stracony czas

kilka dni temu kupilam sobie spodnice, ktora mnie urzekla w ciagu ulamka sekundy: zobaczylam, chwycilam, przymierzylam i kupilam. w 5 minut.

dzis stracilam caly dzien szukajac bluzki pasujacej do tej spodnicy. i nie znalazlam. oczywiscie, znalazlam inne czesci garderoby, ktorych nie szukalam jakos specjalnie, m.in. 2 pary spodni, ktore byly dobre w pasie i jednoczesnie nie wisialy mi na tylku, bo tak niestety czesto mam (jak nie wisza na siedzisku, to wrzynaja mi sie w pas – malo kobieca jestem i roznice miedzy biodrami a talia mam bardzo mala:/). wiec powinnam sie cieszyc. ale jestem padnieta i zniechecona, bo do spodnicy nosze bluzke, ktora pasuje tak sobie… a ma pasowac idealnie;)

i tak to po raz kolejny dostalam lekcje, ze jak sie kupuje, to najlepiej zestawami. od razu bluzka plus spodnica.

dwa lata temu kupilam piekna blawatkowa, jedwabna spodnice w polskim Tatuum. spodnica wisi, bo nie moge do niej znalezc bluzki:/ historia lubi sie powtarzac…

 

chyba na razie sie poddam i pewnie za jakis czas wpadnie mi cos w oko. zeby tylko wtedy spodnica mi sie jescze nie znudzila;)

gospodyni od siedmiu bolesci;)

od dwoch cos mi smierdzi w kuchni. kuchnie wypucowalam, wszedzie, gdzie dostep mialam prawie ze dezynfekcje przeprowadzilam. smierdzi dalej. luby odsunal kuchenke, scianke szafek obok kuchenki, bo smierdzialo tak, ze balam sie, ze moze jakas zdechla mysz czy inna padline przechowujemy…

nic, wszedzie czysto, wszedzie sie blyszczy, a smierdzi.

przyszla kolej na szafki. wszystkie przejrzalam, posprzatalam. nic. wszedzie czysto. i smierdzi.

w koncu piekarnik otworzylam.

i malo nie padlam.

jakis tydzien temu zostawilam lubemu w piekarniku faszerowana cukinie… a on ja olal. zjadl cos innego. on ja olal, ja zapomnialam.

wyrzucilam chodzaca prawie juz cukienie razem z brytfanka, a teraz wietrze piekarnik, kuchnie i nos.

makabra:/

ale lepsze to niz zdechla mysz:DDD

policjantka

kiedys na dziennikach ktos rzucil ni to zartem, ni serio, ze ja to policjatka jestem. i rzeczywiscie, na to wyglada, ze jestem. moze policjantka, moze Niemka;) bo u mnie ordnung must sein i koniec.

 

dzis poszlam po raz kolejny do dyrektora na skarge. Szkrab przyszedl ze szkoly ufajdany kupa. jako ze mam zatkany nos, nic nie czulam, ale on caly czas sie drapal, wiadomo gdzie, Bizon mowil, ze cos mu smierdzi… w koncu, jak zwykle po lunchu, pytam, czy musza do ubikacji. Bizon musi, a Szkrab sie chwali, ze on juz w szkole zalatwil co trzeba. i tu mi sie lampka zaswicila. zagladnelam do majtek, a tam sodoma i gomora:/ majtki do kosza wyrzucilam, Szkraba do wanny zaladowalam, dobrze, ze jeszcze czas byl (bo na 13.00 dzieci z powrotem do szkoly wracaja). cisnienie mi skoczylo, bo okazalo sie, ze ubikacji papieru toletowego nie bylo. papieru nie ma, mydla nie ma (a to wiem, bo jak z dziecmi zostaje po szkole, zeby pohasaly na boisku, to najpierw prosze, zeby umuly rece, bo na ogol najpierw chca cos zjesc). i dzieje sie to nie w krajach trzeciego swiata tylko w ”bogatej” Holandii. bogatej i skapej.

poszlam wiec do nauczycielki i mowie, ze papieru nie ma, ze Szkrab byl caly ofajtany i smierdzacy, ze mydla nie ma. ta najpierw z glupio wyskoczyla, ze papier jest w toalecie dziewczynek. na co ja stwierdzilam, ze Szkrab dziewczynka nie jest i niby jak mial wiedziec, gdzie tego papieru szukac (z brudnym tylkiem). nauczycielka przyznala mi racje i wyslala do dytektora, bo za toalety odpowiedzialny jest pan konserwator.

no to poszlam. zenada. poszlam do dyrektora ze skarga, ze papieru i mydla nie ma. pan dyrektor tak sie strasznie zdziwil, ze cisnienie mi jeszcze bardziej skoczylo. on z usmiechem, a ja bez. bo nic wesolego w tym nie widze. teraz to ja sobie dziecko na lunch do domu przywioze i pod prysznic wsadze, ale jak ja moge spokojnie do pracy wrocic, wiedzac, ze moje dziecko lata z obfajdana pupa do godziny 17.30??? i na dodatek drapie sie po tej pupie, a pozniej tymi samymi raczkami, moze ochlapanymi w zimnej wodzie, a moze nie, je kanapki?

pan dyrektor obiecal porozmawiac z konserwatorem (ktory chyba mnie znielubi;)), zeby czesciej kontrolowal papier i mydlo… oby. bo to byl ostatni raz, ze poszlam ze skarga do dyrektora. nastepnym razem skarga pojdzie do sanepidu.

zastanawia mnie jedno: czy inni rodzice tego widza, czy maja to gleboko gdzies, czy zwyczajnie wstydza sie, nie smia, nie chca, nie wiedza czy powinni, isc na skarge do dyrektora? a moze im nie zalezy? moze to norma w Holandii???

policjantka jestem tez na placach zabaw. jesli ktos pali papierosy i dmucha mi na dzieci, zwracam uwage.  jesli widze, ze jakies dziecko rzuca piaskiem prosto do rury-zjezdzalni, z ktorej wyskakuja dzieci (czyli dostaja piachem po oczach), to nawet jesli to nie moje dzieci dostaja tym piachem, ja uwage rzucajacym zwracam. a ich rodzice albo nie reaguja albo podchodza dowiedziec sie co sie stalo, gdy zauwaza, ze ja zwrocilam ich aniolkom uwage.

dzis zastukalam tez do sasiada… tu akurat mialam zgryz, ale w koncu zastukalam. bo od kilku tygodni dzieje sie tam cos dziwnego: dziecko placze po kilka godzin dziennie ciurkiem. ja wiem, ze dzieci maja trudne dni, trudne noce, ze choruja i marudza, ze dostaja wscika i daja czadu, bo moje dzieci tez wyly. ale jak wyly, to bylo max 30 minut i ja w ciagu tych 30 minut na glowie stawalam, zeby je uspokoic. i nie mowie, ze ja to idealnie robilam, mialam swoje potkniecia, ale nie bylo tak, zeby mi dziecko cale dnie wylo. dzis rano 2 godziny ciurkiem. w nocy dziecko wylo, rano dziecko wylo… w koncu zastukalam do drzwi, holenderskim zwyczajem, usmiech do geby przykleilam i spytalam, czy moze moge Marwina do nas na godzinke wziac, zeby jego tata mogl sobie odsapnac, bo slysze, ze maja ciezki czas. oczywiscie, i tata Marwina i ja wiedzielismy, ze to nie o odsapniecie dla taty chodzi;) ojciec Marwina ma prawo miec dosc bycia nianka, bo od ponad roku ”siedzi” z dzieckiem calymi dniami w domu (sasiadka pracuje i utrzymuje dom), moze mu sie przelac, ale ostatnio chyba mu sie juz za bardzo ”przelalo” i zwyczajnie dziecko olewa: wsadza je do kojca a ono w kojcu wyje, bo jest na etapie nauki chodzenia. ciagle jeszcze pamietam jak upierdliwy okres to byl, na moment dzieci z oka nie moglam spuscic, bo wszedzie wlazly, wszystko do buzi wziely i nie raz do toalety dzieci ze soba bralam – wiec ja rozumiem, ze mozna miec dosc. zwlaszcza gdy zadnej babci do pomocy nie ma, zadnej innej odskoczni nie ma tylko dziecko 24/h. ale jednoczesnie nie wyobrazam sobie wsadzic dziecko do lozeczka, zaciagnac zaslony i kazac mu spac, kiedy dziecku spac sie nie chce. a wlasnie to, sadzac z odglosow, chyba sie dzieje. bo dzis Marvin wyl 2 godziny w swoim pokoju, podczas gdy sasiad najpierw pod naszym balkonem skrety palil (no coz, legalne…), pozniej cos smazyl, bo smakowite zapaszki dochodzily na gore, a dziecko w tym czasie wylo. 

po mojej wizycie, dziecko nagle zasnelo – tzn. zrobilo sie bardzo cicho. zbieg okolicznosci czy troche sasiada wystraszylam?

nie chce wtykac nose w nieswoje sprawy. pamietam dzien, keidy i do mnie jakas pani przechodzaca kolo naszego domu zastukala, tak Szkrab wyl (bo akurat kolka go zlapala). ale jak otworzylam drzwi, to pani wiedziala, co sie dzieje – bylam spocona od noszenia, bujania, masowania i pomagania Szkrabowi. Szkrab wyl u mnie na rekach, a nie w ciemnych pokoju, samotnie lezac 2 godziny w lozeczku.

widac minelam sie z powolaniem. powinnam byla wstapic do policji….

 

i poszlo:)

koncert Bizona za nami. bylo to tak wlasciwie zamkniecie roku szkolnego u nauczycielki Bizona. co prawda, do wakacji jeszcze kilka lekcji zostalo, ale pani zdecydowala zorganizowac koncert podsumowujacy biezacy rok szkolny juz teraz.

popisy uczniow odbywaly sie w kosciele protestanckim. dzieki czemu mali muzycy mieli swietna akustyke.

Bizon nauczyl sie przez te 10 miesiecy bardzo duzo. od niesmialego 1-palcowego brzdakania po strunach, doszedl do wygrywania wesolych, dynamicznych melodii uzywajac 4 palcow. 4 palce w 4 roznych polozeniach, na 4 roznych strunach, w roznych kombinacjach… ja wysiadam jak patrze na te paluszki skaczace raz do przodu, raz do tylu, w lewo, w prawo i jeszcze smyczek smigajacy pod odpowiednim katem… ta koordynacja i skupienie Bizona mnie zachwyca, ze tak nieskromnie sie wypowiem.

rano przecwiczylismy 3 melodie, ktore Bizon mial dzis zaprezentowac. z jedna melodia Bizon mial klopot… nie wiem, dlaczego, bo wczesniej gral ja dobrze. i polaly sie lzy… artysta mi sie zalamal:/ on nie umie, nie potrafi, jest glupi… to i matka sie zalamala (z zalu nad dzieckiem), ale tylko wewnetrznie. na twarzy maska, przytulasy, calusy, tlumaczenie, ze kazdy sie myli, ze kazdy artysta popelnia bledy, w koncu z podparlam sie glupawym zartem:

– Bizonku, jak uslyszysz na tym koncercie takie BUM!!!, to sie nie wystrasz, graj dalej.

Bizon popatrzyl przez lzy zdziwiony.

– jak uslyszysz BUM!!!, to znaczy, ze z dumy peklam!

no i zobaczylam usmiech, uslyszalam rechot i zobaczylam ulge na buzi Bizonka.

narysowalam mu blyskawice nad fragmentem, ktory Bizonowi jakos umykal, zeby w czasie koncertu jednak mu nie umknal i chyba to mu troche pomoglo.

samo granie Bizonowi nie sprawia trudnosci, ale nauczycielka troche skomplikowala wystep wprowadzajac akompaniament fortepianu. jako ze fortepian gral inna melodie niz skrzypce, nawet w innym rytmie, to Bizona to rozpraszalo, co zauwazylam na wczorajszej probie. proba byla za krotka, za szybka i Bizon nie mial szansy oswoic sie z tym akompaniamentem.

w domu mamy nuty z CD, na ktorym tez jest fortepian lub skrzypce grajace inna melodie i gdy Bizon na spokojnie sie wslucha, pocwiczy, to  jest dobrze, ale tutaj pani od fortepianiu go zestresowala.

mimo tej trudnosci Bizon zagral bez pomylki. spial sie:-) smigal mocno i czysto smyczkiem po strunach, ze go fortepian ani nie zagluszyl ani nie zmylil.

zauwazylam, ze nie on jeden mial problem z tym nieszczesnym fortepianem. dzieci (mlodziez tez…) byly troche skolowane przez wstep, ktory fortepian gral solo… zwyczajnie nie byly pewne, kiedy one maja wkroczyc do akcji. Bizon na szczescie jakims cudem sobie poradzil…

byl najmlodszym i najmniejszym uczestnikiem tego koncertu:) kilku rodzicow podeszlo do niego w czasie przerwy i pogratulowalo mu odwagi:)

Bizon po koncercie:

– mamo, jak sie ciesze, ze jednak nie peklas:DDD

________________

p.s. zdjec nie mam, bo wzruszenie mnie sparalizowalo. ale zdjecia beda – maz nauczycielki spisal sie na medal:)

pierwsze razy

w czwartek dzieci mialy wolne (nauczyciele byli na szkoleniu), wiec postanowilam zrobic im niespodzianke i pojechalismy do kina. to byl pierwszy raz chlopcow. sama do kina uwielbiam chodzic, ale chlopcow nie chcialam za szybko za szybko zaznajamiac z tym miejscem. w koncu sie przemoglam. poszlismy na holenderski film, ”Brammetje Baas”. film przeznaczony dla widzow od lat 0, ale… bylo to naciagniete. moi chlopcy nie byli pod wrazeniem i raczej nie zrozumieli psychologicznej glebi filmu. bo film byl… psychologiczny. akurat dla mnie, bo takie lubie:D o chlopcu, 7-latku, ktory nie potrafil usiedziec w klasie podczas lekcji, jego ciekawosc swiata i sklonnosci do odplywania w swoich fantazjach i rozmyslaniach nie byla postrzegana jako cos pozytywnego, ale byla zrodlem konfliktow miedzy Brammetje i nauczycielem. pokazano jak podejscie innego nauczyciela, jego wyrozumialosc, empatia i fleksybilnosc moga pomoc takim ”trudnym” dzieciom – bo nowy nauczyciel, gdy widzial, ze Brammetje juz nie moze usiedziec, ze nogi zaraz same wyjda z klasy, wysylal Brammetje, zeby zaniosl jakis list do dyrektora, zeby zrobil sobie przebiezke wokol drzewa na podworku szkolnym albo organizowal krotka, ale intensywna gimnastyke calej klasie. Brammecie wydal mi sie bardzo trudnym dzieckiem i cierpliwosc jego rodzicow kilka razy az mnie zirytowala;) film byl interesujacy dla mnie, matki, bo potrafilam popatrzec oczami dziecka, rodzica, nauczyciela na to ”niesposluszne, krnabne, trudne” dziecko.

dla chlopcow film byl za dlugi (80 min, plus reklamy, plus przerwa) i za nudny, bo jednak trudno od 4 i 6-latka wymagac analizy psychologicznej problemu, jaki mial Brammetje i jego otoczenie. a przede wszystkim chlopaki nie potrafia wysiedziec w domu 80 min przed TV, wiec i w kinie nozki im chodzily;) maja to po mnie, wiec narzekac nie bede:D

ale byli pod wrazeniem kina.

ja bylam bardzo zadowolona, bo film wyswietlono tylko dla nas:D nie bylo innych widzow. to dalo nam wolnosc;) Szkrab wyprobowal kazde krzeslo w sali, Bizon tez kilka razy zmienil miejsce, a ja nie stresowalam sie, ze komus moje chodzace dzieci przeszkadzaja.

nie rozumiem, dlaczego wspolczesne filmy musza trwac dluzej niz godzine, a nawet czesto dluzej niz 2 godziny… i dlaczego produkcje amerykanskie maja naglosnienie jakby dla polgluchej publicznosci byly przeznaczone… na szczescie ten holenderski film byl cichy.

a propos halasu, po ostatnich lekcjach fitessu doszlam do wniosku, ze czas sie zaopatrzyc w stopery – mnie ta wiercaca w uszach muzyka, a przede wszystkim wysokie tony wykrzykiwane przez instruktorke doprowadzaja do szalu i bardziej mecza niz cwiczenia. w czwartek i we wtorek lekcje prowadzi chlopak – jego glos nie wierci dziury w mozgu, bo jest niski i stonowany. w pn i w srode zajecia prowadzi dziewczyna, ktora uwielbiam za entuzjazm i energie, ale jej wysoki glos wywoluje u mnie potworny bol glowy:/ na jej zajeciach bede wkladac zatyczki do uszu.

wracajac do pierwszych razow, jutro Bizon zagra pierwszy koncert na skrzypcach. nie tryskam radoscia i entuzjazmem. wrecz przeciwnie, czuje sie jakbym nawalila jako matka. bo gdy zobaczylam dzis Bizona na probie, zestresowanego, zgarbionego, zagubionego… zrobilo mi sie go szkoda. taki malutki, drobniutki, wystraszony, zagubiony… on nie chce grac dla publiki. on lubi grac sobie dla siebie, dla relaksu, dla mnie, bo wie, jak lubie sluchac jego gry. ale do koncertow to on stworzony nie jest. przynajmniej jeszcze nie. i tak, wiem, musi sie przyzwyczaic, nauczyc, oswoic, itd, ale… czy rzeczywiscie musi??? luby nie znosi, gdy publika na niego patrzy (wystapienia na konferencjach sa jego zmora), nawet urodzin nie lubi obchodzic, bo nie chce, zeby cala uwaga byla na niego skierowana. ja tez nienawidze publicznych wystepow. prezentacje oznaczaly bezsenne noce i bol zoladka. ja musialam, bo szef kazal. luby musi, bo ”kariera” tego wymaga. ale Bizon? musi, bo mama kaze? a co to za mama, co 6-latka na stres skazuje?

w grudniu dzieci graly koncert bozonarodzeniowy. Bizon od razu powiedzial, ze nie chce i mu odpuscilam. ale widzialam, ze nauczycielka byla troche zawiedziona. bo Bizon to jej pupilek – najmlodszy i ponoc najbardziej pojetny (nie mi oceniac, nie mam skali porownawczej, ale i ja  jestem pod wrazeniem jego postepow;kiedys slyszlaam, ze skrzypce to jeden z najstrudniejszych instrumentow do opanowania… i rzeczywiscie, gdy patrze na koordynacje Bizona: palce jednej dloni sprawnie przeskakujace z jednej struny na druga, raz jeden palec, raz dwa, raz wcale, kombinacji multum, a do tego smyczek, nuty, rytm…. ja bym wysiadla…) i nauczycielka zwyczajnie chce sie nim pochwalic! jasne, ja tez puchne z dumy, ale to moje dziecko i powinnam go chronic.

zobacze jak to jutro pojdzie. moze Bizon stwierdzi, ze nie taki diabel straszny, a moze bedzie to pierwszy i ostatni raz? 

_____________

dzis mialam znow dzien ja+Bizon. luby pojechal ze Szkrabem do tesciow, a ja zostalam z Bizonem, bo rano lekcja plywania, pozniej skrzypce. po probie chcialam Bizona jakos rozerwac – spytalam, co mialby ochote robic, a on… chcialby do kina. objechalam z nim wszystkie 4 kina, jakie sa w naszym miescie i wszedzie Brammetje Baas;) tego Bizon po raz drugi nie chcial widziec, wiec zapropnowalam zakup puzzli w naszym ulubionym sklepie z uzywanymi rzeczami dla dzieci. ulubionym, bo takie rzeczy jak puzzle, gry, loteryjki czesto sa tam oddawane zupelnie nieuzyte. a cena symboliczna:) dzis udalo nam sie znalezc tylko jedne puzzle (mape Holandii), ale za to kupilismy xylofon (hit! Bizon gral caly wieczor), gre ”labirynt” i 2CD-audiobook.

potem jeszcze pojechalismy kupic prezent urodzinowy dla kolegi, przy okazji atlas anatomii dla Bizona:DDD tak, atlas anatomii – uproszczony, z naklejkami i podstawowymi nazwami kosci, naczym krwionosnych, miesni – cos w sam raz dla mnie:D bo z takimi slowami jestem po holendersku na bakier;)

ja na wystawie zobaczylam turkusowo-granatowe koturny… w 5 min stalam sie ich wlascicielka: ”ale szybko uroslas, mamo” – zartowal Bizon:)

obejrzelismy jeszcze cudaczne ryby na targu rybnym, Bizon nawet pomacal;) zaliczylismy lody i wrocilismy do domu.

jak fajnie jest spedzic dzien z 6-latkiem… o, z takim:     (buzia poharatana po probach skakania na rowerze…)

chcecie zdjecia?

 

rano, kiedy weszlam do pokoju wypoczynkowego, zastalam Szkraba w sluchawkach:

– Szkrabusiu, po co Ci te sluchawki?

– jak to po cio? nie cialem was obudzic – powiedzial zdziwiony moim pytaniem Szkrab.

mnie za to zdziwila odpowiedz, ale nie drazylam tematu;) cieszylam sie, ze tym razem modowe fantazje Szkraba oszczedzily szafe z ubraniami. i ze dziecko dalo w spokoju do 7.00 pospac:)

 

z samego rana...

modnis, wygodnis

Szkrab prawie codziennie zaskakuje mnie swoim porannym ubiorem. Jako ze wstaje cichaczem kolo 6.00, kiedy ja jeszcze nie bardzo kojarze, co sie w realu dzieje, ma szanse przemycic swoje modowe wizje. w weekend to przechodzi, ale w tygodniu sa walki o sensowne stylizacje, odpowiednie do szkoly.

wczoraj przywital mnie polski turysta. Szkrab dobrze musial przeczesac szafe, bo zalozyl krotkie spodenki khaki z kieszeniami po bokach, koszulke polo, czepeczke z daszkiem, skarpetki. malo nie padlam, jak go zobaczylam wedrujacego po przedpokoju z wyluzowna mina, z rekami w kieszeniach. dodam, ze upalow u nas nie ma i my w dzinsach i dlugich rekawach.

dzis Szkrab znow w krotkich spodenkach (guzika nie dopial, wiec mu z tylu cos wisialo;)). do tego koszulka polo, z tylem zalozonym na przod, bo na koszulce z tylu jest ”cool” napis. kolnierzyk od koszulki dumnie sterczal pod broda… do tego kapelusik…

majtek do tego Szkrab nie zaklada, bo ”po cio?”.

rozrywka i obowiazek?

mam dylemat (choc zycze sobie, zebym tylko takie dylematy w zyciu miala;)

chodzi o urodziny kolegi Bizona. maja odbyc sie w najblizsza srode. impreza na farmie, od 14.00-17.00.

a o 16.00 moi chlopcy maja takewondo. wiem, ze dwaj inni chlopcy, ktorzy sa z moimi w grupie taekwondo tez sa zaproszeni na urodziny, co znaczy, ze 3 chlopcow bedzie brakowac. a grupa liczy… 5 chlopcow. tak sie dosc fajnie zlozylo, ze pierwsza klase taekwondo tworza 3 przyjaciele: Bizon, Menno, Vittorio, do tego jeszcze Szkrab i jeszcze jeden chlopczyk z innej szkoly.

Jesli 3 muszkieterowie zabawia na urodzinach kolegi z klasy, to na taekwondo przyjdzie dwoch 4-letnich chlopczykow. a ja bede bede sie musiala rozdwoic, zey odebrac o 17.00 Bizona z urodzin i w tym samym czasie Szkraba z takewondo…

Pomyslalam, ze odbiore Bizona z urodzin wczesniej: o 15.45, bo akurat 15 minut potrzebuje na dojazd z farmy do szkoly taekwondo. powiedzialam o tym mamie Vittorio, ta tez myslala w podobny sposob. Mama Menno (ktora na ogol bardzo lubie za wyluzowanie) stwierdzila, ze ”bez przesady, niech sie chlopaki wybawia, noc sie nie stanie jak raz opuszcza lekcje”.i zasiala we mnie niepewnosc…

Bo chlopakom rzeczywiscie nic sie nie stanie, ale mi jest glupio przed nauczycielem. Podchodze do tych lekcji obowiazkowo, mam szacunek do prowadzacego (swietnie sobie radzi ze Szkrabem, mimo ze jednak te 2-letnia roznice miedzy nim a reszta chlopcow widac wyraznie), a poza tym, to nie bylby pierwszy raz, bo urodziny Menno tez byly w ten dzien, w tym czasie, kiedy lekcja taekwondo. i tez wtedy 3 muszkieterow zabraklo, Szkraba zabraklo, bo nie nie mialam sie jak rozdwoic, zeby go odebrac o tej samej porze co Bizona.

Jednoczesnie chce nauczyc chlopcow obowiazkowosci. Obowiazki sa wazniejsze niz rozrywki. A na nauke nigdy nie jest za wczesnie;)

Z mama Menno jestem jutro umowiona na kawe na… basenie:D Bo nasi chlopcy razem przygotowuja sie do dyplomu( jutro beda cwiczyc plywanie w ubraniach i butach! – swietny pomysl, bo kanalow u nas olbrzymia ilosc i niestety, slyszy sie, ze samochod czy rower wjechal z kierowca do kanalu, a wtedy czasu na rozbieranie sie do gatek nie ma, tylko trzeba w calym umundurowaniu wyplynac…). Lekcje zaczynaja sie o 9.00, a o tej nieludzko wczesnej porze (sic!) kantyna jest jeszcze zamknieta, wiec… kawa bedzie z termosu:DDD moje muffiny do kawy juz stygna. Juz widze te slinke cieknaca innym rodzicom, gdy na trybunach rozejdzie sie zapach kawy;)

Po plywaniu pedalujemy obejrzec turniej rycerski i inne ”rycerskie” rozrywki:-)

byc sexi…

przy prasowaniu ogladam takie programy telewizyjne, ze nie musze sie zbytnio skupiac, a przede wszystkim wystarczy sluchac a nie patrzyc – zeby sobie palcow nie wyprasowac;) takimi programami sa np. Dr. Phil, Metamorfozy, czy programy w stylu ”Kawa czy herbata”.

jednym ze slow, ktore dominuja w tych programach jest ”sexi”. kobiety, mezczyzni, nastolatki, wszyscy chca byc sexi. tylko nie ja.

ja chce byc atrakcyjna.

czy ludziom te pojecia sie myla, czy maja na mysli ”atrakcyjni”, a mowia ”sexi”, czy rzeczywiscia maja na mysli 100% ”sexi”?

dla mnie wyglad sexi brzmi prymitywnie…sexi kobiety mi sie nie podobaja. nie podobaja sie tez mojemu mezowi. atrakcyjne kobiety przyciagaja moja uwage, lubego tez:)

nie mam nic przeciwko seksowi. lubie seks. i wyglad seksy zostawiam sobie na wieczorny flirt. choc i tak zauwazylam, ze fakt, czy wygladam sexy, czy atrakcyjnie, czy jestem wymietolona calodzienna bieganina, nasze momenty bliskosci z lubym sa zawsze tak samo fajne. nie zauwazylam, zeby moja rozowa apaszka w blekitne groszki (prezent, ktorego nie smie nosic w swietle dziennym, wiec stal sie znakiem rozpoznawczym w polmroku;)), wplywala na nasza bliskosc bardziej niz bawelniana pizama, ktora i tak w tempie ekspresowym trace, kiedy jest na to pora;)

lubie byc atrakcyjna. dlatego staram sie dbac o siebie. chcy wygladac zadbanie. a kobiety ”sexi” nie zawsze wydaja mi sie zadbane…

to taka mieszanina mysli, bo dzis u Dr. Phila znow o sexy, tym razem o facecie, ktory spedza godziny na fitnessie, na budowaniu swej sexy muskulatury (a fuj:/), depilowaniu plecow, botoxowaniu, bo tak bardzo chce byc sexy… (dla mnie wyglada jak palant…).

dodatkowo ostatnio Bizon przyniosl ze szkoly piosenke… ”I’m sexy and you know it”. ja wiem, ze on jest maly, ze nic z tego nie rozumie, ze spiewa te bzdury nasladowaczo, jak papuga, ale przyznam, ze torche jestem rozgoryczona. bo ja majac 6 lat sluchalam i spiewalam ”ogorek, ogorek, ogorek, zielony ma garniturek”. po co takiemu maluchowi znac takie piosenki?

mam dosc tego ”sexi” wokol mnie.