gdzie bylas, empatio?!?!?

chodze troche struta pewna sytuacja, ktora wydarzyla sie dzis w szkole. nic niby wielkiego, ale dreczy mnie to.

dzis w Holandii swietowano ostatni dzien swiatowego dnia ksiazki. w szkole Bizona, jak co roku, pozwolono dzieciom sprzedawac swoje stare ksiazki (za bardzo symboliczne sumy, na ogol 30-50centow, max 1 euro za ksiazke). moi nic nie sprzedawali, choc Bizon bardzo chcial – powod taki, ze wiekszosc holenderskich ksiazek, jakie mamy, sa prezentami, albo ksiazkami tak nowymi i w dobrym stanie, ze szkoda mi je bylo za 50 centow sprzedawac. tym bardziej, ze ksiazki te caly czas czytamy. a jak na zlosc, ksiazki, z ktorych chlopaki juz wyrosly, oddalam przed wakacjami sasiadce z dolu.

chlopaki maja jakies swoje drobne oszczednosci, ktore postanowili wydac na ksiazki.

w pewnym momencie, gdy kleczalam kolo Szkraba, zbierajac z jego 5 centowek 50 centow, jakas dziewczynka zawolala; proosze pani, prosze pani, czy Bizon moze kupic X-owi ksiazki?

i tu… moja empatia zawiodla:/

– nie, nie moze – odpowiedzialam i jeszcze powaznie spojrzalam na Bizona, jakby cos zlego chcial zrobic. i Bizon schowal pieniadze.

a do mnie po chwili dotarlo, co zrobilam. Bizon chcial zaplacic chlopakowi, ktory jest troche cwaniakowaty i mozliwe, ze chcial Bizona naciagnac, bo Bizon, po matce, naiwny jest strasznie. i wlasnie dlatego zabronilam. poza tym nie wiedzialam ile tych ksiazek, jakie (bo byly tez nowe, za oczywiscie wyzsza juz cene) i pomyslalam, ze Bizon wyda te swoje male oszczednosci, a pozniej bedzie mi jeczal, ze sam nie moze kupic sobie ksiazek.

Pozniej okazalo sie, ze X wybral sobie jedna ksiazke, wiec nic by sie nie stalo, gdyby Bizon mu te ksiazke zasponsorowal.

X jest dzieckiem, ktorego mama ma w nosie, co sie dzieje z jej dziecmi. Wiecznie spozniona do szkoly, ze szkoly, jej dzieci wiecznie samopas, chowane przez ulice. kobieta ani nie zjawila sie, zeby z dzieckiem ksiazki poogladac czy kupic, ani mu kasy nie dala, zeby sam sobie kupil (a informacje kazde dziecko dostalo 2 razy). dziecko jednak, jak koledzy, chcialo tez sobie kupic ksiazke… tylko za co?

moglam przeciez powiedziec Bizonowi, zeby np. ”pozyczyl” X-owi tego euraka i niechby sam sobie kupil te ksiazki, ktore mu sie podobaja, a ja… nie i koniec.

nie wiem, dlaczego tak mnie zacmilo. po jakis 5 minutach poprosila Bizona, zeby poszukal X-a i ”pozyczyl” mu euro, ale chlopca juz nie bylo.

i teraz chodze z wyrzutami sumienia. i mysle, czy jutro nie dac temu chlopcu jakiejs ksiazeczki i powiedziec, ze jedak Bizon dla niego ksiazke kupil…

___________

z jednej strony chce miec te empatie, zwlaszcza w stosunku do dzieci, z drugiej strony trzeba cwiczyc tez asertywnosc. po kupowaniu ksiazek (oj przybylo nam, przybylo:)) zawiezlismy je do domu i pognalismy do sai gimnastycznej na ”wolne sporty”. tam siadlam na lawce, a chlopcy mieli pozbywac sie nadmiaru energii. jednak dzis im zabawa nijak szla. Bizon zostala kontuzjowany podczas gry w hokeja, Szkrab sie zloscil, bo nie mogl nauczyc sie skakac przez skakanke… a nauczyciel tak sobie chodzil i nic. w koncu wstalam i zaczelam cwiczyc ze Szkrabem. cos zalapal, ale sie zmeczyl…i obrazil;) wiec siadl na lawce i odpoczywal nadety. za to Bizon tak sie zaczal rozczulac nad uderzonym kolanem, ze w koncu, zeby odwrocic jego uwage, zlapalam za sprzet do badmintona. i zaczelismy grac. Bizon o kolanie zapomnial, Szkrab zapomnial, ze sie obrazil i liczyl punkty. ale co chwile przychodzili inni chlopcy i chcieli ZE MNA grac. probowalam ich ”sparwac”, zeby obok nas grali, ale nie, oni chcieli ZE MNA! a gdzie, kurcze, wasi rodzice?!?!?! wiec w koncu powiedzialam im wprost: nie, bo ja chce grac z moim synkiem. dotarlo, poddali sie ze smetnymi minami i nie chcieli ze soba grac. troche bylam zla na nauczyciela, bo przeciez moglby troche tu, troche tam, zagrac, pokazac jak skakac na tej skakance czy jak krecic hula hop. niby zagadywal do dzieci, ale malo domyslny – jak to facet;) troche mi bylo szkoda tych dzieci, ale dlaczego ja mam sie nimi zajmowac, skoro mam swoich dwoch? jedni rodzice siedza, w domu i gazetki przegladaja, inni kase i kariere robia, a ja sie mam ich dziecmi zajmowac?

__________________

zeby nie bylo, ze tylko zmartwienia mam, na wesolo:

w nocy Szkrab przytuptal, mosci sie kolo mnie, przytula, wiec i ja do niego (tak bardzo lubie ten jego dzieciecy zapaszek i ciepelko…) i pytam:

– kochasz mamusie?

– tak. i Jezusa tez! – odszeptuje ni z tego, ni z owego Szkrab i zapada w sen.

**********

dzis zaliczylam tez z Bizonem okuliste. okulista poprosil o odczytywanie planszy. za kazdym razem, gdy okulista wskazywal glowe konia, Bizon bardzo skupiony i powazny mowil:

– glowa konia.

smiac mi sie chcialo, bo ja bym powiedziala po prostu ‚kon”. i mysle, ze wiekoszosc ludzi tak by wlasnie powiedziala. ale Bizon musi byc precyzyjny!)

wiec przy drugim oku, okulista z drzacymi juz wargami najechal wskaznikiem na konia:

– glowa konia – rzekl Bizon

– tak, glowa konia – powiedzial BARDZO powaznie okulista, a oczy mu sie smialy. mi tez:)

jak mi lekko:)

od kilku miesiecy mialam ”dlugie” wlosy, tzn, nie na zapalke, nie asymetryczna grzywka, ale takie lekko odrosniete.

ostatnio grzywa zaczela mnie denerowac. wiatr wpychal mi wosy do oczu, zaczela sie tez zabawa z suszarka (nienawidze) i walczenie z oklapywaniem fryzu. na fitnessie opcja byla spineczka (wiecznie zapominalam kupic;)) badz takie spocenie sie, ze grzywka zarzucona do tylu ”przyklejala” sie;)

mimo ze bardzo sie staralam zapuscic wlosy na boba, nie wytrzymalam. pognalam do fryzjera i scielam na zapalke.

co za ulga, to jest to!

dla dzieci i doroslych

bylismy wczoraj w bibliotece na przedstawieniu ”Czarnoksieznik z krainy Oz”’. dawno sie tak nie usmialam:DDD przedstawienie wyrezysorowane i wystawione przez studentow, trwalo raptem 45 minut – jak dla mnie, i dzieci chyba tez, czas idealny! zauwazam, ze im jestem starsza, tym krocej moge wysiedziec:/

nasze dzieci zachwycone, luby i ja tez. czym sie zachwycilismy? ja i luby tym, ze przedstawienie niby dla dzieci, ale z krotkimi, szybkimi, subtelnymi zarcikami, ktorych dzieci nie byly jeszcze w stanie wychwycic, za to dorosli kwiczeli ze smiechu:) dzieciom oczywiscie podobala sie akcja, napiecie, czarnoksieznik, ktory przez cale przedstawienie tajemniczo siedzial tylem do publicznosci w olbrzymim krzesle, przez cale przedstawienie nie pokazal twarzy, pisenki rytmiczne, wesole, spiewane tak wyraznie, ze nawet ja moglam zrozumiec kazde slowo;) dzieciom spodobalo sie, ze nie musialy cicho siedziec, tylko mogly razem z aktorami liczyc, rozwiazywac zagadki, opowiedziec czego sie boja (bo lew sie wszystkiego bal), co sie czuje sercem (bo jedna z postaci nie miala serca) i wszystko to w ciagu 45 minut.

co mi sie nie spodobalo to fakt, ze rodzice zawyzaja mozliwosci emocjonalne swoich dzieci. efekt taki, ze kilkoro dzieci przez pierwsze 10 minut chlipalo, krzyczalo ze strachu (a wcale tak strasznie nie bylo), az w koncu przy czarownicy tak sie rozplakalo, ze rodzice poszli po rozum do glowy i wyszli. przedstawienie bylo od 4 lat, ale dzieci, ktore plakaly nie wygladaly mi na 4 lata. po co pchac 3- letniego malucha na przedstawienie o czarnoksiezniku? jedno dziecko krzyczalo na cala sale: ”on nie jest prawdziwy, prawda, prawda???” i nie, nie przeszkadzalo mi to – odkad mam dzieci, przyzwyczailam sie wylapywac to co chce uslyszec, skupic sie na tym mowcy, ktorego akurat teraz chce wysluchac i zadne dzieciece placze i krzyki nie sa w stanie mnie rozproszyc;) ale aktorow to stresowalo. to bylo widac. nie dosc, ze to aktorzy niedoswiadczeni zawodowo (studenci 2-go roku), to jeszcze sami dzieci nie maja, sala dosc mala, wiec nawet delikatne wycia dzieci dekoncetrowaly przedstawiajacych.

druga sprawa to ilosc miejsc – biblioteka wiedziala ile biletow sprzedala, wiec mogla lepiej przygotowac ilosc miejsc; niestety, bylo ciasno i duszno. no ale, co ja sie czepiam… bilety kosztowaly… 1 euro!!!  to wlasnie w Holandii lubie – nawet rodziny wielodzietne, czy ubogie moga zabrac dzieci na przedstawienie.

jak juz jestem przy bibliotece, to jest jeszcze jedna sprawa, ktora mnie zastanawia i troche uwiera(o wspanialosci i wielu plusach tejze biblioteki pisalam juz kiedys, wiec nie bede sie powtarzac) – w sali, gdzie sa ksiazki i kaciki do czytania, stoja tez komputery, na ktorych dzieci moga m.in. ogladac bajki rysunkowe. pod bajkami sa pytania, na ktore dzieci moga odpowiadac, wiec jest tam niby jakas funkcja edukacyjna. ale z tego co widze, wiekszosc dzieci chce zwyczajnie obejrzec bajke, a pytania/odpowiedzi pomija, bo po co sie wysilac, skory wystarczy jedno klikniecie i bajka leci. od niedawna jest X-box. i teraz tak: w szkole moje 4 i 6-cio letnie dzieci siedza przed komputerami, przed digi-board (nie mam pojecia jak sie to po polsku zwie, ale tez komputer, tyle, ze ekran wiekszy i myszki nie trzeba uzywac), dodatkowo ogladaja programy edukacyjne w TV, idziemy do biblioteki, dzieci biegna do kompterow i X-boxa, idziemy z chlopakami w gosci, gospodarze od razu chca wlaczac dzieciom bajke, zeby cicho byly. ja tam w gosci biore chlopakom malowanki i flamatry, albo do niedzieciatych znajomych zabieramy skrzynke z lego i dzieci nie potrzebuja bajek-uciszaczy. za duzo tego. kiedys, zeby spokojnie ugotowac obiad, czy odfajkowac jakies inne domowe prace, wlaczalam dzieciom bajke. kiedys, gdy padal deszcz a mi sie kreatywnosc badz cierpliwosc  wykonczyla puszczalam na dvd badz you tube godzina bajke. a teraz? a teraz tego juz nie robie, bo uwazam, ze za duzo tych kompterow, ekranow i wytezania wzroku. i jestem zla. i nie dlatego, ze nie moge spokojnie obiadu ugotowac (doceniam ten komfort, ze obowiazki domowe moge odhaczac, gdz dzieci sa w szkole). jestem zla, bo uwazam, ze w szkole nauczycielka moze smialo pisac slowa kreda na tablicy, zamiast stukac patykiem w ekran digi-boarda, bo dzieci tez moglyby na tablicy kreda zakreslac koleczka w slowach z ”n”, zamiast gapic sie w ekran komputera. a juz zupelnie nie rozumiem pomyslu z X-boxem w bibliotece. dla mnie biblioteka oznacza ksiazki, czasopisma, katalogi. a co robia dzieci jak wpadaja do bib? biegna do komputerow. i jeszcze obok regalow z ksiazkami stoja polki z plytami dvd…a to kusi dzieci, przyciaga. gdyby nie bylo tych ”dobrodziejstw” (wg mnie niepotrzebnych rozpraszaczy), to dzieci rwalyby do ksiazek. a tak, czy mali, czy duzi pobyt w bibliotece zaczynaja od… komputera lub x-boxa, zamiast od ksiazek. na szczescie widze, ze moje chlopaki juz sie przejedli i zachwyt komputerami im minal, a ja znalazlam sposob na ksiazkowa orientacje (przy wejsciu mowie im, ile ksiazek moga w danym dniu wybrac), ale przeszkadza mi widok tych bajek ”lecacych” na kompterach w centrum biblioteki.

nie moj klimat

boli mnie ucho.

mimo ze ostatnio ladna pogoda, wiatr sie nie poddaje. niby slonecznie, ale wiatr jest lodowaty. zatoki juz sie zaczely odzywac, ale mialam w zapasie lekarstwo i na czas zareagowalam.

ucho mnie zaskoczylo. pierwszy i ostatni raz bolalo mnie jakies 32 lata temu. chyba sie uracze ibuprofenem, bo zwariuje.

myslalam, ze do klimatu mozna sie przyzwyczaic. a ja kazda jesien znosze coraz gorzej. bo wiem co mnie czeka – zatoki, bole glowy, zebow i jeszcze teraz na dokladke ucho.

wiosno!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

_______________

zeby nie ulecialo: Bizon zaczal dzis ”specjalny” program:-) samodzielnie (podczas lekcji) przerabia ksiazke do nauki czytania ze zrozumieniem. i kiedy napotkal ”zabek” czosnku, zdziwil sie, bo po holendersku jest to ”palec od nogi” czosnku, a nie ”zabek”. on zna tylko polski ”zabek” czosnku, bo tata z czosnkiem i z gotowaniem z dziecmi u boku jest na bakier…. swoja droga, tyle razy korzystalam z holenderskich przepisow i nidy mnie ten ”palec od nogi” czosnku nie zdziwil, a przeciez powienien;)

zajecia pozaszkolne

zawiozlam dzis chlopcow na ”sporty” – nie wiedzialam dokladnie co to za sporty, bo na ulotce bardzo ogolnikowo napisane bylo, ale pomyslalam, ze przy ich energii wiecznie kipiacej i niedajacej sie ani troche przykrecic, warto wybadac sprobowac. i nnie zawiodlam sie. co prawda, z mojego punktu widzenia, to na pierwszy rzut oka – badziewie. tak pomyslalam. a pomyslalm, bo bylo tak: dzieci dostaja do dyspozycji sale gimnastyczna, w ktorej sa materace, laweczki, trampolinki, drabinki, most zrobiony z materacow, na ktory wchodzi sie po waskiej drabince. hula-hopy, liny do przeciagania, kosz to koszykowki i pilki roznego rozmiaru, troche miejsca do gry w noge, skakanki. nauczyciel powiedzial ”robta, co chceta” i juz.

”ales sie wysilil” – pomyslalam…

ale gdy zobaczylam te szalencza radosc dzieci, ze w koncu moga robic, to na co maja ochote, dotarlo do mnie, ze dzieci to nie to co ja – stara, leniwa baba, ktora trzeba na zajecia grupowe na aerobik wysylac, zeby trener nad nia jak kat stal i odliczal ile pompek zrobic! dzieci maja tak wielka potrzebe ruchu, ze ich nikt nie musi mobilizowac do utylizacji sali gimnastycznej.

dotarlo do mnie, ze przeciez dzieci siedzialy 5.5 godziny w szkole i tam robily, co im kazano. wiec cale szczescie, ze pan nauczyciel mial wiecej rozumu niz ja, niby to doswiadczona juz matka, i to podwojna (!), ze dal im sie zwyczajnie wyszalec a nie od razu musztre wprowadzil, nakazy, zakazy, gwizdki i odliczania.

chlopaki byly mokrusienkie od tego szalenstwa:) a ja sobie posiedzialam, popatrzylam, oczy nacieszylam… cale 45 minut:)

gorzej z droga powrotna;) tu chlopcy siedzieli i odpoczywali, a ja pedalowalam – w deszczu, pod wiatr, oczywiscie:/ ale to nic… pomyslalam o pewnej kobiecie, 2 lata ode mnie starszej, ktora powoli gasnie, ktora juz raczej nie doswiadczy jazdy na rowerze w deszczu, wietrze… i inaczej spojrzalam na swiat. i juz mnie deszcz nie denerwowal, wystawialam twarz pod wiatr i cieszylam sie ta swiezoscia. dlaczego do poczucia swojego szczescia, tak czesto potrzebujemy cudzego nieszczescia???

przyjaciel

„Prawdziwym przyjacielem jest ten, przy którym staję się lepszym – Jan Pawel II

nie mam sily pisac o ”przyjazni” Bizona. ale rozmyslajac o niej, czytajac o przyjazni znalazlam powyzsza mysl. dla mnie to najlepsza definicja przyjazni, jaka do tej pory znalazlam. i w mysl tej definicji, juz nie pierwszy raz, przekonuje sie, ze moim przyjacielem jest moj maz.

takiego przyjaciela zycze tez swoim dzieciom.

trudno to wytlumaczyc 6-latkowi. tlumacze mu wiec, ze prawdziwy przyjaciel czeka gdzies na niego, ze jeszcze sie znajda, ze poszukiwania prawdziwego przyjaciela trwaja dlugo, ze jeszcze nie raz sie przyjaznia rozczaruje, ale w koncu znajdzie. moze bedzie nim zona?:D

osiwieje;)

zanim te moje dzieci wyrosna (na ludzi, mam wielka nadzieje…), to ja osiwieje albo i wylysieje…

w piatek po szkole dzieci ladnie sie bawily na podworku. nagle Szkrab biegnie trzymajac sie za polowke twarzy i wyjac tak, ze bylam pewna, ze ktos mu oko wybil. oko na szczescie bylo a oprocz oka slad zebow na policzku. niejaki Menderez go ugryzl w policzek. uspokoilam Szkraba, ale tak sie wscieklam, ze od bieglam do.. Mendereza i warczac spytalam, gdzie jego mama. mamy jeszcze nie bylo, a nawet jak by byla, to i tak na nic by sie nie przydala, bo ona ma w nosie, co jej dzieci robia i co kto robi ch dzieciom. z Menderzem to nie pierwsza akcja – a to Bizona dusil – tak go zlapal za szalik, ze szalik sie na szyi zacisnal i Bizon tchu nie mogl zlapac, a to okulary Bizona na ziemie strzelil (az cud, ze sie nie polamaly), a to popycha, szczypie, krzyczy – taki maly agresor, choc… musze uczciwie przyznac, ze on nie robi tego na zlosc , specjalnie, czy zeby dokuczyc. jemu ”tak wychodzi”. bo jest taki byczkowaty, silny, niezgrabny, konczyny lataja mu w te i we wte… i jak tego Bizona za szalik zlapal, on sie cieszyl tak szczerze, ze ja na poczatku nawet nie zalapalam, ze Bizon sie dusi! Menderez sie tak bawil i nie mial niecnych zamiarow… przez to sprawa sie komplikuje, bo i nauczycielom i nawet tej matce trudno dziecko okielznac, bo jak je ukarac, skoro ono… chce dobrze! Menderez chce dzieci przytulac (a bolesnie sciska), calowac (a gryzie), zlapac za raczke (a raczke miazdzy), itd.

ale i tak, gdy zobaczylam zeby na policzku Szkraba wscieklam sie i skoro matki nie bylo, pognalam do nauczycielki, naskarzylam, powiedzialam, ze to nie pierwszy raz, pani nauczycielka widzac odcisk zebow w policzku tez sie zdenerwowala i obiecala, ze z mama Mendereza porozmawia i konsekwencje zostana wyciagniete. mam w nosie konsekwencje, to dziecko musi byc jakos poinstruowane jak kontrolowac swe ”wyrazy sympatii”.

nie minely 2 minuty, podchodzi do mnie nauczycielka Bizona i mowi, ze Bizon mial sprzeczke z kolezanka i nabil jej plecakiem guza na czubku glowy! o ironio!!!

to ja tu na Mendereza donosze a moj starszy nie lepszy!

obiecalam, ze z Bizonem porozmawiam i poinstruuje, ze takie zachowanie jest przez nas nieakceptowane.

wolam Bizona, pytam, co to byla za klotnia z kolezanka. Bizon twierdzi, ze kolezanka machnela go pierwsza kurtka po glowie i uderzyla zamkiem od tejze kurtki. to on odmachnal plecakiem. no tak, ale Bizon guza nie ma, a kolezanka ma! Bizon wzrusza ramionami… mowie, ze kolezanka pewnie niechcacy, przy zakladaniu kurtki zamachnela sie i dlatego go ten zamek uderzyl. Bizon twierdzi, ze zamachnela sie ta kurtka kilka razy i ze dlatego jej oddal. tak czy siak, powiedzialam, ze dziewczyn sie nie bije, tym bardziej, ze akurat ta kolezanka nie nalezy do lobuzow (bo oczywisice sa i takie dziewczynki, chociazby siostra Menderza, ktora jest z Bizonem w klasie, ze brutalniej sie zachowuja niz chlopcy), wiec w poniedzialek ma ja przeprosic. Bizon sie oczywiscie poboczyl, ale w koncu argument, ze ze lepiej uczyc dobrym przykladem, go przekonal. no i jeszcze  po powrocie do domu ksiazke o rycerzach, z naciskiem na postawe rycerska, przeczytalismy. jutro musze przypomniec o tym pojednaniu sie.

 na basenie… dzieci cwiczyly ”dobijanie” do dnia: najpierw machanie nogami ”w miejscu” i nagle nura nogami w dol. wszyscy w grupie robia nura, przy ktorym czuprynki widnieja pod powierzchnia wody i po 3-4 sekundach wylaniaja sie z wody. a Bizon postanowil naprawde dobic do dna. o malo nie zeszlam… dzieci daja nura, widze wloski dryfujace tuz pod woda, ale bialych wloskow Bizona nie widze. pocieszam sie, ze ma tak jasne wloski, ze w chlorowanej wodzie ich zwyczajnie nie widac. po kilku sekundach dzieci wynujrzaja sie z wody, a Bizona dalej nie widac. ciarki mnie przechodza i jestem pewna, ze jakis zawal serca dziecko pod woda dostalo i sie utopilo albo sie o cos zaplatal i nie moze wyplynac. nogi mi miekna, chce zbiec z trybuny, ratowac swoje dziecko, a nie moge wstac. patrze na nauczycielke, ta bierze metalowy pret i zaczyna stukac w dno basenu. powoli wylania sie Bizon. ach, jaki szczesliwy!!! nauczycielka kciuki w gore, a ja mam ochote wydrzec sie na Bizona, ze tak mnie wystraszyl:/ Bizon odwraca sie, patrzy do gory na trybuny i co robie? ze lzami w oczach podnosze kciuki w gore…

w piatek po raz pierwszy pozwolilam Bizonowi pojechac na swoim rowerku do centrum miasta. wybralam trase dluzsza niz zwykle, zeby uniknac autobusow, bo te wydaja mi sie najniebepieczniejsze. do tej pory Bizon jezdzil na krotsze trasy, np. do szkoly, na plac zabaw czy najblizszego sklepu i jesli tylko sie dalo, jechal kolo mnie po chodniku. bo akurat na tych trasach sciezek dla rowerow malo albo wcale. a tu wyprawa do centrum, po sciezkach rowerowych, gdzie trzeba sie trzymac blisko kraweznika, po rondach, przez krzyzowki, swiatla, mosty, wsrod calego tego rowerowego zgielku… przyznam, ze mialam pietra i stresiora. na szczescie do Bizona moge miec zaufanie – to dziecko wie, kiedy nie ma miejsca na glupie zarty i nieuwage (w przeciwienstwie do mlodszego brata…). jechal skupiony, skrupulatnie wykonywal moje polecenia, a przynajmniej probowal. i wszystko szlo swietnie dopoki Bizon nie postawil na samodzielnosc i chcac wjechac na dziedziniec biblioteczny zdecydowal sie podjechac przez kraweznik. na to moge sobie pozwolic ja, uderzajac z rozpedem w kraweznik swoim ciezkim, stabilnym rumakiem, ale nie Bizon na swoim malym rowerku. na dodatek kraweznik byl mokry, wiec Bizon becnal. zanim ja unieruchmilam i zabezpieczylam swoj rower (na ktorym siedzial Szkrab), jakis mily chlopak podniosl Bizona i jego rowerek. Bizon sie rozplakal ze strachu, ale na szczescie, pochwalami szybko go wyciszylam. tylko, ze po wyjsciu z biblioteki Bizon oznajmil, ze on nie smie wrocic do domu na tym rowerku… hmmm…. zaczely sie negocjacje, znow pochwaly i zapewnienia, ze swietnie sobie poradzil, ze ja tez kilka razy sie na rowerze przewrocilam, jakos go przekonaly do podjecia proby powrotu na wlasnym rowerku. wrocilismy bezpiecznie.  i caly weekend cwiczylismy jazde po miescie. paznokcie zjedzone, skorki obskubane. i moje, i Bizonkowe – kazdy gryzl i skubal swoje;)

co mnie jeszcze czeka???

czas na pamietnik?

dzis Bizon pokazal mi swa wieczorowa tworczosc.

ik sit op swemles.

ik wort en rider.

en ik wort nit en prins.

ik hep bijk pijn van de pijn

het is lat mar ik srijf tog wel

ik eet nagels

ik wort nit en gemeene rider

 

tlumacze doslownie:

siedze na lekcji plywania.       (tak sie mowi;))

bede rycerzem.

i nie bede ksieciem.

mam bol brzucha z bolu         (logika 6-latka)

jest juz pozno, ale ja dalej pisze

jem paznokcie                     (Bizon mial na mysli obgryzanie…)

nie bede niedobrym rycerzem    (to chyba po lekturze ”Mio, moj Mio”, gdzie Mio walczyl z niedobrym rycerzem Kato).

 

o malo ze szczescia nie padlam:) wiedzialam, ze Bizon potrafi czytac, ale nie przypuszczalam, ze potrafi pisac zdaniami:) z bledami (pisze, jak slyszy, wiec ortografia sie klania), ale potrafi przelac mysli na papier! ja wiem, ze wiele dzieci to potrafi, ale… to moje dziecko:)

tworczosc powstala w niezbyt milych okolicznosciach, bo wczoraj Bizon poszedl za kare do lozka. pyskowal:( juz nie raz pisalam, ze Bizon to skrajnosci emocjonalne: jak jest szczesliwy, to chce tym szczesciem caly swiat uraczyc, jest kochanym, slodkim chlopczykiem. ale jak jest nieszczesliwy…. to lepiej stopery do uszu wsadzic. daje czadu:/ ma rozne powody, zeby byc sfrustrowanym (m.in. z powodu szkolnym przyjazni, ktore umieraja smiercia po czesci naturalna…), jest znuzony lekcjami (mial wczoraj sprawdzian z matematyki – az jestem ciekawa, co wykaze), bo nie dosc, ze trzeba caly czas siedziec, to… Bizon zbiera baty za nasze ”ambitne” podejscie do wychowywania dzieci. bo Bizon plynnie czyta (i pisze;), lubi rachunki, gdzies ”w biegu” podlapal czesciowo tabliczke mnozenia, a wiekszosc dzieci tego sie dopiero uczy. proponowano nam ‚specjalny” program nauczania dla Bizona, ale my nie chcielismy jakiegos ”specjalnego” traktowania, no to teraz mamy:/ musimy porozmawiac z nauczycielka, zeby jednak cos zmienic, bo widze, ze Bizon nie ma motywacji do nauki. i to go denerwuje. dlatego obchodzimy sie z nim jak z jajkiem, ale na pyskowanie (forma odreagowania szkoly), nie pozwalamy. wczoraj Bizon cale popludnie warczal, pyskowal, dokuczal, dogryzal… o 18.00 sie przelalo. od razu pizama i do lozka. niefajnie bylo, by luby, ja i Szkrab gralismy w warcaby, w domino, w gry-wymyslanki w pokoju obok, Bizon slyszal, ze sie ”fajnie” bawimy (mysle, ze tylko Szkrab sie bawil, bo i ja i luby myslelismy o Bizonie), a on za kare w lozku lezal. lezal i tworzyl;)

o przyjazniach mojego 6-latka innym razem.

mam nadzieje, ze dzis bedzie lepszy dzien (zaczal sie lepiej – rozpczelismy go od gry w karty, w wojne;)).

 

o maly wlos

doszloby dzis do tragedii. kolega Bizona o malo nie wyfrunal z naszego balkonu:/

zaprosilam dzis kolege Bizona, dzieci przez godzinke ladnie sie bawily lego, pozniej niestety zaczely szalec, ale zacisnelam zeby i dalam i troche czasu na glosne wyglupy. dziadek zrobil Bizonowi proce i oczywiscie ta proca musiala im w rece wpasc… zabronilam wsadzania czegokolwiek do tej procy, wiec chlopcy ganiali sie w kolko po mieszkaniu udajac, ze do siebie strzela – nienawidze takich zabaw, ale zeby nie wyjsc na jedze, ktora wiecznie dzieciom czego s zabrania, przymknelam oczy na to szalenstwo. chlopaki sie wyszalaly, znow dosc ladnie zaczely sie bawic. po 3 godzinach, o 15.30 spodziewalam sie taty kolegi, bo moi chlopcy o 16.00 zaczynaja taekwondo. o 15.45 taty jeszcze nie bylo, wiec stanelam w oknie ”od ulicy”, wzielam telefon i zaczelam dzwonic. uderzyla mnie podwojna cisza: w sluchawnce (tatus nie odbieral…) i w domu. pobieglam wiec sprawdzic, co dzieci knuja. to co zobaczylam odjelo mi mowe. kolega pokonal zabezpieczenia od balkonu, otowrzyl sobie drzwi i chcac zobaczyc co sie dzieje w ogrodzie sasiadow wdrapal sie na metalowa rure biagnaca nad balkonem a rekami przytrzymywal sie sznurow od prania. jak skoczylam, jak go zlapalam, sciagnelam, to chyba ulamek sekundy nie minal. mowe mi odjelo. nie wiedzialam co powiedziec! krzyknelam po chwili, ze to niebezpieczne, ze nie wolno tak sie wspinac, ze mogl przeciez wypasc…. jak to pisze, dociera to wszystko do mnie… a co robily w tym czasie moje dzieci? z zafascynowaniem (!!!) obserwowaly poczyniania kolegi. naskoczylam na Bizona, dlaczego mnie nie zawolal, dlaczego nie powiedzial koledze, ze tak nie wolno sie wspinac. Bizon odrzekl, ze powiedzial koledze, ze to chyba ”troszke niebezpieczne”… troszke…

cale szczescie, ze sznury na pranie sa metalowe i silne, cale szczescie, ze to dziecko sie nie posliznelo, a ja zdarzylam na czas. bylam strasznie wsciekla na tego ojca, ze sie spoznil.

pod wplywem adrenaliny w 5 minut zajechalam na rowerze na hale taekwondo. i dopiero tam, gdy siadlam i podzielilam sie z mama Menno, co sie przed chwila stalo, adrenalina zaczela spadac, a strach zaczal sciskac mnie za gardlo.

i w sumie… sobie nie moge niczego zarzucic. drzwi byly zamkniete, mialy zabezpieczenia, ktorych moje dzieci nie sa w stanie sforsowac, z reszta, nawet by nie smialy, bo to jedna z rzeczy, ktorym im nie wolno sie bawic.

obgryzlam paznokcie, skorki, pobieglam wieczorem na aerobik, teraz zlopie wino, zeby jakos z siebie ten stres wyrzucic i… nie wiem, jak ja dzis zasne.