ze tylko plakac mi sie chce. powodow wielkich nie mam, ale jak sie tych malych nazbiera, to w koncu sie przelewa.
o 9.00 telefon. wyskoczylam mokra spod prysznica, odbieram, a to luby dzwoni, zeby mi powiedziec… az glupio pisac:/ ale napisze, bo juz nie wiem, czy to jemu sie w tylku przewrocilo, ze ja jestem nadwrazliwa…. luby zadzwonil, zeby powiedziec, ze to mieso, ktore mu wsadzilam do dzisiejszych kanapek jest niesmaczne. ja wiem, ze to tylko glupie mieso i kanapki, ale mnie zabolalo. ja mokra spod prysznice biegne, a on mi z krytyka z pracy dzwoni!!! on ma tam pracowac, a nie ciagle z pierdolami wydzwaniac. powiedzialam, zeby kanapki wyrzucil golebiom, a od jutra sam sobie robi sniadania.
odbieram dzieci na lunch. Szkrab wychodzi caly obsikany. idzie i sika. w ciagu ostatnich dwoch tygodni dzien w dzien sika/sra/ sika/sra/sika/sra w gacie. przepraszam za to slownictwo, ale moje emocje dzis gora:( nie wiem, co sie mu stalo. nie wiem, czy jest zmeczony, czy chory, nie wiem dlaczego nie zdaza na czas do toalety. on mi tego nie potrafi wytlumaczyc, podejrzewam, ze sam nie wie, dlaczego tak robi, mi sie cierpliwosc skoczyla.
po zmianie ubrania, Szkrab poszedl sikac. w tym samym czasie, dokladnie w tym samym, Bizon tez MUSI sikac. Szkrab mialczy, ze teraz on sika, Bizon go popycha, zeby sie przesunal, bo wg Bizona moga razem sikac. Szkrab nie chce razem sikac, popchniety przez Bizona sika na podloge i dalej mialczy. popycha Bizona, Bizon krzyczy. a ja juz nie wiem: ignorowac? drzec gebe? lac? bo rozmowy nie dzialaja.
olalam. zrobilam pare glebszych wdechow, wytlumaczylam, ze jak ktos jest w lazience, to Bizon ma czekac. on oczywiscie wyskoczyl z ”ale”, ale ucielam, ze nie ma zadnych ale. Szkrabowi kazalam poscierac siki- mialczy, ze to nie jego wina, bo Bizon go popchnal. mnie to nie interesuje, ma zestrzec siki (wiem i tak bede musiala po nim poprawic…). ten sie drze, ze nie umie… a mi peka glowa.
w koncu starl (=rozmalzal po podlodze…).
Siadamy do stolu, na stole talerz z pierogami. Szkrab mialczy: ”nie ciem, nie lubie, nieeeeeee”. to nie. won.
poszeld wyjac do swojego pokoju.
Bizon zjadl, zeby tylko opieniczu nie dostac, ale tez nieszczesliwy, ze mu matka jesc kaze!!!
czas zbierac sie do szkoly. Szkrab wyje, ze ma buty obsikane. szukam drugich butow. do drugich butow potrzebne sa skarpetki (tamte na gola noge). daje Szkrabowi skarpetki, on wyje, ze nie umie zalozyc. ja wiem, ze umie, ale nie chce mu sie/jest zmecziny ma dosc zycia podobnie jak i ja. zamiast mu te cholerne skarpetki zalozyc, mowie, zeby sie pospieszyl, bo my z Bizonem juz idziemy. Szkrab sie rozkleja, siedzi na podlodze i wyje na calego. w koncu mu zakladam te skarpetki (leb mi peka i chce sie najzwyczajniej w swiecie pozbyc dzieciaka z domu:/), buty.
wychodzimy na dwor, ulewa. wlasnie moknie mi prawie suche juz pranie, ktora o 7 rano wywiesilam. nie mam juz czasu go zebrac, wiec moknie…
wracam do domu po kluczyki od samochodu.
pod szkole przyjezdzam lekko spozniona… na szczescie lekcje sie jeszcze nie zaczely.
wracam do samochodu i wyje.
i wcale nie jest mi lepiej. wiem, ze chlopaki wroca ze szkoly i znow bedzie darcie, mialczenie, bol glowy, scisk zoladka, niesmaczny obiad, wymuszanie telewizji i mekolenie.
nienawidze takich dni. i fakt, ze inni maja gorzej nie pociesza, a wrecz przeciwnie, dodatkowo wzbudza wyrzuty sumienia. do dupy matka, do dupy zona. gotowac nie potrafi, sprzatac nie lubi, do pracy nie chodzi i nawet paznokci nie ma pomalowanych. dzis tylko chlipac potrafi.