solidarnosc jajnikow i marsze

mowi sie o solidarnosci jajnikow – moze i jest, ale trudno mi sobie przypomniec jakas konkretna sytuacje, w ktorej bym te solidarnosc dostrzegla. predzej solidarnosc matek, choc z ta roznie bywa, bo wiadomo, kazda matka chce byc ta najlepsza;) sa tez marsze, manify, na ktorych pojawiaja sie rozne hasla.

ale jak przyjdzie do tematu ”tych drugich”, czyli kochanek, to ani solidarnosci jajnikow nie ma, ani manifestacji, w stylu ”lapy precz od mojego meza”, a przeciez az sie o to prosi…

temat kochanek tlucze mi sie po glowie od dluzszego czasu, bo jedna z moich blizszych kolezanek byla ta druga, a teraz przyszla kolej na Anneke…

mierzac ludzi swoja miarke, nie przypuszczalam, ze takie normalne dziewczyny, kobiety, z mojego otoczenia, mile, wydawaloby sie madre, wrazliwe, nie z rodzin dysfunkcyjnych, sa zdolne do relacji z zonatymi facetami. a jednak… gdy dowiedzialam sie o pierwszej kolezance, ze romansuje z mezem znajomej, ktorzy mieli juz jedno dziecko, a znajoma byla z drugim w zaawansowanej ciazy, wscieklam sie. wyrypalam brutalnie cala ”moja” prawde o takim zachowaniu, wykrzyczalam ”jak kobieta kobiecie moze takie swinstwo zrobic”, ”sama jestes matka, sama chcialabys byc kochana, dlaczego rozbijasz czyjas rodzine”, bardzo to przezylam. z czasem temat oswoilam i zaczelam dorastac do mysli, ze takie rzeczy nie przytrafiaja sie tylko patologii.

latwiej mi zrozumiec jednorazowy skok w bok. przytrafil sie. czlowiek jest tylko czlowiekiem… tak ludzi usprawiedliwiam. ale ciagnace sie latami czy miesiacami romanse i rozbijanie rodzin?

wczoraj Anneke niby z wyrzutami, niby ze smutkiem, ale jednoczesnie z blyszczacymi oczami, opowiedziala mi o swoim romansie z facetem, ktory wpada na dwie godzinki, glownie zeby sie pobzykac, a pozniej ucieka do swojej oficjalnej partnerki, z ktora mieszka. facet ponoc nie wie co robic, ktora wybrac. a ja twierdze, ze on doskonale wie co robi, ze on juz wybral: ma kobiete od prania, gotowania i utrzymywania domu i ma kobiete do lozka. co za luksus…

a Anneke rwie wlosy z glowy, bo jesc nie moze, spac nie moze, tylko na sms-y czeka i na swego ksiecia stojacego niespodzianie pod drzwiami. bo ksieza pojawia sie ot tak, kiedy mu pasuje, kiedy akurat ”ta od przyziemnych spraw” pojechala do kolezanki na caly dzien.

pytam Anneke: gdzie Twoja duma?, przeciez on Cie wykorzystuje – fizycznie i emocjonalnie, nie jest ci glupia przed tamta kobieta?, czy czujesz sie szczesliwa?, czy chcesz to ciagnac?

i slysze: czuje sie winna, nie jestem szczesliwa, zyje w niepewnosci, czuje tak samotna jak nigdy (bo swieta, nowy rok, urodziny bez ksieca u boku…), nie chce tego ciagnac, chce, zeby on zdecydowal, bo ja nie potrafie go odeslac.

przeciez on juz sie zdecydowal. jemu jest fajnie.

a Anneke wcale nie. tamta kobieta o niczym nie wie. jak sie dowie, tez szczesliwa nie bedzie.

pytam, czy to milosc. tak, to milosc, a czy mozesz mu zaufac? czy mozesz na niego liczyc? nie. no to gdzie ta milosc????? to tylko i wylacznie seks. i klamstwa.

po co to? po co sobie komplikowac zycie? po co komus rujnowac zycie?

gdzie ta solidarnosc jajnikow?

ja przede wszystkim ze wzgledu na te druga kobiete nie zdecydowalabym sie na romans. jak kobieta kobiecie moze takie swinstwo zrobic? gdzie kobieca empatia? wyparta przez egoizm? ale przeciez zaden egoizm, to raczej masochizm.

dlaczego nie ma marszow przeciwko ”tym drugim”? czy dlatego, ze to juz norma? czy dlatego, ze nie nalezy wtracac sie w zycie innych? dlaczego?

o ile nieszczesc byloby mniej, gdyby kobiety nie decydowaly sie na bycie kochankami i pocieszycielkami biednych, nierozumianych mezow…

jak to pojac?

potrafie zrozumiec, ze ktos jest chory psychicznie – choroba nie wybiera. psychiczna jest szczegolnie okrutna, bo trudna do rozszyfrowania przez osobe, ktora choruje, ale co chyba nawet gorsze, przez otoczenie. rozumie, ze osoba chora psychicznie moze zachowywac sie dziwnie – jednego dnia moze obrazac, drugiego sie kajac, trzeciego cierpiec na depresje, czwartego na leki, a po kilku tygodniach brania prochow na troche ”normalnieje”. taka osobe trudno lubic czy zrozumiec. chyba najlepiej trzymac dystans, choc nie zawsze latwo.

nie rozumie ludzi (zdrowych psychicznie), ktorzy nienawidza, a w swej nienawisci tak sie potrafia nakrecic, ze szczuja, wyzywaja, ublizaja, ponizaja. nie rozumiem ludzi, ktorzy z jednej strony wydaja sie byc wrazliwymi, swiatowymi, ponoc empatie maja, ponoc biednym pomagaja, a jak na ich drodze stanie chora psychicznie osoba, nie potrafia dostrzec bolemu tej osoby, tylko zamieniaja sie w stado hien, ktore sie wzajemnie podjudza, zeby dopiec, wyzyc sie, wyrzucic swe zlosci z ostatnich kilku miesiecy…

jak ciezko musi sie zyc z osoba, ktora nie potrafi zapomniec, przebaczyc, olac, nabrac dystansu. ciesze sie, ze nigdy nienawidzilam i mam nadzieje, ze nigdy nie znienawidze. straszne to musi byc uczucie i samopoczucie.

przyznam, ze taka nienawisc wywoluje u mnie uczucie… wstydu. wstydze za tych niby to kulturalnych, ktorzy nagle jadem zaczynaja strzykac. to tak jak z kultura przy stole: jak ktos kulturalny, to czy je sam, czy z rodzina czy z przyjaciolmi, bakow przy jedzeniu nie puszcza. ale sa i wybiorczo kulturalni, co to w domu nie bacza na domownikow. to sama z ta ”wrazliwoscia” i kultura. jak poslucham i poczytam, jak ludzie, ci niby kulturalni i wrazliwi, potrafia ”kulturalnie”, bez slow na k, oczywiscie, dopiec… to szydlo z wora wychodzi i juz wiem, ze oni to z tej ”kulturalnej” grupy co to baki w domu przy jedzeniu puszczaja..

w zyciu, jak kazdego pewnie, spotkaly mnie rozne niespodziewane przykrosci od osob, ktorych nie posadzalam o zloscilwosc czy zazdrosc (bo czego mi mozna zazdroscic?;)) ale wole zyc chwilami radosnymi, niz rozpamietywac, co kto mi kiedys powiedzial. dystans. to jest to co ulatwia mi sprawe. ale nienawisc, szczucie? jak mozna z tym spac, jesc, smiac sie, normalnie funkcjonowac? mnie by to zatrulo.

i zeby nie bylo, ze teoretyzuje;)

dzis zazdwonila Anneke. kilka razy probowalam sie z nia umowic na kawe – i nie dlatego, ze ja tego potrzebuje, bo akurat ja mam z kim pogadac i posmiac sie. proponowalam jej spotkanie, bo wiem, jak jest samotna. ale ona ciagle miala jakies trudnosci: a to pada deszcz, a to wieczorem spiewa w chorze, wiec rano nie moze wpasc, bo wieczorem bedzie zmeczona, itd… typwoe wymowki osoby z depresja, ksiami w nosie i jakimis zaburzeniami. na swieta wyslalam jej kartke z zyczeniami, z dopiskiem, ze mysle o niej. bo mysle. bo mimo ze o przyjazn trudno mowiec, to ja o bylych przyjaciolkach mysle. i zadzwonila. z placzem, ze szlochem, z samotnoscia. i jutro jade ja wysluchac. tylko tyle moge jej dac. ona mnie odrzucila, wkurzala, nie rozumiala, nie chciala nawet sprobowac zrozumiec. czy to powod, zebym ja ja odrzucila, kiedy mnie potrzebuje? dla mnie nie. jade jutro i zobacze. pewnie przez pol roku bedzie dobrze, a pozniej znow albo ja choroba zdominuje i znow bedzie mnie unikac albo bedzie tak dobrze, ze nie bedzie mnie potrzebowac… nie mysle o tym. teraz Anneke mnie potrzebuje. przyjazn to jak malzenstwo: na dobre i na zle. a co bylo i nie jest, nie pisze sie w rejestr. i tak mi sie najlatwiej zyje. tym bardziej, ze tyle wokol samobojstw i niespodziewanych smierci.

kryzys 7-letni?

pierwszy wpis w nowym roku fajny nie bedzie. bo o kryzysie malzenskim.

rozne zrodla roznie podaja, ale srednio, w 6-7 roku malzenstwa pojawia sie kryzys. nie wiem, czy to co u nas sie dzieje, moge juz nazwa kryzysem, do rozwodu nam jeszcze daleko, ale jedno jest pewne: luby mnie wkurza, ja jego i od pol roku pojawiaja sie dosc krotktrwale, ale klotnie.

do niedawna bylam dumna, ze my sie nie klocimy. no to juz dumna byc nie moge.

w razie rozwodu, zebym nie zapomniala:

1. kiedy dziecko podczas kapieli broi i zalewa cala lazienke, priorytetem dla lubego nie jest jak najszybsze osuszenie podlogi, zeby nie przecieklo do sasiadow, tylko: wyciagniecie  dziecka z wanny, dochlapanie jeszcze wiecej wody, bo najwazniejsze to od razu ukarac dziecko.

2. w sylwestra, o godzinie 23.55 luby konczy korekte grantu dla… kolegi (ktory pewnie w tym czasie szampansko imprezuje). za rok luby albo swietuje sam, albo idzie ze mna na impreze. albo wnosze wniosek o rozwod. juz mu powiedzialam, zeby z kolega sie ozenil.

3. w Boze Narodzenie, kiedy juz wszyscy siedza przy stole, luby wysyla e-maila, do tego samego kolegi, ktory raczyl podziekowac. powtorzylam mu, zeby sie ozenil z kolega. lubemu bardzo sie to nie podobalo! ciekawe, czemu?

4. mimo ze wielokrotnie prosilam, zeby taekwondo cwiczyc na podworku, luby trenuje 4-ro i 6-latka w zatloczonym pokoju rodzicow; cwiczeniom towarzysza dzikie okrzyki, ktorych 63-cio o 65-cio letni dziadkowie nie toleruja. 35-letnia matka tez nie znosi tych okrzykow i blaga o cisze, ale luby, po 7.5 latach malzenstwa ma to w d…

5. luby niszczy karton, ktory specjalnie odlozylam na ozdoby swiateczne – mowilam mu o tym conajmniej 3 razy, ale on oczywiscie nie slyszal. tak samo, jak nie slyszal, ze godzina na komorce jest w czasie letnim, przez co budzik nastawia na godzine 1.00 w nocy, zamiast 2.00, gdy mamy wracac do Polski.

6.  luby jadac z dzieckiem na rowerze, podskakuje na tylnej oponie.

7. przez ostatnie dwa tygodnie luby zaczynal dzien w ten oto sposob: 10-10.30 pobudka z bolem glowy/kregoslupa/nogi/ramienia/… (tu mozna wstawic wszystkie czesci ciala). o 11.00 wychodzi spod prysznica. pol godziny szuka stroju, nastepnie kolo 12.00 idzie sprawdzic e-maila. w tym czasie ja dostaje ochrzan od mojego taty, ze mezowi jeszcze sniadania nie podalam. okolo 13.00 luby zalega z bardzo zmeczona/znuzona/obolala/nieszczesliwa mina na kanapie i rozpoczyna czytanie kolejnej ksiazki. w ciagu 2-tygodniowych wakacji przeczytal 20 ksiazek (oczywiscie o ksiazki te ja sie musialam zatroszczyc, bo inaczej luby znowu dawalby zarobic empikowi, ktoremu jestem bardzo wroga. no i gdzie te 20 nowych ksiazek trzymac… mieszkania nie rozciagniemy). ja przeczytalam… 3. (czytamy z mniej wiecej ta sama predkoscia. rozni nas ilosc czasu przelezanego na kanapie i spedzonego aktywnie z rodzina).

ja tez spalam do 9.00-10.00, ale moj prysznic trwal 10 minut, moje ubieranie trwalo 5 minut, po czym robilam sobie (sama!) kawe w 2 minuty i z bardzo szczesliwa mina szlam przejac od mamy dzieci, ktore mama od 7.00 zabawiala tak, zeby bylo cicho, zebym ja i luby moglismy sobie pospac. dla mnie to szczyt luksusu, dla lubego… najwyrazniej nie. szkoda, bo jego mama tak nam nie usluguje…

wiecej juz mi sie nie chce pisac, bo jeszcze dojde do wniosku, ze o rozwod nalezy wystapic.

meza mam dosc.

przed rozwodem powstrzymuje mnie:

– nadzieja (glupiego?), ze to tylko ten rok, ze w 8-roku wszystko wroci do normy

– mowy pochwalne i dziekczynne wyglaszane dosc regularnie przez lubego pod moim katem

– prawie idealne podejscie do dzieci (oprocz wakacji, kiedy to luby ma rowniez wakacje od dzieci)

– to, ze nie jest sknerusem i mimo ze na kasie nie lezymy, nidy niczego mi nie zaluje

– poczucie wolnosci, bez ktorego bym sie udusila

wszystkiego!

za kilka godzin jedziemy. wiec:

RADOSNYCH

RODZINNYCH

ZDROWYCH

LENIWYCH I WYPOCZETYCH

ZAPLANOWANYCH BADZ SPONTANICZNYCH

 

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO

NA NADCHODZACE SWIETA BOZEGO NARODZENIA

I NOWY ROK 2013!!!


                                          Wasz czips

 

i znow w droge

dopiero co wrocilismy z letnich wakacji, a tu znowu pakowanie i lekki stres. i luby i ja denerwujemy sie, gdy mamy jechac tak daleko, tym bardziej, ze w Niemczech opady sniegu sa zapowiadane…

ja walizy juz spakowalam, ale jeszcze troche luznego bagazu bedzie, a wieczorem luby bedzie rozciagal naszego kochanego polka, zeby wszystko zmiescic;)

wczesniej chce zaliczyc jeszcze przedswiateczny bootcamp, biblioteke dla lubego, zeby mi sie w Polsce nie nudzil, zakupic dywano-przyjazna ciastoline i flamastry dla dzieci. kurtka (ta biala, oczywiscie) sie pierze, zaraz do suszarki wskoczy w tenisa pograc.

wieczorem dzieci i rodzice maja w szkole ”kerstavond”, czyli wieczor bozonarodzeniowy. wiec jeszcze te impreze musimy zaliczyc, tym bardziej, ze Bizon ma zagrac na skrzypcach kilka koled i… jingle bells, do ktorych juz chyba cala nasza rodzina ma uraz, bo tyle zesmy sie napilowali te komercje, ze mamy dosc. ale trudno, czego sie nie robi dla szkoly?

cos we mnie peklo po odejsciu Wandy/Moniki. ciagle kraca mi w glowie mysli o smierci. w czasie bozonarodzeniowym powinnam bardziej o narodzinach myslec, ale w tym roku adwent, czas oczekiwania, mi sie nie udal. mysle o smierci, przemijaniu, o zaswiatach, o tych co odeszli – zostalam w listopadowej zadumie i jakos nie moge z niej wyjsc.

w zeszla sobote Bizon gral koncert wraz z innymi uczniami juf Maaike – grali w domu starcow. swietny pomysl, wszystko ladnie poszlo, oczywiscie wzruszenie mnie lapalo, gdy widzialam te moja najmniejsza kruszyne wsrod starych wyg, wsrod wiolonczeli i innych, wiekszych skrzypiec. ale zlapal mnie tez zal, bo w tym samym czasie odbywal sie pogrzeb Moniki. tu radosc, muzyka, tam… lzy.

niby zycie toczy sie dalej, niby te same radosci, wsciki i klotnie dzieci, zakazane skakania po kanapie, odwiedziny znajomych, urodziny przyjaciol, szukanie prezentow, a jednak mysli sa inne.

mysle, ze ta podroz moze byc ostatnia, ze te swieta w 7-osobowym gronie moga byc ostatnie, mysle, kto nastepny… wszystko moze byc.

co ma byc, to bedzie…

 

p.s. po edycji, gdyby mi sie kiedys nagle odeszlo, prosze, nie drukujcie mojego bloga i nie obdarowujcie nim moich bliskich.

a zycie toczylo sie dalej…

ile razy slysze o smierci, slysze smutny glos Riedla: a zycie toczylo sie dalej…

okrutne zycie. okrutni ludzie. jedni oplakuja zmarla mame, zone, corke, siostre, a innym zycie toczy sie dalej.

patrze na zdjecia Moniki…

kiedy my cieszylismy sie z mikolajkow, ona lezala martwa. jej dzieci sie nie cieszyly. za rok pewnie zaczna sie cieszyc, ale juz inaczej.

dzis Bizonowi dentysta usunal ulamanego zeba. luby wlasnie zdaje egzamin na taekwondo. wczoraj odrzucono mu projekt europejski…

a ja mysle o niej…

wyjelam kartki swiateczne. kupilam je rok temu. w Polsce. bo wiedzialam, ze tu dostane tylko kartki z balwankami. czekaly caly rok. jedna miala byc dla Moniki.

jej rodzina dostanie od nas kartke. inna. zal mnie sciska, gdy na te kartke patrze. lzy plyna mimo woli. a moze  i zgodnie z wola? bo przeciez trzeba ten zal, zlosc i brak zgody wyplakac…

w sobote Bizon ma zagrac koncert. to bedzie koncert radosny. Bozonarodzeniowy! o tej samej porze rodzina bedzie zegnac Monike… ona urodziny Jezusa juz gdzie indziej bedzie obchodzic…

nie moge sie pogodzic z ta smiercia.

_____________

chcialabym miec czas na pozegnanie sie z bliskimi. nagle odejscia sa najokrutniejsze. trzeba miec czas… bo przeciez nie mozna tak nagle!

nie moge w to uwierzyc.

za szybko.

dlaczego?

 

mysle o Twoich dzieciach, ktore tak szybko beda musialy dorosnac…

mialas plany, marzenia…

jak to, tak nagle?

tak nie mozna!

spieszcie sie kochac ludzi…

ludzie sie spiesza z czym innym, mysla o prezentach, ubieraja choinki, wyciagaja dekoracje, mysla co piec na swieta, kogo zaprosic, czy na narty, czy do rodziny. dzis mialam sie zabrac do pisania kartek, m.in. do Ciebie… u Ciebie jest inaczej…

Ty juz wiesz jak tam jest. odpoczywaj. i czekaj.

Moniko, imienniczko – trudno mi uwierzyc, ze to dla Ciebie… [‚]

bez sil

opadlam z sil, energii na nic nie mam…zsumowaly sie przelatany, przepelniony towarzysko i organizacyjnie tydzien, jakies przeziebienie, lekka anemia, zbyt krotkie noce i jeszcze pms. i do tego nadmiar kawy i niezdrowego jedzenia, ktorym ”raczylam” sie w weekend.

no nic, od jutra: wysypiam sie, z nikim sie nie umawiam, nie obchodze zadnych mikolajkow, kawa tylko rano i tylko lekkie jedzenie.

coraz wiecej sygnalow od starzejacego sie cielska dostaje: m.in. sygnaly kulinarne. to juz nie te czasy, ze moglam najesc sie bezkarnie (no, kara byly ”tylko” ekstra kg….;)). ja milosniczna tortow, ciastek z kremem, bitej smietany teraz nie moge na nie patrzec. od samego patrzenia mnie mdli. nawet i czekolada mleczna juz mnie nie bardzo neci. niestety, wczoraj nie slodycze, ale dosc tluste dipy serwowane do miesa z fondue, na baze majonezu mnie dobily. tesciowa ”specjalnie dla mnie” kupila ciasto z kremem… najpierw odmowilam, dzis z grzecznosci kawalek zjadlam i to byl blad. bo na obiad byly frytki i smazone mieso z sosem sate, zero warzyw, ktorymi moglabym sie uratowac. po dwoch dniach takiego jedzenia, bez zielonej herbaty i surowych warzyw czuje sie chora.

wczorajszy wieczor mikolajkowy byl mily, jak zwykle posmialismy sie, kazdy wygladal na zadowolonego z prezentow. my z tesciowa zgadalysmy sie cichaczem, ze same sobie wybralysmy nasze prezenty od mezow:) ona wyszukala sobie piekna pizame, ktora z checia bym sobie i mamie kupila, wiec spytalam, czy nie wie, skad ta pizama pochodzi. tesciowa w smiech, ze wie, przyznala sie, ze sama sobie ja kupila. to i ja sie przyznalam, ze lubemu linka do zieloniutkiej torby e-mailem wyslalam:)

dostalam tez food processor – kto mi powie, jak sie toto po polsku nazywa???

w piatek na predce kupilam sobie dwie pary dzinsow, ktore w miare dobrze leza, ale to jeszcze nie to, czego szukalam. jednak stare sa juz tak wyswiechtane, ze noz na gardle mialam i wzielam to, co bylo.

po weekendzie i z powodu pmsa brzuch jak balon i strasznie boli… myslalam, ze bole @ to juz mlodziencza przeszlosc. ale wrocilo. w Polsce wizyta u ginekologa i usg koniecznie musze zaliczyc, bos sie zle ”tam” czuje.

 

 

akcja aparat

– mamo, to najpiekszniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostalem – powtarza wciaz Bizon i rzeczywiscie, pierwszy raz widze, jak bardzo cieszy sie prezentem. tzn. on zawsze sie cieszy, ale przez kilka godzin, a z aparatem praktycznie sie nie rozstaje.

widzac entuzjazm Bizona, jego zaciecie do robienia zdjec, postanowilismy, niezaleznie od tego, czy nam sie badziewie bez zoomu uda oddac czy nie, kupic Bizonowi lepszy sprzet;) za rozsadna cene, ale z zoomem, funkcja ”przeciwtrzesaca”, z lepsza lampa.

wczoraj luby nabyl wiec aparat, wieczorem podmienilismy, a rano luby opowiedzial Bizonowi bajeczke, jak to Zwarte Pieten aparat na lepszy wymienily.

wczoraj dostalismy tez e-maila ze sklepu z przeprosinami za bledna informacje w katalogu, z ktorego zamawialismy pierwszy aparat i mimo ze opakowanie jest rozciete, mozemy go zwrocic.

_____________

a propos zholendrzania sie. ja sie zholendrzylam. wczoraj mialam do wyboru: odsniezac smaochod i jechac nim po alkohol i inne przysmaki na wieczorna impreze albo objechac 3 razy na rowerze. oczywiscie, wybralam rower:DDD jezdzilam wiec brzdakajac flaszkami i smialam sie do siebie w duchu – moi rodzice w czolo by sie popukali i jeszcze by im mnie szkoda bylo, ze jak tak po tym sniegu;)

____________

a Szkrab zaliczyl wczoraj kapiel w lodowatej kaluzy. wpadl do nie caly: twarza w dol:/ ja prowadzilam rower, a on biegl (bo chodzic nie potrafi…) po zamarznietym sniegu. skad sie ta kaluza wziela, to nie wiem, ale nagle Szkrab sie posliznal i calym cialkiem runal do przodu. lod na kaluzy pekl, nawet troche buzie i rece podrapal Szkrabowi, przy okazji Szkrab napil sie tej obrzydliwej wody… na szczescie bylismy juz blisko domu jego kolegi, do ktorego zmierzalismy. mama kolegi dala Szkrabowi cieplutkie, ubranka, wykapalam go i usmiech sie na buzi pojawil:)

u nas juz byl!

sw. Mikolaj, ma sie rozumiec:)

najpierw przyszedl do szkoly. nie mam sily opisywac calej imprezy, ale opisze jeden szczegol, ktory co roku mnie urzeka. nauczycielka przygotowuje Mikolajowi liste z imionami dzieci i o kazdym dziecku cos pisze, ze Antonio jest Portugalii i mowi w tym jezyku, ze nasz Szkrab jest fanem lokomotywy-Tomka i jego przyjaciol z wyspy Sodor, ze Bizon umie ”cos specjalnego”, ze gra na skrzypcach. wiec Mikolaj wie, o czym z dzieckiem rozmawiac, a nie glupio pytac ”czy byles grzeczny w tym roku???”. dzieci maja plakietki z imionami, co oficjalnie jest pomoca dla mam pomagajacych podczas imprezy, a nieoficjalnie pomoca dla Mikolaja, ktory wola dzieci po imieniu, zaglada do swojej ksiegi i wyczytuje swe madrosci o danym dziecku. dzieci sa pod wrazeniem.

pieknie sie zlozylo, bo juz wczoraj w nocy zaczal padac snieg (szkoda, ze szybko topnial, ale rano dzieci mialy radoche widzac biale dachy) i tak sobie popadywal po trochu. do Szkraba kolega w koncu nie przyszedl, bo sie rozchorowal, ale Bizona zawiozlam do kolegi, gdzie bawili sie prezentem, jaki dostali w szkole: transoformersy z klockow lego. oto cala brygada: Bizon, Menno i jego mala siostrzyczka:

Bizon, jak widac, w stroju Czarnego Piotrusia, tylko buzia biala, nie uczarnilam go:)

z tym przebraniem Zwarte Pieta, dzieci mnie zaskoczyly. dla mnie to bylby obciach takie kiczowate ubranko zalozyc, a moim chlopcom strasznie sie taki stroj marzyl. wiec ktoregos dnia, kolo bucikow, zamiast slodyczy, staly paczuszki ze strojami Czarnych Piotrusiow. to byl SZAL!!! od razu sie wystroili i od soboty, kazdego ranka budzily mnie Zwarte Piety:) co wieczor, dzieci elegancko skladaly stroje na krzeselkach, w swoich pokojach, tak, ze rano nie slyszalam ani razu ”mamooooooo, gdzie moj stroooojjjj???”. jak chca, to potrafia dopilnowac swoich rzeczy;)

wczoraj stroje wypralam, bo dzis chlopcy mogli poparadowac przebrani do szkoly. oczywiscie nie obylo sie bez awantury – a jak awantura, to o Szkraba chodzi, bo Bizonkowe wycia juz do rzadkosci naleza (ufff…). Szkrab sie wsciekl i nie chcial zalozyc rajtuzek pod Zwarto-Pietowe spodenki (ktore sa z cieniutkiego weluru i na dodatek siegaja kolan). po domu pozwalalam im biegac z golymi lydkami, ale do szkoly kazalam zalozyc rajtki. ale Szkrab sie uparl, ze rajtuzy to dla ”dziecinek!!!”. na szczescie mialam rajtuzy w samochodziki i jak juz Szkrab sie przestal awanturowac,  pokazalam mu je. mimochodem pokazalam mu tez inne rajtuzki, z liskami, jezykami, wilkami i laskiem – sama slodycz, od dawna marzylam, ze je zobaczyc na Szkrabowych nozkach;) Szkrab dal sie zlapac na przynete: zachwycil sie liskiem i dal sobie zalozyc rajtki z motywami lesnymi. pozniej w klasie, podsluchalam, jak jeden kolega mowil ”ale masz fajne skarpetki”. Szkrab sie oczywiscie nie przyznal, ze to rajtuzy:D

wracajac do swietowania, to wieczorem Mikolaj przyszedl do nas do domu. a wlasciwie podrzucil pakunki do jadalni, na sciane, na ktorej kiedys byl kominek. tak sie zlozylo, ze gdy luby po pracy pojechal odebrac Bizona, bardzo padal snieg. Szkrab meczyl, zeby z nim wyjsc na ten snieg, wiec poszlam… a poszlam ochoczo, bo cel swoj mialam: atak na lubego i Bizona:D  najpierw porzucalismy sie ze Szkrabem, ale ja caly czas czujnie obserwowalam, czy luby nie nadjezdza (na rowerze, ma sie rozumiec!). i wyjechal zza zakretu. krzyknelam do Szkraba ”ATAAAAAK!!!””, Szkrab juz wiedzial co robic:))) zanim luby zsiadl z roweru, zanim zdjac Bizona, zanim rower zaparkowal, byl bialy jak balwan. mielismy radoche:D

my sie cieszylismy sniegiem, a w tym czasie Zwarte Piety podrzucily prezenty.

zasiedlismy do obiadu, dzieci nic nie zauwazyly, ale luby zagadnal, czy dzieci bawily sie w domek (bo prezenty lezaly przykryte kocem). dzieci ‚nieeeee”, zdziwione, co ten koc kolo bylego kominka robi… w koncu Bizona olsnilo:) bardzo szybko zjedli obiad:)))

z prezentami: Szkrab strzal w dziesiatke. Bizon tak srednio. tzn. Bizon baaaardzo sie ucieszyl z aparatu fotograficznego, ale… okazalo sie, ze w katalogu, z ktorego zabawki wybieralam, pojawil sie blad. napisane bylo, ze aparat ma zoom, a nie ma. w ogole aparat prymitywniejszy, niz to sobie wyobrazalismy z lubym, wiec sprobujemy go oddac i kupic cos lepszego, a Bizonowi powiemy, ze spotkalismy Zwarte Pieta i nam wymienil na lepszy aparat. nie wiem, czy uda nam sie ten aparat oddac, bo teoretycznie, nie wolno rozcinac plastikowego opakowania. ale… skoro w katalogu byl blad, to sprobujemy, luby e-maila juz napisal:)

prezenty prezentami, ale najlepsza zabawe dzieci mialy, gdy dorwaly… swieczki i zapalniczki. pozwolilam. dzieci wyjely z woreczka 100 swieczek i wszystkie sto zapalily. a pozniej gasily. godzine sie bawily w ciszy i skupieniu a ja siedzialam i czuwalam nad bezpieczenstwem.

po takim dniu dzieci zasnely w dwie sekudny:) a luby wrocil z taekwondo i zasnal w 2 minuty. a ja… powinnam isc spac, ale taka mam glowe przepelniona myslami, ze pewnie zdolam zasnac za 2 godziny:/