welkom

dwie godziny temu wrocilismy.

upal. parno. i deszcz, oczywiscie. jakze by inaczej… zebysmy przypadkiem nie zapomnieli, ze to deszczolandia nas powitala…

dobrze, ze cieplo:) szoku termicznego nie dostaniemy po tych upalnych 3 tygodniach w Polsce. upale, ktorego bardzo potrzebowalam. naladowalam baterie i mam nadzieje, ze jesien tego roku lagodna bedzie.

cuda za darmo…

jakis czas temu wystawilam na marktplaatsu (interentowy second hand) foteliki samochodowe, z ktorych chlopcy juz wyrosli.dla naszych zbojow kupilismy nowe foteliki, ale stare szkoda mi bylo wyrzucic (z reszta, gdzie takie kloce wyrzucic???).

fotelik po Bizonie byl w swietnym stanie, a po Szkrabie w jednym miejscu lekko przetarty. zrobilam zdjecia, dokladnie pokazujace stan fotelikow, lacznie z przetarciem. jako ze chcialam sie ich jak najszybciej pozbyc, ceny dalam  symboliczne. Bizonowy fotelik sprzedalam w ciagu 2 dni, a Szkrabowy dalej stoi, mimo ze kilka osob wykazalo zainteresowanie. ale… jedna osobba miala przyjsc, nie przyszla. druga osoba byla zainteresowana fotelikiem juz teraz, bo potrzebowala go w dniu kiedy ta pierwsza osoba miala przyjsc. jak pierwsza osoba nie przyszla, zadzwonilam do drugiej, ale dla niej juz bylo za pozno. nastepny kupiec zaoferowal mi… 3 euro. nawet nie odpowiedzialam na te oferte. ja wycenilam fotelik na 10 euro. inna osoba chciala, zeby jej ten fotelik przeslac. jak jej uswiadomilam, ze wiecej za przesylke zaplaci niz za fotelik, zrezygnowala:)

wczoraj e-mail od jakiejs pani z prosba, zeby jej DOKLADNIE napisac o co chodzi z tym przetarciem, bo na zdjeciu kiepsko widac:/ i ze ona dalaby 8 euro. dobra kobieto, niech ci bedzie 8 euro, bierz w cholere ten fotelik, bo stoi i sie kurzy. miala przyjsc dzis po poludniu dochodzi 17.00 kobiety nie ma.

nie lubie takich rozmemlanych , niekonkretnych ludzi. my nie chcielismy uzywanych fotelikow, to wywalilismy kupe kasy na nowe, firmowe, foteliki z atestami i innymi bzdetami. a ludziom z jednej strony kasy im szkoda, a z drugiej strony nie wiadomo co chcieliby za 10 euro kupic.

 

wakacjowo

wraz z wakacjami, przyszlo lato. tzn. pogoda odpowiednia do pory roku. slonce, gorac, pogodne dni spedzane od rana do wieczora na lonie natury.

wczoraj w koncu pojechalam z chlopcami na niedawno odkryta pobliska plaze. jakbym dzieci nie miala;) a wieczorem szwagierka przyjechala zaopiekowac sie dziecmi, a ja z lubym najpierw na meksykanski obiadek na tarasie, pozniej na kawusie, a na koniec kino. obejrzelismy ‚Nietykalnych” i obydwoje stwierdzilismy, ze dawno tak dobrej komedii nie widzielismy:) na ogol unikam komedii, bo glupawy zart,ktory ostatnio rzadzi w kinie, mnie nie bawi. a tu mila niespodzianka. ryczalam ze smiechu i film bardzo polecam.

miedzy restauracja a kawusia jeszcze sobie szybko lakier do paznokci kupilam – nie moglam sie zdecydowac, wiec dwa wybralam;) wciekly roz i fiolet:D

do domu dotarlismy kolo poznocy – bardzo szczesliwi.

wieczor zgodnie podsumowalismy: dobrze, ze po 7 latach malzenstwa (a 10 latach bycia razem) tak bardzo lubimy spedzac razem, tylko we dwoje czas.

dzis jedziemy na Fryslandie ogladac zawody konne, a jutro pakowanie, szybkie zakupy i do Polski:)

wpadlam

rano chcialam wyjac z szafki plyn do prania. szafka, jako ze z chemia, wisi w lazience pod samym sufitem, co by sie dziatwa do niej nie dorwala. zeby do szafki dosiegnac, musze wejsc na… toalete. wchodze tak juz od jakis 6 lat. i nagle toaleta, a wlasciwie deska klozetowa (polroczna!) zbuntowala sie i ciach, krach, pekla. a ja wpadlam jedna noga do toalety:/

luby stwierdzil, ze za bardzo sie umiesnilam:D

mina dzieci, ktore akurat weszly do lazienki, zeby sie poskarzyc, ze ”on mnie bije”, a ”on powidzial, ze jestem brzydki”, bezcenna. w ciagu ulamka sekudny zapomnialy z jakim to problemem przyszly;) bo mama z jedna noga w peknietej klapie od deski klozetowej i stopa w toalecie, to widok niecodzienny.

prawie finisz

jutro chlopcy koncza rok szkolny i zaczynaja wakacje. dzis mieli niby zakonczenie roku, ale jutro jeszcze musza rano odhaczyc zajecia, bo tak gmina kazala…

podoba mi sie, ze zakonczenie roku w tutejszej szkole (i chyba w ogole w holenderskich szkolach) to nie apele, wyczytywanie ilu uczniow jakie mialo osiagniecia, czerowne paski wystap, nie przemowienia pani dyrektor, tylko zabawa, na ktora to dzieci zasluzyly, bo jednak nauka to praca i widze, ze moje dzieci bardzo juz tych wakacji i odpoczynku potrzebuja.

wczoraj Bizon zdal pierwszy egzamin z plywania, dostal dyplom A, co oznacza, ze wolno mu wejsc do glebokiego basenu bez rekawkow. bylam pod wrazeniem umiejetnosci plywackich maluchow: plywanie zabka w ubraniach i butach na brzuchu i na plecach, a pozniej bez ubran skok na glowke, zabka na brzuchu na plecach, kilka machniec crawlem na brzuchu, na plecach, dryfowanie na brzuchu na plecach, na przemian z zabka i crawlem, ”plawikowanie”, okrecanie sie wokol wlasnej osi i jednoczesne machanie do publiki na trybunach. i jeszcze, jak dla mnie najgorsze, skok na glowke, nur pod wode i przeplyniecie przez dziure w plastikowej kurtynie, zanurzonej w wodzie – ja pod woda nie potrafie otworzyc oczu, wiec nie wiedzialabym, gdzie ta dziura, a zanim bym ja juz moze wypatrzyla, to by mi powietrza zabraklo:/ umiejetnosci plywackie to jedno, ale kondycja… ja przeplyne dwie dlugosci basenu zabka i ledwo dycham, a  Bizon taka niby chudzina, a krzepe ma.

bylam tez pod wrazeniem organizacji egzaminow: w ciagu 60 minut egzaminowano okolo 40 dzieci – basen jest dosc duzy, 6 stanowisk do skakania, przy kazdym stanowisku rzadek dzieci, ktore co kilka sekund wskakiwaly do wody i wykonywaly to, co egzaminator wykrzykiwal do mikrofonu. polecenia byly bardzo jasne, wiec maluchy nie byly skolowane, co robic. jeden tylko chlopczyk sie rozkleil, bo mu skok na glowke nie wyszedl… ale egzaminator pozwolil mu powtorzyc (a wczesniej dal czas na poskromnienie emocji). bardzo spodobala mi sie atmosfera panujaca na basenie – nie atmosfera grozy, bo egzamin, tylko bardziej swieto: ”dzis drogie dzieci swietujemy wasze osiagniecia, ktore nam teraz zaprezentujecie”. radosna muzyka, mili, usmiechnieci egzaminatorzy, nauczyciele, kolorowe flagi, balony, na trybunach rodzice, dziadkowie, rodzenstwo, kazdy kto mogl przyjsc, przyszedl. oczywiscie, i mi, i tesciowej, i mamie Menno (tak sie fajnie zlozylo, ze przyjaciel Bizona zostal dopuszczony do egzaminu w tym samym dniu) spocily sie oczy, jak te maluchy wdreptaly rzadkiem na basen. nasze maluchy jedne z najmniejszych… po egzaminie rozdanie dyplomow, prezenty, lody.

po wakacjach chlopaki zaczynaja przygotowywac sie do dyplomu B. mam nadzieje, ze Szkrab tez w koncu doczeka sie w koncu wolnego miejsca, bo przydalo by mu sie wiecej ruchu.

w sobote luby ma urodziny – jedziemy grillowac do tesciow. oni daja nam ogrod, grilla i altanke, my (czytaj: ja) organizujemy jadlo i trunki.

____________

mowie Szkrabowi, ze jutro da nauczycielce upominek w podziekowaniu za to, ze go wziela pod swoje skrzydla. Szkrab patrzy na mnie i medrkuje:

– psiecies juf Karin nie ma sksidel! – no tak… prawda:) wytlumaczylam mu o co chodzi, ale nie bardzo mu sie ta przenosnia spodobala.

wracajac jeszcze do zabaw na zakonczenie roku, jedna zabawa mnie dobila: wodna zjezdzalnia na dziedzincu szkolnym. wszystko super, tylko, ze u nas jesien:/ i to jesien deszczowa, wietrzna i dosc zimna (w wiatrowkach chodzimy). z premedytacja nie dalam chlopcom kapielowek ani recznika i naczycielkom powiedzialam, ze chlopcy sa podziebieni (co jest z reszta niestety prawda) i ze nie maja korzystac z tego wodnego ”dobrodziejstwa”. na szczescie nie ja jedna zanegowalam te rozrywke, kilka innych mam tez zabronilo sie dzieciom chlodzic. nauczycielka Bizona tez nie palala entuzjazmem, ale oficjalnie nie mogla tego idiotyzmu zbojkotowac. nie wiem czyj to byl pomysl, czy rady rodzicow czy pana dyrektora, ale byl to pomysl glupi. na szczescie byly tez inne fajne rozrywki, dopasowane do warunkow pogodowych.

mamy tydzien na wykurowanie sie (Bizon potwornie kaszle, Szkrab podciaga nosem:/) i 30 lipca wyruszamy do Polski.

 

jak z bicza

piatek i sobota zlecialy jak z bicza trzasnal:)

wczoraj popoludnie u Magdy i Milanka – wyglaskalismy kocia rodzine, ktora sie powiekszyla kilka tygodni temu o 5 kotkow, zidentyfikowalismy plec kocich malcow. Bizon przeszedl lekcje edukacji seksualnej – dlaczego dziewczynka ma trzy dziurki? do sikania, kupania i… zeby kotki mogly wyskoczyc. i ty tez tak masz, mamo??? – no, podobnie;) Szkraba i Milana to w ogole nie interesilo. pozniej my sie wyedukowalysmy, ze u kotkow jednak troche inna sytuacja z dziurkami niz u ludzi;) plec zidentyfikowalysmy w koncu przy pomocy ”fachowywch” zdjec z internetu:D

dzieci i Magda objadly sie racuchami, a ja na przymusowej diecie, bo mi woreczek zolciowy bardzo zastrajkowal:/ mimo dzgajacego bolu pod zebrami, posmialam sie na wdechu. Magda mowi, ze cos ta jej kotka dziwna sie zrobila, bardziej nerwowa, potrafi Milana lapa capnac, Milusia (prawdopodobnie ojca) tez leje, fuczy na niego i generalnie cos w nienajlepszej formie psychicznej. ja w zadumie rzucilam:

– ja sie jej nie dziwie, tez by mi odbilo, gdybym tyle halajstry sobie narodzila.

a Magda jak nie kwiknie, az sie kocicha wystraszyla;)

jako ze (za)dlugo w gosciach zabawilismy, ja, niepracujaca matka i zona, na obiad dla siebie i meza kupilam pizze, a dzieci uznalam za odhaczone, jako ze racuchy jadly (bo pizzy moje dzieci jak na zlosc nie lubia…). dzieci byly przeszczesliwe, ze wieczorem tylko po bule dostaly, a nie obiad.

pizza tak mnie zmogla, ze o 19.30 wyladowalam w lozku, mialam sie tylko 15 min. zdrzemnac, ale obudzilam sie kolo 22.00… efekt taki, ze pol nocy nie spalam i dzis ledwo sie z lozka zwloklam. niby ledwo, ale jak zobaczylam, ze to juz 8.00, a o 9.00 Bizon plywanie zaczyna, wlaczylam motorek i dziecko nakarmione, spakowane i ubrane w ubrania do plywania stawilo sie punktualnie na basenie. luby mial dzis dyzur basenowy, a ja ze Szkrabem na targ szybko pojechalam. oprocz przyziemnych produktow do zapelnienia brzuchow, kupilsmy tez mniej (lub moze bardziej?) przyziemne: trzy bukiety kwiatow. jeden dla nas, a dwa dla goszczacych nas dzis znajomych.

w drodze powrotnej, obladowana niczym Rumunka, wskoczylam ze Szkrabem (i nareczem kwiatow) do pewnego sklepu bo w oczy rzucila mi sie szmaragdowozielona bluzka!!! a nawet dwie!  tymze sposobem w ciagu 5 minut zdobylam dwie bluzki do zaprezentowanej kilka dni temu spodnicy. i znow przekonalam sie, ze nic na sile – grunt to wystawy sklepowe dobrze obserwowac.

na 11.00 zaproszeni bylismy do znajomych lubego, bo coreczka im sie urodzila. Hania. Hania malusia, sliczniusia i od podobna do tatusia. niesamowite, ze taka 5-tygodniowa istotka moze miec spojrzenie doroslego czlowieka – zlustrowala mnie wzrokiem swojego ojca, po czym zasnela w mych ramionach (dobrze, ze ojciec tego nie robil;)). ojciec tez malo nie zasnal, bo po nocnym dyzurze byl. niby po nocnym dyzurze, ale zdazyl mnie opierniczyc, ze powinnam jak najszybciej do lekarza z woreczkim biec, bo to nie przelewki. ja mu na to, ze z lekarzami mi nie po drodze, a na woreczek jeszcze nikt nie umarl:-) dopoki kawe moge pic, nie jest zle;)

o 14.00 zjawilismy sie u moich znajomych. dzieci jakby nie bylo.. skumaly sie z chlopakami z sasiedztwa znajomych i z wielkim zalem na obiad przyszly. po obiedzie kolegow juz na ulicy nie bylo, wiec bawili sie sami w ogrodzie, rysowali, wycinali, w pilke grali. pilka kilka razy do jeziorka wpadla, ale znajomy przygotowany byl: podbierakiem do ryb pilke wylawial:) nam, doroslym, tak sie dobrze rozmawialo, ze nawet nie wiem kiedy 19.00 wybila. Szkrab zaczal sie moscic na kanapie, Bizon pojekiwac i to byl czas na ewakuacje. chlopaki posnely w samochodzie. i tak nam zlecial dzien.

jutro spokojniej:)

bywaja takie dni…

ze tylko plakac mi sie chce. powodow wielkich nie mam, ale jak sie tych malych nazbiera, to w koncu sie przelewa.

 o 9.00 telefon. wyskoczylam mokra spod prysznica, odbieram, a to luby dzwoni, zeby mi powiedziec… az glupio pisac:/ ale napisze, bo juz nie wiem, czy to jemu sie w tylku przewrocilo, ze ja jestem nadwrazliwa…. luby zadzwonil, zeby powiedziec, ze to mieso, ktore mu wsadzilam do dzisiejszych kanapek jest niesmaczne. ja wiem, ze to tylko glupie mieso i kanapki, ale mnie zabolalo. ja mokra spod prysznice biegne, a on mi z krytyka z pracy dzwoni!!! on ma tam pracowac, a nie ciagle z pierdolami wydzwaniac. powiedzialam, zeby kanapki wyrzucil golebiom, a od jutra sam sobie robi sniadania.

odbieram dzieci na lunch. Szkrab wychodzi caly obsikany. idzie i sika. w ciagu ostatnich dwoch tygodni dzien w dzien sika/sra/ sika/sra/sika/sra w gacie. przepraszam za to slownictwo, ale moje emocje dzis gora:(  nie wiem, co sie mu stalo. nie wiem, czy jest zmeczony, czy chory, nie wiem dlaczego nie zdaza na czas do toalety. on mi tego nie potrafi wytlumaczyc, podejrzewam, ze sam nie wie, dlaczego tak robi, mi sie cierpliwosc skoczyla.

po zmianie ubrania, Szkrab poszedl sikac. w tym samym czasie, dokladnie w tym samym, Bizon tez MUSI sikac. Szkrab mialczy, ze teraz on sika, Bizon go popycha, zeby sie przesunal, bo wg Bizona moga razem sikac. Szkrab nie chce razem sikac, popchniety przez Bizona sika na podloge i dalej mialczy. popycha Bizona, Bizon krzyczy. a ja juz nie wiem: ignorowac? drzec gebe? lac? bo rozmowy nie dzialaja.

olalam. zrobilam pare glebszych wdechow, wytlumaczylam, ze jak ktos jest w lazience, to Bizon ma czekac. on oczywiscie wyskoczyl z ”ale”, ale ucielam, ze nie ma zadnych ale. Szkrabowi kazalam poscierac siki- mialczy, ze to nie jego wina, bo Bizon go popchnal. mnie to nie interesuje, ma zestrzec siki (wiem i tak bede musiala po nim poprawic…). ten sie drze, ze nie umie… a mi peka glowa.

w koncu starl (=rozmalzal po podlodze…).

 

Siadamy do stolu, na stole talerz z pierogami. Szkrab mialczy: ”nie ciem, nie lubie, nieeeeeee”. to nie. won.

poszeld wyjac do swojego pokoju.

Bizon zjadl, zeby tylko opieniczu nie dostac, ale tez nieszczesliwy, ze mu matka jesc kaze!!!

czas zbierac sie do szkoly. Szkrab wyje, ze ma buty obsikane. szukam drugich butow. do drugich butow potrzebne sa skarpetki (tamte na gola noge). daje Szkrabowi skarpetki, on wyje, ze nie umie zalozyc. ja wiem, ze umie, ale nie chce mu sie/jest zmecziny ma dosc zycia podobnie jak i ja. zamiast mu te cholerne skarpetki zalozyc, mowie, zeby sie pospieszyl, bo my z Bizonem juz idziemy. Szkrab sie rozkleja, siedzi na podlodze i wyje na calego. w koncu mu zakladam te skarpetki (leb mi peka i chce sie najzwyczajniej w swiecie pozbyc dzieciaka z domu:/), buty.

wychodzimy na dwor, ulewa. wlasnie moknie mi prawie suche juz pranie, ktora o 7 rano wywiesilam. nie mam juz czasu go zebrac, wiec moknie…

wracam do domu po kluczyki od samochodu.

pod szkole przyjezdzam lekko spozniona… na szczescie lekcje sie jeszcze nie zaczely.

wracam do samochodu i wyje.

i wcale nie jest mi lepiej. wiem, ze chlopaki wroca ze szkoly i znow bedzie darcie, mialczenie, bol glowy, scisk zoladka, niesmaczny obiad, wymuszanie telewizji i mekolenie.

nienawidze takich dni. i fakt, ze inni maja gorzej nie pociesza, a wrecz przeciwnie, dodatkowo wzbudza wyrzuty sumienia. do dupy matka, do dupy zona. gotowac nie potrafi, sprzatac nie lubi, do pracy nie chodzi i nawet paznokci nie ma pomalowanych. dzis tylko chlipac potrafi.

 

 

 

gotowy do wyjscia

wczoraj kolo polnocy zagladamy do Szkraba, a ten spi glebokim snem ubrany w krotkie spodenki i ulubionego T-shirta. tak jakby sie juz do szkoly ubral.

poszedl spac z pizamce, ale najwyrazniej cos mu nie pasowalo i zdecydowal zmienic kreacje;)

oryginal:D

dzis wywiadowka. co do Bizona jestem spokojna, a Szkrab? nie mam pojecia, czego sie spodziewac. skrag na niego nie bylo, wiec chyba zle nie jest;)

jak co miesiac, nie wiem, o co chodzi:/

wybyczylam sie w weekned, bo u tesciow bylismy. a dzis ledwo co nogami powlocze.

dopadla mnie migrena.a konczyny jakby tone wazyly. czuje sie spuchnieta, obolala i najchetniej zakopalabym sie w lozku i udawala, ze mnie nie ma.

tak z reszta zrobilam, ale na 15 minut… ktos dobijal mi sie do drzwi. cos mnie tknelo i nie otworzylam. po chwili slysze marudzenie malego sasiada z dolu, trzaskanie drzwi od mieszkania sasiadow, sasiad chcial mnie pewnie poprosic o przysluge. nie dzis. ja dzis musze resztkami silnej woli i poczuciem obowiazkow swoich obsluzyc.

i jak co miesiac nie wiem o co chodzi… dopoki dni nie policze.

jutro @. kij bejsbolowy walacy po glowie mi przypomial.

zeby to juz bylo jutro…

spodnica

oto spodnica.

na razie nosze ja z bluzka biala (nudna…) lub buraczkowym podkoszulkiem.

myslalam, ze bedzie do niej pasowac biala/czarna/szara bluzka, ale guzik. kazdy dodatkowy kolor, jaki wprowadzam, to o kolor za duzo. ku mojemu zdziwieniu najlepiej wyglada zywa zielen (taka jak na spodnicy), morski i bordo, ale w takim kolorze znajduje tylko bluzki na waskich ramiaczkach (a ja nie lubie w takich podkoszulkach po miescie paradowac), tuniki albo luzne kwadraty:D te fajnie wygladaja ze spodniami-rurkami, ktore bardzo lubie, ale do spodnicy nie pasuja:( do niej musze miec cos krotkiego i dosc obcislego.

dobrze, ze spodnica nadal mi sie podoba;)