alfa i omega:)

ogladam z chlopakami ”Bylo sobie zycie” – uwielbiaja ten serial, a ja z sentymentem mysle, kiedy ja ten serial ogladalam…

w pewnym momencie ”dziadek” mowi:

– byc albo nie byc!

– oto jest pytanie – dokaczam

– oto jest pytanie – kontynuuje dziadek z bajki, kilka sekund po mnie

Bizon wytrzeszcza oczy:

– skad wiedzialas???

– bo mama wsisko wie! – odpowiada Szkrab

______________

jutro do Szkraba przychodzi po raz pierwszy kolega z klasy. juz od dluzszego czasu Szkrab narzekal zazdrosnym tonem, ze do Bizona koledzy ciagle przychodza, a do niego nikt. mowilam, zeby wybral kolege, powiedzial mi imie, to go zaprosimy. ale Szkrab z wielkim zalem i smutkiem wzdychal i twierdzil, ze nie ma zadnego kolegi. on tak lubi sobie czasami dramatyzowac – chyba go kiedys na jakis kasting wysle, bo aktor z niego swietny;) az w koncu zaczal przebakiwac o Estebanie. spytalam nauczycielke, czy zauwazyla, czy jest jakies dziecko, z ktorym Szkrab lubi sie bawic, ta tez wspomniala Estebana, a nawet mi go pokazala, bo pojecia nie mialam o kim mowa. wiec w koncu znalazlam kandydata do zaproszenia. Szkrab sie tak ucieszyl, ze juz od tygodnia noce odlicza, ile jeszcze do przespania (tak ich nauczyla nauczycielka: np. odliczali, ile jeszcze nocy do wycieczki szkolnej, swiat, wakacji, itd):

– jescie jedna noc! – poinformowal mnie dzis rano:)

mam nadzieje, ze ladnie sie beda jutro bawic.

__________________

na lekcji nauczycielka mowila o odleglosciach na swiecie. wspomniala, ze niektore dzieci maja babcie i dziadkow bardzo blisko, a inne daleko. Szkrab podnosi reke do gory, pani pozwala mu sie wypowiedziec:

– moja babcia i dziadek mieszkaja bardzo daleko!

– a gdzie? – pyta pani, myslac, ze Szkrab wymieni Polske

– w Ameryce!

tym razem nauczycielka nie dala sie nabrac:)

_______________

wlasnie skonczylam ogladac ”Chlopca z latawcem”. trudno napisac ”podobal mi sie”, bo to nie film do podobania sie… poruszyl mnie. wzruszyl. dotknal. po takich filmach nie mam poczucia straconego czasu.

swiateczny weekend

1. urodziny Bizona

2. slub znajomych

3. dzien ojca

__________

wczoraj pierwsi goscie przyszli o 10.30, ostatni wyszli tuz przed polnoca:D to chyba dobry znak;)

____________

impreza dla dzieci udana. dzieci sie wyszalaly, wykazaly artystycznie, glowkami tez popracowaly. wszystkie przysmaki zmlocily, klotni nie bylo. jedyny lekki zgryz byl z… dziewczynka. nawet nie zgryz, tylko jednak roznica plci wyplynela. Bizon zaprosil 5 chlopcow i 1 dziewczynke. miedzy konsumpcjami i zabawami, dzieci mialy troche ”wolnego czasu”, kiedy same mogly wybrac, co chca robic – w tym wolnym czasie kolezanka Bizona dwa razy zagadnela mnie, ze nie wie, w co sie bawic:/ chlopaki budowaly z lego, podrzucaly balony, bawily sie pociagami, statkami, pirackimi akcesoriami, prezentami, ale dziewczynka na to nie miala ochoty…na szczescie mialam malowanke z ksiezniczkami i to sie kolezance spodobalo. do niej dolaczyl Szkrab ze swoja malowanka i jeszcze jeden chlopczyk i tak sobie we trojke spokojnie malowali, podczas, gdy reszta gosci, na czele z solenizantem, szaleli:-)

kalambury sie chlopakom tak spodobaly, ze 3 rundki byly:)

dwoch chlopcow nie mialo ochoty dekorowac gipsowych autek, wiec pozwolilismy sie im dalej bawic ‚po swojemu”, a reszta towarzystwa smigala pedzelkami przy stole. dobrze, ze sporo figurek wylalam, bo szybko im szlo to malowanie:)

czas z dziecmi zlecial nam bardzo szybko, ale gdy juz wyszly, i ja i luby… ociekalismy potem:DDD

szybko pod prysznic, garnitur/sukienke i na rowery:do kosciola. chlopaki zostaly z ciotka, a my wpadlismy 10 minut przed rozpoczeciem ceremonii. podpisalismy dokumenty i poswiadkowalismy. a po slubie ”panstwo mlodzi” (starsi ode mnie i lubego, z 20-letnim stazem malzenskim, bo byli po slubie cywilnym) przyszli do nas, gdzie juz beppe i pake tez juz dojechali. Bizon po raz drugi w ciagu dnia zdmuchnal swieczke.

Rodzina lubego kulturalnie pozegnala sie kolo 21.00, natomiast panstwo mlodzi… a to szampana otworzyli, a to wino sie polalo. az dziw, ze dzis mnie glowa nie boli;)

Wyssaly te przygotowania i swietowania ze mnie sporo energii, wiec dzis na pol gwizdka ciagne. Ale ze dzis w Holandii dzien ojca, trzeba jeszcze bylo poswietowac i do tesciow z wizyta pojechac. Na szczescie pogoda byla ladna, wiec sie z kawusia i ksiazke w ogrodzie zaszylam – troche podrzemalam, troche poczytalam i dobrze mi bylo. szwagierka cos dzis nie w sosie byla, chlopaki tez co chwile o cos sie klocily, ale to nic – grunt, ze nie padalo;)

_______________

Szkrab jak to Szkrab – zawsze ”oryginalny”. na ogol, gdy mamy gosci, nie kapiemy dzieci. ale wczoraj Szkrab strasznie chcial sie wykapac. meczyl mnie, meczyl beppe, az w koncu ciotka go wsadzila do kapieli;) zanim jednak ciotka sie nad nim ulitowala, Szkrab w toalecie mowi do mnie nadasanym tonem: kiedy oni sie w koncu wyniosa? powiedz im, zeby sie wyniesli! ja juz mam dosc tych gosci!!!

dzis do obiadu tesciowa podala salate. troche malo dresingu jej wyszlo i dosc slabo przyprawile te salate, wiec smakowala jak… sama salata. Szkrab, ktory na ogol salate bardzo lubi, pokrecil glowa:

– nie bede jadl tych lisci!

ten jego foch, dziecinne zmiekczanie slow… rozbraja mnie to dziecko:)

 

 

hity

czekoladowy tort z cukinia i malinami zdobyl serca doroslych Polek.

plesniak i racuchy z jablkami zapelnialy brzuszki malutkich pol-Polakow tak szybko, ze my, mamy niejadkow oczy wytrzeszczalysmy ze zdziwienia.

salatka Bled-Asi zniknela w tempie ekspresowym, zagryzana pizzetkami z cebula i serem.

klasyczna salatka wielowarzywna wzbudzila sentyment i poszla z goscmi do domu:D

dzieci do malowania doniczek podeszly ze zdziwieniem i niedwierzaniem (ze mozna po czym takim malowac), kwiatki wybieraly chyba z 15 minut, a sadzily z takim skupieniem, ze oczywiscie jezyczki sterczaly;) mamom tez:DDD

mamy zaliczyly fitness;) cwiczylysmy ramiona, bo pompowanie dlugich i waskich balonow (do wyginania), ktore lubia uciekac z pompki, wymagalo napiecia miesni/flaczkow, zalezy co kto ma:D

Bizon… w pewnym momencie zniknal. zaszyl sie w swoim pokoju z jendym z prezentow – ksiazka. gdy wieczorem przypelzalam z fitnessu, Bizonek zasnal nad ta ksiazka:) jeden z bardzo trafionych prezentow.

dwa dni oddechu i jeszcze sobotnie imprezy nas czekaja.

i jeszcze dziewczyny na sobotni wieczor ciagna mnie na wspolne ogladanie meczu… moze wyrobie?:DDD

 

poczatki maratonu

wlasnie skonczylam dekorowac 36-sta muffinke urodzinowa na jutro do szkoly. teraz mysle nad dekoracja tortu, ktory stoi gotowy -kolorowe masy marcepanowe nie wchodza w gre, bo moje dzieci marcepana nie znosza. ja przelkne, ale tez nie przepadam. luby jak dzieci. nie wiem jak goscie, wiec tylko dla ladnego wygladu, nie bede ryzykowac. tort jest czekoladowy i przyznam, ze bardzo kusi mnie polewa z bialej czekolady… trzeba u niezawodnej Dorotus poszperac:) bo tort oczywiscie wg jej przepisu upieklam. a ze w komentarzach, ktore czesto bardzo omocne sa, wspotkalam sie z opinia, ze ciasto najlepsze po 2 dniach bylo… upieklam juz dzis, zeby do srody”dojrzalo”. mam tez gotowe ciasto ”plesniak”, tez z mysla o srodowej, polskiej imprezie, gdyby tort okazal sie zbyt ciezki dla malusinskich. Nie wiem, co z plesniakiem bedzie, bo dla proby upieklam go w sobote wieczorem, chlopc zjedli po kawaleczku, ”smaczne, ale wystarczy”, luby jak zwykle pochwalil, ze apetycznie wyglada i ani okruszka nie sprobowal, ja poszlam w slady chlopakow, a reszte ciasta…. wbrew rozsadkowi, zamrozilam. i zobacze co to bedzie;) jak bedzie zle, to ciasto wyrzuce a na szybko muffiny jablkowe upieke:D

dzis tez, na probe, zrobilam sobie na obiad salatke ”od Bled_Asi”:D ktora jakis czas temu zachwalala u siebie na blogu: gorgonzola, roszponka, melon, cebulka, a ”dressing” (hmmm, jak by tu zastapic dressing polskim slowem???) na bazie jogurtu, ktory dosc pieprzny zrobilam. smak sie okazal genialny, natomiast juz wiem, ze nad wygladem bede musiala popracowac, bo ser nieladnie sie porozciaglal, posklejal – zastanawiam sie, czy go w blednerze nie rozciachac i zmieszac porzadnie z sosem jogurtowym i dopiero taka mikstura polac roszponke i melona. albo gorgozole zastapic Danish blue, ktory bardziej zbita strukture ma i latwiej go na kawaleczki pokroic albo pokruszyc… do podkreslenia smaku dodam tez orzechy wloskie.

takie oto przemyslenia i kulinarne eksperymenty i wyczyny zachodza u mnie w glowie i w kuchni w urodzinowym tygodniu Bizona:)

na muffiny do szkoly udalo mi sie znalezc ladny muffinkowy stojaczek. a na poczestunek do domu (bo taka tradycja w Holandii, ze dzieci na koniec imprezy badz przed wyjsciem ze szkoly dostaja jeszcze jakies slodkosci), zakupilam jajka niespodzianki. tradycja niby sa zelki, lizaki, batoniki, ale ja lubie tradycje urozmaicac;)

obiecanki, oby cacanki;)

– mamo, a jak urosne, to zlapie dla ciebie kure i jej leb ukrece! – deklaruje ni z tego, ni z owego Szkrab.

ja sie z szoku otrzasam, szybko analizuje, skad u niego takie mysli, slownictwo i wiadomosci o ukrecaniu lba…. nie wiem. pytam wiec:

– a po co?

– jak to po co, na zupe! – mowi calkiem powaznie Szkrab.

chyba czas zaczal kury hodowac. i farmy dla dzieci z daleka omijac;)

mamo, to tylko gra!???!!!!

im jestem starsza, tym bardziej emocjonalna. darlam dzis gebe na calego. na naszych pilkarzy oczywiscie. Szkrabowi tez sie oberwalo, jak mi glowa zaslanial ekran. Bizon patrzyl i sluchal moich okrzykow z niedowierzaniem:

– no rusz dupe, czlowieku!!!!

(- mamo, nie wolno mowic ”dupe” – Bizon)

– no, gdzie ty masz oczy???

(- mamo???? co ty mowisz??? – Bizon)

-bieeeegnij!!!!! cymbale, tam jest pilka!!!!

(- a co to jest cymbal, mamo? – Bizon)

– odejdz mi od tego telewizora!!!!

– no czemu im ten trener nie nagada????

-nieeee, no, ja bym lepiej zagrala!!!

– biegnij szybko za ta pilka, no bieeeegnijjjj!!!!!!

(- przeciez biegna – Szkrab)

– ruszaja sie jak muchy w smole!!!

(- jakie muchy???? – Szkrab)

– looooooser!!!!!!

– MAMO, TO TYLKO GRA!!! CZEMU SIE TAK DENERWUJESZ??? – Bizon okazal sie madrzejszy od matki.

luby patrzyl z niedowierzaniem i kwiczal ze smiechu. bo nie wiedzial, ze ma zone kibica;) a powinien wiedziec, bo 6 lat temu z brzuchem wielkim jak balon, gotowa do porodu, skakalam po pokoju, gdy nasi grali w Mundialu.

fantasta – klamczuszek?

gdzie granica miedzy fantazjowaniem a klamaniem? – zaczelam o tym myslec po rozmowie z nauczycielka Szkraba. bo dzis usmialysmy sie do lez z powodu wybujalej fantazji Szkraba, a wczoraj bylo przez chwile niefajnie z powodu jego klamstewka.

zaczne od dzis, bo jeszcze sie usmiecham, gdy o tym mysle:D nauczycielka podeszla do mnie i powiedziala, ze Szkrab slicznie narysowal balon z koszem, a w koszu ludzie: on, mama i tata. i zupelnie powaznie zaczal opowiadac nauczycielce jak to lecial z rodzicami balonem: wysoooko! i zimno bylo. i wiatr mocno wial. Szkrab tak to realistycznie opowiedzial, ze nauczycielka prawie mu uwierzyla. troche trudno jej bylo uwierzyc, zeby takiego malucha rodzice brali na lot balonem, ale, jak sama stwierdzila, rozne pomysly ludzie maja;) ale nauczycielka spytala, czy Bizon tez z nami polecial. Szkrab bez zajakniecia powiedzial, ze Bizon zostal w domu, bo musial za kare dokonczyc ”knutselen” (uzyl slowo obejmujace rysowanie, malowanie, wycinanie, wyklejanie – po polsku chyba sie to ”zajecia plastyczne” nazywa?). i wtedy nauczycielka jednak zorientowala sie, ze Szkrab fantazjuje.

opowiedziala mi to smiejac sie – uznala to za zabawne, ze Szkrab tak serio opowiadal, ze ona prawie dala sie nabrac 4-latkowi.ja tez sie posmialam, bo to nie pierwszy raz, ze Szkrab kogos nabiera. nie raz sama dalam sie nabic w butelke.

w tej sytuacji fascynuje mnie nie fantazja Szkraba, bo to dosc typowe dla dzieci, ale ten przekonujacy ton, ta powazna twarz i argumenty/kontrargumenty, ktore mu szybko przychodza do glowy, gdy ktos smie watpic w prawdziwosc jego historii.

wczoraj, na wycieczce szkolnej, nabral mnie i nie bylo milo. przybiegl do mnie placzac, lejac lzy krokodyle, ze pewien chlopiec go w glowe uderzyl. powiedzialam, ze pewnie niechcacy, bo w malpim gaju o to nietrudno, ale ten szlochajac i lejac strumienie lez, zapewnial mnie, ze ten chlopiec kopnal go silnie w glowe ”i to specjalnie!”. jako ze znam tego chlopca juz dosc dobrze (jest dzieckiem sprawiajacym klopoty wychowawcze, choc po kilku akcjach rodzice-nauczyciele, chlopiec sie zaczal poprawiac), pomyslalam, ze skoro Szkrab tak strasznie placze, to pewnie prawda. poszlam wiec do tego chlopca i dosc surowym tonem spytalam, dlaczego kopie Szkraba w glowe. zdumienie na twarzy chlopca od razu rozjasnilo mi umysl. Szkrab mnie oklamal! Bizon, ktory akurat ganial sie z tym chlopcem potwierdzil, ze nikt Szkraba nie kopal, nie bil i zadna krzywda mu sie nie stala. a Szkrab sie nadasal i cos mruczal zly pod nosem. na glowie mial maly czerwony slad, wiec podejrzewam, ze sam sie huknal o belke czy rure i dal czadu. ja sie zdenerwowalam i opierniczylam go za to klamstwo (a chlopca przeprosilam, bo strasznie mi glupio bylo – tak to z tymi ”latkami” jest…) i juz wiecej na jego kosie w nosie nie reagowalam.

stwierdzilam, ze czas pofilozofowac z chlopakami na temat roznicy miedzy fantazjowaniem a klamaniem. przyklad z chlopczykiem podalam jako cos zlego, klamstwo, a przyklad z balonem, jako cos sympatycznego, nieszkodliwego. choc w sumie to tez klamstwo bylo. powiedzialam, ze to fajnie tak pofantazjowac, zilustrowac swoje marzenia, ale lepiej nie klamac, ze to prawda. Bizon zaczal sie troche nabijac ze Szkraba, ale ja stanelam w jego obronie, bo to dobrze, ze on ma te fantazje, ze opowiada o swoich pomyslach, wymyslach, a na zakonczenie stwierdzilam, ze z taka fantazja, to Szkrab bedzie mogl w przyszlosci pisac ksiazki dla dzieci. na co Bizon… ”ale najpierw musi sie nauczyc pisac”:)

 

 

 

 

morsy

morsy wyrosna z naszych dzieci – trenuja od malego. pogoda niezbyt nam sie udala (zeszly tydzien upalny, ale w tym tygodniu temp. spadla, a w czwartek padalo caly dzien), ale kto by sie martwil? jak chlopaki plaze i morze zobaczyly, portki w mig sciagnely i do wody! my z lubym w kurtkach przeciwwiatrowych, chlopcy o kurtkach nie chcieli slyszec. po jakiejs godzinie, kiedy ja i luby zmarzlismy, szantaz byl potrzebny: albo kurtki i woda albo zegnamy plaze.i tak dwa dni:)

czulam sie jak nieodpowiedzialna matka – ludzie spacerowali wzdluz plazy, umundorowani pod zeby, w szalikach,kapturach, a nasze dzieci… w majtkach i kurtkach w wodzie. wynik taki, ze ja ledwo mowie, tak sie przeziebilam, luby podciaga nosem, a dzieci zdrowiutenkie:) a jakie szczesliwe.

deszczowy czwartek spedzlismy na basenie -w koncu mam partnera do plywania: Bizon plywa w moim tempie:) wiec luby zasuwal ze zjezdzalni ze Szkrabem (ktory zapisany na lekcje plywania juz jest, ale czas oczekiwania trwa 10-12 miesiecy…), a ja z Bizonem dlugosci zaliczalam. wstyd straszny, bo dziecko z trampoliny na glowke skacze i sie smieje peln geba, gdy widzi moje przerazenie. no boje sie, bo taki ten Bizon maly, trampolina wysoka, a jak juz wskoczy do tej wody, to wieki cale mijaja zanim wyplynie:/ boje sie, ale walcze z tym strachem, bo nie chce hamowac jego rozwoju, odwagi, sprytu. ja jak sobie raz skoczylam, malo nie zwymiotowalam, bo woda mi sie wlala nosem do gardla… fuj:/ a Bizon patrzyl zaskoczon, co ta matka wyprawia;)

po basenie pojechalismy na rozrywki manualne: robienie swieczek, mysla, wypiekanie bulek, recycling papieru, az na sam koniec na lody.

dzis do poludnia malpi gaj – ja z lubym ksiazki w garsc, dzieci towarzystwo jakies podlapalo, a ze malpi gaj byl stosunkowo maly = przejrzysty, latwo dzieci bylo zlokalizowac, co oznaczalo, w moim przypadku, mozliwosc SPOKOJNEGO oddanie sie lekturze.

na jutro zaprosilismy sie do szwagierkina obiad – od niej sie tego nauczylam:D

_____________________

wakacje zaczelam w dziwnej atmosferze: tuz przed wyjsciem z domu zadzwonila zona Karola, Polaka, ktory nam w zimie kladl sufit i parapety. z zona znam sie glownie z widzenia, bo jej dzieci chodza z moimi do tej samej szkoly. okazalo sie, ze Karol wygral jakis proces w Stanach, zwinal zagle, kase ze wspolnego konta i zniknal. zostawil kobiete z 5 dzieci (2 jego). i ona sie mnie pyta, czy cos od niego slyszalam. mi szczeka opadla. nic nie slyszalam, ale w glowie mi sie cala sytuacja nie miescila. a juz najbardziej to, ze ta zona nawet na policje nie zadzwonila! poradzilam jej, zeby to jak najszybciej zrobila, bo znajac jej meza, to on juz w drodze do Ameryki jest (bo on bardzo Ameryke kocha i tylko ze wzgledu na zone przyjechal do Holandii). zona zadzwonila, ale policja sie sprawa nie przejela i kaza przyjsc na przesluchanie za… 2 dni.

wieczorem telefon od zony, ze mezus sie znalazl. okazalo sie, ze skubaniec polecial do Ameryki, zeby zabezpieczyc konto przed zona, zeby go nie oskubala z zielonych! a jej pieniadze wybral z konta, zeby sobie te podroz oplacic! po raz drugi mi szczeka opadla. zona Karola zapowiedziala, ze go do domu nie wpusci, dopoki on jej kasy nie odda i do amerykanskiego konta nie dopusci… i prosi zebym do niego zadzwonila i mu nagadala… ja sie w cudze konflikty mieszac nie chce, ale w koncu Karol sam do mnie zadzwonil.

kilka godzin rozmow z zona, z Karolem, z zona, z Karolem – poczulam sie jak Dr. Phil. to co od nich uslyszalam rozwalilo mnie. obydwoje twierdza, ze sie kochaja. w tym jednym sa zgodni. ale brak tam szacunku (ona go bije, wyzywa, on pasozytuje na niej, raz ma prace, raz nie, jak ma prace, to cala kase na siebie wydaje, w domu nic nie robi, oszukuj,e jest humorzasty, seksu mu za malo, ona nie lubi jego rodziny, itd…), brak zaufania (kasa!), brak rozmowy, porozumienia, kompromisu. nie wiem, jak takie malzenstwa maja prawo bytu. najgorsze w tym wszystkim, ze dzieci sa swiadkami klotni, wyzwisk, przemocy. co ciekawe, osobno, on i ona sa calkiem przyjemnymi ludzmi! powywlekali przede mna swoje brudy, o tych samych sytuacjach uslyszalam z dwoch roznych komorek (od niej i od niego) dwie rozne wersje… tragifarsa. w pewnym momencie przestalam odbierac telefon. luby zartowal, ze powinnam im stawke za godzine powiedziec;) chyba tak, bo przyznam sie, ze to naprawde jak telefoniczna sesja z Dr. Philem wygladalo;)

________________

a u nas? luby z nadasana mina panienki, ktorej cos sie nie udaje:

– jak mnie to wkurza, gdy pilot nie dziala! – bo chlopcy ostatnio zaczeli sie sprzetem intensywnie zajmowac i pilot do TV w sumie dziala, tylko z podglosnianiem czasami problem i trzeba podejsc do odbiornika. a mi sie kawal przypomina i parskam smiechem:

– tatusiu opowiedz mi jeszcze raz o tych czasach, jak to byles maly i trzeba bylo isc przez pol pokoju, zeby zmienic kanal:)

luby kupil kabel, zeby podlaczyc laptopa do TV, z zamiarem obejrzenia Scharlok’a Holmes’a:

– ten kabel bardzo szybko przewodzi – mowi zadowolony

– czy to znaczy, ze film trwajacy 120 minut mozna obejrzec w 30? – udaje blondynke i cieszymy sie jak dzieci.

po 7 latach malzenstwa nadal nam ze soba dobrze:)

wodniaki

piekna pogoda, jezioro w poblizu, czego nam wiecej trzeba?

moze morza? moze;) jutro jedziemy.

przyznam, ze mi ostatnio brakuje opcji ”wyskoczmy do mamy na obiad”;) bo w te upaly nie chce mi sie stac w kuchni i pichcic. jesc mi sie tez nie chce, ale facetom i owszem. wczoraj po kajakowych szalenstwach skoczylismy do tesciow na obiad… frytki z frykandelem (cos takiego http://en.wikipedia.org/wiki/Frikandel ). hmmm, u mojej mamy dostalibysmy rosol z kaczki ze wsi, ziemniaczki z koperkiem, schaboszczaka, buraczki, mizerie… ale, nie bede narzekac, tylko sama ”se” zrobie.  rosol krupnikiem zastapie, bo kaczki ze wsi niet i po 7 latach malzenstwa znow dojde do wniosku, ze na zdrowe i/ badz smaczne obiadki tesciow do nas sie zaprasza.

cos za cos, przynajmniej na spokojna atmosfere moge u nich liczyc;)

wlasnie wrocilismy z lunchowego pikniku w pobliskim parku, a teraz czas na pakowanie. bo po poludniu znow nad jeziorko popedalujemy:)

smieje sie, bo Holenderzy mimo ze na poczatku wydawali mi sie fleksybilni, maja jednak te swoje sztywne zasady i tak np. o 18.00 nad jeziorem pustki, bo o 18.00 to sie w Holandii je obiad. my wolimy zjesc obiad kolo 13.00 (az takich upalow nie ma, zeby sie nie dalo), kiedy na slonku i tak niefajnie dla glowy, a po poludniu dluzej sie popluskac. w piatek dosciagnelismy do 20.30 – bylismy jedynymi rodzicami z dziecmi:-) oprocz nas jeszcze mlodziez, ktora muzyczke nam zapewnila (i wcale nie za glosna), nawet do gry w siatkowke nas zaprosili, wiec na zmiane z lubym uzupelnialismy im druzyne (bo jednego do pary brakowalo), z chlopakami w badmintona (przyznam, ze na piasku nie lubie, ale czego sie nie robi dla dzieci;)), w drodze powrotnej chlopaki malo nie posnely na rowerach.

lubie takie leniwe dni:D