nowe imie dla meza:)

luby ma na imie Edwin. w domu na ogol wolamy do siebie ”kochany’/ ”kochana” badz ”my lovely”, rzadko po imieniu, tak jakos sie przyzwyczailismy:)

od kilku miesiecy luby pisze grant europejski, do ktorego ”zaprosil” osoby z kilku krajow europejskich. wspolpraca polega glownie na kontakcje e-mailowym. i jest smiesznie. bo niejaki Pedro, ktorego luby na oczy nigdy nie widzial, zwraca sie do lubego per Ed. dosc nieformalnie i mimo ze lubemu to nie przeszkadza (sam omij formalnosci szerokim lukiem;)), to jednak wyrazil zdziwienie. Ed jest OK, siostra lubego tez go tak czasami wola. mi sie ten skrot nie bardzo podoba, wiec go nie uzywam, ale ma on logiczne uzasadnienie.

wczoraj luby daje mi przeczytac e-maila od kolegi z Anglii, ktory zaczal sie slowami: ”Dear Edward”. Edward – imie jak imie, normalne. ale jak ja to imie wymowilam sobie z brytyjska melodia, z proba wyprodukowania barytonu, jak popatrzylam na lubego, to nie moglam powstrzymac sie od smiechu. ryczalam, kwiczalam, bo tak mi to imie do lubego pasuje, jak piesc do nosa:Da jednak imie mi podeszlo i rano, gdy luby nie moglo oczu otoworzyc i palca spod koldry wystawic, zawolalam ”Edward, it’s time!!!”. moj ”Edward” wyszedl z sypialni szybciej niz sie spodziewalam i jeszcze z usmiechem na zaspanej twarzy:)

i tak luby dostal nowe imie, ktore zamierzam w odpowiednich sytuacjach uzywac;)

 

obiecanki, cacanki;)

wieczorem Szkrab wola szeptem:

– mamoooo, chcialbym ci cos jeszcze sibko powieciec

ide wiec uslyszec:

– mamooo, ja tak badzio lubiem jak ty ze mna lezis

klade sie wiec kolo Szkraba, przytulam i pytam:

– tak lubisz?

– taaaaakkk- szepcze Szkrab – mozie umowimy sie, zie (=ze) zawsie w ten dzien bedziemy raziem leziec?

– masz na mysli srode? ze w kazde srode tak bedziemy razem lezec?

– taaaaak – sapie zaspanym glosikiem Szkrab – i obiecuje, zie nie bede ci dlubal w ocku!

za chwile Szkrab odplywa, a jego raczka nieswiadomie zaczyna krazyc wokol mojego oka… odsuwam raczke:

– obiecales, ze nie bedziesz dlubal mi w oku!

– obiecalem… – i zasypia z szelmowskim usmieszkiem:)

a z dlubaniem to jakas zmora:/ zaczelo sie od tego, ze gdy karmilam Szkraba piersia, on mizial mi raczka po twarzy, glownie po policzku (Bizon za to mietosil druga piers:D). az w koncu raczka doszla do oka. jako ze zalezalo mi bardzo, zeby Szkrab szybko zasnal (bo maly Bizon dawal czadu), pozwalalam mu na to oko, ale nie przypuszczalam, ze ten nawyk tak dlugo mu zostanie… wspolczuje jego przyszlej zonie;)

____________

dzis Bizon przeszedl uswiadamianie polityczne. z grubsza opowiedzialam mu na czym polegaja wybory, jakie sa partie, jakie maja preferencje, ze jest lewica, prawica, ze jedni konserwatywni, inni liberalni. luby wrocil do domu, Bizon wypytal lubego czy zaglosowal, luby potwierdzil, a Szkrab powaznym glosem wyrazil nadzieje:

– mam nadzieje, zie na tych co Pana Boga sluchaja! i Jezusia!

lubemu az mowe odebralo:) tak, matka wyedukowala:)

 

jeeeejjjjjj….

czy dzisiaj mamy Dzien Jeczydla? czy to Szkrab sobie taki dzien postanowil zorganizowac? moje dziecko, ktore nigdy nie jeczy, nie dokucza, nie placze, dostalo dzis wsciku i histerii. jest tak zmeczony, ze… spac nie moze:( szkoda mi go, ale i moje nerwy maja jakis limit. Szkrab jeczal przy lunchu, przy obiedzie, w koncu go do krzeselka dla dzidziusiow za kare wsadzilam, ale dalej bylo jeczenie, wiec luby cchac zakonczyc szopke, ubral Szkraba w pizame i o 18.00 zapakowal do lozka. Szkrab dostal spazmow, jakies 20 minut wyl:( a teraz skomle, ze jest glodny. niestety, nie dam mu jesc. mimo ze wiem, ze odreagowuje szkole, ze ma prawo byc zmeczony, nie bede tanczyc, jak mi 4-latek zagra. czasami nauka bywa bolesna….i nie tylko dla niego. mnie tez to boli:(

Bizonowi od wczoraj rusza sie dolna jedynka. ach, jaka radosc! bo wiekszosc klasy juz szczerbata, a on komplecik ma:) drugi juz dzien Bizon chodzi podekscytowany i ciagle powtarza: cos mi sie zdaje, ze zaraz wypadnie:) padly klasyczne juz propozycje z drzwiami i rowerem, z jablkiem, ale Bizon uparcie wypycha zab jezykiem lub palcem i twierdzi, ze zaraz zab wypadnie:) nawet dzis do szkoly dalam mu pudelko na tego zeba, ale nic z tego, zab uparcie tkwi w dziasle;)

rano pojechalam z Bizonem pobrac krew do badania pod katem brzuszka. pani laborantka rzucila okiem na jeden formularz, a nie przyjrzala sie drugiemu, lezacemu pod spodem. efekt taki, ze musiala Bizona kloc dwa razy:( oj, wystraszyla sie, chyba bardziej niz Bizon:DDD na szczescie Bizon bardzo spokojnie podszedl do sprawy, patrzyl spokojnie jak krew splywa do buteleczek:-) poranna akcja przypomniala mi, ze sama dawno nie odwiedzilam punktu krwiodawstwa, a ”zaproszenie” i ”przypomnienie o zaproszeniu” lezalo… z moim oddawaniem krwi jest taki problem, ze w sezonie jesienno-zimowym czesto mam zapalenie zatok i wtedy nie moge krwi oddawac. na dodatek mialam polroczna kuracje na zatoki i tez nie wolno mi bylo wtedy dac krwi. mimo ze zadzownilam do punktu krwiodawstwa, zeby zglosic, ze musze zrobic sobie przerwe, zaproszenia nadal przychodzily. az mnie to odziwilo, bo nie mam unikatowej grupy krwi, mam zwykla, pospolita A+, a jednak zapotrzebowanie jest. teraz w koncu jestem ”czysta”, wiec chcialam wykorzystac ten moment (jesien juz czuc, wiatry juz katuja moje zatoki…), ale okazalo sie, ze w pn laboratorium nieczynne… moze jutro po fitnessie skocze…

z Vittorio nadal nie wiem o co chodzi. niby jego mama ze mna pogaduje, ale cos wisi w powietrzu. dzis tez syna szybko zgarnela po szkole, tak jakby nie chciala, zeby bawil sie z Bioznem. o ile wiem, Bizon bawi sie dosc delikatnie (szaleje, a jakze, ale nie popycha, nie przepycha sie na zjezdzalni, nie kopie, nie szczypie, a trudno w to uwierzyc, ze nalezy do mniejszosci…) i nie przezywa dzieci. Vittorio potrafi wyzwac od idiotow… wiec moze i jemu sie w koncu od Bizona ” slownie” dostalo? nie wiem. porozmawialam dzis z nauczycielka i wspomnialam, ze Bizon czuje sie troche samotny w klasie, bo jest oddzielony od Menno i Vittorio. tak, nabajerowalam. ale jak mi Bizon opowiedzial co jego obecny kolega z lawki wygaduje i robi, to jesli tylko moge, chce swoje dzieci od takich typkow izolowac:( i nie chce brzmiec jak pewna pani z wyzszej klasy;) nie, ale troche prawdy jest w powiedzeniu ”z kim sie zadajesz, takim sie stajesz”.

przyznam, ze holenderska kultura jeszcze mnie czasami szokuje i bodzie. m.in. sprawa zapraszanie kogos a raczej siebie do kogos. tydzien temu mama Ady, ktora generalnie bardzo lubie, spytala, czy nie wypilabym z nia kawy. z przyjemnoscia. odebralam to jako zaproszenie do niej. dzis mama Ady pyta, co z ta kawa. ja na to, ze jestem otwarta na propozycje. sroda Ci pasuje? – pyta mama Ady. pasuje. to gdzie, u mnie, u ciebie – kontynuuje mama Ady… dla mnie to pytanie brzmi bardzo dziwnie, bo jakos tak ma zakodowane, ze jesli ja wychodze z propozycja umowienia sie na kawe, to albo zapraszam do miasta albo do siebie. a propozycja, zeby sie zaprosic do kogos wydaje mi sie nieuprzejma. a tu tak nie jest. szwagierka regularnie sie do nas zaprasza. inne mamy tez juz kilka razy zaprosily swoje dzieci do nas… a mnie to drazni. mamie Ady odpowiedzialam, zeby sama zdecydowala;) nie miala juz chyba na tyle tupetu, zeby sie wprost do mnie zaprosic, wiec zaproponowala na miescie. i dobrze:)

w piatek Bizon zaliczyl pierwsza po wakacjach lekcje skrzypiec. przyznam sie bez bicia, ze trudno mi bylo wdrozyc go w rytm codziennego cwiczenia po tych wakacjach. oj, byly targowania, chlipania i moje grzmienie:/ ale wystarczyl tydzien, zeby Bizon wskoczyl w rytm. oplacalo sie, bo najwyrazniej nauczycielke zaskoczylismy – Bizon gral, jakby przerwy nie mial. i nie wiem, kto byl bardziej dumny z pochwal, ja czy Bizon? na poczatku lekcji, pani spytala Bizona, czy nie mogl sie doczekac lekcji. Bizon glupi nie jest, pokiwal glowa, ze tak (a wcale wielkiej ochoty nie mial, juz mu zapal troche zgasl…), ale mlodszy braciszek, ktory nam zawsze towarzyszy w lekcjach, wkopal Bizona:) Szkrab szczerze do bolu powiedzial: wcale nie miales ochoty, nie klam! usmialysmy sie z nauczycielka.

w sobote plywanie. Bizon na duzym basenie, poziom B, czyli doskonalenie tego, czego nauczyl sie na poziomie A, Szkrab pierwsza lekcja. Szkrab byl bardzo podekscytowany, bo zazdroscil Bizonkowi, ze juz ma dyplom plywacki:) mysle, ze za rok, Szkrab tez bedzie sie mogl nim pochwalic.

weekend potrzebny

weekendu najbardziej potrzebuje Szkrab. wymeczyla go szkola. w nocy najwyrazniej odreagowuje szkole (4.5- latek!), zle spi, kreci sie, budzi, a rano, kiedy czas wstawac do szkoly, wstaje zmeczony, zly i placzliwy.

Bizon tez zmeczony, ale on chociaz spi lepiej, wiec w nocy dobrze wypoczywa. z Bizonem mam jednak zgryz (on na szczescie nie jest tego swiadom), bo cos sie zmienilo w zachowaniu mamy Vittorio.

Bizon, Vittorio i Menno byli trzema najlepszymi przyjaciolmi. na zmiane odwiedzali sie w domach. w czasie lekcji Bizon i Menno bardziej trzymali razem, bo sa na podobnym poziomie, jesli chodzi o nauke, a na podworku, podczas przerwy, Vittorio i Menno wiecej czasu spedzali razem, bo oni lubia bawic sie w rycerzy i ksiezniczki i hustac na hustawce, podczas gdy Bizon woli grac w pilke, bawic sie w berka, czy jezdzic na hulajnodze. Bizon jest wlasnie taka kombinacja: aktywny, ciagnie go do sportu, wiec chce cos konkretnego robic, ale jednoczesnie w klasie potrafi sie skupic, spokojnie siedziec i wykonywac rzetelnie polecenia nauczycielki.

jako ze ja z mama Vittorio lubilysmy sobie pogadywac, nasze dzieci czesto zostawaly po szkole na boisku i razem sie bawily, a my moglysmy posiedziec, pogadac i bylo milo (tak mi sie wydawalo). bardzo duzo czasu razem spedzalismy. a tu nagle,  w tym roku wyczuwam jakas zmiane w postawie mamy Vittorio – po lekcjach, mimo dosc przyjaznej jeszcze pogody pedza do domu, na srode zaprosili Menno, ale Menno sie rozchorowal. ja bym w takiej sytuacji zaprosila drugiego bliskiego kolege, czyli… w tym wypadku Bizona, ale propozycja nie padla, tak jakby Bizon nie byl tam mile widziany. dzis slysze, ze Vittorio idzie do Menno (za ta ”chora” srode). o Bizonie cisza. nie bede sie wdawac w szczegoly, ale mam powody sadzic, ze mama Vittorio poprosila przed wakacji nauczycielke, zeby posadzila jej syna z Menno w jednej lawce. mi to nawet do glowy nie przyszlo. a szkoda, bo Bizon trafil na niezbyt fajnego kolege  – chlopiec jest drugoroczy i ma problemy z dyscyplina, wiec stymulacja edukacyjna dla Bizona raczej nie bedzie, a i towarzysko z moim ”subtelnisiem” nie pasuja do siebie. w lawce przy Menno i Vittorio jest jeszcze jedno miejsce (siedzi tam chlopiec, ktory ani z Menno ani Vittorio sie nie przyjazni, a z Bizonem grywa w noge). i tak sie zastanawiam czy czekac jak sie sytuacja rozwinie czy zapobiec… samotnosci Bizona (i spytac o mozliwosc przesadzenia go w poblize przyjaziol).

moze martwie sie na wyrost? nie wiem sama. boje sie, ze jak Vittorio i Menno razem siedza w klasie, a na podworku Bizon woli grac z innymi chlopakami w noge, to za kilka miesiecy Bizona nic juz nie bedzie laczyc z Menno i Vittorio. a szkoda by bylo, bo Menno i Vittorio to jedyni ”normalni” chlopcy w tej klasie:/ ”normalni”, czyli dzieci zadbane, dopilnowane, nieprzeklinajace, niehuliganujace, dzieci, jakie wiekszosc rodzicow chetnie widzi w otoczeniu swojego wychuchanego dziecka.

chlopcy, z ktorymi Bizon gra w noge, to dzieci, ktore wychowuje ulica i starsze rodzenstwo. w dwoch domach wiem, ze jest przemoc domowa, w innych nie wiem, ale z mamami tych chlopcow nie potrafie znalezc wspolnego jezyka. dwoch chlopcow z grupy footbalowej odwiedzilo nas i… nudzili sie:DDD nudzili sie, bo u nas nie ma pistoletow, mieczy, figurek spidermena, batmana, monsterow, duchow, itp. straszakow. u nas sa klocki lego, kilka zestawow szyn/pociagow, plastelina, farbki, wycicnanki, klej, ukladanki, puzzle, pojazdy, garaze, gry planszowe. niewiele jest zabawek nawiazujacych do walki i przemocy. kiedy przychodzi Menno, biegnie do lego, Vittorio uwielbia plasteline i rycerski playmobile. ci dwaj sie nie nudza. Bizon i Szkrab tez nie.

z jednej strony nie chce Bizonowi przyjaciol dobierac i wiem, ze wiele spraw sie jeszcze pozmienia, ale z drugiej strony nie chce, zeby Bizon wdepnal w towarzystwo agresorow spluwajacych gdzie staja i medrkujacych pod moim dachem. Bizon jeszcze nie potrafi spojrzec w przyszlosc, nie wie, jaki wplyw ma dane towarzystwo. a ja wiem. i sie troche zmartwilam.

 

jutro Bizon idzie na urodziny do Ady. plaszcz rycerski juz gotowy, jeszcze na drutach mu z grubych nici kolczugowy kaptur dziergam.

a wieczorem grill u tesciow, z okazji urodzin szwagierki. nie mam ochoty, ale wypada zostac na noc, bo pozno tam zajedziemy, poniewaz urodziny Ady koncza sie o 17.00. szwagierka zaprosila jeszcze kolezanke z jej trzema synkami, wiec moi chlopcy beda miec towarzystwo. przyznam, ze najbardziej to zyczylabym moim chlopcom kuzynostwa… a na to sie niestety nie zanosi, ani w Polsce, ani tu:(

______________

i troche weselej: kupilam Szkrabowi jezyny – bardzo w nich zasmakowal u moich rodzicow. smiechu bylo, bo kazdego wykrzywialo po tych jezynach z krzaczkow rodzicow, nikt ich w takie ”naturalnej” formie jesc nie chcial, a Szkrab z 10 minut potrafil pod krzaczkiem stac, skubac i konsumowac. kupilam mu wiec na targu, dalam na deser, a Szkrab na to:

– o jak milo, ze babcia i dziadek mi przyslali te jezinki! – nie wyprowadzalam go zbledu, bo jeszcze by mu nie posmakowaly;)

a tak bylo z malinami: prosto z krzaczkow smakowaly, z targu juz nie…

wakacje:)

wiem, ze potwornie to zabrzmi, ale… ja wlasnie zaczelam wakacje.

przyzwyczailam sie juz, ze chlopcy ida do szkoly, a ja mam te kilka godzin ciszy – nie wazne, co robie, czy odhaczam domowe obowiazki, czy udzielam sie w szkole, czy zwyczajnie kawuje i bloguje, ta cisza jest mi potrzebna jak powietrze. cisza i… systematycznosc, schemat dnia. bo wakacyjne rozmemlanie jednak mnie meczy.

z jednej strony absurdem wydawaloby sie wprowadzanie schematow i rygorow godzinnych podczas wakacji, z drugiej strony, mialam wrazenie, ze rytualy, schematy i regularnosc, jaka panuje podczas roku szkolnego, lepiej wplywa na dzieci i na nas, rodzicow, niz ten wakacyjny chaos.

Bizon poszedl do 3 klasy. i jest skok. bo w 3 klasie juz nie ma zabawek, nie ma naprzemiennych zajec w koleczku- i pracy w 4 osobowych grupach, tylko caly czas w lawkach…dzieci wychodza tylko raz na podworko, a wczesniej 2 razy. a Bizon, mimo ze lubi czytac, lubi liczyc, nade wszystko kocha ruch na powietrzu i boje sie, ze bedzie mu tego brakowac. kiedy spytalam go o wrazenia z 3 klasy, stwierdzil z zalem, ze ”za dlugo”. ciagnal mu sie czas… nauczycielka podeszla do mnie po lekcji (to wlasnie bardzo cenie – nauczyciele szybko daza do nawiazania kontaktu z rodzicem, na biezaco zagaduja o sprawy dotyczace dziecka, dzieki czemu rodzic moze dziecku pomoc od razu, a nie czekac do wywiadowki a nauczyciel moze dopasowac troche styl/poziom nauczania do dziecka) i spytala, o odczucia Bizona. powiedzialam zgodnie z prawda, ze mu sie troche dluzylo. nauczycielka usmiechnela sie i powiedziala, ze wiekszosc dzieci tak ma, ze jednak przejscie z 1 do 2 klasy nie jest tak duza zmiana jak pojscie do klasy 3. 1 i 2 klasa to cos w rodzaju polskiej zerowki, troche nauki, troche zabawy. 3 klasa to juz glownie nauka. troche mnie to boli, bo przeciez te dzieci maja tylko 6 lat… i juz czytanie, liczenie, logika, nie tablica i kreda, ale ekrany komputerowe, mazianie palcem po monitorze – z jedne strony jest to urozmaicenie, z drugiej strony nie jestem fanka sadzania dzieci przed ekranami.

jednak nie powinnam narzekac. bo poczytalam, ile kosztuje ”darmowa” nauka w Polsce… ja do tej pory wydalam 10 euro na nowe buty do sportu dla Bizona. za miesiac pewnie dostane rachunek na ”potrzeby szkoly”, zaplace okolo 200 euro za dwoje dzieci i nic wiecej mnie nie obchodzi. zadne farbki, kredki, bloki, zeszyty, ksiazki. nic. to dzieci dostaja w szkole.

Szkrab zadowolony -on tak jakby ”siedzial”:DDD bo dalej do pierwszej klasy chodzi. taki to jest wlasnie system w Holandii: jako ze Szkrab pochodzil do 1 klasy niecale 4 miesiace, a na dodatek do 5 lat jeszcze mu sporo brakuje, to pozostaje w klasie 1. co mnie bardzo cieszy, bo widze, ze emocjonalnie on potrzebuje tej ”zerowki”, zabawy, on sie musi troche ”popiescic”, a nie gnac z poziomami. zmienila sie jedna rzecz, a wlasciwie osoba: nauczycielka. nie jestem zadowolona, bo ta pani uczyla w zeszlym roku Bizona i ta pani to juz sie na emeryture kwalifikuje, ona zwyczajanie nie nadaza za takimi maluchami, wiec swa powolnosc nadrabia surowoscia. i juz wczoraj Szkrab stwierdzil, ze juf Karin byla kochana, a ta pani, juf Nel, jest surowa… jakos ten rok przebiedujemy, a za rok Szkrab znow spotka juz Karin, bo ta poprosila o przeniesienie do klasy 2.

ja mialam dzis rozpaczac sezon fitnessowy, ale ilosc porannych telefonow mnie przerosla i… nie zdarzylam sie spakowac:/ tzn. butow nie znalazlam i mam nadzieje, ze je z Polski przywiozlam… wzielam je do Polski, bo postanowilam pokochac bieganie;) i tak co drugi wieczor truchtalismy z lubym. okazalo sie, ze tempo mamy takie samo, wiec fajnie sie nam biegalo, ale… nie polknelam bakcyla. bieganie samej (tu nie mamy z kim chlopakow zostawic, zeby razem pobiegac wieczorem) jest dla mnie nudne. widac jestem typem lubiacym wysilek grupowy. wiec czas sie udac na lekcje grupowe w moim klubie… jutro:)

a telefony nietypowe. miedzy innymi zadzwonila mama kolezanki Bizona, ze cos ja w nocy w oko ukasilo tak, ze nic na to oko nie widzi i czy bym jej corki po szkole nie odebrala, a jej przyjaciel odbierze ja jak juz wroci z pracy. no dobrze, odbiore. pozniej telefon, bo luby porfel gdzies w domu posial, a potrzebuje go, bo ma tam karte kredytowa, ktora musi oplacic jakas tam konferencje i samolot… oczywiscie, blagalny ton, zebym poszukala i przywiozla… pozniej doktorantka, ktora prowadzi badania u dzieci z problemami brzuszkowymi. kiedys wykazalam zainteresowanie tymi badaniami, bo Bizon ciagle ma fazy brzuszkowe i teraz poproszono mnie, zebym zgodzila sie na szczegolowe badania Bizonka. zgodzilam sie, bo moze w koncu dowiemy sie o co chodzi… i na samym koncu kolezanka zadzwonila, zeby zaprosic mnie na kawe:) fajnie, ten tydzien to wakacje:))) choc nie do konca.

koncze pisac listy motywacyjne…. CV juz gotowe, ale listy motywacyjne po holendersku nie ida mi tak gladko:/ jednak ambicje sklaniaja mnie, zeby napisac je sama, a dopiero pozniej dac lubemu do sprawdzenia (i pewnie przeredagowania, bo jak juz pisalam kiedys, luby uwielbia przerabiac teksty:)).

w tym tygodniu musze uszyc tez dwa kostiumy rycerskie dla chlopcow, bo Bizon zostal zaproszony na urodziny w klimatach ”ksiezniczki i rycerze” i postanowilam, ze poliestrowego badziewa nie bede kupowac, tylko sama cos splodze. czas wiec jechac na targ, przejrzec materialy, odkurzyc maszyne i zabrac sie do szycia. Szkrab niby nie jest zaproszony, ale wiadomo, ”dla mnie tes!”. tes, tes…

Szkrab za to w sobote idzie na pierwsza lekcje plywania:) Bizon na poziom B. bardzo mnie to cieszy.

i to tyle:)

 

jest taki przyjemny niedosyt

niedosyt czytelniczy. nie mam na mysli stanu ”zawsze musze miec cos do czytania”, bo tak akurat nie jest. sa tygodnie, ze chwytam sie jednej ksiazki, ale nie moge przysiasc, skupic sie, dokonczyc, zaczynam inna ksiazke, to samo, wchodze w trzecia, mecze, nie koncze — miewam takie okresy, ze nie czytam. wtedy irracjonalnie meczy mnie glod czytelniczy – to tak jak ktos nie moze jesc, bo go zab boli – niby glody, niby ma smaka, a jesc sie nie da. ja tak miewam z ksiazkami.

ale nie o tym chcialam. od ran czuje niedosyt, bo skonczylam czytac „Derwisza amerykanskiego” (Ayada Akhtara). wiele jest ksiazek, artykulow na temat muzulmanow, ale ta powiesc jest inna, dla mnie glebsza niz np. wyznania gnebionych muzulanek, autor dotknal roznych plaszczyzn islamu, pokazal roznorakie style ”uprawiania” tejze religii, roznych muzulmanow, mniej, bardziej lub calkowicie ”wyzwolonych”. wszedl tez na pole hipokryzji… tam tez jest…. znalazlam w tej ksiazce wiecej niz tylko historie muzulmanskiej rodziny zyjacej w Ameryce. nie umiem do konca sprecyzowac co mnie tak urzeklo, ale derwisz chodzi za mna caly dzien i wierci, wzbudza niepokoj, wierci mozgownice – w taki przyjemny sposob:) podszedl mi styl pisarza: niby prosty, ale nie prostacki. lubie tez, gdy podczas czytania pojawiaja sie przeczucia, co sie moze stac, ale do konca nie wiadomo, jak autor rozwinie dany watek. mialam poczucie nadciagajacej tragedii. i mimo ze spodziewana tragedia nadchodzi, nie ma rozczarowania w stylu ”a tak, wiedziaaaaalaaaam” – jest ciekawiej, bolesniej, inaczej niz sie spodziewalam. mimo braku klasycznego ”happy endu”, autor konczy optymistycznie, wzruszajaco, melanchonijnie, jakby chcial zlagodzic bolesne zakonczenie, jakby chcial dodac jakis bonus czy rekompensate za tragizm, ktorym czytalenika uraczyl.

wierci mnie niedosyt na wiecej derwisza – ta powiesc powinna byc po prostu dluzsza;) albo kontynuowana… z niecierpliwoscia czekam na kolejne powiesci tego pisarza.

Dla zainteresowanych link: http://www.youtube.com/watch?v=tdGjskU0EYU

 

a teraz biegne wyjac z piekarnika dorotusowe ciasto jogurtowe: u niej z malinami, u mnie ze sliwkami:) i mimo poznej juz godziny, skusze sie na kawalek:)

praca u / dla meza

wieczorami przegladam i spisuje potencjalne miejsca pracy, a luby w tym czasie pisze europejski grant:

 – jak go dostane, bede mial miesjce dla 6 osob – nie martw sie, zatrudnie cie

– w zyciu nie bede u ciebie pracowac – obruszam sie pol zartem, pol serio

– nie?!?! o ty niewdziecznico – luby nie wierzy swoim uszom

– juz wystarczy, ze domu dla ciebie pracuje! – dogryzam

a jednoczesnie mysle o pracy z lubym – pracowalismy razem w jednym departamencie i to bylo fajne. ale mielismy osobne projekty i owszem, dyskutowalismy na ich temat, nie raz jeden drugiemu cos podsunal, pomogl, ale odpowiedzialnosc za projekt byla osobna i zajmowalismy rownorzedne pozycje. a teraz luby bylby moim szefem. mowy nie ma;)

poza tym, mamy tak odmienne style pracy, ze bysmy sie gryzli – ja lubie wiekszosc rzeczy duzo wczesniej zaplanowac, a w ostatniej chwili zmieniac drobne szczegoly, a luby na odwrot: wszysto na ostatnia chwile, bez przymiarek, bez prob, bez myslenia, ciach, prach i zrobic. jedynie pisaniem sie delektuje (serio delektuje, bo on to lubi), wiec pisze i pisze i przepisuje i kaze mi czytac i poprawia… ja pisze szybko, co czesto widac na blogowiskach (literowki:/). nie lubie tekstu kilka razy poprawiac, bo od razu pisze tak, zeby bylo ”idealnie”, choc oczywiscie tak nie jest. wiem to, a jednak takie czytanie i zamienianie pozycji slow, ubarwianie, ukwiecanie tekstu, mnie nie bawi.

ale wracajac do sprawy pracy – niech luby grant dostanie, tego mu zycze, ale wole pracy szukac moze blisko niego (fajnie miec lunch z mezem;)), ale z pewnoscia nie u niego.

odliczam dni…

z zalem stwierdzam, ze odliczam dni do konca tych wakacji. moje dzieci weszly w bardzo upierdliwa faze – kloca sie non-stop. o wszystko:

– mamoooo, a ja to mialem pierwszy

– mammmoooo, a on sie krzywo usmiechnal

– mamooo, a on mowi, z juz nigdy sie nie bedzie ze mna bawil!

– maaamooo, a on mnie bije/szczypie/kopie/popychaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!

Mammmmmooooooooooooooooooo, o mammmoooooooooooooooo, mam dosc!!!

Bizon jest podjudzaczem, ukradkiem, po cichu, z glupim usmieszkiem wbija Szkrabowi szpile, a Szkrab sie w podchody nie bawi, tylko wali na oslep, gdzie popadnie.

z jednej strony nie pozwalamy na bicie, z drugiej strony, jak sie postawie w sytuacji Szkraba, jak poslucham podjudzania przez Bizona, to zrobilabym to co Szkrab: tak bym machnela, ze by w koncu zamilkl:/

jest gorzej niz dziedziusiami, jednej domowej czynnosci nie moge za jednym zamachem zrobic, bo co 1-3 minuty jest walka. probuje sie nie wtracac, probuje olewac, ale oni co chwile tylko na zmiane przybiegaja i skarza jeden na drugiego.

wiec nie ma wspolnej zabawy, tylko:

– dajcie mi spokoj

– nie chce tego slyszec

– nie bij go/ dlaczego go bijesz?

– nie podjudzaj/ dlaczego podjudzasz?

– kazdy do swojego pokoju, marsz!

– za kare: zero TV

– siadz i czytaj!

– siadz, ukladaj puzzle!

jak jeden poslucha i zajmie sie czyms, to drugi juz zyga, juz bez pierwszego wytrzymac nie moze, juz zaczyna lobuzerowac.

i niestety, z bolem, zalem i rozgoryczeniem, ale przyznam, ze starszy jest gorszy:( bo jak zajme sie starszym, to mlodszy nie przeszkadza. ale niech ja tylko siade z mlodszym, starszy juz krazy jak satelita i a to kupe, a to pic, a to mu poczytac, a to odpowiada na pytania przeznaczone dla mlodszego.

 dawno takiej makabry nie bylo. az zazdroszcze matkom jedynakow:/ i pomyslec, ze ja trojgu marzylam/marze…. do pracy zwiewac od takiej ”sielanki”.

 

oby juz poszli do tej szkoly… jeszcze 4 dni…

jak wakacje?

swietnie.

im dzieci starsze, tym spokojniejsze, pogodniejsze, wygodniejsze i niekonfliktowe sa nasze wakacje.

trzy tygodnie spedzilismy pod jednym dachem z moimi rodzicami i tylko jedno drobne sciecie z mama – sukces:)

trzy tygodnie wydaja sie dlugie, ale dzieci wspanialej pogodzie nie ”wisielismy” dniami u rodzicow, tylko organizowalismy sobie jednodniowe wypady: wdrapalismy sie na Sleze, na Szrenice, na Grzybka (w miejscowosci, gdzie mieszkaja moi rodzice), godzinami spacerowalismy po okolicznych lasach, wszystkie chyba niecierpki wypstrykalismy (super metoda na wycieszenie i odmozdzenie- musze szybko opatentowac;)). zdobylismy tez zamek Chojnik (ruiny).

zaliczylismy nowy basen w Trzebnicy – basen ladny, czysty, ale… sa stanowiska do skakania na glowke, ale skakac nie wolno. luby raz z Bizonem sobie skoczyl (udal, ze nie zrozumial znaku;)), to go od razu ratownik upomnial. az sie poszlam upewnic, bo myslalam, ze o cos innego ratownikowi chodzilo, ale nie: skakac wolno tylko podczas egzaminow na karte plywacka. a jak juz sie ja ma, to skakac nie wolno i juz! byla tez piekna zjezdzalnia… od lat 8. luby znow, udal Greka, wzial Szkraba na kolana, zjechal i opiernicz dostal od ratownika… udawalam, ze ja nie z tym panem;) ale swoja droga, troche to dziwne. ”u nas” lepiej: rodzic bierze odpowiedzialnosc za swoje dziecko, ma z nim zjezdzac, a ratownicy tak czy siak kraza i pilnuja bezpieczenstwa. nastepnym razem wybierzemy sie do aquaparku we Wroclawiu – ponoc wiecej wolno:D

spotkalismy sie ze znajomymi, przyjaciolmi – byly to bardzo udane spotkania, czasami u rodzicow w ogrodzie, czasami na gruncie ”neutralnym”, odwiedzilismy mojego chrzesniaka we Wroclawiu (temat na osobny wpis…), spotkalam sie tez z autorka ksiazki, ktora pochlonelam (ksiazke, nie autorke;)) jako pierwsza podczas polskich wakacji. w ksiace pojawila sie nawet dedykacja i autograf:) od razu inaczej czyta sie taka ”zadedykowana” ksiazke! rowniez chlopcy dostali w prezencie ksiazke z autografem, ale chyba jeszcze nie poczuli tego, co ja, choc ksiazki sluchali z zaciekawieniem.

Oprocz hurtowego nabycia ksiazek, obkupilismy sie w ubrania (panowie, ja NIC!) i byl problem z zaladunkiem;) tym bardziej, ze tato obdarowal nas bio-warzywkami z ogrodu rodzicow – nawiezlismy wiec burakow, pietruszki, marchewki, a nawet… kielbaski z dzika (bez konserwantow:DDD), szyneczki i boczku uwedzonego przez mojego tate, a nawet… jajek od kolezanki mamy:) ”jakby u nas jajek nie bylo” – burczal luby. i mial racje:)

jakos udalo nam sie to wszystko upchnac do naszego przytulnego polusia i dojechac bezpiecznie do domu.

jedynie co nas zmartwilo, to chorobsko Bizona – dzien przed wyjazdem wysoka goraczka, bole brzucha i czeste wizyty w toalecie:/ wszystko wskazywalo na jelitowke. dziwne, bo wszyscy domownicy zdrowi, a przeciez jelitowka szybko infekuje… wyjechalismy wiec z Polski troche pozniej niz planowalismy, ale Bizon mial sie lepiej.

w sobote kontynowalismy wakacyjne szalenstwa w Holandii, w parku atrakcji, Bizon szalal na calego, a kolo polnocy… 40C i majaki.

bylam dzis z Bizonem u lekarza. na szczescie nasza lekarka jest na wakacjach i trafilismy na ”dociekliwsza” lekarke, ktora bardzo dokladnie Bizona osluchala, ktora tez zastanowilo to, ze choroba jakby wrocila i to bolesniej niz za pierwszym razem, a na dodatek nikt z rodziny sie nie zarazil. wyslala nas na szczegolowe badania, co mnie mimo chorobowej atmosfery w domu, ucieszylo, bo wole powykluczac pewne chorobska czy robaczyska.

tak wiec ostatni tydzien wakacji, zamiast na swiezym powietrzu, my kisimy sie w domu… ale i tak nam sie udalo, ze te 3 tygodnie w Polsce tak cieple i bezdeszczowe byly.

zanim podsumuje

zanim podsumuje wakacje (nie wiem, kiedy, bo jakos natchnienia mi brak…), zanotuje co innego, zanim z pamieci umknie.

wczoraj klade Szkraba spac. zakladam mu pizamke, a Szkrabowi wlaczyl sie opor: ta piziamka nie u juz! inne pizamki nie wyschly, a poza tym nie mialam juz zwyczajnie sily i ochoty ulegac jego kaprysom i powiedzialam, ze ta pizama i koniec. Szkrab powyl, pokombinowal, poszedl m.in. do szwagierki, ktora akurat byla i poprosil, zeby mu zmienila pizamke, bo ta dla ”dziecinek” (= dla dziewczynek! czy biala pizamka w zielone koniczynki i zajaczki jest dla dziewczynek??? a jesli jest, to skad 4-letni brzdac to wie? jego starszy brat nie mial zadnych ”wontow” co do tej pizamki!) , ale szwagierka tez mu wytlumaczyla, ze inne pizamki dopiero schna, a poza tym, pizamki pod koldra przeciez nie widac. Szkrab jakos przelknal te argumenty, dal sie przykryc, zasnal.

kolo poznocy ide go przykryc, Szkrab rozkopany spi szczesliwy. szczesliwy, bo… kreacje zmienil!!! zdjal sobie skubaniec pizame, a z szafy wyjal ulubiona koszulke i krotkie spodenki. ta… tak to da sie spac, a nie w babskiej pizamie!

ta akcja uswiadomila mi po raz kolejny, ze Szkrab sobie w zyciu rade da: z taka determinacja, jaka on ma, zawsze dopnie swego:D

_____________

w piatek bylismy u siasiadki. powiedzialam m.in. ze po wakacjach wysylam CV i aplikacje do pracy.

po poludniu Szkrab prosi:

– mamo, ja cie blagam, nie idz do pracy!

– Szkrabusiu, ale mi sie juz nudzi w domu… ty i Bizon idziecie do szkoly, tata do pracy, a ja sama w domu jestem!

– mamo, nie idz, ja jeszcze taki maly chlopcik jestem!!! – ponowil blagania dramatycznym tonem…

no coz, znajac jego determinacje i upor w dazeniu do celu, juz mysle, co moj maly chlopczyk wymysli, zeby mi pojscie do pracy uniemozliwic;)

________________

dzis po raz kolejny zaczal temat: ”a jak ja sie z toba, mamo, ozenie…” – dzis obiecywal mi, ze on bedzie pracowal, a ja nie bede musiala isc do pracy!

tlmaczylam juz, ze chlopcy nie zenia sie ze swoimi mamami, dzis podchodze go z innej strony:

– ale juz mam meza! twoj tata jest moim mezem – a tata siedzi przy stole i slucha zaciekawiony

– ale jak tata juz do nieba pojdzie! – ciagnie Szkrab a tata cieszy miche.

– ale ja jestem starsza od taty, wiec ja pewnie pierwsza pojde do nieba

– to ja z toba i tam sie z toba ozenie!

desperat.

_________________

a Bizon jakos dziwnie choruje:/ tydzien temu, dzien przed wyjazdem z Polski, dostal goraczke i bolal go brzuszek, glowa, slaby byl – jakby lekka jelitowke zlapal. przesunelismy podroz o dzien, wydawalo sie, ze juz wydobrzal, choc caly tydzien brzusio ”niespokojnie” sie zachowywal. wczoraj Bizon obudzil sie z krzykiem, poszlam go poglaskac a on jak piec:/ 40C… cala noc z nim spalam, udalo mi sie troche goraczke zbic, w ciagu dnia znow bole brzuszka, czesto wycieczki do toalety, oslabienie i ciagle lekka goraczka.

martwie sie. jesli to ”tylko” jelitowka, to pal licho, ale jakos dziwnie ta choroba przebiega. Szkrab tez mi sie wieczorem wydal rozpalony, ale nie dal sobie sprawdzic temperatury i szalal na calego, wiec o oslabieniu mowy nie ma…

pewnie jutro wizyta u lekarza nas czeka:(

__________________

przed chwila zakupilam prezent ”grupowy” dla tescia i tesciowej, i szwagierki – bo tesc i szwagierka maja urodziny w pierwszej polowie wrzesnia. co roku jest problem z prezentem  dla tesciow, bo oni wszystko maja… zawsze ich pytam, czy maja jakies zyczenie, ale mam wrazenie, ze im tylko klopot sprawiam, bo oni nie potrzebuje niczego. w tym roku zamowilam dla calej trojki bilety do teatru na… Don Juana:D niby Molier, ale nie wydaje mi sie, ze za trudne;) i prezent z glowy:)

a przy okazji dla chlopcow bilety na Tomcia Paluszka kupilam:)