– la jak zebra! – powiedzal powaznie Szkrab.
ja wiem, o co chodzi, bo popatrzylam na Szkrabowe dzielo namalowane z samego niedzielnego ranka.
a Wy, wiecie?;)
– la jak zebra! – powiedzal powaznie Szkrab.
ja wiem, o co chodzi, bo popatrzylam na Szkrabowe dzielo namalowane z samego niedzielnego ranka.
a Wy, wiecie?;)
sporo o szkole moich dzieci juz pisalam, ale o ksiazkach, zachecaniu do czytania, nauce literek jeszcze chyba nie wspomnialam.
w mlodszych grupach, 4-5-latkow ksiazki sa wszedzie. w klasie w koszu, z ktorego dzieci moga wbierac, co im sie podoba. nauczycielka ksiazki do kosza wybiera czasami tematyczne (np. teraz zwiazane z Sint Martinem, ktorego w najblizszy pn bedziemy obchodzic), czesto przypadkowe, ot tak, zeby dzieci mialy z czego wybrac. ksiazki sa tez na malym stoliku, jako wystawka i te na ogol nawiazuja do tematow, jakie nauczycielka porusza na lekcji: przyjazni, samotnosci, choroby, wypadania zebow, zwierzat, por roku. jest tez biblioteka nauczycielki stajaca w korytarzu, na ktorym dzieciom wolno sie bawic w deszczowe dni (zamiast wychodzenia na podworko).
Ksiazki sa. A co na to dzieci? Dzieci po nie ochoczo siegaja! Stoja, przebieraja, wybieraja, maja swoje ulubione serie, czasami sobie wydzieraja, czasami slychac darcie papieru, ale nauczycielka wie, ze to norma i choc upomina, zeby nie niszczyc ksiazek, to zawsze wykazuje zainteresowanie, kto co wybral, co ”przeczytal”. Dzieci niby czytac nie potrafia, ale ogladaja obrazki, czasami wymyslaja historyjki do ilustracji, czasami cos sobie pokazuja i smieja sie albo dziwia:) Mam okazje to obserwowac, bo po lunchu, gdy przywoze dzieci do skzoly, moge wejsc do klasy, zobaczyc prace plastyczne Szkraba (Bizona juz nie, to dotyczy tylko 2 pierwszych klas), popatrzec na schemat dnia, ktory wisi na scianie i popytac o niego Szkraba, moge tez poobserwowac dzieci przez te 5 minut, co bardzo lubie.
Te dzieci, kotrych rodzice nie zabieraja na lunch do domu, zostaja pod opieka pan, ktore zajmuja sie dziecmi tylko przez ta godzine lunchowa, zeby nauczycielka tez miala wolny czas. Najpierw wychodza na podworko, pozniej jedza i gdy ja przychodze ze Szkrabem, one juz wybiegane i najedzone czekaja na nauczycielke. na ogol dzieci siedza sobie na krzeselkach ustawionych w koleczku i… ogladaja ksiazeczki! nigdy nie widzialam nauczycielki czy opiekunki proszacej ”wez ksiazeczke i siadz na krzeselku” – dzieci to robia automatycznie: skoro inni siedza i czytaja, to i ja nie mam nic innego do roboty. 19-cioro dzieci i spokoj, prawie cisza… ja w domu mam dwoje i o ciszy pomarzyc moge;)
W ten sposob dzieci oswajaja sie tez z literkami. Bawia sie tez lierkami, np. dzis Szkrab laczyl literki z pary z krotkim slowami zaczynajacymi sie na dana literke. i mimo ze nie zna literki Z, to potrafil polaczyc kwadracik z ”Z” z kwadracikiem z ”zegar”. a ze zegar byl na drugiej stronie narysowany… to literka juz znajoma.
Podoba mi sie ”panoszenie” sie ksiazek w wielu kacikach klasy, bo uczy dzieci obcowania z nimi, zacheca do siegania. Bo choc w glowie mi sie to nie miesci, wiele dzieci nie ma w domu swojej polki z ksiazkami.
Przy okazji przypominam sobie jak to u nas w szkole bylo… W klasie byly tylko podreczniki. A w bibliotece szkolnej nalezalo podac tytul ksiazki, jaki sie chcialo wypozyczyc (co mnie zawsze zloscilo, bo skad niby mialam wiedziec, jaka to ja ksiazke chcialam wypozyczyc i co jest ”na stanie”?), wszystkie ksiazki oprawione byly w szary papier, dostepu do nich nie bylo (zeby pomacac, przekartkowac, swiadomie wybrac), bo w bibliotece byl stolik, za ktorym staly regaly z ksiazkami i dzieci tam wstepu nie mialy. Rozumiem, dlaczego tak bylo – ksiazek w kiegarniach brakowalo, wiec panie bibliotekarki bardzo o nie dbaly. ale szkoda, ze tak bylo, bo dzieci nie mialy okazji tak naturalnie, spontanicznie siegac po ksiazki. Malo rzeczy pamietam z wczesnego dziecinstwa, ale pamietam dzien, kiedy starsza kolezanka-sasiadka zaprowadzila mnie do biblioteki miejskiej. byla uczta:) Swoja droga, jak pomysle, jaki teraz jest wybor ksiazek w ksiegarniach, w blibliotekach, a jaki byl te 20-25 lat temu… przepasc.
Nauczycielka z klasy pierwszej wyniuchala, ze my ksiazki lubimy i…od pierwszej klasy Bizona jestem prawie pelnoetatowym naprawiaczem ksiazek. Bardzo to lubie, bo dzieki temu dostajemy do domu roznorodne ksiazki, o roznej tematyce.
Ostatnio dostalam do naprawy dosc gruba ksiazke o Afryce, o plemionach, zwyczajach, kulturze i przyrodzie afrykanskiej. Ksiazka ilustowana pieknymi zdjeciami. Na jednym z nich naga kobieta (naga, ale w turbanie;)) siedzi na ziemi i karmi piersiami na raz dwoje dzieci. Bizon i Szkrab popatrzyli z …jakims takim niesmakiem, czy moze i zgorszeniem;) mimo ze mnie nago widuja, mimo ze wiedza, ze matke ciumali, to zdjecie ich troche zszokowalo czy moze zaskoczylo swa naturalnoscia. Mowie smiejac sie, ze oni tez ciumali i widze niedowierzanie w oczach. a jeszcze dwa lata temu najwiekszym marzenie Szkraba bylo mnie ciumnac, czemu Bizon swiadkowal:)
____________________
i ku pamieci (ciekawe czy ktos dotarl;): Szkrab buduje mosty z duplo, z lego, z drewnianych torow. wszystko sie wali, a Szkrab sie piekli. siadam na dywanie i tlumacze, ze tak sie nie da zbudowac mostu, ze drewniane elementy sa za ciezkie dla plastikowych podporek z klockow, doradzam mu jakby to zrobic i na koniec dorzucam:
– nie ma sensu sie tak zloscic.
– a wlasnie, zie jest siens!!! – warczy Szkrab.
no tak, jest, inaczej pewnie by matka nie siadla i nie pomogla;)
nie wiem, czy ja sie starzeje, czy rozleniwilam, czy co mnie meczy, ale moje cielsko nie nadaza za psychika. co mnie bardzo meczy – glownie psychicznie.
moze to ta hemoglobina, ktora ciagle mi niska wychodzi… nie wiem. ale bardzo siebie takiej flegmatyczno-anemicznej nie lubie.
dzias cale rano prasuje… wyglada to tak, ze co dwie koszule, a to mi sie chce pic, a to siku, a to mnie mdli z glodu, a to mnie nogi bola, a to glowa, no ludzie… oszaleje sama z soba.
w domu bajdel, lista rzeczy do zrobienia sie nie kurczy, a ja ciagle chodze, zalatwiam, sikajac chowam patyczki do uszu do szufladki, prasujac pije kawe, zmywam naczynia, czekajac az sie woda na herbate zagotuje i czuje sie potwornie winna, gdy o 21.00 zasiadam padnieta na kanapie. i niby siedzie i sobie bloguje, a przy okazji naprawiam ksiazki do szkoly chlopakow, niby ogladam ”so you think you can dance”, a przy okazji scieram kurz z lisci palmy (ktorej nienawidze i z checia bym ja wykopala, gdyby nie fakt, ze luby dostal ja na urodziny od tesciow) i porzadkuje papiery podatkowe, z ubezpieczalni, rzucam okiem w gazetke szkolna, uswiadamiam sobie, ze jeszcze za wycieczke szkolna nie zaplacilismy (termin do konca pazdziernika, a wycieczka na wiosne…), ze wklady do lampionow trzeba zaopatrzyc w baterie i podpisac…
wczoraj ogarnialam lazienke i na koniec wytarlam do suchosci podloge papierem toaletowym. i zatkalam ubikacje:/ sikac sie da. reszta… dobrze, ze mamy mile relacje z sasiadka z dolu, szkole, toalete przy kosciele, a luby w pracy. jako ze sklepy w pn otwarte od 13.00, nie moge nabyc wyzeracza zapchanych ubikacji, wiec… staram sie jak najmniej jesc…
zostaly mi jeszcze 3 koszule do wyprasowania. kiedys wyrabialam sie podczas sesji z dr.Philem, dzis do wieczora sie chyba nie wyrobie:(
nie wiem, co mnie w tym roku naszlo, ale zamarzylo mi sie na zime cos bialego. nie wiedzialam, czy biala kurtka, czy bialy plaszcz. dzien przed @ wymierzylam wszystkie biale kurtki w miescie, do domu wrocilam prawie z depresja, bom jak balon nadeta i w kazdej kurtce jak balwan wygladam… nie minely dwa tygodnie, wpadlam przelotem do Esprita i… chyba schudlam;) przymierzylam biala kurtke okazalo sie, ze rozmiar, ktory bardzo lubie lezal na mnie jak ulal. przymierzylam snieznobialy plaszczyk, w tym samym rozmiarze, rozwniez dobry. osiolkowi w zloby dano… i osiolek wyszedl ze sklepu z kurtka i plaszczem.
odbieram dzieci ze szkoly:
– mamo, a ciemu taka? – pyta zaskoczony ma biela Szkrab
– mamo, wygladas jak Bepe – zawolal Bizon (bo Beppe tez bialawa kurtke ma:)).
– super – rzekl luby po powrocie z pracy.
a ja… do bieli dokupilam zielona czapke i szal i w koncu jest mi cieplo. zielone kozaki z zeszlego roku tez sa, ale… moje bordowe glany sa najlepsze – cieple, wygodne, najlepsze!
jeszcze mi sie marzy wsciekle zielona torba – napisze list do Sw. Mikolaja;)
pierwszy raz tak szybko zlecial mi wolny czas z dziecmi:DDD czy to znak, ze juz starsze i bardziej niezalezne? nie. dla siebie w tym tygodniu nie mialam czasu. no mialam 2 godzinki na poranny fitness. reszta czasu to byly spacery, goscie, spacery, wspolne czytanie ksiazek, sprzatanie, zeby zebow w nocy nie wybic, gdyby ktos musial do wc i kulinaria, bo jak gosci podejmuje, to nie lubie kupnymi ciasteczkami czestowac:)
pogoda nam sie udala, tylko dzis popadalo, a pozostale dosyc sloneczne, wiec chodzilismy zbierac liscie do pobliskiego parku i karmic kaczki:) przyznam sie, ze bardzo lubie karmic ptaki – moze dlatego, ze lubie obserwowac zwierzyne i troche nieladnie, ale faworyzuje samice:DDD zawsze im rzucam kawalki chleba, choc oczywiscie samcom z pyska nie wydzieram, jak cos przy okazji zlapia;)
chlopcy odkryli olbrzymia galaz, ktora ktos troszczacy sie o park scial i zostawil na dwa dni. chlopcy wspinali sie po tej galezi, skakali z niej, bujali sie na niej, zjezdzali, wymyslali jakies akcje – bardzo byli podekscytowani bawiac sie wzrod galezi tej wielkiej galezi (konaru?). a ja cieszylam oczy ich radoscia.
w poniedzialek, wtorek i srode odwiedzaly nas znajome Polki z pociechami, wiec dbalam o to, zeby przed wizyta chlopcy wyszaleli sie w parku i po wizytach tez gnalam na spacer, zeby domu nie rozniesli. ze spacerow wracalismy juz po ciemku, co tez bylo atrakcja dla dzieci.
wieczorami ogarnialam dom i gotowalam, zeby nastepnego dnia byc gotowa, zwarta i otwarta na nowych gosci;)
dzis bylo spokojnie, bo odwiedzily nas Ada z jej mama, ja pogadalam z mama, chlopaki spokojnie bawily sie z Ada, bez biegania, fikania, skakania i glosnych okrzykow (wczoraj myslalam, ze zwariuje jak sie z jednym kolega dobrali… wole nie pisac, co wyprawiali:/)
mialam jutro jechac z chlopcami do fokarium, a pozniej do tesciowej, ale jednak rozmyslilam sie. niech jeden dzien bedzie wolny, powolny, rozmemlany, leniwy, w pizamach, bez patrzenia na zegarek. niech dzieci rzeczywiscie odpoczna, zresetuja sie. tym bardziej, ze w sobote jedziemy do szwagierki i z nia wybieramy sie do muzeum natury, a w niedziele idziemy do teatru na Tomcia Paluszka.
czas mi bardzo szybko zlecial. ale ledwo zipie;)
dzis wieczorem wyskoczylam na deptak, bo marzyla mi sie biala kurtka zimowa. niestety, w bieli zle sie czuje i jednak musze poszukac czegos innego. za to… po raz kolejny przekonalam sie zeby ”nigdy nie mowic nigdy”, bo kupilam sobie buty w kolorze… bordowym:) zawsze unikalam czerwonych, bordowych butow, bo glupio mi sie kojarza z kotem w butach (a czerwone spodnie kojarza mi sie z nogami bociana i mam nadzieje, ze jednak nigdy takowych sobie nie sprawie;)). marzyly mi sie cieple, sportowe buty, i do spodni, i do spodnicy i kupilam: subtelne, damskie glany;) bordowe, z lekko przyciemnionym czubkiem:)
jak to jest, ze organizowanie imprez mnie stresuje i mimo ze bronie sie przed tym rekami i nogami, to i tak w koncu glod towarzyski zamula moje racjonale i w koncu zwoluje, zapraszam, pozniej mam ochote odwolywac, biegam, szaleje, gotuje, pieke, sprzatam, terroryzuje domownikow, lubego wysylam do sklepu co 10 minut, bo ciagle czegos zapominam (mimo ze listy zakupowe robie – moze nie powinnam?), nie wiem w co sie ubrac, nie wiem, w ktorym pokoju zaczac impreze (bo ja lubie nasza jadalnie, luby wypoczynkowy, a nie wiem, co wola goscie), na ile nastawic termostat, zeby nikt nie zmarzl albo sie nie nie spocil, bo pozniej, na balkonie go przewieje i sie rozchoruje… ile zmartwien moze sobie czlowiek w glowie uroic…
a pozniej, jak juz goscie przyjda, wychodzi na to, ze ja urodzonym wodzirejem jestem, kucharka niczym Gordon Ramsay (ale nie klne tak jak on!), goscie bawia sie na calego, wychodzic nie maja ochoty, czesc pogaduje w goscinnym, czesc w jadalni, jeszcze inni w kuchni, a ja juz w koncu wychodza, to pytaja, kiedy powtorka z rozrywki…
takie sprzecznosci – nienawidze przygotowan, ale potrzebuje tego. wydaje mi sie, ze prowizorke odstawiam, a zbieram komplementy za jakosc. wydaje mi sie, ze nikt nie ma ochoty przyjsc, a jak juz ludziska przyjda, to wyjsc nie moga:)
to chyba dobrze?
kiedy nastepna impreza?
ano jutro, pojutrze, popojutrze i popopo – az do czwartku wlacznie. co rano, zaczynamy od 11.00 – imprezy dzieciowe. od jutra dzieci (nie ja) zaczynaja wakacje jesienne i coz, pozapraszaly sie znajome z dziecmi. tzn. dwie ja zaprosilam, a dwie sie same zaprosily…no nic, ja to jakos zniose, dzieci beda mialy towarzsytwo, tylko co sasiadka z dolu na to…. mam nadzieje, ze bedzie miala poranne zmiany w pracy;) byle nie nocki:/
w piatek wybiore sie z dziecmi na Fryslandie, do fokarium (z olbrzymia wewnetrzna piaskownica!), a ze to blisko tesciow, to sie na obiadek zaprosze;) a w sobote pojedziemy wszyscy razem do szwagierki, tez na Fryslandie, bo jest tam nasze ulubione dzieciece muzeum przyrody. niestety, na obiad sie nie udalo zaprosic, bo szwagierka ma wieczorem probe choru. no szkoda;)
cos czuje, ze po tych wakacjach, ja bede potrzebowala wakacji, zeby dojsc do siebie;)
szykuje imprezke. sernik krolewski (dla Polakow) i murzynek wisniowy (bardziej pod katem Holendrow, ktorzy fanami sernika raczej nie sa) juz gotowe. przepisy oczywiscie od Dorotus:)
teraz lekki gulasz pichce i skrzydelka po chinsku. do tego, jutro przygotuje ziemniaki z rozmarynem z piekarnika, salatke waldorfa i klasyczna z marchewki (moje dzieci bardzo ja lubia, a impreze zaczniemy wspolnym doroslo-dzieciatym obiadkiem). przekaski gotowe kupialm, glownie orzechy, sery i owoce. i moje ulubione slodkie paptryczki nadziewane serkiem:)
powinnam jeszcze dom ogarnac… – co z tego, ze wczoraj ogarnelam, jak dzieci i luby, niczym tornado, zamieniaja porzadek w chaos w ciagu kilku godzin:/ wiec bezpieczniej bedzie jak jutro posprzatam, gdy dzieci z lubym na lekcje plywania pojda, bo przeciez rano jeszcze bada mieli kilka godzin do popisu (=balaganienia).
wczoraj znajoma zaprosila mnie na pozny lunch – do pysznego jadla dolozyla po kielonku jakiegos likierku. nie przepadam za likierami, za slodkie, ale nie wypadalo odmowic, wiec lyzeczka powoli go wyjadlam. skonczylam kolo 14.30, a o 14.50 wsiadlam na rower i po dzieci pojechalam:/ bardzo sie pilnowalam, choc nie czulam zametu w glowie;) jednak jazda z dziecmi na rowerze po kielonku… chyba nie powinnam byla…
pozniej nasze ”wolne sporty” – pogralam z Bizonem w badmintona, Szkrab znowu hulahopem sie ladnie bawil.
zeszlej nocy nie moglam spac. co chwile sie budzilam, w koncu powedrowalam do Szkraba, bo myslalam, ze moze zmiana loza mi pomoze, ale nic mi nie pomoglo, z 5 razy Szkraba przykrywalam, bo z bezsennosci sie nudzilam:/ i kiedy prawie juz zasypialam, wybila 6.00. Szkrab radosnie otworzyl oczeta, a ja chcac niechcac zwloklam sie z nim, bo gdybym tego nie zrobila, Szkrab poszedlby obudzic Bizona, zeby miec towarzystwo do zabawy. a niewyspany Bizon jest duzo gorszy od niewyspanej matki – tak przynajmniej mi sie wydaje;)
jutro Szkrab zaliczy pierwsza impreze urodzinowa kolegi ze szkoly. odliczal dni i noce juz od tygodnia, taki byl szczesliwy. mam nadzieje, ze sie nie zawiedzie.
w pn zaczynamy tydzien jesiennych wakacji.. przydadza nam sie. i mi – bo lubie powolne poranki, i dzieciom, bo widze, ze bardzo zmeczone, a przez to placzliwe i humorzaste.
no powinnam isc sprzatac… ale kto sprzata o 22.00? lepiej pojde odpoczywac, bo na imprezowanie trzeba miec sile:)
dzis chlopcy mieli wolny dzien, tzw. margedag, czyli dzien szkolenia nauczycieli. ucieszylam sie, bo troche sa podziebieni, oczka szklane, nosy chlupiace, zmeczeni, podirytowani, wiec postawilam na kurowanie sie.
poszedl w ruch pyrosal, syrop z cebuli, smarowanie masciami, regularne dmuchanie noskow i herbatki wypotne, ktore madrze nabylam w Polsce. luby sie smial, ze ja w sierpniu, przy 30stopniowych upalach mysle o jesiennych przeziebieniach i wykupuje z polskich aptek ziolowe cudenka dla maluchow, ktorych tutaj mi brakuje – ciagle nie wiem, czy ja ich znalezc nie potrafie (np. takiego pyrosalu), czy ich tu zwyczajnie nie ma? kiedys dzieci bolaly gardla, pobieglam do apteki i pani wzruszyla beradnie ramionami – ”dropjes” mi polecila, takie gumowe pastylki, ktore nic wspolnego z leczeniem nie maja. dlatego w Polsce prowizorycznie kupilam tabletki do ssania dla dzieci. na szczescie jeszcze sie nie przydaly.
ja po raz kolejny mam dowod, ze sport plus sauna (czyli wypacanie) ratuja mnie przed zaraza, bo luby od tygodnia potwornie przeziebiony, dzieci nie lepiej, a ja… cos mnie bralo, ale w ciagu 1 dnia zwalczylam.
ucieszylam sie, bo w TV puszczono dzis ”Pluka z wiezyczki” – jestem wielka fanka Pluka, ale do tej pory znalam go tylko z ksiazki, ktora Bizonowi kilka razy przeczytalam (dla Szkraba jeszcze za trudna). dzieki Plukowi zabalowalam w pizamie do poludnia:D a rzadko mi sie zdarza, bo mam jakas awwersje do pizamek i rano jak najszybciej biegne pod prysznic, zeby tylko ubrac sie w dzienne ubranie. Szkrab ma to po mnie, bo jak tylko wstaje, to od razu do szafy gna. Bizon po ojcu, moglby caly dzien w pizamie sie paletac;)
po Pluku zaskoczylam, ze dzieci pewnie glodne, bo rano tylko owsianke zjadly, wiec zaproponowalam im nalesniki. problem w tym, ze mleko sie skonczylo:/ a ze dzieciom smaku narobilam, wiec musialam wykazac sie kreatywnoscia – wykorzystalam mleczko do kawy:D rozcienczylam je 4x woda i nalesniki wyszly takie jak zawsze.
luby dzis na taekwondo pognal, wiec mam spokojny wieczor. i nie moge sie zdecydowac, czy obejrzec film na dvd, czy poczytac Pilipiuka…
a propos ksiazek – niedawno przeczytalam ”Tysiac wspanialych slonc” Khaleda Hosseiniego. Znow trafilam na dobra literature. I znow przekonalam sie, ze nie tylko interesujacy temat do napisania ksiazki daje ksiazce moc, ale przede wszystkim styl, w jakim jest napisana. ”Tysiac wspanialych slonc”opowiada o zyciu w Afganistanie, a pokazana jest ona glownie na przykladzie zycia dwoch kobiet. Ksiazke o podobnej tematyce (”Zhanbiona” Jasvinder Sanghera) przeczytalam jakies 2 lata temu i owszem, dobrze mi sie ja czytalo, ale za lekko, za plytko, bez emocjonalnych wstrzasow, bez glebszych przemyslen. To miala byc pierwsza i ostatnia ksiazka o takiej tematyce. A jednak gdy zobaczylam nazwisko ”Hosseini” skusilam sie po raz drugi. Bo ”Chlopiec z latawcem” tego autora mnie bardzo poruszyl. Polecam Hosseiniego.
cytowac tu fragmenty z innych blogow, ale… zrobie to. czytam juz od dlugiego czasu bloga Joanny Salygi, czyli Chustki. i dzis znalazlam slowa, ktore w koncu pozwolily mi uwierzyc, ze zdanie ”nie ma ludzi niezastapionych” nie jest prawda.
kochanie, nie wiem, ile razy jeszcze dam radę wstać z łóżka, by Ci towarzyszyć w myciu się, podać ręcznik, ogrzać na kaloryferze piżamkę.
ale wiem, że nigdy nikt nie zrobi tego tak jak ja.
nikt tak jak ja nie umyje Ci plecków, nie nałoży pasty na szczotkę, nie poprawi rękawów koszulki.
nikt tak jak ja nie okryje kołderką, nie wycałuje i nie wyprzytula przed snem.
nikt.
nikt.
nikt.
więc póki jestem, póki mogę, zrobię co zechcesz.
to nie jest strata czasu, jasne, że nie, Syneczku…