerwowym…

ja chyba rzeczywiscie, jak babcia juz sie zachowuje, bo nie moge takiego lomotu po uszach zniesc. choc w sumie, lubie posluchac muzyki na sluchawkach, glosniej niz powinnam, ale wtedy jest to muzyka, ktora mnie relaksuje, a nie tempo cwiczen nadaje. i jeszcze do tego instruktorka ma mikrofon przy ustach, zebysmy slyszeli, co mamy robic. ale, jak muzyka tak dudni, to albo instruktorke zaglusza albo instruktora ”podkreca” swoj glos tak, ze w uszach wierci – wysoki glos kobiecy bardziej kluje w uszy niz meski… ale i tak, Tom tak glosno ani muzyki, ani swojego glosu nie ustawia, a wszyscy sa zadowoleni, cwiacza w rytm, bo Tom odlicza, bo jasno tlumaczy cwiczenia, a i tak malo gada, za to bardzo wydajnie zajecia prowadzi.

tak, jestem fanka Toma, raz ze wzgledu na te uszom i nerwom przyjazna glosnosc, a dwa, ze facet potrafi wykorzystac czas na maksa: jak cwiczymy nogi, to rece jednoczesnie ciezarkami wywijaja, jak cwiczymy, ramiona, to przy okazji biodrami krecimy – troche koordynacji to wymaga, ale z czasem czlowiek robi to juz bezmyslnie.

dzis najpierw seniorka (ktora podziwiam: pani na oko 60-letnia, co wtorek stawia sie i cwiczy z nami, o te 20-30 lat mlodszymi! mam nadzieje, ze i ja bede taka 60-latka;)) poprosila, zeby troche muzyke sciszyc. instruktorka zrobila gest jakby sciszala, ale zadnej zmany nie odczulam. w koncu ja, przy cwiczeniach lezacych, wstalam, podeszlam do instruktorki i powiedzialam, ze muzyka zaglusza jej polecenia i ja, gdy leze, nie wiem, co mam robic (bo jak stoje, to widze co sie na ”podium” dzieje). w koncu kobieta sciszyla to lubudubudu.

wyszlam zirytowana. dlaczego w miejscu, gdzie mam sie zrelaksowac poprzez cwieczenia, ktos atakuje moj system nerowowy wsciekla muzyka? rozbolala mnie glowa (chyba od wysokiego, swidrujacego glosu instruktorki przekrzykujacej muzyke) i juz zatesknilam za Tomem.

i teraz pytam siebie: czy to ja jestem stara babcia, moj system nerowowy jest juz tak kiepski, ze mnie taka sytuacja wkurzyla, czy ten halas atakujacy nas z kazdej strony (w kinie tez…) jest czyms wbrew naturze?

i juz po:)

randka z lubym sie udala – po raz kolejny dochodze do wniosku, ze post (pod roznymi postaciami) ma sens:-)

pierwszy raz przekonalam sie na kawie – kiedy zaszlam w ciaze z Bizonem, postanowilam bardzo  o nas dbac – m.in. przestalam pic kawe, zeby dziecka nie kofeinowac;) a pozniej, gdy karmilam piersia, tez kawy nie pilam, zeby dziecka nie kofeinowac, zeby dobrze spalo;) dziecko spalo jak chcialo, ale ja mialam poczucie, ze dobrze robie. jak po 1.5 roku niepicia kawy wypilam w koncu kawe z mlekiem, malo sie nie rozplynelam z rozkoszy:DDD nadal pamietam tamto uczucie!

podobnie mam z czekolada, sernikiem, babskimi spotkaniami, a nawet ze ”stringowymi” – sprawami;)

no i te randki z mezem. chodzimy bardzo regularnie: z okazji moich i lubego urodzin, czyli… dwa razy do roku. w miedzyczasie, sa male wyskoki na kawe (w Polsce, gdy dzieci zostaja z dziadkami), wspolne bieganie, czasami zakupy, ale generalnie, rzadko mamy okazje spedzic czas z lubym sam na sam.

troche szkoda, ze tak rzadko, ale znow: jak juz nam sie uda, to ucztujemy pelna para, z wielka radoscia i entuzjazmem. po 7 latach malzenstwa, gdy juz siadziemy w tej restauracji jest blysk w oku, romantyzm, sa tematy do rozmowy (i nie o dzieciach!), ”przypadkowe” musniecia dlonmi, czy nogami pod stolem – i to jest fajne:)

po obiedzie obejrzelismy ”The impossible” – film opowiadajacy historie 5-osobowej rodziny, ktore przezyla tsunami. dobry, emocjonalny, trzymajacy w napieciu, w nadziei, pozwalajacy dostrzec znow, co jest jest w zyciu najwazniejsze.

chlopcy zostali z ciocia, ktora przywiozla mi piekny bukiet bialych tulipanow i hiacyntow.

jutro jedziemy z ciastem do tesciow – panowie zapalu lyzwiarskiego nie stracili, a ze od niedzieli ma sie ocieplac, to ostatnie chwile na zamarznietych kanalach chca wykorzystac.

na wesolo

nie bede udawac, ze te 36 strasznie mnie cieszy. wolalabym po raz drugi 35 swietowac, bo 40stke zblizajaca sie tuz tuz widze, a ja sie ani na 36, ani na 40 lat nie czuje!

ale mi do smiechu – z kilku powodow, m.in. juz nie moge sie doczekac wieczornego wyjscia z lubym. ale smieje sie tez bo w radio kawal uslyszalam:

rozmawia pesymista z optymista:

– kobiety sa zawsze wredne! – narzeka pesymista

– miejmy taka nadzieje… – mowi optymista

 

no chichram sie i juz:)

i zeby nie brzmiec zbyt nostalgicznie i pesymistycznie, dodam, ze ciesze sie, ze dane mi bylo te 36 zim przezyc.

taka jak babcia;)

przymnialam sobie rano, ze witaminy do picia w Polsce dzieciom kupilam – rychlo w czas;) niestety, czy stety, moj stosunek do sztucznych witamin nie ulegl zmianie i nadal nie jestem ich wielka fanka, ale, zeby nie miec wyrzutow sumienia, ze wszyscy dzieci witaminizuja, szczegolnie w tym ”trudnym okresie” (czyli jesienia, zima i wiosna;)), od czasu do czasu, strzelam im i sobie dawke. witaminy sa plynne, lepkie, jak syrop, wiec nie chce ich miec na podlodze. nalewam na lyzeczke i mowie:

– ale ostroznie, Bizonku, szeroko buzie

Bizon poslusznie szeroko otwiera buzie, oczka mu sie smieja i pyta przekornie:

– ale dlaczego?

– no jak, dlaczego – nie zalapalam, ze on sie ze mnie naigrywal! – zeby sie nie rozlalo! – tlumacze powaznie

Bizon smieje sie na calego:

– ty mamo jak babcia:)

no, racja, z tym przykazywaniem jak babcia:) ale z samodyscyplina inne jestesmy: bo jak babcia kupi witaminy, to po to, zeby regularnie dzieciom dawac, codziennie, o tej samej porze. a ja… mja regularnosc co do lekarstw jest taka, ze jakbym stosowala pigulki jako srodek antykoncepcyjny, to co roku bym rodzila;)

ja, w przeciwienstwie do babci mam inna samodyscypline: ruch. ale to chyba bardziej wynika z mojego temperamentu, dosc zywotnego, ze sport i sprzatanie uprawiam regularnie:)

co do sprzatania, to dzis zafundowalam pokojowi Bizona krioterapie, czy moze kriosterylizacje;) wynioslam wszystko co sie dalo na balkon, w tym czasie starlam kurze, okna i podloge, wylaczylam kaloryfer i otworzylam na osciez okno. jak ja lubie taka swiezosc:)

niestety, moje korzonki nie lubia…

i tu znow, jestem jak babcia: zatoki, korzonki i tendencja do wypuklego brzuszyska… to mam po mamie.

jade wiec na ibuprofenie, posilam sie wit. B (jak boli, to pamietam o witaminach;)) i zastanawiam sie: isc jutro na bootcamp, czy nie, pomoze to mojemu kregoslupowi czy zaszkodzi…

jutro mam randke z lubym: najpierw obiad w ”strazackiej” restauracji (tylko nazwa i wystroj strazacki, jedzenie nie wiem, czy  ma cos wspolnego ze strazakami, ale smaczne) pozniej kino i moze jeszcze na drinka skoczymy. luby niesmialo, ale z blyskiem w oku, poprosil, zebym stringi zalozyla;) o co chodzi?;) czyzby zamierzal huczne swietowac moje 36-ste????

”do Polski”

zawiozlam do dzieciecego sklepu z uzywanymi rzeczami ubrania i zabawki, z ktorych powyrastali chlopcy. kilka rzeczy bylo nowych, z metkami, bo np. dzieci mialy skok rozwojowy i np. koszulki letnie, ktore dostali od kogos zima, okazal sie za krotki na lato;) (wlasnie dlatego boje sie kupowac na letnich wyprzedazach zimowych ubran, a na zimowych letnich – ciagle nie potrafie przewidziec, jaki rozmiar chlopcy beda nosic za pol roku – taka niekumata jestem;)).

na jednej bluzce nie zauwazylam, ze biale koncowki od rekawow sa lekko pozolkle – zobaczylam to dopiero jak pani w sklepie bluzke pod lampa rozlozyla. mialam zamiar ja wziac i zwyczajnie wyrzucic. ale pani zaproponowala mi, ze moge te bluzke oddac na wywoz do… Polski.

kurcze, jakos mnie to ubodlo. jak bluzka nowa i z metka, to do Holandii, a jak z pozolklym rekawem, to do Polski. Podobnie bylo z kurtka przeciwdeszczowa, w ktorej brakowalo sznurka od kaptura – jak chce, to do Polski…

kurtke przeznaczylam ”do Polski”, a bluzka wyladowala w koszu. nie bede badziewia do Polski wysylac.

a pozniej ludzie szczyca sie, ze ”dary” do Polski wysylaja…

ta sytuacja przypomniala mi tez akcje ”pudelko od butow” – nalezalo wypelnic pudelko po butach prezentami typu kredki, flamastry, pasta czy szczoteczka do zebow, malowanki, itp. i pudelka te, po sprawdzeniu przez ochotnikow, byly wyslane do biednych krajow. zdziwila mnie pasywnosc ludzi – nasze dzieci zaniosly te pudelka 3 dni przed koncem terminu, kazdy po jednym do swojej klasy, byly bardzo zadowolone, ze mogly obdarowac kogos, ze mogly pomoc. chlopcy podekscytowani pomagali mi wybrac poszczegolne drobiazgi. okazalo sie, ze byli… pierwszymi, ktorzy przyniesli te pudelka… szkola liczy 8 klas, w kazdej klasie jest od ok. 15-20 dzieci… nie wierze, ze ludzie sa tak biedni. sa rodziny, gdzie nikt nie pracuje, ale sa rodziny, gdzie obydwoje dorosli pracuja, czyli maja wyzsze dochody niz my. nie wiem, czy taka znieczulica, czy lenistwo? w z zeszlym roku odzew byl wiekszy. ale znow, niektorzy mnie zaskoczyli. bo jesli swojemu dziecku kupuje kredki, ktore dobrze rysuja (maja miekki wklad), czy flamastry, ktore szybko nie wysychaja, nie skrzypia i na dodatek sa spieralne, to dlaczego dziecku z Rumunii czy Ugandy podarowac najtansze badziewie? nie lubie takiego sknerostwa. 

 

zima!!!

mimo ocieplenia klimatu;) dotarla do nas zima. mroz i snieg. dzis padalo calusienki dzien! pierwszy raz zdarzylo sie, ze snieg pokryl nam balkon (jest zadaszony!).

i wymieklam;) mimo ze Szkraba do szkoly nie poscilam (a odzyl dzis, wiec jutro idzie do szkolki), najpierw pozwolilam mu pogrzebac w sniegu na balkonie, a potem, po odebraniu Bizona ze szkoly, poszlismy jeszcze na plac zabaw. szkoda, ze snieg sie nie lepil, bo chlopcy bardzo chcieli ulepic balwana – nici z tego. ale i tak szaleli szczesliwi.

po Bizona pojechalam sankami (Szkraba zostawilam u sasiada, bo jakos boje sie go nawet na te 15 minut zostawic samego w domu), bo nie smialam pedalowac w tym sypkim sniegu. po ostatnim upadku, sprzed swiat, jeszcze czuje kolano:/ Bizon jak zobaczyl sanki, az krzyknal z radosci:) moj entuzjazm malal, w miare zblizania sie do domu – pot mi sciekal bardzie niz na fitnessie;) tak, ciagniecie 20kg-dziecka na sankach i jednoczesne grzezniecie w sniegu siegajacym do kostek to niezly wycisk fizyczny. ale zdolalam:) pozniej nawet 45 kg wiozlam – na plac zabaw;)

Szkrab wydaje sie byc zdrowy. ja tez. jak to zwykle po chorobie u mnie bywa, dopadla mnie bulimia;) czego ja dzis nie zjadlam i w jakich ilosciach – az trudno uwierzyc, ze mnie zoladek nie rozbolal;)

mam nadzieje, ze jutro wyskacze te ”bulimie” na ”body sculpting” z Tomem;)

na chorowanie zgody brak…

i co z tego, ze sie wczoraj oszukiwalam, ze nic mi nie jest i twardzielke zgrywalam? pozytywne myslenie przegralo z wirusem. padlam. niby zakupy jeszcze zrobilam, ale wieczorem juz zaniemoglam. zla bylam na siebie, bo wszyscy zdrowi, tylko ja jakies swinstwo zlapalam.

wszyscy? dzis juz nie wszyscy.

Szkrab taki chory, ze caly dzien lezy. boli glowa i brzuch, jest mu zimno i caly rozpalony… to samo, co ja wczoraj. na nic nie ma ochoty – bajki ani ogladac, ani na cd sluchac nie chce, bo boli go glowa. chcialam mu poczytac ksiazke, ale tez nie mogl sie skupic… w koncu pol dnia przelezalam kolo niego, masujac mu brzuszek. spiewac mi kazal, ”ale tak cichutko”;) no to spiewalam mu szeptem:)

mial ochote na mandarynki: przez caly dzien Szkrab zjadl ich az 3. nie dziwne, ze taki slaby. 

za to luby pojechal znow z Bizonem na lyzwy. w sumie, to tylko luby mial jezdzic, bo balam sie, ze skoro ja i Szkrab zainfekowani, to i Bizon cos rozwija. ale lubemu szkoda sie Bizona zrobilo, wiec wzial go na kanaly na pol godzinki. zapowiedzialam, ze jak Bizon bedzie chory, to luby sie nim zajmuje, skoro taki litosciwy. bo Bizon to dosc upierdliwy pacjent;)

___________

dzis dostalam e-maila od rady rodzicow – zmarla mama dwoch chlopcow ze szkoly Bizona. rak pluc. rok temu, tuz przed swietami, pochowali ojca. tez rak pluc. dzieci sieroty. 10 i 12 lat…

polkotapczan

pamietacie z dziecinstwa polkotapczany? ja mialam, wiec pamietam. bylam z niego bardzo zadowolona, bo mialam wygodne spanie, miejsca na ksiazki, zabawki, ubrania i jeszcze do tego dwa olbrzymie stoly, ktore mozna bylo wyjac z dna lozka, po jego zlozeniu.

i takiego polkotapczanu poszukuje dla chlopcow. nie skladanego tapczanu, ktory tylko sie sklada, zeby bylo miejce na zabawe, ale takiego, w ktorym lozko jest wbudowane w ”mebloscianke”. tak, zeby i lozko i polki zajmowaly tylko jedna sciane pokoju.

i nie moge znalezc (tn. znalazlam – jeden model i tylko w Polsce; w holenderskich sklepach chyba nie ma).

jak juz sa, to z jakas minimalistyczna obudowka, jedna cienka poleczka, no, gora dwie. a reszta sciany zostaje dalej pusta i niewykorzystana.

jest duzo ladnych dzieciecych i mlodziezowych mebli, ale nie sa one przyjazne malym sypialniom. a nasze sa dosc male. Bizon ma dosc spora, ale ze skosem wychodzacym z podlogi (schody….), przez co jedna sciana nie nadaje sie na szafy. druga sciana to dwa szerokie okna, ktorych przeciez polkami nie zastawie. trzecia sciana to dlugosc lozka i szafki, a czwarta sciana… no na niej teraz stoja dwa wysokie regaly, ale sa juz… hmmm pelne:) nie ma miejsca na biurko i krzeslo. tzn. zmiescic by sie zmiescily, ale Bizon potrzebuje miejsca do zabawy na podlodze. Szkrab za to ma sypialnie waska, a dluga. wiec na jednej scianie jest wszystko, i lozko i szafa i polki, a miejsca na rupiecie nadal brakuje. i wlasnie taki polkotapczan bylyby idealnym rozwiazaniem na nasza dosc spora biblioteke, gry, puzzle i inne zabawki.

naszlo mnie na przemeblowanie pokojow chlopcow, bo chcialabym im zorganizowac kacik do czytania: fotel/sofka, maly stolik i lamka. do tej pory czytalismy razem, siedzac na kanapie, ale Bizon juz czyta samodzielnie, Szkrab wyglada na to, ze wkrotce sie nauczy, wiec niechby mieli takie swoje kaciki. mi, swoja droga, tez by sie taki przydal… fotel, stolik pod kawe, nie dlugo pewnie tez na okulary, lampa i tylko ja i ksiazka…

czy takich polkotapczanow z pelna obudowa sie w Holandii nie produkuje?

_________

chlopaki z lubym lyzwuja, a ja sie bycze. w domu balagan… a ja ”Zaklinacza koni” ogladam jednym okiem, film stanoczo za wolny, wiec drugim okiem czytam ksiazke, a trzecim po internecie buszuje;) o, jak sie ciesze, ze nie dalam sie namowic na wyjscie z domu, bo strasznie mi zimno. termostat pokazuje 21C, ja leze sobie w rajtkach, spodniach, swetrze, przykryta kocem a rece i nos nadal lodowate:( nie dopuszczam mysli, ze chorobsko jakies mnie atakuje: NIE i juz!

niestety, musze nos wystawic, zeby lodowke zapelnic:/

 

powod sie zawsze znajdzie;)

do placzu, oczywiscie;)

wczoraj Szkrab lezy juz w lozku i skomle ‚maaaamooo, maaaamooo” – ide, pytam, o co chodzi, a Szkrab obolalym glosem pyta:

– a czy do nieba mozna wziac ze soba zabawki?

– chyba nie – nie bardzo wiem, co odpowiedziec

i w tym momencie emocje Szkrabowi puscily i rozszlochal sie na dobre:

– bo ja tak bardzo bym chcial pingusia ze soba wziac -buuuuuuuuuuuuu!!!!!

– no, moze jak ladnie Pana Boga poprosisz, to ci pozwoli pingusia wziac – pocieszam i jednoczesnie zastanwiam sie, skad mu takie mysli do glowy przychodza

– ale ja nie umiem glosno prosic – buuuuuuuuuuu!!!!

– to ja poprosze w twoim imieniu – probuje uspokoic te szlochy, bo zaczyna mnie juz nerw brac (za duzo sobie na ten tydzien zaplanowalam i marze, zeby juz bylo jutro wieczor)

– a ty pierwsza umrzesz?

– tego nie wiem, ale na ogol jest tak, ze rodzice najpierw umieraja, a pozniej dzieci

– a czy ty juz jestes gotowa? – znow mnie Szkrab zaskakuje; to chyba po rozmowie o tym, co babcia robi sama w domu, jak dziadek pracuje. slyszalam jak babcia tlumaczyla, ze duzo sie modli, zeby sie przygotowac na spotkanie z Panem Bogiem…bo skad inad takie mysli u prawie 5-latka?

– nie, jeszcze nie. chcialabym najpierw zobaczyc, na kogo ty wyrosniesz, chcialabym byc babcia dla twoich dzieci…

– ale ja nie ciem dorosnac – Szkrab znow zaczyna plakac! z jednej strony mi go szkoda, bo najwyrazniej mu sie przelalo i musi sobie poplakac, wiec wyszukuje na sile powody, z drugiej strony o 21.00 to ja juz mam ochote skonczyc szybko domowe obowiazki i w koncu siasc na kanapie.

– kazdy dorasta, kiedys bedziesz mial prace, zone, dzieci, tak jak tata, bedziesz duzy, silny i bardo madry

– ale ja nie ciem… buuuuuuu

juz nic nie mowie, przytulam, usypiam, sama malo nie odplywam i wyjatkowo, o 23.00 laduje padnieta w lozku. tak, stanowczo za duzo zaplanowalam na ten tydzien:)

jaselkowy

w niedziele dzieci wystawialy jaselka w naszej polskiej parafii. teoretycznie ja z jaselkami nie mialam nic wspolnego. no, moi chlopcy w nich wystepowali, wiec pomoglam im nauczyc sie roli i uczulilam, po kim i po jakich slowach oni recytuja swoj tekst i kiedy Bizon ma zagrac kolede na skrzypcach.

taka byla teoria. bo rezyserem byl ksiadz.

ale na pierwszej probie pojawila sie pani G. i razem z ksiedzem dziecmi zaczela dyrygowac. chaos. pani G. chyba nie ma doswiadczenia z malymi dziecmi, bo zamiast dac im sie wysilic, pomyslec, postawic na samodzielnosc, ciagle chciala im podpowiadac, mowic, kiedy co maja robic, zamiast pozwolic dzieciom samym zaczac zdanie, samym zaskoczyc, czy zalapac, ze teraz maja isc w lewo, badz w prawo. efekt taki, ze dzieci nie smialy, bez przyzwolenia pani G, rozpoczac swojego tekstu, ktory doskonale znaly.

na dodatek, pani G. chyba nie zbyt dokladnie przeczytala scenariusz, a moze przeczytala, ale nie przemyslala, bo dopiero podczas prob wymyslala, gdzie kto stanie, kto, kiedy i na czym zagra (bo gral jeszcze flet, pan organista i… moja kolezanka ze studiow spiewala i grala na gitarze – jak ja zobaczylam, az sie zapowietrzylam z zaskoczenia;))

w polowie proby pierwszej (tydzien temu) ksiadz musial sie zmyc do konfesjonalu, wiec… machnal mikrofonem w moim kierunku, czy bym nie przejela paleczki, bo on musi isc. i ja glupia zgodzilam sie.

przyznam, ze troche z pychy, bo wydawalo mi sie, ze lepiej to zrobie:DDD i w sumie wydaje mi sie, ze lepiej to niz ksiadz poprowadzilam, bo ja jestem konkretna a ksiadz gada, gada i nic z tego jego gadania nie wynika. jak zlapalam scenariusz w rece (dopiero na tej probie, bo wczesniej ksiadz mi przeslal tylko fragmenty, ktore chlopcy mieli recytowac…), to go szybko zeskanowalam i w miare realizacji programu podejmowalam decyzje – od razu je sobie zapisywalam na scenariuszu, co by sie pozniej nie platac.

ale i tak sie wszysko poplatalo, gdy pani G. zaczela swoje 3 grosze wtracac.

bo moze jednak postawimy aniolki tam, a gwiazdki tam… , bo moze tu zagralby pan organista, a tu dziewczynka na flecie? – gdybala. dobrze, czasu malo, wiec ja nie dyskutowalam, tylko przystalam i zapisalam zmiany w scenariuszu (a pani G. nie).

pani G. stwierdzila, ze na probe drugiej, tuz przed ”premiera” jaselek, przybedzie spozniona, ksiadz oczywiscie tez nie mogl przybyc i… wyszlo na to, ze to ja mam te probe poprowadzic!

ok, poprowadze. w domu scenariusz kilka razy przemaglowalam, tak, ze wiedzialam, gdzie kto kiedy wchodzi, gra i co robi i tak zaczelam na probie dyrygowac. i znow.. jestesmy w polowie proby, a tu wpada pani G. i wszystko zmienia, a najgorsze, ze zmienia to, co sama tydzien temu zaproponowala!

pan organista pyta, co i kiedy ma grac, ja skolowana, juz sama nie wiem, pani G. co rusz inna wersje podaje…

i juz wiem: wiecej w takie cos nie dam sie wkrecic. albo jaselka prowadze ja sama albo, jesli z kims, to spotykamy sie w domu, rzetelnie ustalamy szczegoly, jedna wersje i tej jednej wersji sie trzymamy.

bo tym razem, ja w ogole nie poczuwalam sie do rezyserowania, a wyszlo na to, ze ludzie kojarzyli nie tylko pania G z tymi jaselkami, ale i mnie. a ja sie z tym chaosem nie chcialam utozsamiac.

gdybym ja byla od poczatku do konca odpowiedzialna, to pomyslabym nie tylko o wydrukowaniu tekstu, ale o tym, zeby KAZDY mial caly scenariusz (ja go zabralam ksiedzu na pierwszej probie, pan organista w ogole nie dostal, mimo ze ksiadz obiecywal, ze przesle…), o dekoracji (pastuszkowie ida w strone gwiazdy, ktorej… nie bylo, a przeciez tak latwo byloby ja zrobic), uczulilabym rodzicow, zeby dzieci nauczyli po kim swoj tekst mowia (bo co z tego, ze dzieci teksty znaly, jak musialysmy im mowic, kiedy maja wkraczac), a przede wszystkim zorganizowalabym wiecej mikrofonow. a tak mikrofon byl jeden, na dodatek na kablu i przez to tez bylo dodatkowe, niepotrzebne zamieszanie.

i teraz tak: ja wiem, ze lubie jak wszystko jest dopiete na ostatni guzik, a improwizowanie bardzo mnie stresuje i denerwuje. moze ja z tym swoim perfekcjonizmem przeginam. bo w koncu to tylko jaselka… no i chyba nie bylo tak zle. dotarly do mnie pozytywne komentarze osob, ktore byly tylko widzami. ale nie znosze takiego wrabiania na ostatnia chwile. albo trzeba bylo mnie wczesniej poprosic albo zostawic w spokoju. nauczka dla mnie. cwiczyc asertywnosc.

a ksiadz to juz w ogole ma u mnie przechlapane: mial przyjsc z koleda na 13.00, a zjawil sie . 13.55. bo go poprzednia rodzina na obiad zatrzymala. ok, zatrzymala (do stou przywiazal, czy co?), to sie dzwoni i uprzedza. za rok, jesli go zaprosze, podkresle, zeby przybyl na czas.