zholendrzyc Holendra?

z Holendra to moj luby tylko rysy ma.

bo tradycyjnej potrawy holenderskiej, ktora ja bardzo lubie (choc brzuch po niej rosnie;)), nie lubi. no, z laska zje, ale mini porcje, ktora po godzinie czyms musi uzupelnic. a potrawa ta jest stampot. w skrocie: ziemniaczane puree zmieszane z gotowanym lub posmazanym warzywkiem i najczesciej slono-plastikowa kielbaska na wierzchu. kielbaski to i ja nie lubie, ze wzgledu na te plastikowa strukture i chemiczny smaczek, ale zastepuje ja na ogol kielbaska jagnieca i gra. kielbaske mozna tez zastapic boczkiem albo innym miesem duszonym, ale wersja z kielbasa jest najszybsza.

moje ulubione stampoty to puree z dodatkiem czosnku, cebuli i endywii oraz tzw. hutspot, czyli puree z  cebula i marchewkowa wyglada mniej wiecej tak: http://en.wikipedia.org/wiki/Hutspot

jest to obiad ekspresowy i takie wlasnie potrzebuje na ten tydzien, bo stety badz niestety, tydzien ten obfituje w rozne spotkania i w domu bywac bedziemy tylko wieczorami – z jednej strony lubie, z drugiej strony mam jakis przesyt w byciu towarzyska i najchetniej spedzam czas sama. ale trudno, jutro w szkole trzeba pomoc z dekoracjami, prezentami, kulinariami, w srode bede zabawiac do poludnia dzieci szkolne z okazji imprezy mikolajkowej, pozniej Bizona zawiezc do jednego kolegi, do Szkraba przywiezc innego kolege, a na 17.00 zawiezc Bizona na taekwnodo. w czwartek idziemy do znajomej, a wieczorem impreza u nas, ktora pewnie rano na szybcika przygotuje:/ – lubego wspolpracownicy przyjda do nas swietowac mikolajki. co wieczor musze z Bizonem intensywnie skrzypce cwiczyc, bo bedzie gral w szkole i za niecale dwa tygodnie koncert swiateczny z uczniami pani od skrzypiec. w piatek po szkole lekcja skrzypiec, urodziny Malinci i na koniec taekwondo. w sobote… o sobocie juz sie boje myslec bo nie wiem, jak ja Bizon przezyje po calym tygodniu atrakcji. o 9.00 proba skrzypiec, o 11.15 plywalnia, a po poludniu mikolaj u tesciow dla dzieci, wieczorem dla nas, doroslych, przy fondue, winku, z wierszykami, jak co roku. mysle, ze w niedziele bedzie wielkie wycie Bizona = odreagowywanie;)

no ale mialo byc o zholendrzaniu Holendra;) kiedy luby zobaczyl hutspota, skrzywil sie. postraszylam go, ze zrobilam na dwa dni, a pojutrze ugotuje gar stampota z endywia:DDD

druga cecha holenderska to oszczednosc. no coz, u nas kase zarabia luby, ale ja nia rozporzadzam, bo przy talencie lubego, pieniedzy zabrakloby w polowie miesiaca;) ja mam weza w kieszeni, choc… na ubraniach oszczedzac nie potrafie;) dlatego mam ich umiarkowana ilosc;) w sumie, to dobrze, ze luby lekka reke ma, bo ze sknerusem to ja bym sie wykonczyla. mialam takiego ”narzeczonego”, ktory przy lampce wina w winiarni (za ktora ja placilam!), potrafil wyliczac, jak to oni w tej winiarni zdzieraja, bo ta lamka wina kosztuje tyle samo co butelka tego wina w sklepie:/ tego wieczoru zrozumialam, ze dla nas przyszlosci nie ma. tak wiec, oszczedna to ja probuje byc, w przeciwienstwie do lubego, ale od sknerusow z daleka!

no i jeszcze ten zimny chow holenderski… tu meza zholendrzac nie chce. jest tak cieplym ojcem i mezem, ze tylko moge dzieciom i sobie pozazdroscic i zyczyc nam, by nigdy sie nie zholendrzyl.

 

 

ten okres:)

lubie ten przedswiateczny czas. niby jesien i zima nie sa przyjaciolmi moich zatok, ale w tym roku, jej, zeby nie zapeszyc, jest dobrze! pogoda ladna, mrozno, ale sucho (!!!), a zatoki do tej pory podeszly mnie tylko raz, ale szybko je okielznalam.

ciesze sie, ze mam czas, zeby delektowac sie poszukiwaniami prezentow, choc delektuje sie troche na sile:DDD bo ja nie jestem baba uwielbiajaca bieganie po sklepach. troche wiec biegam, troche zamawiam przez internet.

przed chwila zamowilam dla Mamy obrus, w koncu znalazlam klasyczny, ale nie staroswiecki i co najwazniejsze z mozliwoscia uszycia na miare stolu. obrus bedzie mniej wiecej taki:

http://www.lnianyzaulek.com/pl/sklep-internetowy-eshop.html?page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&product_id=256&category_id=47

na zdjeciu tego nie widac, ale ma to byc sniezna biel:) zaluje, ze na owal nie mozna zrobic szerszej listwy, ale trudno, jakby sie mial zle ukladac… wierze fachowcom i zamowilam taki, jaki ma ladnie wygladac.

Bizon marzyl o aparacie fotograficznym i dostanie:) moze w koncu bede miala wiecej zdjec, bo na razie, to ja jestem nadwornym fotografem i ze zdjec wynika, ze dziecmi zajmuje sie tylko tatus;) Oprocz tego, w tajemnicy przed lubym (he, he) kupilam Bizonowi… krosna:DDD bo Bizon jak widzi, ze ja na drutach cos dziergam, bardzo chce dziergac ze mna, a ja jeste mankut i nie potrafie mu wytlumaczyc, jak praworeczna osoba powinna drutami machac. gdy szyje, Bizon mi asystuje i od czasu do czasu pozwalam mu uszyc cos prostego, typu woreczek na kulki. mysle, ze ucieszy go mozliwosc tkania. krosna sa malutkie, ale i Bizon jest malutki:) no i… worek treningowy z rekawicami. to tak, w nawiazaniu do sporotwego ducha Bizona i jego fascynacji teakwondo – niech kopie w worek, a nie brata;)

a Szkrabusiowi Mikolaj podaruje ruchomy dzwig, ktory bedzie pomagal budowac nowe kombinacje torow dla Thomasa i jego przyjaciol. Do tego nowe wagony towarowe i przejazd kolejowy.

jak rozne sa nasze dzieci… Bizon dostal drewniane tory na swoje drugie urodziny i rzadko sie nimi bawil. on od malego lubil ruch. Szkrab za to, odkad tylko potrafi pelzac, lapie za tory i pociagi, snuje wodze fantazji, czesto nawiazuje do bajek o Tomku, mowi do siebie, do wagonow, nasladuje rozne glosy, w zaleznosci od tego, ktora lokomotywa wlasnie przemawia – lubie podsluchiwac te jego historie.

luby dostanie ochraniacze na teakwondo, bo zarazil sie pasja od Bizonka i zapisal sie do tego samego klubu. w marcu dolaczy do nich Szkrab. ja nie;)

tesciowi kupimy stacje meteorologiczna do jego domku w ogrodzie, a Szwagierce torbe na sprzet do dziergania, bo zlapala bakcyla robienia na drutach.

tesciowej w tym roku nie mamy na liscie – od zeszlego roku losujemy po 2 osoby. ja wylosowalam lubego i szwagierke, a luby mnie i tescia. ja lubego-Mikolaja poprosilam o zielona, olbrzymia torbe Esprita i juz lezy w szafie:)

wczoraj kupilam piekna (przynajmniej mnie zachwycila:)), recznie malowana bombke dla nauczycielki Szkraba, bo odchodzi na emeryture. mysle, ze taka sama dokupie dla nauczycielki od skrzypiec, jako prezent swiateczny.

mam tez juz prezenty na ”firmowego’ mikolaja lubego, ktory odbedzie sie za tydzien u nas w domu.

musze jeszcze znalezc cos dla Taty i brata, ale na to mam jeszcze czas.

do tego powinnam kupic sobie dzinsy. i tu jest problem, bo nienawidze kupowac spodni. wynika to z mojej dziwnej figury – juz kiedys pisalam: jak spodnie dobre w biodrach, za ciasne w pasie, jak dobre w pasie, wisza mi na tylku i w udach… tak, spodnie na pajaka kupic… o wiele latwiej spodnice. niestety, moje ukochane dzinsy, ktore nosze juz od 3 lat, przetarly sie tak, ze prawie przeswituja…

wczoraj pojechalam tez ze skrzypcami Bizona do wypozyczalni, bo kilka czesci zaczelo sie psuc. pani ochrzanila mnie za malutkie naklejki, jakie nauczycielka Bizona przykleila do smyczka (jedna, wielkosci glowki szpilki…) i do szyjki skrzypiec, zeby Bizon wiedzial, gdzie klasc drugi palec (cieniutki paseczek, 2 mm szerokosci). dowiedzialam sie, ze to niepedagogiczne, ze to nie uczy dziecka szacunku do instrumentu, a na koniec pani dowiedziala sie ode mnie, ze nauczycielka Bizona jest jej… przyjaciolka:DDD wieczorem wyciagam skrzypce, zeby cwiczyc z Bizonem, a tu.. podporki na szyje nie ma!!! a gumki od tej podporki byly naprawiane. pani tak sie skupila na naklejkach, ze podporki do futeralu nie wsadzila… gral wiec Bizon bez podporki, a dzis pewnie ochrzan od nauczycielki dostane… ech… kosztuja mnie te skrzypce czasu, energii i cierpliwosci, ale efekty sa. i nauczycielka Bizona, i ja jestesmy pod wielkim wrazeniem postepu, jaki Bizon zrobil w ciagu roku.

dzis piatek – mieslismy z lubym rano biegac, ale luby wstal chory:/ boli go gardlo, glowa, widzialam, ze zle wyglada, wiec mu odpuscilam. sama biegac (jeszcze) nie lubie, wiec chyba tylko brzucho z dvd pomecze;)

mowisz, masz…

na fitnessie instruktor pyta po jakis 45 minutach wycisku czy mamy jakies zyczenia. a ze akurat w moja strone popatrzyl, rzucilam z nadzieja: spekjes? czyli… boczki;)

reszta pan pokiwala twierdzaca glowami, tak, ”spekjes, spekjes”, co w sumie mnie zdziwilo, bo mi sie zawsze wydaje, ze kazda wciecie jak osa w talli ma, tylko ja taki pajak (chude konczyny, mala glowka, przyczepiona do olbrzymiej kuli).

jak nam Tom zafundowal cwiczenia na ”spekjes”, to czuje, ze oka w nocy nie zmruze:/ cos sobie w bokach ponaciagalam, tak, ze nawet glebiej oddychac nie moge. a co dopiero na boku spac czy sie z boku na bok przewrocic.

mam nadzieje, ze pozostale panie z grupy mnie teraz nie przeklinaja…bo ja oczywiscie Toma przeklinam;)

chcialas babo ciepla kurtke?

to masz. po miesiacu noszenia biala kurtke trzeba wyprac. kurtka ciepla, bo piorami napchana. prac lubie, wiec problemu nie widzialam. ale przypomnialam sobie, ze pani w sklepie dala mi jakas ulotke dotyczaca prania, od kilku dni szukalam wiec ulotki. wszystkie szuflady przetrzanelam, a ulotki niet. w koncu poszlam do sklepu z chemia i spytalam sprzedajaca, czy maja jakis specjalny plyn do prania kurtki z pierzem. pani galy zrobila, nie miala pojecia, ze cos takiego istnieje. na basenie, gdy dzieci sie uczyly plywac, a sie lenilam, olsnilo mnie, ze w kurtce jest mala wewnetrzna kieszonka, do ktorej ulotke wpakowalam, zeby jej nie zgubic;)

na ulotce nazwa plynu i rodzaj sklepu, w ktorym plyn mozna kupic. do tego, info, ze do pralki i do suszarki nalezy wrzucic pilke tenisowa, zeby ”rozbijac” pierze, ktore ma tendencje do robienia glutow w kurtce.

dzwonie do tesciowej, czy slyszala kiedys o takim plynie i sieci sklepow. tesciowia wymienila mi kilka nazw sklepow, do ktorych powinnam pojechac, ale najwyrazniej, ja w takich sklepach nie bywam. dzwonie wiec do lubego, czy wie, gdzie np. sklep Bever sie znajduje. na szczescie luby wie i opisuje mi trase.

po lekcji plywania luby jedzie ze Szkrabem do tesciow, ja Bizona odwoze na urodziny, a sama ruszam w poszukiwaniu Bevera i magicznego plynu do prania kurtek z piorami.

znajduje, plyn na szczescie jest. teraz trzeba kupic pileczke tenisowa. oczywisice jednej sie nie kupi;) kupuje wiec cala paczke, z 4 pileczkami.

jade do domu, nastawiam pralke, wrzucam kurtke, pilke, plyn i drze, zeby pilka nie zafarbowala mi kurtki na zolc…

pranie wyszlo. teraz kurtka tlucze sie z pileczkami w suszarce. wrzucilam dwie pileczki, niech dobrze mi pierze utlucze;)

i tak to sobie dogodzilam. zamiast kupic zwykla, czarna kurtke, ktora sie pierze raz na sezon, to ja nie dosc, ze biala, to jeszcze z takimi wymaganiami co do prania.

plyn i pileczka do tenisa to nic, ale co, gdybym suszarki nie miala??? bo kurtke nalezy suszyc w suszarce z pileczkami tenisowymi!!!

dobrze nam:)

namowilam lubego, zeby w piatki rano szedl do pracy godzine ”spozniony”. po co? zeby razem biegac. bo mimo ze luby ode mnie wyzszy, to mamy podobne tempo, a jednak bieganie razem mobilizuje i zawsze to razniej:) wiec pobieglismy. na dzien dobry jakies 2.5 km. bardzo milo zaczety dzien.

kiedy przyjechalam z chlopakami po 18.00 do domu, czekal na mnie piekny kwiatek w doniczce. ot, tak, ”bo mnie kocha”. gest piekny, rozczulil mnie luby, ale  wzruszyla mnie tez reakcja dzieci. byly zachwycone, ze tata kocha mame. z autopsji wiem, jak bardzo dzieci potrzebuja harmonii miedzy rodzicami.

i bezwstydnie wyznam, ze po tym porannym biegu, po kwiatku i calusie, mam ochote na cos wiecej:DDD

mielismy nie pic wina do konca roku… a tam;) poleje;)

_____________

wczoraj byla wywiadowka. lubie chodzic na te wywiadowki:))) chodzimy razem z lubym (zawsze to razniej;)), a dzieci bawia sie na korytarzu z innymi uczniami, ktorych rodzice nie maja babci pod reka. podoba mi sie indywidualny system tych wywiadowek: 10-15 min rozmowy rodzice-nauczyciel. dzieki temu nie padaja ogolniki, nazwiska, tylko nauczyciel opowiada rodzicowi o dziecku. przygotowanie do takiej wywiaowki zabiera nauczielowi sporo czasu, bo kazdemu dziecku musi wystawic ocene opisowa, ale doceniam to indywidualne podejscie.

Bizon – same peany…

Szkrab – prawie same peany. Szkrab nie moze spokojnie usiedziec na krzeselku, gdy sa zejecia w koleczku. nie martwi mnie to. ja go rozumiem, rozgrzeszam i nie powtorzylam mu tej skargi, bo kiedy bylam swiadkiem tych zajec w koleczku, to sama malo wsciku nie dostalam;) Szkrab, podobnie jak ja, musi miec mozgownice albo rece czyms konkretnym zajete. musi byc akcja. jesli pani nauczycielka sennym tonem pyta dzieci, jaka jest dzis pogoda, a dzieci odpowiadaja na ogol tak cicho badz niewyraznie, ze ja pojecia nie mam co ono mowi, to efekt jest taki, ze kolejne dzieci powtarzaja te sama odpowiedz, pozostale dziec, te niedpouszczone do glosu zaczynaja sie nudzic, gibac, kolysac i przeszkadzac. nauczycielka powinna powtorzyc po dziecku: tak, Basiu, pada deszcz – zeby wszystkie dzieci wiedzialy, co powiedziala Basia. a nauczycielka nie powtarza, wiec efekt taki, ze nastepne dziecko powtarza niewiadomie to, co wyszeptala przed nim Basia, co wyseplenila przed Basia Kasia, itd.). robi sie nuuuudnoooo i Szkrabowi chodza nozki, raczki, glowka, tylko pupa jakims cudem tkwi w krzeselku;)

w ogole, zauwazylam, ze Szkrab podobnie jak ja, ma trudnosci z utrzymaniem konczyn w bezruchu: w lozku, dopoki nie zasniemy, chodza nam stopy, w kosciele musimy sie troche pogibac na boki, czytamy ksiazki, rysujemy, a nozki pracuja… moja mame zawsze to troche irytowalo, a ja… sie smieje. moja krew.

no coz, glupio mi instruowac nauczycielke z wieloletnim doswiadczeniem, idaca juz niedlugo na emeryture, w czym rzecz, wiec olalam to:)

najprawdopodobniej w lutym Szkrab zostanie przeniesiony do drugiej klasy, do jego ukochanej juf Karin, ktora uczyla go od marca do czerwca, ktora Szkraba w miesiac rozgryzla, rozpracowala i wiedziala, jak go podejsc, zajac, wyciszyc. wiedziala, czego sie moze po nm spodziewac i jak wyegzekwowac np. spokojne siedzenie. juz czekam na luty…

mamy plywaka!

drugi dzis wpis, ale musze odnotowac na goraco:) jest, Bizon zdal egzamin z poziomu B, od soboty chodzi na lekcje na poziomie C.

przyznam, ze samo patrzenie na to, co te maluchy wyczyniaja, zmeczylo mnie. Bizon jeszcze bardziej – pierwszy raz w zyciu sam zadecydowal, ze pojdzie juz spac. i jak nigdy, juz o 19.00 pochrapywal slodko przez sen:)

co musza zaliczyc dzieci na poziomie B?

w ubraniu (dlugie spodnie, bluzka z dlugim rekawem i buty, moze byc tez sukienka, ale Bizon nie skorzystal z tej opcji;)):

– skok do wody, doplyniecie zabka do ”mostka” poloznego na wodzie, nur, przeplyniecie pod woda pod mostkiem (ok. 2 metry dlugosci), dokonczenie dlugosci basenu zabka na brzuchu.

– 25 metrow zabka na brzuchu, dryftowanie w wodzie w pionie przez 15 sekund, kawalek zabka na brzuchu, przewrot na plecy, 25 metrow zabka na plecach i ”wyciagniecie sie” samemu z basenu na brzeg (nie wolno korzystac z drabinek – ja bym sie w zyciu nie wygrzebala:/)

w kapielowkach:

– skok na glowke, nur, 6 metrow pod woda, doplyniecie do zanurzonej w wodzie plachty imitujacej lod, wyplyniecie przez ”przereble”, czyli dziure w plachcie, doplyniecie do konca basenu zabka. wyciagniecie sie z wody.

– skok, 75 metrow zabka na brzuchu, 75 metrow na plecach. wyciagniecie sie z wody.

– skok i dryfowanie na powierzchni wody glowa w dol przez 5 sekund, zabka do polowy basenu na brzuchu, dryfowanie na wodzie przez 10 sekund, doplyniecie do konca basenu zabka na brzuchu. wyciagniecie sie z wody.

– dryfowanie na powierzchni wody na plecach przez 5 sekund, zabka do polowy basenu na brzuchu, dryfowanie na plecach przez 15 sekund, doplyniecie do konca basenu zabka na plecach. wyciagniecie sie z wody.

– skok, 10 metrow crawlem na brzuchu, odwrocenie sie na plecy, dokonczenie basenu crawlem na plecach. wyciagniecie sie z wody.

– skok, dryfowanie w pionie przez 30 sekund przy uzyciu rak i nog, zabka, obrot wokol wlasnej osi o 180 stopni, dryfowanie w pionie, 30 sekund, tylko za pomoca nog (raczki do gory, machanie do publiki).

ja bym tego egzaminu nie zdala. i nieskromnie powiem, ze bardzo jestem dumna z mojego malego plywaka. taki malusi, chudziusi (18 kg… 6 latek!!!), ale zawziety, sprytny i wbrew temu, co sugeruje drobniutka postura, silny.

na dodatek, zeby bylo smiesznie, Bizon w 2×75 metrowej zabce wskoczyl do wody jako ostatni, co sobie nauczycielka musiala przyuwazyc. bo gdy wyplynal jako ”srodkowy”, pani pytala go ile okrazen basenu zrobil, bo nie byla pewna, czy on sobie jednego okrazenia nie odpuscil:DDD ale inni egzaminatorzy dobrze pilnowali, liczyli i jeden z panow szybko pobiegl ”bronic” Bizona przed dodatkowa rundka:)

historie opowiedziec trzeba!;)

poszlam wczoraj z Bizonem na zastepcza lekcje plywania, zeby nauczyciel mogl sprawdzic, czy Bizon moze przystapic do egzaminu. wczesniej prosilam lubego, zeby zadzwonil do koordynatora lekcji, zeby jednorazowo przeprogramowal wejsciowke Bizona z soboty na wtorek, bo inaczej ja bede musiala cala historie przy okienku kasowym opowiadac, tlumaczyc i prosic, zeby mi otworzono bramke. a ja sie zawsze troche strsuje, gdy dzieci wokol mnie tancza, a ja musze tlumaczyc cos komus siedzacemu za szklana szybka, mowiacego do mikrofonu, przez co slowa zawsze sa troche znieksztalcone, a na dodatek za mna rzadek niecierpliwiacych sie ludzi, ktorzy chca kupic bilet basen czy lodowisko. luby zadzwonil, wejsciowke na wtorek uaktywniono, wiec pojechalam spokojna.

podchodze do bramki, okazuje sie, ze musze dokupic nowe lekcje (placi sie za 8 lekcji i jak sie je wykorzysta, nalezy dokupic kolejne 8, i kolejne, itd.). poszlam do kasy, prosze o doladowanie Bizonowi wejsciowki, place i widze, ze cena jest nizsza niz w sobote, kiedy to kupowalismy lekcje dla Szkraba. pytam pana, dlaczego jest taniej, a pan na to, ze lekcje w sobote sa drozsze (hmmm, nikt nam tego nie powiedzial, a na stronie internetowej byla do niedawna jedna cena… musze wiec to jeszcze sprawdzic, bo roznica, przy dwojgu dzieciach, w ciagu 1-2 lat jest spora).

ale Bizon oficjalnie tez jest ”sobotni”. a ja uswiadomilam sobie, ze wlasnie kupilam lekcje wtorkowe.

i w tym momencie wiedzialam, ze musze panu opowiedziec cala historie:) ze Bizon byl w sobote chory, ze nauczyciel kazal mezowi przyjsc z Bizonem we wtorek ”odrobic” te lekcje, ale ze takiego odrabiania sie normalnie nie praktykuje, wiec pan w kasie byl zdziwiony wiec ja dalej tlumacze, ze to wyjatkowo, bo chodzi o wytypowanie do egzaminu. a ktorego egzaminu? a na dyplom B.

na szczescie udalo mi sie jasno wyslowic, pan tez okazal sie byc pomocny, wiec kazal mi doplacic brakujaca kwote i… wtedy okazalo sie, ze przez przypadek usunal Bizona z systemu. wykasowal go z lekcji wtorkowych, nie bylo go tez na lekcjach sobotnich i pan nie wiedzial jak Bizona z powrotem na te lekcje wpisac.

wiec zawolal szefowa.

w skrocie opowiedzial jej co sie stalo, ale ja i tak, od poczatku mialam cala historie opowiedziec;) opowiedzialam i pani problem rozwiazala.

cala koleja ludzi stajacych za mna przebierala niecierpliwie nozkami, a przy okazji wysluchali mojej historii dwa razy;)

dzieci szalaly… jak mam przy sobie jedno dziecko, potrafi ono stac grzecznie przy mnie i obserwowac spokojnie co sie dzieje. kiedy mam dwoje dzieci, nakrecaja sie, a to berek, a to zarciki, a to ktorys cos na drugiego powie i sie przepychaja, popychaja, wariactwo. na szczescie wczoraj zupelnie sie wylaczylam;) olewalam dzieci, tylko na spokojnie opowiadalam swoje historie. w pewnym momencie, juz mi sie smiac chcialo z tgo absurdu. myslalam, ze luby wszystko zalatwil, ale oczywiscie, nic nie moze byc takie proste, jak by sie chcialo;)

Bizon lekcje zaliczyl i zostal zakwalifikowany do egzaminu.

wiec dzis impreza:)

wiataj mikolaju, zarazki zegnajcie!

w sobote powitalismy Sw.. Mikolaja, ktory jak co roku przybyl lodzia z Hiszpanii wraz ze swoimi pomocnikami, Zwarte Pietami (czyli Czarnymi Piotrusiami). rok temu i chyba dwa latemu opisalam dokladnie jak to sie Mikolaja u nas wita, wiec nie bede sie powtarzac. roznica byla taka, ze dzieci starsze i bardziej swiadomie przezywaja ten dzien, bardziej ciesza, w koncu spiewaja piosenki, wyciagaja raczki do Zwarte Pietow, zeby dostac peppernoten (czyli male pierniczki, wielkosci guzika).

kiedy Bizon byl w wieku Szkraba, czyli mial 4 lata, bierniej przezywal ten dzien i cale to wokol Sinterklasowe zamieszanie. troche mnie to dziwilo, ale myslalam, ze moze jeszcze za maly na jakies ekscytacje. za maly to on moze byl, ale raczej na okazywanie swych odczuc. teraz Bizon jest bardzo podniecony cala ta mikolajowa atmosfera, a mlodszy brat uczy sie od starszego, i probuje mu dotrzymac kroku:) dzieki starszemu bratu, 4-letni Szkrab wyspiewuje piosenki, cieszy sie z peppernotjes, komentuje wyczyny Zwarte Pietow, macha radosnie Mikolajowi paradujacemu na koniu, liczy ile razy Mikolaja widzial, liczy ile peppernotjes dostal, komentuje instrumenty – ma z kim. ma brata, z ktorym moze na dzieciecym poziomie pogadac. nie myslalam o tym, gdy Szkrab byl jeszcze maly, gdy witalismy Mikolaja tylko z Bizonem – przeciez my tez z Bizonem rozmawialismy, ale byly to bardziej nasze monologi;) Bizon odpowiadal na pytania, Bizon grzecznie machal raczka jak mu podpowiedzielismy, ale nie ekscytowal sie peppernotami. moze taki charakter, a moze brakowalo mu towarzystwa, bo ani kuzynostwa starszego nie ma, ani za bardzo kolegow (teraz juz tak;)).

Mikolaj powitany, wiec dzieci wystawiaja wieczorem buty, do srodka wkladaja marchewke (dla Amerigo – konia Mikolaja), a rano biegna sprawdzic, co Mikolaj w nocy do bucika wsadzil. w tym roku wsadza tylko slodycze. w zeszlych latach dzieci dostawaly drobne prezenty, typu naklejki, ale w tym roku ”Mikolajowi” sie nie chcialo po sklepach chodzic…:/

___________________

Szkrab przyniosl ze szkoly rysunek, podpisany ”fabryka”. jest fabryka, wielki gmach, kominy, dym – chwale wiec i pytam Szkraba:

– a co w tej fabryce produkuja?

– jak to cio! dym! nie widzis??? – pyta oburzonym tonem Szkrab

no rzeczywiscie, takie kleby dymu narysowane, a matka sie glupio pyta;)

_________________

w sobote nie wyslalam Bizona na lekcje plywania, bo podziebiony chodzi. ale Szkrab z lubym pojechali. luby wraca z wiadomosciami, ze lista z dziecmi do dyplomu B jest gotowa, bo w srode egzaminy! a Bizon nie byl na lekcji, nauczyciel nie mogl ocenic, czy jest wystarczajaco przygotowany do egzaminu – na szczescie zaczepil lubego,, wytlumaczyl, ze na razie nie moze Bizona na liste egzaminacyjna wsadzic, ale chcialby, zeby Bizon przyszedl we wtorek ”odrobic”’ lekcje i wtedy zdecyduja, czy sie na egzamin nadaje. z tego, co ostatnio widzielismy, Bizon swietnie sobie radzi, wiec chcielibysmy, zeby przeszedl na nastepny poziom, bo szkoda czasu i kasy na ”mekolenie” poziomu B. wczoraj luby poszedl wiec z Bioznem na basen, zeby jeszcze go przecwiczyc. dzis Bizon wstal ze szklanymi oczkami i podciagajc nosem:/ kurcze, zeby wytrzymal do tej srody…. syrop z cebuli zrobilam przed chwila – bede Bizona poic, moze jakos wygnam zaraze…

czasem do smiechu, a czasem nie.

smiejemy sie z lubym z Bizona, bo strasznie przezywa ”Wiadomosci” dotyczace Sw. Mikolaja, ktory wlasnie plynie z Hiszpanii do Holandii. Co roku, na kilka dni przed przybyciem Mikolaja, telewizja holenderska wydaje wiadomosci, w stylu wiadomosci dla doroslych, w ktorych pani prezenterka z wielka powaga opowiada, jakie to perypetie danego roku dopadly Swietego i jego pomocnikow, czyli Czarnych Piotrusiow.

W tym roku Mikolajowi zepsula sie lodz… wczoraj Bizon chodzil caly wieczor zmartwiony i na glos rozmyslal jak ten Mikolaj, jego pomocnicy i wszystkie prezenty dotra do Holandii!!!

W pewnym momencie czlowiek lapie sie, ze sam w to sie daje wkrecic, jakby rzeczywiscie te wiesci byly prawdziwe:DDD

jesli ktos ma ochote obejrzec, to prosze bardzo:

http://sinterklaasjournaal.ntr.nl/#/home

____________

usmialam sie tez rano, gdy Szkrab lezacy oczywiscie w moim lozku, pogladzil mnie raczka po pizamie i stwierdzil milutkim glosikiem:

– ladna masz ta pizamke – grzecznie podziekowalam za komplement i walczylam, zeby nie parsknac.

__________

nie do smiechu mi bylo, gdy wyjelam z torby pudelko z dzis zakupionym fenistilem (bo oczywiscie opryszczka mnie upiekszyla:/). okazalo sie, ze wydalam prawie 9 euro na… puste pudelko. ktos w sklepie ukradl tubke z pudelka. tak, zasponsorowalam komus kuracje. pal licho kasa, opryszczka dokucza, a ja nie mam lekarstwa. luby na taekwondo, dzieci spia i nawet nie mam jak skoczyc do sklepu po nowe opakowanie (z zawartoscia).

_____________

a juz w ogole wyc mi sie chcialo, po tym jak ukaralam Szkraba i wyslalam go na glodniaka o 18.00 spac, bo tak bardzo grymasil przy jedzeniu. ja rozumiem, ze jest przeziebiony, ze moze go bolec glowa, gardlo, ze moze byc podirytowany. ale jego jeki o wszystki i nic, trwajace od poniedzialku, wypompowaly mnie psychicznie. tym bardziej, ze akurat przy stole wiecznie sa jakies cyrki ze Szkrabem… w koncu sie przelalo, zabralam mu talerz, przynioslam pizame, luby go w te pizame na sile wcisnal i do lozka zagnal.

strasznie nie lubie takich akcji. on sie splakal, ja prwie tez, Bizon zestresowany wcinal i siedzial cicho jak trusia (no super klimaty do jedzenia obiadu:/)…

i cos czuje, ze jutro chlopakow nie puszcze do szkoly, bo przeziebienie zaczyna przechodzic w chorobsko.

az do zemdlenia:)

zaliczylismy dzis Sw. Marcina.

chlopcy zrobili lampiony w szkole, ja dokupilam do nich swiecaca ”wkladke”, od tygodnia duecik cwiczyl roznorakie piosenki i w koncu ndaszedl ten dzien.

ale zanim wyszlismy, Szkrab odstawil mi taki numer, ze juz myslalam, ze go z lubym zostawie i sama z Bizonem pojde swietowac.

bo Szkrab bardzo slucha starszego brata, tyle, ze nie wtedy, gdy trzeba. i tak, gdy Bizon prosi Szkraba o pomoc w zbieraniu klockow, Szkrab jest ”zmeciony”. ale kiedy dzis Bizon powiedzial, ze snoepjes (czyli slodycze, jakie dzieci dostaja po zaspiewaniu piosenki) wklada sie do lampionu, Szkrab zlapal za swoj lampion, za nozyczki i… wycial ”okienko”, przez ktore mial zamiar wrzucac snoepjes. pokazal mi to bardzo dumny, a ja na to, zeby nie psul sobie lampionu, bo nie zaskoczylam, o co idzie:/

Szkraba szarpnal nerw i wsciekl sie na caly swiat: na mnie, ”bo tam snupjes cieba wsiadzic!!!!”, na brata, ktory go podjudzil do wyciecia dziury, na lampion, ktory ”jes bzitki, buuuuuuuuu”!!!!!.

tlumacze, ze lampion nie jest brzydki, ze dziury prawie nie widac, ze snoepjes tam wrzucac nie moze, bo lampion za slaby, ale ja wezme woreczek i do niego snoepjes wrzucimy… na nic moje pocieszenia, tlumaczenia, Szkrab zawodzil i wsciekal sie przez jakas godzine, az w koncu stracilam cierpliwosc i powiedzialam, ze jak nie przestanie zawodzic, to nie pojdzie z nami swietowac.

dolalam oliwy do ognia:/ Szkrab jeszcze bardziej zaczal zawodzic, ja wymieklam i go ”na ronckach” ponosilam (20 kg…). w koncu jakos sie uspokoil i z takim zapuchnietym od placzu Szkrabem w koncu poszlismy.

dzieci zaliczyly nasza ulice, wypiewaly caly repertuar, nazbieraly wor slodyczy, az tu Magda dzowni, czy bysmy jej Milanowi nie poasystowali, bo jej jedynak sam nie smie… chcialby, a boi sie;) wskoczylam na wielosipieda i pognalismy na osiedle do Magdy.

okazalo sie, ze Milan w przedszkolu tylko jednej piosenki sie nauczyl, ale na szczescie chlopaki zdobyly sie na empatie i przez nastepne 45 minut spiewaly jedna piosenke. kolejny worek slodyczy…

przyjechalismy do domu, wysypalismy dary na dywan i zaczelismy konsumpcje. chlopaki w szoku byly, ze im nie wyliczylam, ze pozwolilam bez limitu konsumowac (raz w roku niech sie najedza az do bolu brzucha;)). po pol godzinie obzarstwa zakomunikowalam, ze jeszcze po jednym snoepje i wskakujemy w pizamki.

mnie dzieci uraczyly tym co najbardziej lubie, czyli… sneakersami i marsami – najdalam sie, az mnie zemdlilo – och, jak czasami fajnie sie tak objesc bez umiaru;) dzieci wolaly oczywiscie chemiczne zelki… mam nadzieje, ze przez noc przemetabolizuja i jutro czadu nie dadza:)

po obzarstwie dzieci bez slowa protestu zalozyly pizamki i grzecznie powedrowaly do lozeczek, taszczac do swoich pokojow swoje lampiony i slodycze:)

zdjecia zrobilam (to wielkie wydarzenie!!!), musze je zmniejszyc i cos wrzucic:)

______________________

i jeszcze moje przemyslenia:

wiadomo, ze wiekszosc dzieci kocha slodycze. i ze jesli matka te dzieci wloczy na sw. marcina, to znaczy, ze daje przyzwolenie na te slodycze. wiec czemu, do diaska, jedna starsza pani, co roku daje dzieciom po mandarynce??? na ogol trzymam sie zasady, ze darowanemu koniowi nie patrzy sie w zeby, ale kurcze, nie rozumiem takiego zachowania.ta impreza jest RAZ w roku. i nawet taka przeciwniczka chemicznych zelkow jak ja godzi sie na nie, a tu jakas konserwatywna babcia chce obchodzic sw. marcina jak za jej powojennych czasow, kiedy to mandarynka pewnie byla luksusem… tyle, ze czasy sie zmieniaja.

oczywiscie, nie powiedzialam tego chlopcom, oni na szczescie jeszcze nie sa tak krytyczni jak ich matka, ladnie podziekowali i ani jedno zle slowo nie poszlo w swiat;)

i druga sytuacja. Magda szla z Milanem po raz pierwszy. zamiast sluchac rady starej wygi, czyli mnie (wiekowo jestem mlodsza, ale dzieciowo starsza;)), ona postanowila dzialac wg swojej logiki… jest niepisana regula, ze dzieci dzwonia do tych drzwi, ktore sa oswietlone. ciemne drzwi oznaczaja, ze nikt tam gosci nie oczekuje. jedni ludzie sa jeszcze w pracy, inni zapomnieli o tym swiecie, a inni zwyczajnie nie palaja miloscia do cudzych dzieci. powiedzialam jej o tym, ale ona stwierdzila, ze nigdy o tym nie slyszala, ze jej maz nic o tym nie wspomnial, ze moze tak jest w naszej dzielnicy. i wydzwaniala do ciemnych drzwi:/ a ja sie czulam niekomfortowo. moje dzieci, mimo ze nic im nie sugerowalam, trzymaly sie razem ze mna z daleka, a Magda sie lekko irytowala, ze nie podchodza z jej synkiem do drzwi… w koncu jednak przyznala mi racje, ze ”chyba rzeczywiscie jest tak jak mowilam”, bo oczywiscie nikt ciemnych drzwi nie otwieral… ech…