sobotnio

od kilku dni zachlystuje sie swetrami Doroty: http://swetrydoroty.blogspot.com/

ogladam, zazdroszcze (talentu i figury, bo jak ktos kurdupel, to mu nawet fitness nie pomoze…no, moze obcasy;)) i marze. marze, bo przeciez ja potrafie na drutach robic. i w mojej glowie wlasnie takie ”dorotowe” wizje siedza, ale nie potrafie ich jakos przelozyc na druty. nie wiem, czy zle wloczke wybieram, czy technika nie ta  – choc przeciez w swetrach Doroty jakis gornolotnych wzorow nie ma! to raczej ksztalt swetrow (tez niby prosty) tak ujmuje. taka klasyczna prostota, a jak sliczna.

od dawna juz choruje na taki sweter:

http://swetrydoroty.blogspot.com/2011/07/taki-dugi-golf.html

dalam sobie wiec jeszcze jedna szanse (po poprzednich ”takich sobie” rezultatach dziergania) i zamowilam bielutenki moher. i druty nowe (moze to, ze nowe, cos pomoze;)?)

a sobie na lepszy humor (bo cos ostatnio dennie – przez ta szkarlatyne uziemiona bylam przez tydzien i po raz kolejny przekonalam sie, ze siedzenie w domu to dla mnie samoboj) wyrwalam sie dzis do centrum i torbe wiosenna i apaszke-szal kupilam w kolorach lososiowo-rozowym. od razu mi lepiej;)

___________

jak bylo do przwidzenia, Biozon od Szkraba szklarlatyne zalapal, a wiadomo, jak facet chory, to koniec swiata. po 5 dniach z chorym Bizonem torby do wariatkowa prawie juz pakowalam. na szczescie Szkrab od srody do szkoly wybyl juz ”na stale” (a nie ”na probe”), wiec pomoc logistyczna polskiej mafii potrzebna byla i tylko te codzienne wizyty kolezanek jakos mnie przy normalnosci utrzymaly. straszna ze mnie matka:/ ale marudzenie goraczkujacego Bizona (pierwszy raz w zyciu chlopaki mialy goraczke przez 4 dni pod rzad!) a pozniej nocne odreagowywanie Szkraba nowej szkoly daly mi popalic. i dlatego, glupio przyznac, ale przyznam: ciesze sie, zew poniedzialek chlopaki wybywaja do szkoly. robie sobie tydzien wakacji (domowo-sklepowo-fitnessowo-kawiarniowych), pozniej swieta, a po swietach ide na kurs przygotowujacy do egzaminu panstwowego z holenderskiego (czas najwyzszy!).

4 lata temu

4 lata temu o godzinie 20.15 wrocilam ze szpitala z malutkim zawiniatkiem – Szkrabusiem. wierzyc mi sie nie chce, ze to juz 4 lata minelo, bo pamietam ten porod z kazdym szczegolem, pamietam, jak szlam po schodach, juz w domu, a za mna luby niosl Szkraba zawinietego w lazurkowy kocyk, ubranego w szpitalna czapeczke (rozowo-niebiesko-biala –  w drobne paseczki), ciekawskie spojrzenia mamy i Bizonka, patrzacych nas nas z gory… pamietam pierwsza noc ze Szkrabem… wtedy byl kims nowym, wlasciwie obcym, pragnacym niczego innego tylko piersi.

nikt nie byl wystarczajaco dobry dla Szkraba, tylko mama i jej piersi, czy moze raczej mama byla tolerowana ze wzgledu na piersi;) 

a teraz… dalej lubi zajrzec mi w dekolt, jakby jeszcze wspominal:D lubi sie przytulac, calowac, mietosic, piescic, wyglupiac, brykac i… lezec… jej, co Wy sobie pomyslicie… pod moja spodnica. tak, gdy jest zmeczony, prosi, zebysmy polezeli i wtedy, gdy mam spodnice lub sukienke, wczolguje sie pod nia. i tak sobie lezymy przez kilka minut, odpoczywamy, po czym zregenerowany Szkrab mowi: ”juz”. i jest gotowy do szalenstwa.

Szkrab cieszy sie, ze idzie do szkoly, a ja ciesze sie, ze on sie cieszy. Bo z przedszkolem bylo inaczej;) 

Widze jak ”wydoroslal”, fizycznie i psychicznie. Fizycznie, nadal postawny, kawal chlopa, ”barczysty”, nabity, ale widze, ze wyciagnal sie, buzia juz nie jest jak ksiezyc w pelni, nozki juz bez faldek, jeszcze tylko brzusio taki ladniutko-okraglutki – Szkrab goni brata wzrostem, wagowo juz przegonil o 2 kg. 

Psychicznie, tendencje te same: przytulanski, cieply chlopczyk. Ale tez temperamentny: jak sie wkurzy, to huknie, krzyknie, cisnienie mu skacze (buzia momentalnie purpurowa), a po chwili juz szczesliwy i w ogole nie pamieta, ze byl zly. Jest dzieckiem pogodnym, malo narzeka. Jak juz Szkrab placze, to wiadomo, ze powod jest powazny. Potrafi marudzic z lenistwa… bo niestety, Szkrab etapu ”ja siam” nie przechodzil i nic nie wskazuje na to, ze go przejdzie. Nie lubi sie sam ubierac (choc potrafi), zakladanie butow to mordega straszna i wtedy sa jeki i narzekania, a nawet spazmy bo ja nieugiecie ubieram siebie i udaje, ze wychodze (2-3 razy na dzien to przerabiamy i juz stracilam nadzieje, ze bedzie inaczej).

Jest kochanym bratem – jego cieplo wobec Bizona (ktory czesto roluje mlodszego, wydawaloby sie, glupszego brata) jest zaskakujace, bo Bizon wcale taki wylewny i przyjazny nie jest. mimo ze Szkrab jest pasibrzuchem, zawsze podzieli sie z Bizonem czekoladka, nawet jak ma ostatniego chrupka i spytam, czy sie ze mna podzieli, przelamie na pol i da bez wahania.

Obiecuje, ze sie ze mna ozeni (”jak tata umrze”) i bardzo sie denerwuje, gdy tlumacze mu, ze z mama ozenic sie nie moze. Zapowiada, ze z domu sie nie wyprowadzi i zony nie chce. Ale chce miec dzieci. A jak bedzie juz pracowal, to kupi mi wszystkie zabawki. 

Jest umyslem scislym: dac mu srubki, deski, wkrety, kolki i wyczaruje cudenka – gdy tworzy, potrafi sie tak skupic, ze nie slyszy co sie do niego mowi, sapie, mruczy i mowi do siebie i tak potrafi z pol godziny dlubac. Jest bardzo cierpliwy jesli chodzi o rozwiazywanie problemow techniczych, sapie skupiony dopoki sam nie naprawi zabawki. Nie za bardzo lubi sport – mimo ze jest dzieckiem zywotnym, jazda na rowerze, hulajnodze, bieganie, gra w pilke szybko go nudzi, meczy i nuzy – woli grzebac w srubkach badz w piasku. 

Co bardzo w nim cenie (choc nie ulatwia nam to wychowywania…), to brak potrzeby udowadniania swiatu, ze jest najlepszy, najszybszy, nie jest typem popisywacza i dziecka czekajcego na oklaski. Jak cos robi, to dla swojej przyjemnosci, a nie dlatego, ze ktos go o to prosi. Przyklad z kolorami: Szkrab byl tak dlugo na bakier z kolorami, ze podejrzewalismy u niego daltonizm. Kiedy pytalismy sie ”jaki to kolor” zawsze odpowiadal ”cierwony”. Ale kiedy mialam cukierki i pytalam, ktorego chce, potrafil skubaniec powiedziec ”zolty” – i gdy dawalam mu czerwony, protestowal ”nie cierwony, chciem ziolty!!!” to samo z ubraniami i innymi sytuacjami, gdy okreslenie koloru bylo dla Szkraba, a nie dla mamy, wazne:D 

Mowa Szkraba moglaby byc lepsza: chodzi o wymowe. ciagle jeszcze potrafi zmikczac slowa po dzieciennemu, choc my tak do niego nie mowimy. Slownictwo ma bogate, ale zdarza sie, ze tak wymawia slowa, ze nie wiem, o co mu chodzi. Najgorzej, gdy Szkrab sie zawstydzi, zirytuje, zdenerwuje: wtedy zasuwa belkotem, ktorego nikt nie jest w stanie zrozumiec (moze i lepiej;)) . Proszenie: ”mow wyraznie” nie pomaga – najpierw musi minac zlosc, wstyd, irytacja, wtedy Szkrab potrafi wyraznie wytlumaczyc, o co poszlo.

Szkrab zaskakuje mnie swoja logika. Moj tato juz dwa lata temu go podsumowal: Szkrab jak luby, malo mowi, ale wszystko rozumie:) i nie tylko rozumie, ale i kombinuje, wyciaga wnioski i podsumowuje. Potrafi czlowieka zagiac swa logika;) Wykancza nas pytaniami. Na ”a ciemu” badz ”dlaciego” mam juz alergie. Przeczytanie ksiazki zabiera nam duzo czasu, bo co drugie zdanie trafia sie pytania, komentarz badz wnioski. A ze ilustracje nie zawsze ida w parze z tekstem, to juz w ogole porazka, czy raczej gimnastyka umyslowa dla czytajacego (najczesciej dla mnie) – tak, bo zapomnialam dodac, ze spostrzegawczosc Szkraba przewyzsza moja;)

Mialo nie byc podsumowania, mialy byc tylko zyczenia. Ale jak juz przysiadlam do komputera, to sie rozpisalam.

Zdrowka Ci zycze moj kochany Syneczku. Zdrowka, bo ostatnie dni pokazaly, ze jak zdrowie szwankuje, to nawet najpiekniejszy prezent urodzinowy i najlepsi goscie nie raduja tak jak zdrowy usmiech. 

urodzinowo i (nie)rodzinnie

impreza dla dzieci zaliczona. 

rano zadzwonilam do zaproszonych, ze Szkrab nie ospe, ale raczej szkarlatyne ma, zeby, jak kto sie boi, na czas sie wycofal. ale goscie juz sie na polska impreze nastawili i stwierdzili zgodnie, ze jesli tylko solenizant jest na silach do swietowania, to oni przychodza. i przyszli. i bylo fajnie:-) dorosli pogadali, dzieci szalaly z przerwami na malowanie, wyklejanie, taniec z balonikiem (dorosli tez w tany ruszyli, a co, nie ma to jak taniec do ”pluszowego misia”;)) i lepienie z plasteliny. tego ostatniego w planach nie bylo, ale Malincia co chwile wracala do ”tematu”, wiec w koncu zestaw plastelinowy wyjelam i nagle cicho sie zrobilo:D wszystkie dzieci zajely sie lepieniem, ciachaniem, rolowaniem. tak, plastelina to byl swietny pomysl:)

ku mojemu wielkiemu zdumieniu, racuchy zrobily furore:) no tak, smak dziecinstwa. dla doroslych mialam bardziej dorosle dania, ale i dzieci, i dorosli woleli racuchy. natomiast ja, bardzo nieskromnie, zachwycalam sie swoim sernikiem (od Dorotus, oczywiscie) – moj pierwszy samodzielnie upieczny sernik wyszedl idealnie. nie opadl, nie przypalil sie, a wygladal krolewsko, bo upieklam go w tortownicy:) i co najwazniejsze, nie byl ani ”trzesacy” ani suchy. wilgotny, ale trzymajacy sie kupy. rozwodze sie nad tym sernikiem, ale to jest moje ulubione ciasto i zawsze myslalam, ze dla mnie za trudny do wykoniania. guzik prawda. solidnie sie przygotowalam (merytorycznie), skupilam, postresowalam i upieklam taki sernik, jaki lubie (a nie lubie sernikow suchych, z dodatkiem wyczuwalnej ilosci maki ziemniaczanej – takich ”oszczednych”, co to papierem, a nie tlusciutkim serem, pachna;)). no pekam z dumy;)

rowniez zachowanie dzieci bardzo pozytywnie mnie zaskoczylo – pelna harmonia:)

goscie wychodzili zadowoleni:)

i co z tego, ze nasze zycie towarzyskie toczy sie tak jak my lubimy? zawsze znajdzie sie ktos, kto wie lepiej niz my, jak powinismy spedzac nasz wolny, rodzinny czas. a chodzi o ”dzien rodzinny” organizowany przez jakas daleka kuzynke lubego. 

raz na jakies 5 lat w rodzinie lubego jakies ciotki, wujki czy kuzyni, ktorych imiona nic nam nie mowia i z ktorymi nic, oprocz nazwiska, nas nie laczy, organizuja ”family day”. juz we wrzesniu dostalismy e-maila z zaproszeniem i info co, gdzie, kiedy. poniewaz ani lubego ani mnie to nie interesowalo, nie zapisalismy sie na te impreze. tesciowa od razu zaczela drazyc temat, ze to dobrze znac swoja rodzine, ze to chodzi o wiezy rodzinne… ja uwazam, ze wiezy rodzinne podtrzymuje sie regularnie, odwiedza sie w domu, umawia na kawe, swietuje urodziny, Boze Narodzenie, itd. a takie spedy na 50 osob, organizowane raz na iles tam lat sa sztuczne i na sile i mi sie to nie podoba. luby uwaza to samo. ale tesciowa… nie moze tego zaakceptowac. ona strasznie chcialaby, zebysmy przyszli,m czego oczywiscie wprost nie mowi, ale ciagle namawia, ze bedzie fajnie (nie bedzie – nie bawia mnie imprezy pod haslem ”Robin Hood”, strzelanie z luku, przejazdzka bryczka i grilowanie tlustych ochlapow miecha, jakim racza sie Holendrzy), ze te wiezy rodzinne takie wazne (to jej opowiedzialam o wiezach rodzinnych w Polsce, ze w rodzinie to ludzie sobie nawzajem dzieci pilnuja, obiadki podrzucaja, jak trzeba, to fundamenty do domu wykopia, a jak dom stanie, to robia grila w ogrodzie a nie placa jakiejs firmie za zorganizowanie ”family day”). 

myslalam, ze sie dogadalismy. a tu dzis znow telefon, czy jedziemy. nie, nie jedziemy. ale dlaczgo nie??? BO NIE! tesciowa prawie sie obrazila. ale ja szybko zmienilam temat i juz. i koniec. nie znosze takiego naciskania. luby tez. i dlatego na zaden ”family day” jechac nie bedziemy.

 

 

impreza nr 1 zaliczona

nr 1, bo imprez urodzinowych Szkrab bedzie mial… 4: dzis dla rodziny, w pn rano w przedszkolu urodziny polaczone z pozegnaniem, po przedszkolu ”kinder bal” dla polskich przyjaciol, a we wtorek w szkole. 

czeka mnie wiec pichcenie, pieczenie i zabawianie, ale przyznam, ze to lubie:-)

i jak niedawno Bled_Asia na glowe chyba upadlam, bo czeka mnie mega produkcja muffinow: 24 na pn do przedszkola, 30 na wtorek do szkoly… na polska impreze planuje sernik krolewski a gdyby nie wyszedl (bede piekla po raz pierwszy w zyciu…) ciasto marchewkowe. do tego chlebek bananowy, racuchy, cukinia z kremem z fety, jakas salatka (chodzi za mna grecka, tylko skad by tu smaczne pomidory wziac…), Magda zaproponowala, ze tez jakas salatke przyniesie i juz.

dla malusinskich nabylam malowanki wodne, nowa ciastoline, wycinanki i blyszczace przyklejanki, pylki i ”diamenty”, bo to jest cos czym lubia bawic sie zarowno 3, 4 jak i prawie 6-latki:) przygotowalam tez scene i figurki do Julki i Julka, musze jeszcze szybko scenariusz sklecic, by dzieciakom zrobic przedstawienie-niespodzianke.

i wszytko cacy, tylko jest jeden problem: solenizant chory. 

od wczoraj goraczkuje, placze, marudzi, zawodzi ”oj jak boli, boli…, oj jak boli, boli…”… a boli go gardlo (co dac malemu dziecku na bol gardla???). jesli jutro bedzie goraczkowal, w pn urodziny bedziemy swietowac w przychodni.

gdyby nie to gardlo, stawialabym na ospe wietrzna, bo bylo kilka przypadkow w przedszkolu. ale krostek niet (choc moze dopiero za kilka dni wysypac), za to gardlo boli, brzuszek boli i generalnie nastroj nie do swietowania.

paracetamol na chwile pomogl, ale doslownie na chwile – zeby ucieszyc sie pieknym czerwownym rowerem, ktory podarowali dziadkowie i ciocia. po chwili goraczka pokonala paracetamol i solenizant padl w ramionach papy.

sa tacy znajomi

ktorzy lubia u nas byc:-)

dziwnie to zabrzmi, bo przeciez to powinno byc normalne:) ale z tymi znajomymi jest tak, ze niby jestesmy troche na dystans, niby rzadko sie widujemy (mieszkaja w Anglii, a tu przyjezdzaja odwiedzic ”jego” mame) a lubimy spedzac razem czas. ja i ”gosc” poznalismy sie na konferencji i tylko dlatego, ze jego tesciowa byla Polka, zaczela sie nasza pogawedka. srednio raz na rok nas odwiedzaja, ”gosc” i jego zona i raz na miesiac zapraszaja;) nas do Anglii nie ciagnie, ale pewnie kiedys pojedziemy. na razie spotkania sa u nas. dziwne to spotkania, bo na ogol mnie usztywniaja. ja, na ogol rozgadana, podsuwajaca tematy, zamieniam sie w sluch, czestuje, polewam i z przyjemnoscia slucham. w ogole, duzo nie mowimy. a czas leci. i jest nam dobrze. ja zawsze sie troche denerwuje, czy nie jest dretwo, bo przyzwyczajona jestem do gwarnych wizyt, lubie sie smiac, glosno smiac, a tu jest inaczej. 

goscie wlasnie poszli (taktowni: wiedzieli, ze luby rano ze Stanow wrocil), a na odchodne rzucili cos w stylu: ” szkoda, ze tak rzadko sie widujemy, bo tak dobrze sie u Was czujemy”. milo mi sie zrobilo.

lubie tych ludzi, bo sa soba. nie sila sie na gornolotne mowy, dysputy, a mimo to jest o czym rozmawiac.

widze jak obserwuja chlopcow, ich syn zmarl jako malutkie dziecko na zapalenie opon mozgowych. nie ukrywaja, ze chcieliby miec takich dwoch zbojow szalejacych po domu, ale tez otwarcie mowia, ze boja sie i raczej sie na dzieci juz nie zdecyduja. 

_____________

ja spedzilam 3 dni u tesciow. pojechalam, bo jednak boje sie w nocy sama spac i tyle. nasz dom ”zyje” w nocy, duzo jest w nim drewna, a drewno najrozniejsze odglosy wydaje i mnie straszy;) wiec dla swietegospokoju nocnego, spakowalam nas i ruszylismy na Fryslandie. bylo to mozliwe, bo chlopcy mieli tygodniowe wakacje. w drodze na Fryslandie, pojechalam z chlopcami do fokarium, gdzie jest wspanialy… plac zabaw;) wspanialy, bo w srodku, w tym samym budynku, w ktorym mozna ogladac foki. piaskownica jest przeolbrzymia, jedna jej strona ma kamienisty brzeg, wiec chlopaki trenowaly wspinaczke:) 3 godziny siedzialam i ksiazke czytalam, a chlopcy bawili sie jak najgrzeczniejsze dzieci na swiecie:)))

na drugi dzien, juz z tesciowa, pojechalismy do Leeuwarden, do muzeum natury, gdzie zorganizowany byl ”dzien skauta”. Skauci zorganizowali roznorakie rozrywki, rozgrywki dla maluchow, tak, ze i Bizon i Szkrab znalezli fascynujace ich zabawy. super. czy mozna spedzic z maluchami 4 godziny w muzeum? mozna. i na dodatek jeszcze sie wyszalec i czegos nauczyc. 

kolejny dzien chlopcy spedzili na.. majsterkowaniu. tesciowa kupila im ”plastikowe drewno”, takie, zeby maluchy latwo mogly je przepilowac, do ktorego latwo wkrecic srubke, wbic gwozdz, a nawet wywiercic dziure. kapitalna sprawa. a ze chlopcy sa pod wplywem pomyslow pomyslowego Dobromira… ja moglam oddac sie lekturze:-)

dzis rano ja z chlopcami wrocilam z Fryslandii, luby z Washingtonu, prawie rownoczesnie wkroczylismy do domu, jakos tak smiesznie.

___________

siedzimy przy sniadaniu, mowie do dzieci:

– a wiecie, co teraz robi tata? 

chlopcy nie wiedza co powiedziec, wiec ja mowie:

– spi. tak, u nas jest dzien, a u taty noc.

tesciowa smieje sie: 

– dziwnie, co?

na co Bizon powaznie odpowiada:

– wcale nie, to normalne! – i zrobil beppe wywod na temat jak to ziemia kreci sie wokol slonca, jak to raz jedna, raz druga polkula jest oswietlana i dlatego teraz slonce swieci u nas, a u taty nie.

mina beppe bezcenna. gdyby miala sztuczna szczeke, wypadlaby jej.

”szlachetne zdrowie…

… nikt sie nie dowie, jako smakujesz, az sie zepsujesz” – rzuce dzis Kochanowskim na dzien dobry. i nie bede narzakac:-)

bo doczekalam sie. zdrowie (prawie) wrocilo, teraz w ramach nabierania sil, lenie sie. 

jak ja czekalam na taka chwile, na taki ranek, ktory dzis mam. ranek spokojny, bez okrzykow, bieganiny, prosb, jekow, rozlanych herbatek, zakupow, ksiazeczki o Zuzi i jej kotku;) tak, tak, ja to wszytko kocham, lubie, chcialam planowalam i mam, ale… jak sie dostanie taki cichy ranek, kiedy NIC sie nie musi, kiedy maz zawiezie dzieci do szkoly na 3.5 godziny, kiedy ma sie powod (=wymowke;)), zeby nie sprzatac, nie wypiekac, nie zalatwiac spraw, nie wydzwaniac, kiedy bez wyrzutow sumienia mozna posiedziec w pizamie przez godzine przed komputerem saczac 2 juz kawe, sluchajac muzyki, patrzac na slonce, to radosc rozpiera:)

tak, antybiotyk dziala. troche podtruwa, ale glowa juz w porzadku. od wczoraj moge chodzic, czytac, spac (!), smiac sie – banaly, a jak ciesza. 

luby przywiezie dzieci ze szkoly (choc musze zadzwonic i mu przypomniec;)), szwagierka zawiezie Bizona na lekcje skrzypiec, a wieczorem zamowie gotowy obiad.

dobrze mi. czasami warto sie rozchorowac;)

 

____________

szykuje Szkraba do szkoly (piatek adaptacyjny):

– mamo, a kiedy kupisz mi nowe ubranka? – zbil mnie z tropu… ze co, dlaczego i skad to pytanie????

– na wiosne, bo zimowe ubranka jeszcze macie – znajduje szybko odpowiedz

– oby do wiosny – rzuca od niechcenia Szkrab, a ja kwicze:D

przed chwila zadzwonila szwagierka:

– widze ladne spodnie dla chlopcow, jaki rozmiar nosza?

a ze szwagierka ma w zwyczaju kupowac komplet (do spodni dobiera gore), to sie Szkrab ucieszy, nie musi czekac do wiosny!

a ja, jak zwykle czuje sie glupio, bo jak pisalam, do szwagierki miloscia nie palam, a ona… dobra kobieta;)

dobry promotor

wczoraj telefon. z firmy farmaceutycznej. ledwo co slysze, ale rozumiem, ze slyszeli, ze ja pracy szukam. eeee, zamierzam szukac, ale do pracy moge pojsc dopiero od wrzesnia. aaa, bo oni teraz kogos na gwalt potrzebuja. a skad wiedza, ze ja wkrotce pracy bede szukac? od Lou, mojego bylego promotora. 

jestem w szoku. pozytywnym. bo nigdy ze swoim promotorem jakis super bliskich relacji nie mialam, raczej oficjalnie, na dystans i tylko biznes wchodzil w gre, a tu widze, ze on o mnie nadal dba:) musze do niego zadzwonic i podziekowac. i strasznie mi glupio, bo ja jeszcze  nie moge… co ja ze Szkrabem zrobie? szkola dopiero za 2 tygodnie, a i wtedy nie chce go od razu na gleboka wode rzucac, zeby od 8.20 do 15.00 siedzial w szkole, a pozniej do 18.00 w swietlicy. bez obiadu, bez cieplego picia… 

holendrzy tego nie rozumieja, ale ja inaczej nie chce. i pewnie pozniej bedzie tak, ze gdy juz bede gotowa osc do pracy, to pracy jak na zlosc nie bedzie:/

to juz 4 oferta, ktora odrzucam… nie zbyt komfortowo sie z tym czuje.

psychiczna

jestem jakas psychiczna. psychicznie nie nadaje sie do chorowania. i nie chodzi o bol. latwiej znosze bol (szczegolnie jak sie ”nacpam”), ale nie potrafie zniesc niemoznosci fizycznej. bol mnie fizycznie zablokowal, ibuprofen znieczula na tyle, ze siedziec sie da (chlopaki odczuwaja to chyba jako cos pozytywnego, bo jeszcze nigdy tylu godzin z nimi nie przesiedzialam przy stoliku nad puzzlami, grami edukacyjnymi, czy wycinankami – jeszcze nie wyczaili, ze ja tylko fizycznie jestem, bo tak naprawde to moja swiadomosc jest wlaczona tak na 30%…). poza siedzieniem moge jeszcze w klawiature stukac. nic poza tym. antybiotyk zaburzyl ma rownowage (czegos takie jeszcze nie przezylam, zeby antybiotyk tak oglupil!!!), wiec tylko do toalety czlapie niczym zolw z chorym blednikiem.

i straszny, ale straszny nerw mnie bierze. bo ja nie moge tak siedziec!!!!!! to jest wbrew mojej naturze. jakie to nudne, monotonne, jak sie czas dluzy, gdy czlowiek tak siedzi. tak, w koncu naprawde SIEDZE W DOMU. i sie obijam. i nie macie pojecia, jak to obijanie sie meczy;)

no niby jestem otumaniona, ale moja przywodcza natura gora! dyrektywy wydaje, ludzi ustawiam, logistyka oczywiscie w moich rekach, bo luby prawie o niczym pojecia nie ma. jedna osoba wylaczona z obiegu (ja), a caly sztab ludzi zatrudniony: tesciowa, luby, kolezanki. a to dlatego, ze mamy AZ dwoje dzieci, do tego w AZ dwoch roznych placowkach. wyglada na to, ze tylko ja 100% matka-holenderka jestem;) bo nikt nie smie wsiasc na moj rower z dwojgiem dzieci na raz. no luby smie, ale ten musi pracowac… i tak sie z pracy urywa, bo np. dzis z Bizonem do okulisty musial isc, ale musialam tez kolezanke prosic, zeby popilotowala tesciowa do Szkrabowego przedszkola, bo tesciowa drogi nie znala. a druga kolezanke poprosilam, zeby jutro ze Szkrabem po przedszkolu poczekala, bo tesciowa najpierw musi Bizona ze szkoly odebrac, przywiezc go do domu i dopiero wtedy pojedzie po Szkraba. ja od razu ze szkoly, z Bizonem, do przedszkola jezdze, ale tesciowa boi sie z dwojgiem na raz i juz. 

i tak sobie siedzie, obmyslam logistyke dnia biezacego i jutrzejszego i tylko to zajecie jeszcze mnie ratuje od zwariowania z powodu nierobstwa (co ciekawe, moge czytac z ekranu komputera, ale z ksiazki nie, nie moge skupic wzroku na malych literkach… co mnie dodatkowo wkurza!)

doszlam do wniosku, ze wozek inwalidzki czy paraliz bylby najgorsza kara w moim zyciu. immobilizacja dla mnie potworna choroba.

pouzalam sie nad sobie i od razu mi lepiej;)

doczekal sie!

Bizon ma skrzypce w najmniejszym dostepnym rozmiarze. jego nauczycielka przy kazdym strojeniu instrumentu blagalnie wznosi oczy do nieba, tak trudno stroi sie takie malenkie skrzypce i prosi Bizona, zeby wiecej jadl, zeby szybko urosl, zeby juz tez skrzypce choc na rozmiar wieksze wymienic. Bizon bardzo powaznie bierze tez slowa i za kazdym razem kiwa ze zrozumieniem glowa, zapewnia, ze je i ze rosnie…

na ostatniej lekcji nauczycielka zmierzyla proporcje dlugosc ramienia Bizona i dlugosc skrzypiec i okazalo sie, ze Bizon dorosl do nastepnego rozmiaru! ach jaka radosc:) w piatek odbierzemy wiec nowe, ”wieksze” skrzypce.

************

ja na antybiotyku. zatoki rozlozyly mnie tak szybko i bolesnie jak 4 lata temu, gdy bylam w ciazy ze Szkrabem: spanie na siedzaco, siku na skomlaco, chodzenie delikatne, byle nie przytupnac. mialam szczescie, ze juz dzis udalo mi sie dostac do mojego laryngologa. chyba go troche podlamalam, mialo sie ku lepszemu, lek, jakim sie truje od listopada wydawal sie dzialac, a tu nowe, gigantyczne zapalenie. pan doktor od razu konska dawke antybiotyku mi przepisal. dziala. do tego ibuprofen i od razu mi lepiej. do poki siedze. lezenie i chodzenie nadal nie wchodzi w gre. czeka mnie kolejna noc na siedziaco:/

tesciowa z odsiecza przyjechala. zabronila mi sie ruszac. nie musiala, i tak nie mam sily. ostatnie sily zaoszczedzilam na dojscie z parkingu do lekarza i z powrotem.

zagraly dudy

zagraly basy i piszedl Szkrab do pierwszej klasy:)

w ramach akomodacji w piatek Szkrab zaliczyl pierwszy dzien w szkole (na poczatek moze zaliczyc 4 dni akomodacyjne, wybralam piatki). 

dwa dni przed wymarszem Szkraba do szkoly byla akcja ”szkola”, bo okazalo sie, ze tak duzo dzieci zapisano do pierwszej klasy, ze w najblizszym czasie ilosc uczniow przekorczylaby 30-stke, a maxem jest 26. i tak wydaje mi sie to duzo, jak pomysle, ze to sa 4-5 latki, przeciez w Polsce to wiek przedszkolny… zadzwonil wiec dyrektor, ze nowe 4-latki bede kierowane do nauczycielki z grupy 2, czyli tam, gdzie jest Bizon. i ta nauczycielka bedzie prowadzic lekcje dla obydwu grup, 1 i 2. na pierwszy rzut oka to szokujace. ale tutaj rzeczywiscie, w wielu szkolach grupa 1 i 2 sa polaczone, ale wtedy sa dwie nauczycielki! a u Bizona jedna nauczycielka, na dodatek pani tuz przed emerytura, ktora jest zbyt powolna dla takiej gromady zywotnych dzieci i czasami widze, ze ledwo wyrabia. merytorycznie nauczycielka jest swietna, widze ze bardzo elastycznie dopasowuje wymagania do poziomu ucznia (nie wiem czy zaniza, jesli uczen sobie nie radzi, oby nie, ale podnosi poprzeczke, jesli widzi, ze uczen w czyms jest dobry nie zadowala sie poziomem z ”programu”, tylko dodaje od siebie bardziej wymagajace zadania, czasami np. przynosi gry edukacyjne z grupy 3), dzieci ja bardzi lubia, bo ciekawie prowadzi zajecia (ostatnio zeby uczyc dzieci odczytywania czasu z zegara, przyniosla rozne instrumenty i dzieci wygrywaly rytmy w tempie zegara, przyniosla tez klepsydry, zegar z kukulka i rozne inne gadzety, ktore dzieciom mozna bylo macac). bardzo tez powaznie traktuje zainteresowania dzieci i np. gdy Bizon mial faze kosmos-planety i astronauci, przyniosla mu kilka ksiazek z innej klasy, zeby ”studiowal”, jak to sie Bizon wyrazil;)

wiec do nauczycielki zastrzezen nie mam. ale nie podoba mi sie ten pomysl laczenia grup, uwazam, ze moze to zanizac poziom nauczania, a poza tym, jak nasz ledwo co 4-latek mialby sie zaaklimatyzowac wsrod 5 i 6 latkow, bo w tym wieku dzieci sa w grupie 2? Szkrab mial byc drugim 4-latkiem wsadzonym do tej nowej grupy. na szczescie tak sie zlozylo, ze w 2 grupie jest Bizon. i obecnosc brata pozwolila nam odmowic wsadzenia Szkraba do tejze grupy. bo wlasnie o to pytal dyrektor, czy nie mamy nic przeciwko temu, ze dwaj bracia beda w jednej klasie. w sumie mi to nie przeszkadzalo, ale uzylismy tego jako argumentu, zeby Szkrab jednak poszedl do grupy 1. 

dodatkowo, Szkrab byl przez nas psychicznie przygotowany, ze pojdzie do juf Karin, czyli nauczcycielki z pierwszej klasy. bardzo sie cieszyl, bo lubie te pania – zna ja z roznych wydarzen szkolnych, w ktorych uczestniczylismy, gdy Bizon byl jeszcze w pierwszej grupie. i gdy wspomnialam o juf z grupuy drugiej, Szkrab byl bardzo smutny i zly. 

w koncu poszedl do juf Karin, bardzo mu sie podobalo i co do niego niepodobne, bardzo duzo nam pozniej w domu opowiedzial:) czyli zaczal dobrze.