morsy wyrosna z naszych dzieci – trenuja od malego. pogoda niezbyt nam sie udala (zeszly tydzien upalny, ale w tym tygodniu temp. spadla, a w czwartek padalo caly dzien), ale kto by sie martwil? jak chlopaki plaze i morze zobaczyly, portki w mig sciagnely i do wody! my z lubym w kurtkach przeciwwiatrowych, chlopcy o kurtkach nie chcieli slyszec. po jakiejs godzinie, kiedy ja i luby zmarzlismy, szantaz byl potrzebny: albo kurtki i woda albo zegnamy plaze.i tak dwa dni:)
czulam sie jak nieodpowiedzialna matka – ludzie spacerowali wzdluz plazy, umundorowani pod zeby, w szalikach,kapturach, a nasze dzieci… w majtkach i kurtkach w wodzie. wynik taki, ze ja ledwo mowie, tak sie przeziebilam, luby podciaga nosem, a dzieci zdrowiutenkie:) a jakie szczesliwe.
deszczowy czwartek spedzlismy na basenie -w koncu mam partnera do plywania: Bizon plywa w moim tempie:) wiec luby zasuwal ze zjezdzalni ze Szkrabem (ktory zapisany na lekcje plywania juz jest, ale czas oczekiwania trwa 10-12 miesiecy…), a ja z Bizonem dlugosci zaliczalam. wstyd straszny, bo dziecko z trampoliny na glowke skacze i sie smieje peln geba, gdy widzi moje przerazenie. no boje sie, bo taki ten Bizon maly, trampolina wysoka, a jak juz wskoczy do tej wody, to wieki cale mijaja zanim wyplynie:/ boje sie, ale walcze z tym strachem, bo nie chce hamowac jego rozwoju, odwagi, sprytu. ja jak sobie raz skoczylam, malo nie zwymiotowalam, bo woda mi sie wlala nosem do gardla… fuj:/ a Bizon patrzyl zaskoczon, co ta matka wyprawia;)
po basenie pojechalismy na rozrywki manualne: robienie swieczek, mysla, wypiekanie bulek, recycling papieru, az na sam koniec na lody.
dzis do poludnia malpi gaj – ja z lubym ksiazki w garsc, dzieci towarzystwo jakies podlapalo, a ze malpi gaj byl stosunkowo maly = przejrzysty, latwo dzieci bylo zlokalizowac, co oznaczalo, w moim przypadku, mozliwosc SPOKOJNEGO oddanie sie lekturze.
na jutro zaprosilismy sie do szwagierkina obiad – od niej sie tego nauczylam:D
_____________________
wakacje zaczelam w dziwnej atmosferze: tuz przed wyjsciem z domu zadzwonila zona Karola, Polaka, ktory nam w zimie kladl sufit i parapety. z zona znam sie glownie z widzenia, bo jej dzieci chodza z moimi do tej samej szkoly. okazalo sie, ze Karol wygral jakis proces w Stanach, zwinal zagle, kase ze wspolnego konta i zniknal. zostawil kobiete z 5 dzieci (2 jego). i ona sie mnie pyta, czy cos od niego slyszalam. mi szczeka opadla. nic nie slyszalam, ale w glowie mi sie cala sytuacja nie miescila. a juz najbardziej to, ze ta zona nawet na policje nie zadzwonila! poradzilam jej, zeby to jak najszybciej zrobila, bo znajac jej meza, to on juz w drodze do Ameryki jest (bo on bardzo Ameryke kocha i tylko ze wzgledu na zone przyjechal do Holandii). zona zadzwonila, ale policja sie sprawa nie przejela i kaza przyjsc na przesluchanie za… 2 dni.
wieczorem telefon od zony, ze mezus sie znalazl. okazalo sie, ze skubaniec polecial do Ameryki, zeby zabezpieczyc konto przed zona, zeby go nie oskubala z zielonych! a jej pieniadze wybral z konta, zeby sobie te podroz oplacic! po raz drugi mi szczeka opadla. zona Karola zapowiedziala, ze go do domu nie wpusci, dopoki on jej kasy nie odda i do amerykanskiego konta nie dopusci… i prosi zebym do niego zadzwonila i mu nagadala… ja sie w cudze konflikty mieszac nie chce, ale w koncu Karol sam do mnie zadzwonil.
kilka godzin rozmow z zona, z Karolem, z zona, z Karolem – poczulam sie jak Dr. Phil. to co od nich uslyszalam rozwalilo mnie. obydwoje twierdza, ze sie kochaja. w tym jednym sa zgodni. ale brak tam szacunku (ona go bije, wyzywa, on pasozytuje na niej, raz ma prace, raz nie, jak ma prace, to cala kase na siebie wydaje, w domu nic nie robi, oszukuj,e jest humorzasty, seksu mu za malo, ona nie lubi jego rodziny, itd…), brak zaufania (kasa!), brak rozmowy, porozumienia, kompromisu. nie wiem, jak takie malzenstwa maja prawo bytu. najgorsze w tym wszystkim, ze dzieci sa swiadkami klotni, wyzwisk, przemocy. co ciekawe, osobno, on i ona sa calkiem przyjemnymi ludzmi! powywlekali przede mna swoje brudy, o tych samych sytuacjach uslyszalam z dwoch roznych komorek (od niej i od niego) dwie rozne wersje… tragifarsa. w pewnym momencie przestalam odbierac telefon. luby zartowal, ze powinnam im stawke za godzine powiedziec;) chyba tak, bo przyznam sie, ze to naprawde jak telefoniczna sesja z Dr. Philem wygladalo;)
________________
a u nas? luby z nadasana mina panienki, ktorej cos sie nie udaje:
– jak mnie to wkurza, gdy pilot nie dziala! – bo chlopcy ostatnio zaczeli sie sprzetem intensywnie zajmowac i pilot do TV w sumie dziala, tylko z podglosnianiem czasami problem i trzeba podejsc do odbiornika. a mi sie kawal przypomina i parskam smiechem:
– tatusiu opowiedz mi jeszcze raz o tych czasach, jak to byles maly i trzeba bylo isc przez pol pokoju, zeby zmienic kanal:)
luby kupil kabel, zeby podlaczyc laptopa do TV, z zamiarem obejrzenia Scharlok’a Holmes’a:
– ten kabel bardzo szybko przewodzi – mowi zadowolony
– czy to znaczy, ze film trwajacy 120 minut mozna obejrzec w 30? – udaje blondynke i cieszymy sie jak dzieci.
po 7 latach malzenstwa nadal nam ze soba dobrze:)