prawie swieta?

niestety, nie czuje ich:( nie te klimaty. mimo ze nie jestem wielka tradycjonalistka, to lubie klimaty wielkanocne. bardziej niz bozonarodzeniowe.

w dziecinstwie najbardziej lubilam skrobanie pisanek. jako ze z farbkami roznie bywalo, mama obgotowywala jajka w lupinach z cebuli, jajka brazowialy, a pozniej tato i ja, artysci-skrobacze rodzinni, lapalismy za zyletki i wyskrobywalismy wzroki, bazie i ”wesolego alleluja”, tato nawet baranka potrafil wyskorbac… to robilismy w Wielki Piatek. w sobote rano przybieralam kordonkowa, bielutenka, na sztywno wykrochmalona serwetke bukszpanem, mama szykowala koszyczek, a pozniej z bratem maszerowalismy na swiecenie. co roku byl wiatr, co roku zrywal nam te sztywna serwetke, trzeba bylo za nia gonic i pilnowac, zeby jej na dobre nie zgubic:)

za sniadaniem wielkanocnym nie przepadalam, bo raz, ze nie lubie skladania zyczen, a dwa, ze rano nie mam apetytu i jedzenie sytego sniadania, nawet o 10.00 to dla mnie meczarnia. zawsze szlam zemdlona na msze wielkanocna po takim sniadaniu. ale lubilam radosne pokrzykiwanie taty ”Chrystus zmartwychwstal”, na ktore z bratem odkrzykiwalismy ”prawdziwie zmartwychwstal”! Pozniej dzwonilismy do mojej chrzestnej, ktora witalismy tym samym okrzykiem:-)

kilka razy spedzalismy Wielkanoc u chrzestnej, na wsi. tam to byly koszyczki, pisanki. smigus dyngus… wszystko bardzo tradycjonalne. do domu na ogol wracalismy w lany poniedzialek – samochod blyszczal, taki byl pooblewany:DDD

w tym roku Wielkanoc spedzimy w Holandii. bez tych tradycji. ok, ubrazowie ze 3 jajka, wyskrobie jutro wieczorem, w sobote poswiecimy, nawet baranka cukrowego jednego udalo mi sie nietknietego uchowac (drugiego Szkrab w polowie zlizal: ”dobre i smacne!”;)), ale to nie to samo. sklep polski zamkniety (wlasciciel okazal sie oszustem:/ Polak = zlodziej? nie dziwie sie, ze takie stereotypy sie pojawiaja), wiec kielbasy do zurku nie bede miala, zrobie oszukany, z boczkiem i jajkiem. upieke muffinki, zeby do koszyczka symbolicznie wsadzic. 

jutro droga krzyzowa dla dzieci po holendersku. w sobote polskie swiecenie. w niedziele po polskiej mszy pojedziemy do tesciow i wrocimy w poniedzialek.

i takie bede nasze swieta. jak dla mnie…troche nijakie. niestety, luby klimatow nie czuje, tesciowie i szwagierka w ogole inny swiat, chlopaki male, teoretycznie wiedza ”o co chodzi”, kilka razy czytalismy rozne opracowania wielkopostno-wielkanocne dla dzieci, ale jestem sama z ta swoja tradycja. nie potrafie jej odtworzyc tak, zeby swieta poczuc tak jak w Polsce, przy rodzicach. chyba musze sie zaczac przyzwyczajac.

________________

dzis Szkrab mial w szkole ”wypadek” – zsikal sie w spodnie:/ na szczescie nauczycielka szybko to zauwazyla i ponoc dzieci sie nie zorientowaly. spytalam Szkraba co sie stalo, a on na to, ze mu sie… kupe chcialo, ale on w tej ubikacji nie chce robic…. no wlasnie. po swietach wywiadowka. po raz drugi zwroce uwage, ze toalety sa potwornie brudne, cuchnace i ze ja nie chce, zeby moje dzieci z takich brudnych toalet korzystaly. tym razem powiem do dwoch nauczycielek, jesli nie bedzie poprawy, pojde do dyrektora, a pozniej bede skarge pisac. bede temat drazyc do skutku, bo teraz, kiedy nie pracuje i dzieci na lunch do domu woze, a pozniej o 15.00 odbieram, dzieci na ogol korzystaja z toalety w domu. ale jak juz zaczne pracowac i chlopaki beda na lunch zostawac w szkole, to juz nie wytrzymaja caly dzien bez wc.

nauczycielka dala Szkrabowi suche ubranka, ze swoich zapasow. ledwo mnie Szkrab zobaczyl, zaczal szeptac z nadasana mina, ze ma ”majtki dziecinki” (dziewczece:)). w domu od razu sciagnal babskie gatki i z obrzydzeniem wrzucil do kosza na brudy. ale majtki byly… niebieskie. pytam wiec, dlaczego mowi, ze to dziewczece, skoro sa niebieskie. Szkrab z oburzeniem:

– bo maja kotka!

– a chlopiece maja pieska?

– tak. i nie maja kwiatuskow (maciupenkie, gdyby mi nie powiedzial, nie zauwazylabym)i nie siom takie blyscioncie (jakby brokat przy gumce).

acha, juz rozumiem. nie tylko kolor jest wazny:) kiedy on te majtki tak dokladnie obejrzal?;)

__________________

Szkrab obszedl dzis ostatnia juz chyba (mam nadzieje;) runde swoich urodzin (ktore minely ponad 2 tygodnie temu:)). jakis czas temu zadzwonila kolezanka, z ktora jakos tak kontakt sie urwal (i nigdy intensywny ani zazyly nie byl), ze dwa lata temu. nie nadajemy na tych samych falach i jedyne co nas laczy to… szwagierka;) bo ta znajoma to przyjaciolka szwagierki. a ze ma 3 synow, a ja dwoch, to tak szwagierka nas informuje co slychac u znajomej i jej synow, a znajoma, co slychac i nas i naszych dzieci:) taka dziwna sytuacja. ale tak jak napisalam, nie specjalnie iskrzy miedzy mna a ta znajoma, wiec ja tylko kartki na boze narodzenie do nich wysylam i tyle. a tu znajoma dzwoni i sie na urodziny Szkraba zaprasza. sieibie i synkow. ok, przyjedzcie. mieli przyjechac wczoraj, zaraz po szkole najstarszego syna. nie przyjechali. zapomniala:/ oj powialo chlodkiem z mojej strony. i nie dlatego, ze zapomniala, bo to sie moze zdarzyc, ale… zrewanzowalam sie za ”kiedys”;) kiedys nie bylam pewna czy umowilysmy sie na dzien A czy B, a znajoma nieprzyjemnie burknela dlaczego sobie od razu w kalendarzu nie zapisalam. wtedy mnie zatkalo i sie kajalam.a wczoraj sie odegralam. tak ozieble, ze znajoma dzis z podkulonym ogonkiem przyjechala:DDD i prezentami wypasionymi:))) pomiajac znajoma i prezenty, chlopcy bawili sie ”przepysznie”. 5 chlopcow, najmlodszy 2.5 roku, najstarszy prawie 6, pelna harmonia, ani razu wyrywanej zabawki, zadnego ‚maaaamooo, a on…”. super zabawa. dzieci polaczyly klocki lego. a pozniej… ciastolina, oczywiscie:D szybko i milo zlecialo nam popoludnie.

przeprosiny z budzikiem

dzis zaspalismy. chlopaki weszly do szkoly rowno z dzwonkiem. pierwszy raz i mam nadzieje, ze ostatni, bo od jutra nastawiamy budzik:-)

 

odkad mamy dzieci, budzika nie potrzebowalismy:) a tu ”nagle” dzieci urosly, samodzielnily sie i dzis rano, zamiast przybiec do naszej sypialni, zaszyly sie w pokoju Bizona i cicho i w zgodzie (!!!) bawily sie klockami lego:) dobrze, ze mam jakis wewnetrzny budzik i przyzwyczajona jestem budzic sie kilka godzin (co w nocy akurat jest dosc upierdliwe…) i o 8.00 przejrzalam na oczy…

to pierwsza noc, kiedy Szkrab do nas nie dolaczyl!

w biegu miedzy sniadaniem a ubieraniem dowiedzialam sie od Bizona, ze on wstal o 6.00, Szkrab troche pozniej i ze to Bizon zawrocil Szkraba z drogi do naszej sypialni. ponoc ostrzegl Szkraba, ze jak pojdzie do mamy i taty, to kaza mu spac, bo jest jeszcze noc i zeby lepiej cicho sie bawil:-)

jesli Bizon rzeczywiscie wstal o 6.00, to bedzie po poludnia jazda:/

takie prozaiczne sprawy, a tak ciesza. i niby jak dzieci rosna, rodzice sie starzeja, ale… mnie to nie martwi;)

duzy dla duzego, cieply dla zimnego

Szkrab od jakiegos czasu przebakuje, ze chcialby grac na… kontrabasie:) widzi jak bracian na skrzypcach zasuwa, to i jemu sie zamarzyla gra. ale nie na skrzypcach, bo Szkrab ”jest duzi i musi miec duzi instrument”. wspomnialam o tym dzis nauczycielce Bizona, a ta sie smieje:

– ja tez Szkraba ze skrzypcami nie widze:) tak, kontrabas to instrument dla Skraba: juz o nim wspominalam nauczycielce, ktora uczy gry na kontrabasie

jeszcze rok poczekamy, niech Szkrab 5 lat skonczy i kto wie… tylko jak ja bede to wszystko wozic???? kontrabas na dachu samochodu? bo jakos nie widzie siebie z chlopakami, skrzypcami i kontrabasem na rowerze;)

Bizon, wielki entuzjasta plywania, zaczal sie skarzyc, ze mu za zimno na plywalni i jak jest tak zimno, to on plywac nie chce. Szkoda nam, bo pieknie zalicza kolejne poziomy, wiec… zamowilismy mu kombinezon do plywania. rzeczywiscie, na basenie wcale cieplo nie jest, woda zimna, a dzieci w majteczkach… ostatnimi czasy Bizon telepie sie nawet podczas plywania:/ nauczyciel chodzi sobie po brzegu w cieplym szlafroku, a dzieci szczekaja zebami. jutro jeszcze Bizon musi sie przemeczyc, ale juz po swietach bedzie mial piekny, cieply kombinezon:)

a ja zaczelam dziergac sweter, o ktorym juz kiedys wspominalam: 

http://swetrydoroty.blogspot.com/2011/07/taki-dugi-golf.html

klne na ten moher, bo cieniutki, delikatniutki, ale efekt mgielki jest:) robie na okretke, bez szwow, niczym pani Dorota:)

 

 

rowerowy debiut Szkraba

nie do konca debiut, bo na rowerach jezdzimy juz od dawna. ale dzis Szkrab po raz pierwszy pojechal na rowerku do szkoly:) ach, jaki byl dumny i szczesliwy, gdy tak pedalowal! spal z kaskiem, zeby go przypadkiem rano nie zapomniec;)

Bizon tez szczesliwie pomknal, ale on to juz weteran;)

ja wczoraj w koncu dotarlam na ”body sculpting” , czyli gimnastyke:) ciezko mi bylo po chorobie sie zebrac, ale o dziwo gladko mi poszlo, a dzis zadnych zakwasow (jeszcze) nie mam:) w klubie fintessowym mamy wypozyczalnie dvd (gratis;)), w slepo wybralam ”The Reader” (”Lektor”) i trafilam w film dla siebie, troche romantyczny, psychologiczny, dramatyczny, refleksyjny. niby bez happy endu, ale nie wyciskajacy lez (choc wzruszajacy).

tak sobie

wlasnie wrocilam od fryzjera. obcieta nozyczkami, co rzadko mi sie trafia. wlasciwie fryzjerka zlapala juz za nozyk, ale spytalam, czy moglaby nozyczkami, bo lepiej mi sie po nozyczkach wlosy ukladaja. bez problemu spelnila moje zyczenie:) fryzurowe tez, choc musze jeszcze grzywce pozwolic urosnac.

wracam, a dom sie trzesie. sasiedzi znow sie kloca. wczoraj awantura, dzis awantura, a mnie sciska w zoladku. pozostalosc z dziecinstwa. moi rodzice tak samo krzyczeli, halasowali… pamietam, co wtedy czulam. i wiem, co czuje prawie roczny maluch sasiadow. ona placze, on sie drze, a maluch wyje zostawiony sam sobie:/

my tez sie czasami popstrykamy. tez czasami dam glos. ale lagodniej, szybko, krotko i na temat, bez awantur ciagnacych sie pol dnia. bo wiem, co czuja dzieci, gdy starzy skacza sobie do oczu. i moim dzieciom nie chce takiej nerwicy fundowac.

zaraz jade zawiezc… lubemu lunch. ma chlop szczescie, ze jego praca blisko szkoly chlopakow, bo inaczej bym sie wypiela na jego lunch, ktory jak to luby, normalka: ”zapomnial”.

slonko swieci, a mi zimno. glupio, ale chyba kurtke zimowa zaloze:]

szybki weekend

jak pogoda ladna, to i weekend szybki:)

w sobote dalismy lubemu pospac, a ja z chlopakami ruszylismy wczesnym switem na zakup kaskow na rowery. bardzo nieholenderskie zachowanie:DDD

– w Holandii tylko Niemcy i Polacy zakladaja kaski! – glosi zawsze luby.

na szczescie w nieszczesciu jakis czas temu Bizon wyfrunal na ostrym zakrecie, wzietym troche za szybko, z roweru (bez kasku) i wtedy powiedzialam basta, mam w nosie, czy sie Holendrzy smieja czy nie, poki chlopaki male, beda miec na rower kaski.

i maja. i ciesza sie, bo wygladaja tak ”odwaznie i silnie”. jak juz kaski byly, to i rundke na rowerach trzeba byl zaliczyc.

gdy wrocilismy do domu, luby juz od okna do okna chodzil:DDD bo tak nam jakos prawie pol dnia mienelo;) Bizon szybko na lekcje plywania, Szkrab ze mna na targ, a pozniej znow szalenstwa rowerowe:) po calym dniu na rowerach, bylismy tak dotlenieni, ze w koncu dzieci padly o 19.00 i przez to zapomnialam, ze mialam isc z Bizonem na 19.30 na koncert:/ koncert organizowany przez Bizonowa nauczycielke od skrzypiec. szkoda… na szczescie 1 kwietnia bedzie podobny koncert ”smyczkow”, o wczesniejszej porze.

wieczorem polknelam ”Trans” Gretkowskiej – mimo wulgaryzmow, ktorych nie znosze, styl Gretkowskiej lubie i po raz kolejny nie rozczarowalam sie:) 

w niedziele zaliczylismy przedstawienie w naszej bibliotece, a pozniej pojechalismy na kawe do pewnego ogrodu, w ktorym kawe serwuje sie tylko, gdy jest ladna pogoda. jako ze pogoda byla ladna, wielu ludzi przyszlo do tegoz ogrodu, ale pani z kawa nie bylo:( domek zamkniety na klucz. to nic, chlopaki pobiegaly po labirytnach bukszpanowych, a my sie troche poopalalismy.

wieczorem poszlismy na polska msze. odprawiana byla w intencji naszego Szkraba, z okazji 4-tych urodzin) troche spozniona ta msza, ale wczesniej ”wolnego miejsca” nie bylo.  Szkrab jak uslyszal na poczatku mszy swoje imie, taki byl podekscytowany, ze spokojnie przesiedzial cala msze:) po mszy niefajna sytuacja… jedna z pan naskoczyla na mnie, bo nie podoba jej sposob, w jaki od czasu do czasu udzielam sie w kosciele. Bylam zszokowana, bo naskoczyla na mnie jeszcze w kosciele, prawie pod oltarzem. krotko sie odcielam i wyszlam z kosciola. pani za mna i przed kosciolem kontynuuje nagonke. mimo ze sie strasznie zdenerowowalalm (bo pani bez podstaw mnie krytykowala – ja sie do swoich zadan dokladnie przygotowuje, czytajac odpowiednia literature, konsultujac z ksiedzem i mam doswiadczenie z Polski), bo pani krzyczala ”zle to robisz, dziewczyno, nie tak to sie robi dziewczyno!”, racjonalnie i w miare spokojnie, ale niepokornie, wytlumaczylam jej pare zasad dobrego wychowania, wytlumaczylam, na czym ja sie wzoruje, a jak ma jakies zastrzezenia, niech przejmie paleczke, niech zaprezentuje, jak to powinno wygladac, a nie krytykuje w tak nieprzyjazny sposob.

dwie inne panie z kosciola slyszaly co sie dzieje, stanely w mojej obronie… wyszedl ksiadz, tez tlumaczy tej pani, ze ja to robie tak jak nalezy, ze sie czepia, a ta sie ciagle na Jasna Gore powoluje, na msze holendrskie, itd…a ja sie poczulam jak przekupa na targu:/

pomyslalam, jak wielkie znaczenie ma forma wypowiedzi, forma krytyki, pouczenia. Gdyby ta pani podeszla do mnie i na spokojnie zaproponowala ”a moze tak by to mozna zrobic”, ”a moze ja bym Ci pomogla”, ”a wiesz, bylam na Jasnej Gorze i spodobalo mi sie tam ”to”, moze my tez bysmy tak sprobowali?” ale to przeroslo te pania. ona na mnie naskoczyla jak na smarkule. zachowala sie jak przekupa. kwoka. chciala mnie zagdakac. nie udalo jej sie. poszla sobie z nastroszonymi piorkami, widzac, ze nic nie wskora. szkoda, ze takie pieniactwo pcha sie do kosciola:(

(a poszlo o banalna rzecz… o sposob odmawiania rozanca….)

 

 

filmowo

wlasnie obejrzalam ”Nikifora” Krzysztofa Krauze. film, jakich malo. film na dzisiejsze czasy. o wrazliwosci, milosci, bez nagosci, seksu, brutalnosci i przeklenstw – bo takie mam skojarzenia z polskimi filmami.

film warto bylo obejrzec m.in. dla pani Krystyny Feldman, ktora wcielila sie w staruszka, Nikifora. zagrala kapitalnie. mowilo sie, ze to wspaniala aktorka – ja w niej widzialam glownie brzydka (choc urocza) starsza pania;) tym filmem udowodnila mi swoja wspanialosc.

dobry dla calej rodziny, gdy dzieci troche juz podrosna.

zaraz Magda przyprowadzi chlopcow ze szkoly. sama zadzwonila i zaproponowala, co bardzo mnie ucieszylo, bo choc mam sie lepiej, nadal jestem chora. zawiozlam chlopcow po lunchu do szkoly, wrocilam mokrutenka i padnieta. w tym stanie tylko film moglam obejrzec:)

zdrowsza, to i zgryzliwsza;)

 odzylam:-) cudownie, po poludniu poczulam sie prawie zdrowa. nawet wizyte u lekarza o 14.30 odwolalam. niby jeszcze na ibuprofenie jade, ale jest o niebo lepiej.

ogladamy z lubym film, pojawia sie reklama tabletek na bole mestruacyjne i odzywa sie moja zgryzliwosc:

– myslalam, ze Holenderki nie maja bolow mestruacyjnych (jeszcze nie slyszalam, zeby sie jakas skarzyla)

– bo one maja dyskomfort – odpowiada luby, tez zgryzliwie, bo przeciez on kocha Polke;)

trafil w samo sedno. jaki bol? holenderskie kobiety bolu nie znaja. ale dyskomfort moze byc.

________________

luby wyczul, ze mam sie lepiej. podciaga koszule, nadstawia plecy (do drapania):

– ledwo odzylam, a ty juz cos ode mnie chcesz – zartuje z przekasem

– musze wykorzystac ten moment, bo kto wie, jutro pewnie cie zatoki wezma – odcina zlosliwie luby

nie kracz, kochany, nie, bo kto wie…;) a kysz! 

przygotowac dziecko do szkoly:) i inne…

Szkrab jest szkola zachwycony. i wiemy dlaczego. bo nasze chlopaki, podobnie jak rodzice, lubia akcje i konkretne zadania do wykonania:) nie wiem, czy to genetycznie odziedziczone sklonnosci, czy mysmy ich tego zwyczajnie nauczyli (sklaniam sie ku temu drugiemu), ale i Bizon, i Szkrab najlepiej odnalezli sie w szkole. oni od pierwszego dnia zadowoleni i… komplementy od nauczycielek, jak oni potrafia wspolpracowac, sluchac i sie skupiac. ze rozumieja polecenia i skrupulatnie je wykonuja (to opinia z wczoraj o Szkarabie).

oczywiscie, bardzo cieszy mnie taka opinia, a jednoczesnie sklania do rozwazan, dlaczego chlopaki nie przepadaly za przedszkolem (ani Bizon, ani Szkrab nie lecieli z radoscia do przedszkola) za to lubia szkole. dlaczego? chyba dlatego, ze w szkole sa konkretne zadania, zabawy, ze dzieci nie bawia sie ”same”, tylko nauczycielka jest caly czas zaangazowana, kontroluje, komentuje, pokazuje, rozmawia, poswieca dzieciom uwage. to jest styl, w jakim my wychowujemy chlopakow – jest to czaso- i energochlonne, i nie raz wyrzucalam sobie, ze chlopcy sa za malo samodzielni jesli chodzi o zabawe, ze ciagle mama/papa musza im asystowac (choc nie do konca -juz wiedza, ze jak mama w kuchni kroluje, to lepiej nie przeszkadzac;). oni maja swoje pomysly, ale lubia, zebym ja je wysluchala, zatwierdzila badz ulepszyla (czasami nie pozwolila;)) a najlepiej z nimi siadla i razem pomysl zrealizowala;) najczestszy widok w masyzm domu to: mama i chlopcy na dywanie, mama i chlopcy przy stoliku, po 18.00: mama i Bizon graja na skrzypcach, papa i Szkrab ukladaja klocki. przyznaje, na dluzsza mete, to jest meczace (niby nie pracuje, a czasu na umycie okien nie mam, a ksiazki na ogol wieczorami czytam, jak juz dzieci spia). ale widze profity. chociazby to, ze nasze dzieci potrafia wysiedziec w szkole kilka godzin (na ogol 3.5 godziny rano i 2 godziny po poludniu) bez krecenia sie i przeszkadzania.

a okazuje sie, ze sa dzieci, ktore tak nie potrafia.

zadaniem tzw. peuterspeelzaal (doslowne tlumaczenie: sala do zabawy dla dzieci w wieku 2-4 lat, czyli przedszkola dla dzieci mam niepracujacych: 2.5-3 godzin na dzien, 2-3 razy w tygodniu) jest przygotowanie dzieci do funkcjonowania w szkole, np. skupienia sie. w przedszkolu Szkraba rzeczywiscie panie staraly sie nauczyc dzieci wykonywania konkretnych zabaw, ale byl tez czas na samodzielna zabawe. kiedy pytalam Szkraba co robil w przedszkolu, zawsze opowiadal o wspolnych zajeciach, ewentualnie, co robili na podworku. to samo z wiesciami ze szkoly.

wczoraj Szkrab opowiadal przy obiedzie jak to na lekcji wf-u nauczycielka byla kotem, a dzieci myszkami, i musialy uciekac przed kotem. jak on sie cieszyl:)))) na paluszkach pokazywal, ze ile dzieci najpierw zostalo i pozniej, i jeszcze pozniej (nie bardzo rozumielismy jego matematyczna logike, ale przynajmniej ilosc palcow pokrywala sie z liczbami, ktorymi rzucal;)), pozniej ekscytowal sie, ze jego obrazek wygral jakis konkurs (tez nie bardzo wiemy o jaki konkurs chodzi, ale grunt, ze Szkrab cos narysowal, bo w domu trzeba podstepu i taktyki, by zagonic go do rysowania), a pozniej jeszcze o hulajnodze i o tym, ze dziewczyny sa glupie, bo powiedzialy, ze Szkrab jest brydki, a to one sa brzydkie, itd. usmialismy sie z lubym z tych opowiesci (oczywiscie pozniej, nie przy stole), Bizon tez sluchal opowiesci i dopowiadal. tak, jest dobrze. dobrze przygotowalismy chlopcow do pojscia do szkoly:DDD

 

wczoraj telefon z ginekologii – pan zaczyna od ”mamy maly problem”. troche sie wystraszylam, ale szybka mi przeszla przez glowe, ze przeciez pol roku temu mialam badanie i nic strasznego nie wykryto. wiec w ciagu pol roku zadne raczysko nie powinno sie za bardzo rozpanoszyc. na szczecie problem maly i tylko logistyczny;) bo na badanie bylam umowiona na dzis, a mi sie srody pomylily i poszlam sobie w zeszlym tygodniu (ale mi bylo glupio…). na szczescie wcisnieto mnie w grafik i badanie zaliczylam tydzien temu – na szczescie, bo dzis nie mialabym sily i ochoty zwlekac sie z lozka (i tak bede musiala, ale z gardlem, bo ile mozna na ibuprofenie jechac?)- czyli nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo;). no ale problem w tym, ze ja nadal w grafiku jestem na dzis zapisana:D wiec pan pyta, ze chyba nie musimy tego badania powtarzac. ja sie zgadzam i mowie, ze mam nadzieje, ze jestesmy ”klaar”, czyli ”gotowi” i wiecej badan juz nie bedzie potrzebne. pan wyraza podobna nadzieje i gotowe. w czwartek wyniki – nie musze ich odbierac osobiscie, pan do mnie zadzwoni:)

nie mam sily do wykonywania domowych prac, wiec tylko mi TV zostalo, komputer i czytanie. wczoraj dopadla mnie bezsennosc i wlaczylam sobie holenderskiego audiobooka i tak 2 godziny lezalam i sluchalam. wciagnelam sie, a najbardziej ucieszylam sie, ze wszystko rozumialam:)

mialam miec wakacje

a mam szpital. domowy. bo oczywiscie musialam sie od chlopcow zarazic:/ 

nie lubie ludzi, ktorzy sa wiecznie chorzy. ktorzy ciagle tylko opowiadaja, co ich strzyka, boli, gryzie, ktorzy nazwami lekarstw rzucaja jak codzienna lista zakupow. 

a ostatnio sama tak mam:] a to zatoki, a to szkralatyny, luby kregoslup, teraz ja gardlo, a Bizon… a Bizona boli brzuch:/ 

ja sie naszpikowalam ibuprofenem, a z Bizonem… no rece mi opadaja. bo ja nie wiem, co z tym dzieckiem jest nie tak. jak juz slysze ”brzuszek”, to po prostu mam ochote wyc. jestem tym psychicznie wykonczona.

ma spokojne, normalne dziecinstwo, lekkostrawna kuchnie, a ze jest histerykiem od urodzenia? to przeciez nie moja wina i co ja moge zrobic, zeby mu pomoc? w Niemczech przemaglowali go pod kazdym katem, nic nie znalezli, slodycze i inny cukier kazali ograniczyc, ale my w ogole malo slodkiego jemy… lekkostrawne obiady, kasza manna na sniadanie, zadne ”oranzady” z babelkami, a i tak kilka razy w roku jest akcja ”brzuszek”. rece mi opadaja z bezsilnosci.

bylo podejrzenie, ze to na tle emocjonalnym, ale co ja mam robic? faszerowac go tabletkami uspokajacymi???? ani sie w domu nie klocimy, nie lejemy, czasami glos na dzieci podniesiemy, ale to przeciez norma, ze trzeba huknac, zeby potomstwo do pionu postawic! w szkole Bizon problmow nie ma, lubi szkole, ma kolegow, nie ma problemow z nauka… nie wiem, co z tym brzuchem jest:/

mialam sie dzis kurowac… angina na 100%. a ja tylko bol zbijam ibuprofenem, slucham stekania Bizona i moja nastepna choroba bedzie nerwica.

i tak to zaczynam przynalezec do grupy ludzi, ktorych z natury nie lubie – wiecznych chorowaczy:/