niestety, nie czuje ich:( nie te klimaty. mimo ze nie jestem wielka tradycjonalistka, to lubie klimaty wielkanocne. bardziej niz bozonarodzeniowe.
w dziecinstwie najbardziej lubilam skrobanie pisanek. jako ze z farbkami roznie bywalo, mama obgotowywala jajka w lupinach z cebuli, jajka brazowialy, a pozniej tato i ja, artysci-skrobacze rodzinni, lapalismy za zyletki i wyskrobywalismy wzroki, bazie i ”wesolego alleluja”, tato nawet baranka potrafil wyskorbac… to robilismy w Wielki Piatek. w sobote rano przybieralam kordonkowa, bielutenka, na sztywno wykrochmalona serwetke bukszpanem, mama szykowala koszyczek, a pozniej z bratem maszerowalismy na swiecenie. co roku byl wiatr, co roku zrywal nam te sztywna serwetke, trzeba bylo za nia gonic i pilnowac, zeby jej na dobre nie zgubic:)
za sniadaniem wielkanocnym nie przepadalam, bo raz, ze nie lubie skladania zyczen, a dwa, ze rano nie mam apetytu i jedzenie sytego sniadania, nawet o 10.00 to dla mnie meczarnia. zawsze szlam zemdlona na msze wielkanocna po takim sniadaniu. ale lubilam radosne pokrzykiwanie taty ”Chrystus zmartwychwstal”, na ktore z bratem odkrzykiwalismy ”prawdziwie zmartwychwstal”! Pozniej dzwonilismy do mojej chrzestnej, ktora witalismy tym samym okrzykiem:-)
kilka razy spedzalismy Wielkanoc u chrzestnej, na wsi. tam to byly koszyczki, pisanki. smigus dyngus… wszystko bardzo tradycjonalne. do domu na ogol wracalismy w lany poniedzialek – samochod blyszczal, taki byl pooblewany:DDD
w tym roku Wielkanoc spedzimy w Holandii. bez tych tradycji. ok, ubrazowie ze 3 jajka, wyskrobie jutro wieczorem, w sobote poswiecimy, nawet baranka cukrowego jednego udalo mi sie nietknietego uchowac (drugiego Szkrab w polowie zlizal: ”dobre i smacne!”;)), ale to nie to samo. sklep polski zamkniety (wlasciciel okazal sie oszustem:/ Polak = zlodziej? nie dziwie sie, ze takie stereotypy sie pojawiaja), wiec kielbasy do zurku nie bede miala, zrobie oszukany, z boczkiem i jajkiem. upieke muffinki, zeby do koszyczka symbolicznie wsadzic.
jutro droga krzyzowa dla dzieci po holendersku. w sobote polskie swiecenie. w niedziele po polskiej mszy pojedziemy do tesciow i wrocimy w poniedzialek.
i takie bede nasze swieta. jak dla mnie…troche nijakie. niestety, luby klimatow nie czuje, tesciowie i szwagierka w ogole inny swiat, chlopaki male, teoretycznie wiedza ”o co chodzi”, kilka razy czytalismy rozne opracowania wielkopostno-wielkanocne dla dzieci, ale jestem sama z ta swoja tradycja. nie potrafie jej odtworzyc tak, zeby swieta poczuc tak jak w Polsce, przy rodzicach. chyba musze sie zaczac przyzwyczajac.
________________
dzis Szkrab mial w szkole ”wypadek” – zsikal sie w spodnie:/ na szczescie nauczycielka szybko to zauwazyla i ponoc dzieci sie nie zorientowaly. spytalam Szkraba co sie stalo, a on na to, ze mu sie… kupe chcialo, ale on w tej ubikacji nie chce robic…. no wlasnie. po swietach wywiadowka. po raz drugi zwroce uwage, ze toalety sa potwornie brudne, cuchnace i ze ja nie chce, zeby moje dzieci z takich brudnych toalet korzystaly. tym razem powiem do dwoch nauczycielek, jesli nie bedzie poprawy, pojde do dyrektora, a pozniej bede skarge pisac. bede temat drazyc do skutku, bo teraz, kiedy nie pracuje i dzieci na lunch do domu woze, a pozniej o 15.00 odbieram, dzieci na ogol korzystaja z toalety w domu. ale jak juz zaczne pracowac i chlopaki beda na lunch zostawac w szkole, to juz nie wytrzymaja caly dzien bez wc.
nauczycielka dala Szkrabowi suche ubranka, ze swoich zapasow. ledwo mnie Szkrab zobaczyl, zaczal szeptac z nadasana mina, ze ma ”majtki dziecinki” (dziewczece:)). w domu od razu sciagnal babskie gatki i z obrzydzeniem wrzucil do kosza na brudy. ale majtki byly… niebieskie. pytam wiec, dlaczego mowi, ze to dziewczece, skoro sa niebieskie. Szkrab z oburzeniem:
– bo maja kotka!
– a chlopiece maja pieska?
– tak. i nie maja kwiatuskow (maciupenkie, gdyby mi nie powiedzial, nie zauwazylabym)i nie siom takie blyscioncie (jakby brokat przy gumce).
acha, juz rozumiem. nie tylko kolor jest wazny:) kiedy on te majtki tak dokladnie obejrzal?;)
__________________
Szkrab obszedl dzis ostatnia juz chyba (mam nadzieje;) runde swoich urodzin (ktore minely ponad 2 tygodnie temu:)). jakis czas temu zadzwonila kolezanka, z ktora jakos tak kontakt sie urwal (i nigdy intensywny ani zazyly nie byl), ze dwa lata temu. nie nadajemy na tych samych falach i jedyne co nas laczy to… szwagierka;) bo ta znajoma to przyjaciolka szwagierki. a ze ma 3 synow, a ja dwoch, to tak szwagierka nas informuje co slychac u znajomej i jej synow, a znajoma, co slychac i nas i naszych dzieci:) taka dziwna sytuacja. ale tak jak napisalam, nie specjalnie iskrzy miedzy mna a ta znajoma, wiec ja tylko kartki na boze narodzenie do nich wysylam i tyle. a tu znajoma dzwoni i sie na urodziny Szkraba zaprasza. sieibie i synkow. ok, przyjedzcie. mieli przyjechac wczoraj, zaraz po szkole najstarszego syna. nie przyjechali. zapomniala:/ oj powialo chlodkiem z mojej strony. i nie dlatego, ze zapomniala, bo to sie moze zdarzyc, ale… zrewanzowalam sie za ”kiedys”;) kiedys nie bylam pewna czy umowilysmy sie na dzien A czy B, a znajoma nieprzyjemnie burknela dlaczego sobie od razu w kalendarzu nie zapisalam. wtedy mnie zatkalo i sie kajalam.a wczoraj sie odegralam. tak ozieble, ze znajoma dzis z podkulonym ogonkiem przyjechala:DDD i prezentami wypasionymi:))) pomiajac znajoma i prezenty, chlopcy bawili sie ”przepysznie”. 5 chlopcow, najmlodszy 2.5 roku, najstarszy prawie 6, pelna harmonia, ani razu wyrywanej zabawki, zadnego ‚maaaamooo, a on…”. super zabawa. dzieci polaczyly klocki lego. a pozniej… ciastolina, oczywiscie:D szybko i milo zlecialo nam popoludnie.