drugi wpis:)

dawno nie bylo tak, ze dwa wpisy na dzien… dobrze, ze limitu nie ma;)

z kolezanka w koncu sie spotkalam, ale po poludniu – okazalo sie, ze pociagi nie kursowaly z powodu wypadku. kolezanka sms-owala na komorke, na ktorej luby usiadl rok temu miazdzac ja… na szczescie zadzwonila na tel domowy i jeszcze zdazylysmy sie zobaczyc. ale przyznam, ze rzadkie kontakty, czy moze dwa rozne swiaty, w ktorych zyjemy (ona i maz bezdzietni, robia kase i kariere, my… dzieciaci, na kasie nie lezymy, a ja to juz w ogole, bez ambjicji;)), jakos nas oddalily emocjonalnie. i spotkanie bylo chlodne. a nawet troche irytujace:/ bo oczywiscie padlo kiedy pytanie ”kiedy do pracy” (mam wrazenie, ze nie ma osoby, ktora by sie moja praca bardziej nie martwila niz ja sama!), a kiedy odpowiedzialam, ze od wrzesnia zamierzam aplikowac, to musialam sie grubo tlumaczyc! zadne logiczne w moim mniemaniu tlumaczenia nie docieraly, wiec w koncu zapytalam kolezanke, ile dni wakacyjnych ma na rok, takich dni tylko dla siebie? okolo miesiaca. no to mi przez ostatnie 6 lat zebralo sie 6 miesiecy wakacji. 6 miesiecy czasu tylko dla siebie, bo przez ostatnie lat nie mialam zadnych wakacji, bylam pelnoetatowa mama, od rana do kolejnego rana, dzien w dzien, bez weekendow, bez wakacji. i dlatego w pn, wtorki i czwartki: od 8.30-11.45 i od 13.00 do 14.45, w srody i piatki od 8.30-11.45: mam wakacje – odpoczywam od bycia mama. i choc te wakacje spedzam w domu, to bardzo ich potrzebuje. potrzebuje czasu, zeby… na spokojnie ugotowac zupe i jednoczesnie posluchac radia a nie slodkich glosikow moich dzieci, na spokojnie obejrzec dr. Phila, a nie Bob-a Budowniczego, na spokojnie wylozyc nogi na stol i pogapic sie w niebo, bez swiadomosci, ze za 2 minuty, ktos ten niekulturalny blogostan przerwie, na spokojnie zadzwonic do mamy, na spokojnie poukladac w szafach, w glowie, itd. tak, po 6 latach bycia non stop z dziecmi, potrzebuje kilku miesiecy spokoju.

troche zakpilam. ale dotarlo. chyba…

pozniej starlysmy sie troche na punkcie linkedln, do ktorego wg kolezanki powinnam sie zapisac. w sumie, to zapisana jestem, ale nie uzywam, hasla nie pamietam i z tegoz powodu na zaproszenia nie reaguje. ale linkedln bylby bardzo pomocny w szukaniu pracy, bo potencjalny pracodawca moze np. przeczytac o temacie mojej pracy doktoranckiej… smieje sie, ze to mozna wygooglowac:) bo mozna! lacznie z okladka mojej ksiazki doktoranckiej. i to robia ludzie nagminnie: google, imie, nazwisko i wszystko wyskoczy;) mowie, ze jestem na facebooku i juz mi to wystarczy, ze w ogole mnie takie sprawy nie bawia, ale kolezanka uparcie, ze linkedln nie sluzy do zabawy, tylko profesjonalnych kontaktow:/ ok, dla mnie obecnie profesjonalne kontakty nie istnieja. i tyle na ten temat.

pozniej, przyszlo mi do glowy, ze wspolczesni ludzie patrza na zycie przez pryzmat pracy zawodowej. jak da sie zyc bez bycia oficjalnie zatrudnionym??? co to za zycie? dla mnie… super zycie:-) potrafie sie bez pracy zawodowej rozwijac, cieszyc zyciem, nie mam czasu sie nudzic, nie czuje sie samotna, mam znajomych i tylko… kasy mogloby byc wiecej. i nie ukrywam, na dzien dzisiejszy, do pracy wybieram sie tylko z powodow zarobkowych. bo do realizacji ambicji i samorozwoju etatu w firmie nie potrzebuje:)

zadzieram kiece i lece;)

bylam umowiona z kolezanka ze szkolnej (studenckiej) lawy na kawe. kolezanki maz jest Fryzyjczykiem, wiec 2-3 razy w roku przyjezdzaja do jego rodzicow, a wtedy my umawiamy sie na kawe i pogaduszki. umowilysmy sie na 9.15 pod pewna kawiarnia w rynku.

wskoczylam w swoje ukochane fioletowe obcasy, sukienke ”w kolano” i dalejze na rower: sama kiece podciagnelam, wiatr mi ja zadarl, ale kto by sie przejmowal. przejelam sie dopiero, gdy zaczelo lac, ale trudno, nie pierwszy i nie ostatni raz przemoczona na kawe dotarlam – w Holandii norma;) dotarlam i mina mi zrzedla, gdy zobaczylam, ze kawiarnia otwarta od 13.00. na szczescie parasole byly na zewnatrz otworzone, wiec skrylam sie przed deszczem i wiatrem i czekam… i czekam, i czekam…. o 9.40 trzeslam jak osika, jeszcze 5 minut poczekalam i pobieglam do innej kawiarni, zeby rozgrzac sie cappuccino. kolezanka nie dotarla. niech zaluje, bo mialam dla niej pyszne czekoladki australijskie (z okazji niedawnych urodzin).

ja az tak strasznie nie zaluje – pyszna kawe wypilam, a przy okazji usmialam sie do lez, bo… laduje sie na swoj rower, idaj dawaj panowie, kolo 30-stki , patrza na moje obcasy, nogi i slysze polszczyzne: 

– takich nozek to u Holenderki jeszcze nie widzialem, apetyczne – mowi jeden

– nozki ladne, ale dzieciata… – dodaje drugi (widac spojrzal na moj rower z dwoma siodelkami dziecinnymi)

– nozki ladne, bo nieholenderskie. a panowie jakie nozki macie? pokazecie? – spytalam dlawiac sie smiechem

panowie tez sie zaczeli smiac, ale jednoczesnie sploneli:DDD ich mina bezcenna:DDD widac krotko na obczyznie, bo jak ktos dluzej pomieszka, to wie, ze nawet na obczyznie rodakow pelno i warto trzymac jezyk za zebami.

a ja sie dowartosciowalam, bo nieskromnie przyznam, ze moje nozki nie jedno spojrzenie dostaly – a wszystko dzieki tym niebotycznym obcasom…

dziad(k)owanie:/

myslalam, ze temat juz oswoilam, ale jednak nie do konca. nie rozumiem milosci holenderskich dziadkow moich dzieci.

wczoraj zadzwonil tesc, ze dostali od dalszej rodziny gokarda dla naszych chlopakow. luby sie ucieszyl, powiedzial, ze jesli tesciowie nie maja zadnych planow, to on przyjedzie z dziecmi po basenie Bizona, a ja bede miala wolne popludnie (poproszono mnie o uszycie dekoracji do szkoly chlopakow, wiec te kilka godzin spokoju mi sie przydalo).

wieczorem luby wrocil z chlopcami – chlopcy tak zmachani deskorolka, gokardem, footbalem i generalnie swiezym, wiejskim powietrzem, ze juz w samochodzie zaczeli przysypiac i szybko padli w lozeczkach.

Pytam lubego, czy mial szanse odpczac, a on kreci glowa, bo jak najpierw chlopaki bawily sie same, to on pomagal ojcu w ogroddzie. a pozniej caly czas sie chlopakami zajmowal. i relacjonuje: przyjechala szwagierka, wyciagnela tesciowa na kawe i zakupy do pobliskiego miasteczka i przepadly, a tesciu jak wzial gazete do reki, to swiat przestal dla niego istniec. luby gral z Bizonem w pilke na podworku, Szkrab sie zmeczyl i chcial byc w domu, wiec luby poprosil tescia, zeby ten poczytal Szkrabowi ksiazke. po chwili Szkrab siedzi w oknie i patrzy jak luby gra z Bizonem, a tesciu… czyta swoja gazete. tesciu, ktory jest na emeryturze, ktory codziennie moze siasc i poczytac w spokoju gazete nie moze poswiecic 15 minut na przeczytanie wnukowi ksiazeczki. tesciowa, ktora tak bardzo kocha te swoje jedyne ”skarby” (tak o nich mowi…), wybiera kawe i zakupy z dorasla corka.

szwagierka – osobny temat… mam wrazenie, ze te stereotypy o starych pannach nie sa z palca wyssane. z niej sie niestety robi stara panna: skupiona na sobie, sluchajcie mnie, podziwiajcie i robcie ze mna cos ciekawego.

wczoraj zadzwonila, czy moze po poludniu przyjechac. oczywiscie, ze tak. przyjechala z nowym nabytkiem iPadem. pochwalila mi sie, przyznam, ze mnie takie cacka w ogole nie neca, ale z uprzejmosci wykazalam zainteresowanie. z pol godziny odganialam dzieci, zeby poswiecic czas szwagierce. a ze wczesniej czasu na zabawe z chlopakami nie mialam (do 12.00 szkola, a pozniej skrzypce Bizona, z ktorych wracamy do domu o 14.30), troche mi bylo chlopakow szkoda. ale poprosilam, zeby sie pol godziny sami pobawili i nawet byl spokoj. po iPadzie nastapil pokaz katalogow z robotkami, bo ostatnio szwagierka zapalala miloscia do drutow i wloczki. znow, szwagierka w centrum uwagi.

wybila 17.00, wiem, ze luby zaraz z pracy wroci, wiec mowie, ze musze sie wziac za obiad. 15 minut luby wkroczyl, chlopcy rzucili sie w kierunku papy, chca mu opowiedziec o szkole, ale… szwagierka wyskakuje z iPadem… po obiedzie olalam mycie naczyn, olalam ekscytujace newsy szwagierki, poszlam z chlopami do ich pokoju i w koncu poswiecilam im godzinke. o 20.00 dzieci juz spaly, wiec mialam czas na wysluchanie szwagierki, na wszystkie tematy, jakie tylko chcialaby poruszyc. ale… szwagierka najpierw odpowiadala na e-maila klienta, sciagala -booki, pozniej przejrzala nowosci ksiazkowe lubego, w koncu byla juz zmeczona i postanowila jechac do domu…

ja wiem, ze mam fiksacje na punkcie ”niezorganizowanego platania sie dzieci”, wiem, ze duzo czasu poswiecam na konkretne zajecia z chlopakami, ze pracujace mamy tyle czasu nie maja dla dzieci i krzywda im sie nie dzieje i nic by sie nie stalo, gdybym w jeden dzien sobie odpuscia, a chlopaki sie poplataly. ale bylo mi ich zal, bo tak sie cieszyli, ze ciocia przyjedzie, z takim entuzjazmem ja witali, a zostali potraktowani jak upierdliwcy – ipad  i katalogi byly wazniejszy. poza tym, widze, ze w piatki dzieci sa juz wykonczone po calym tygodniu zajec i najzwyczajniej potrzebuja posiedziec z mama, poprzytulac sie, pomiziac, poczytac, pokleic i z tego zmeczenia samodzielna zabawa im nie wychodzi (szybciej sie irytuja, kloca, zloszcza, placza – tak jest w kazdy piatek, dzieci odreagowuja caly tydzien).

dzis szwagierka znow potrzebowala uwagi: kawa i zakupy z mama…

w wielkanoc szwagierka byla strasznie nieszczesliwa, bo powiedzialam, ze leje, wieje, jest zimno i ja sie na zadne rozrywki na swiezym powietrzu nie ruszam (chlopaki  i luby zasmarkani, kaszlacy, przeziebieni, ja po dwoch anginach). mysmy sie na swieta nie zapraszali, to tesciowa wydzwaniala, zebysmy przyjechali i jeszcze zawiedziona byla, ze dopiero w wielka niedziele, po poludniu przyjedziemy. ja najchetniej swieta spedzilabym w domu, ale skoro tesciowa nalegala, to nie chcialam podpadac. szwagierce w domu strasznie sie nudzilo… a mi sie tam nigdy nie nudzi. lubemu tez nie:)

i tak to jest z rodzina. najlepiej na zdjeciu. a dla mnie kolejny dowod na to, ze naszej czworce kiszenie sie we wlasnym sosie najbardziej pasuje:-)

po takim podsumowaniu rodziny lubego, jestem pelna podziwu dla niego jako ojca i meza: dzieci i ja jestesmy dla niego zawsze na pierwszym miejscu. to jest dla mnie prawdziwa milosc.

matkowac chlopakom…

zawsze chcialam miec synow i mam. i jak patrze na kolezanki ze szkoly Bizona i Szkraba, to wiem, ze lepiej dla tych dziewczynek, ze nie jestem ich mama;) chodzi o te egzaltcje, machania rekami, wygladzanie spodniczek, malowanie paznokci, piszczenie, opowiadanie o tym, co mama na obiad gotuje, czy ktos pyta, czy nie pyta… mozliwe, ze gdybym miala corke, bylabym do tego przyzwyczajona:) mozliwe, ze gdybym miala corke, bylaby podobna do mnie: lubilaby krotkie wlosy, obgryzala paznokcie, wiecznie gubilaby pierscionki i wchodzila na slupy wysokiego napiecia… mozliwe. moge sobie tylko gdybac. a z pewnoscia moge rzec, ze dobrze czuje sie w towarzystwie moich synow i ich kolegow:) to tak tytulem wstepu.

bo zmierzam do tematu ”grzybka”, czyli zoledzia, ktorym natura obdarzyla tylko chlopcow. od dawna juz Szkrab bardzo rozpaczal, ze Bizon ”grzybka” ma (Bizon sam go tak nazwal, gdy go po raz pierwszy zobaczyl: ”maaamoooooo, chodz, mam tu takiego ladnego grzybka” – zawolal mnie do lazienki i z wielkim zaskoczeniem mi pokazal swe odkrycie. ja tez bylam zaskoczona, bo pierwszy raz ”cos takiego” widzialam u malego dziecka, ale spokojnie powiedzialam, ze kazdy chlopiec takiego ma i papa tez), a on nie. Szkrab to wie, bo razem sie z Bizonem kapia i gdy Bizon sie mydli, to Szkrab mu strasznie zazdrosci tego drobnego elementu:)

tlumaczylam Szkrabowi, ze jak mu grzybek urosnie, to sam wyjdzie, zeby sie nie martwil, ze Bizonowi tez dopiero w pierwszej klasie grzybek wyszedl, itd. ale przyznam, ze sama troche sie tym grzybkiem Szkraba martwilam, bo sytuacja troche stulejkowato mi wygladala.

Az tu nagle dzis slysze fanfary brzmiace z lazienki: jest!!! mamo, gzibek!!! uros!!!! gzibek duzi wysiedl!!!! Patrze, no jest, ”grzyb” jak trzeba:) Bizon jak uslyszal tez do lazienki przybiegl popatrzyc, nawet dotknac chcial, ale zdazylam go powstrzymac;)

Szkrab byl tak podekscytowany, ze co 10 minut chodzil ”siku”. a ja oczy przymknelam, niech sie nacieszy.

jak na zlosc, luby dzis do 20.00 w pracy musial byc, a Szkrab tak bardzo chcial sie papie pochwalic grzybkiem. zarzadal rozmowy telefonicznej, niestety, papa z komorkami zamkniety, nie mogl do telefonu podejsc… wiec czekal Szkrabus przy oknie i czekal i w koncu o 20.15 pokazal papie z duma cudenko:)

i takie to atrakcje czekaja mamy chlopcw:)

 

 

u dyrektora

zawiozlam chlopcow po lunchu do szkoly, przechodze kolo toalet, a tam kaluze… moczu. cisnienie mi skoczylo, bo tam ciagle smrod, mocz na podlodze, nieraz kupa czuc, bo jakies dziecko nie trafi albo obsmaruje kupa deske klozetowa. a ze pani sprzataczki na miejscu nie ma (jest firma sprzatajaca, ktora przyjezdza nie wiem kiedy:/), to nie ma komu na biezaco posprzatac. obrzydzenie.

 

jak kaluze zobaczylam od razu poszlam do dyrektora. spokojnie, ale dobitnie powiedzialam co o tym mysle, ze ja nie zycze sobie, zeby moje dzieci korzystaly z tej ubikacji, ze ja ich zaczne wysylac do ubikacji nauczycielskiej.

dyrektor tlumaczyl, ze rura pekla. rura? pod wszystkimi trzema ubikacjami?na to dyrektor, ze on juz z nauczycielka o tym rozmawial. ale co ma do tego nauczycielka? przeciez nie bedzie tam sama sprzatac! tak, ale pani nauczycielka ma kontrolowac, czy dzieci spuszczaja wode i zeby odpowiednio sie zachowywaly w ubikacji… rece mi opadly. ten facet mysli, ze mnie usmiechem i glupim gadaniem splawi.

nie, nie splawi. bede do niego chodzila, bede upierdliwa, dopoki nie bedze czystych ubikacji. a jak nie bedzie, to nasle na nich sanepid.

 

TEN temat

zblizamy sie do tematu ‚skad sie biora dzieci”.

do tej pory chlopaki wiedzialy, ze jak mama i tata sie kochaja i przytulaja, to z brzucha taty do brzucha mamy przeskakuje nasionko. i z tego nasionka rosnie dziedzius. wiedza, jak dziecko w brzuchu mamy wyglada (zdjecia z ksiazki o ciazy) na roznych etapach rozwoju, widzieli na filmie jak fika, ssie kciuka, znaja opowiesci i tym jak kopali, wierzgali i fikali w moim brzuchu, jak Bizon tate kopnal w twarz (bo tata przytulil policzek do brzucha, zeby powiedziec synkowi ”dobranoc”i chyba synka wystraszyl;)), itd.

do tej pory dzieci wiedzialy, ze dzidziusia wyciga sie z brzucha w szpitalu. wiedza, w ktorym szpitalu sie urodzili, znaja historie ”jak to bylo, gdy sie urodziles”, lubie im o tym opowiadac i widze, ze oni tez lubia sluchac o swoim wczesnym dziecinstwie.

dzis przez przypadek doszlismy do pytania, jak to dzieci wychodza z tego brzuszka?

zaczelo sie od fitnessu. Bizon spytal, dlaczego nie zawsze chodzilam na fitness. Mowie, ze zanim on zamieszkal w moim brzuszku, to tez chodzilam na fitness, ale jak mi brzucho urosl, to przestalam, bo bylo mi ciezko. i z glupia frant zazartowalam ”no i balam sie, zebys mi z tego brzucha nie wypadl”. jak to palnelam, to od razu wiedzialam, jaka dyskusja sie szykuje:D

– ale jak bym wypadl??? ktoredy??? przez pepek? – yyyyyy, klamac? nie klamac? oto jest pytanie. nie klamac:

– nie, nie przez pepek, tylko przez dziurke.

– jaka dziurke?

– kazda pani ma miedzy nogami dziurke, ktora dzidzius moze wyjsc.

– a pokazesz mi ja? – spytal zaciekawiony Bizon

– nie, to jest moja dziurka i nikomu jej nie pokazuje. ty nie pokazujesz nikomu swojej pupy, a ja nie pokazuje mojej dziurki.

Bizon zawiedziony… pocieszam go, ze jak bedzie mial swoja zone, to bedzie mogl te dziurke zobaczyc:)

– u zony wolno? – pyta z nadzieja

– tak, u zony wolno.

temat skonczony. przynajmniej na dzis…

dlaczego nienawidze motorow?

a miedzy innymi za to, ze o 22.30, juz trzeci dzien pod rzad, podjezdza taki jeden pod nasze okna i warczy przez kilka minut, bo czeka na panne az sie wyszykuje. halasuje, smrodzi i gazu dodaje. dlaczego nie podjedzie pod samo okno tej panny??? dlaczego pod nasze?

warkot motora dziala na mnie jak plachta na byka.

do trzech razy sztuka. jesli jutro mi ten sam zakochany motorzysta pod dom podjedzie, to uslyszy ode mnie kilka ostrych slow.

jedni sasiedzi caly dzien dzis grilowali i zasmrodzili mi poludniowa czesc domu, bo tak trudno postawic grilla kilka metrow dalej w ogrodzie, teraz ten dumny motorzysta truje nas pod polnocy, bo trudno wpasc na pomysl, ze moznaby motor wylaczyc.

krotka pilka

chlopakow dopadlo przesielenie wiosenne badz jakas inna cholera, chodza zmeczeni, rozjazgotani, placzliwi, jeczacy. nic nie jest dobrze, nic im nie smakuje, niby glodni, a grymasza przy stole, zwlaszcza Szkrab.

zaczeli mi wchodzic na glowe. wiec im powiedzialam ”koniec, bedzie krotka pilka”. chlopaki wysmialy krotka pilke, bo jak pilka moze byc krotka? a moze, o czym sie juz wczoraj przekonal Szkrab. obiad mu nie smakowal. nie? to idziesz spac. o godzinie 18.00 Szkrab poszedl spac. pospal do… 8 rano. myslalam, ze dzis bedzie pogodniejszy, skoro tak pospal. hm… pogodniejszy moze byl, ale z dyscyplina nadal na bakier. i znow zasmakowal krotkiej pilki: na spacer wzial rowerek. jak sie rozpedzil, tak przejechal sam przez dwie ulice (na szczescie nie glowne, tylko boczne), a pozniej stracilam go juz z pola widzenia. jak go dogonilam, kazalam zejsc z roweru, w tyl zwrot i do domu. uszamotalam sie z tym rowerem, ale tego Szkrab nie wie;) wie natomiast, ze moje dobre serce stwardnialo i nie bedzie ”ostatniego razu”, czy ”nastepnego razu”, ale jest teraz. teraz kara, konsekwencje, krotka pilka.

Bizon za to dal glos, bo sam jechal na deskorolce i Szkrab go na rowerze wyprzedzil. no jest powod do wycia:/ tlumacze, ze przeciez jak Bizon jedzie na rowerze, to przegania Szkraba, a Szkrab nie placze z tego powodu, ale ten beczy jak dzidzius. w koncu wzielam deskorolke pod pache i koniec: jak masz beczez z powodu deskorolki, to nie bedziesz na niej jezdzil”. szybko sie uspokoil…

nie mam juz ani cierpliwosci, ani sily, ani ochoty na bycie wiecznie wyrozumiala mama. bede matka hersztem. i juz;)

czy tylko ja?

normalnie, gdy ludzie choruja to chudna. tak, czy nie?

ja nie. ja im powazniej choruje tym bardziej ”puchne”. co w sumie wydaje mi sie bardzo logiczne i nie rozumiem, jak inni moga chudnac podczas choroby.

jak ja zaczynam chorowac czuje sie slabo. a jak czuje sie slabo, to wiecej jem. skoro jestem slaba to nie mam sily sie ruszac. im bardziej jestem chora, tym wiecej jem, tym mniej sie ruszam, tym mniej spalam, tym latwiej przybieram.

im mniej sie ruszam, tym bardziej chce mi sie slodkiego! tak, sport zabija skutecznie chetke na slodycze (no, moze oprocz czekolady, bo ta jadam namietnie i za Radwanska powtorze: dzien bez czekolady to dzien stracony). jest to fenomenalne zjawisko. sport otwiera we mnie apetyt na owoce (za ktorymi normalnie az tak nie przepadam), a redukuje apetyt na niezdrowe smieci.

przez ostatnie prawie 4 juz tygodnie sport uprawialam 2 razy:/ najpierw slabosc, pozniej angina nr 1,ledwo sily zaczely wracac (w tym czasie 2 razy dalam rade pocwiczyc), pozniej dopadla mnie znow slabosc i angina nr 2. anginy tak wytlukly ze mnie resztki zdrowia, ze w koncu korzonki zaczely mnie lapac. poszlam wiec w koncu po rozum do glowy i przez kilka dni faszerowalam sie witamina B i napychalam chlebem z czosnkiem – pomoglo. korzonki poszly precz, sily wrocily. niestety, wczoraj luby towarzyszyl wieczorem gosciowi z Anglii, dzis swietuje kolejny szczebelek kariery zawodowej, a ja zamiast szalec na fitnessie, przejelam wieczorne obowiazki lubego (dzieci), wpierniczam dropjes, siedze na kanapie i walcze z lenistwem, bo przeciez moglabym poboksowac przed X-boxem, czy ”zumbnac sie”. niestety, najpierw musze sie rozruszac w grupie.

czuje sie jak slon. 1.5 kg na plusie:/ i nie waga mnie przeraza, ale love handles, ktore zaczynaja wyplywac z ulubionych spodni:/ bo kg zbic mi latwo, ale love handles potwornie trudno.

o latkach

wiem, ze nie powinno sie przypinac nikomu ”latek”, a juz z pewnoscia nie dzieciom. ale jak tu nie przypinac…

Szkrab ma opinie dziecka, ktoremu wszystko sie pali w rekach. staramy sie tego glosno przy nim nie mowic, ale to kazdy widzi, nawet 5 letni Bizon juz kilka razy spytal ”znowu cos zepsules”? pewnie dlatego ma talent do majsterkowania – jak juz cos zepsuje, to chociaz naprawic moze sprobowac;)

dzis pojechalismy z krotka wizyta do babci lubego, czyli prababci naszych dzieci. przed wizyta uswiadomilismy chlopcow jak sie maja zachowywac, powiedzielismy, ze prababcia jest juz stara, ze meczy ja halas, krzyki, ze nie moze sie denerwowac, zeby chlopcy spokojnie siedzieli, nie biegali, nie klocili sie, itd…

chlopcy spisali sie na medal. w tak ”spokojnym stanie” jeszcze swoich dzieci nie widzialam:D siedli oniesmieleni obok siebie na fotelu, ogladali prabacie jak dinozaura jakiegos, cos tam sobie cichutko na ucho szeptali i tak prawie przez godzine! dostali napoj z babelkami (wielka atrakcja – kolejny dowod na to, ze warto w zyciu sobie pewnych rzeczy odmawiac i tylko okazjonalnie ich kosztowac:)), troche sie balam, ze po tych babelkach Szkrab beknie az sie mury zatrzesa (bo niestety, on to swietnie potrafi…:/), ale nie, zachowal pelna kulture, nie beknal:) i baka nie puscil, postaral sie bardzo. o Bizonie sie nie rozpisuje, bo to jest dziecko z wrodzona subtelnoscia, ani baczka, ani bekniecia, nigdy sie nie obleje piciem, nie nakruszy ciastkiem, tylko czasami histeria sie popisze, ale i to juz coraz rzadziej sie przytrafia.

juz mielismy wychodzic, Szkrab delikatnie zmienil pozycje na fotelu, a ja zobaczylam, ze cos sie turla po wykladzienie… trzy kawalki jednej porcelanowej figurki… zamarlismy z lubym, bo ze straszymi ludzmi i ich porcelanowymi wspomnieniami nigdy nie wiadomo. na szczescie prababcia lekko przyjela te strate. opowiedziala, od kogo te figurke dostala, nie kazala mi jej sklejac, wiec troche mi ulzylo.

wracajac do latek… i jak tu jej Szkrabowi nie przypiac? tak sie staral, taki byl grzeczniutki (pochwalilismy go w samochodzie, przemilczajac te porcelanowa wpadke), a jednak… slon w skladzie porcelany. kto go zna, nie zaprzeczy.

________________

co do tradycji… lubie tradycje lekko unowoczesniona. moje dzieci tez. wyskrobalismy pisanki, ja klasyczne ”Alleluja”, bazie i wzorki zgapione z kartki wielkanocnej przyslanej przez Kartoflana:)

Bizon chwali sie swoja:

– o, jak Ci ten baranek ladnie wyszedl – szczerze sie zachwycam i mysle, ze dziecko w slady dziadka poszlo

– mamooooo, to pies, nie baranek! – wzdycha Bizon

Szkrab nie czeka, czy zgadne:

– a ja domek wyskrobalem!

pisanka sa? sa. a ze z psem i domkiem, a nie barankiem i alleluja? postepowe dzieci mam:)