od poniedzialku mamy wakacje majowe – tzn. chlopaki maja:-) dziwnie miec zbojasow znow cale dnie, we dwoch, od rana do wieczora – troche meczaco ale i fajnie. nawet luby wychodzac ww wtorek do pracy z zazdroscia mruknal, ze dziwnie sie czuje, ze on do pracy, a my wakacjujemy. a przeciez nie tak dawno jeszcze to byla nasza codziennosc: ja z chlopakami zegnalismy tate wychodzacego do pracy:-) od miesiaca ja sama zegnam synkow i tate wiozacego chlopcow do szkoly….
w poniedzialek Holendrzy swietowali urodziny krolowej, wiec byl dzien wolny od pracy. pojechalismy z chlopcami do tzw. sprookjeshof – parku atrakcji z zakatkiem nawiazujacym do roznorakich basni: wzdluz alejki staly male domki, za szyba danego domku bohaterowie konkretnej bajki, a po wcisnieciu guziczka, mozna bylo te bajke wysluchac (w skroconej wersji oczywiscie). oprocz basniowego parku, byly tam roznorakie trampoliny, piaskownice, rowery wodne dla dzieci (chlopcy az dwa razy przejazdzke sobie zazyczyli:-)), malpi gaj, karuzele, zjezdzalnie, sciany do wspinaczek – wiele roznorakich atrakcji sprzyjajacych zuzyciu energii:D a co najwazniejsze, okazalo sie, ze Holendrzy tak intensywnie celebrowali dzien krolowej, ze w parku tlumow nie bylo. tak wlasnie lubimy:D
we wtorek Szkrab zaliczyl fryzjera, a po fryzjerze pojechalismy na farme dziecieca. mimo ze 15 minut rowerem, na wszelki wypadek spakowalam jadlo – przydalo sie;) bo chlopaki tak ladniei sie bawily, ze o 17.00 ocknelam sie, ze trzeba by do domu wracac, obiad gotowac.a bawili sie ladnie nie tylko z powodu zwierzyny (ktora podobnie jak ich matka, uwielbiaja), ale roznorakich pojazdow, jakie znalezli w szopie otworzonej przez gospodarza. Bizon jak dorwal hulajnoge, to jakby mu sie nogi przylepily, smigal, piruety krecil, skakal, pelnia szczescia (mimo ze wlasna hulajnoge w domu ma:D). Szkrab troche pojezdzil, ale jednak milosc do piasku zwyciezyla i zaszylo sie chlopisko wsrod zabawek w piaskownicy.
w srode zalatwialismy dzieciom paszporty, wiec zaczelismy od zdjec, po zdjeciach lody, a pozniej gmina. po poludniu luby wzial wolne, zeby pojechac z nami na basen. ja nie wiem, skad ten Bizon ma tyle energii… to jest dziecko-duracell. chudy i wsciekly. na basenie spedzilismy 4 godziny – przez caly czas Bizon plywal: zabka, crawlem na brzuchu, crawlem na plecach, skakal przez fale, nurkowal, zjezdzal ze zjedzalni – na moment nie usiadl, zeby odpoczac. po tych 4 godzinach ja i luby ledwo czlapalismy, Szkrab tez juz byl umordowany, a Bizon w podskokach pobiegl na parking rowerowy… i jak on nie bedzie szczuply? co zje, to spali.
dzis pojechalismy do ”swiata insektow”, w ktorym nie tylko insekty mozna obejrzec (i… skonsumowac…) – Bizon zaliczyl zdjecie z wezem, ja i Szkrab nawet dotknac nie chcielismy;) ja sie brzydze gadow, a Szkrab… mial kosie w nosie. pogadalismy z papugami, Ara i Lara, posmialismy sie z jaszczurek, ktore udawaly, ze nie zyja, chlopcy pomalowali gipsowe figurki, pogrzebali w piaskownicy, zrobilismy rundke po mini zoo i w koncu bylismy juz tak padnieci, ze zgodnie stwierdzilismy, ze czas wracac do domu.
jutro pasuje – nigdzie nie jade. jesli bedzie ladna pogoda, pojdziemy na plac zabaw, jesli bedzie padac (a glowa mi ciazy, wiec szanse na deszcz duze), to w plastiki sie ubierzemy i pojdziemy do parku grzebac kijami w kaluzach… a moze w koncu do kina sie wybierzemy?
widze, ze chlopcy potrzebowali tych wakacji. akurat tydzien byl im potrzebny, zeby sie troche zresetowac, odpoczac psychicznie od szkoly i popiescic sie z mama:)