spedzilam dzis popoludnie z samym Bizonem. luby ze Szkrabem pojechal na lyzwy w okolice tesciow, a biedny Bizon byl ”uziemiony”, bo w piatki po poludniu ma lekcje gry na skrzypcach. luby podrzucil nas samochodem do nauczycielki, a po lekcji wrocilismy autobusem.
na ogol na lekcje jade z dwoma chlopcami i lekcja wyglada tak, ze ja ze Szkrabem bawie sie na dywanie, a Bizon z nauczycielka piluje. ja jednym okiem pilnuje Szkraba, drugim obserwuje, czego uczy sie Bizon, zeby pozniej w domu moc fachowo z nim cwiczyc. bardzo mnie ten instrument zafascynowal, wiele sie od wrzesnia nauczylam, mimo ze to Bizon gra:) dzis zupelnie inaczej: ja na kanapie, Bizon niby z pania nauczycielka, ale i ze mna pani troche porozmawiala, ja wiecej wylapalam, a przede wszystkim bylam wyluzowana. bo ze Szkrabem nie jestem -staram sie zajac go tak, zeby byl jak najciszej, zeby jak najmniej sie ruszal, jak najmniej mowil, a to latwe nie jest;) dzis luzik:-)
po lekcji w autobusie na luzie, pogadalismy na spokojnie, bez przerwnikow, bez konkurencji. moze to sie dziwne wydac, ze przy Szkrabie nie da sie spokojnie pogadac, ale tak jest. bo chlopcy potrafia rozmawiac ze mna, sluchac mnie, ale trudniej przychodzi im wzajemna konwersacja, wymiana pogladow czy obserwacji. na ogol jest tak, ze jeden o chlebie, drugi o niebie i to do mnie w tym samym czasie. a ja nie wiem, ktorego pierwszego wysluchac, ktoremu pierwszemu odpowiedziec, wytlumaczyc, tym bardziej, ze pytania zaczynaja byc zaawansowane (dzis: ”mamo, a dlaczego zima dzien jest krotszy niz latem?” – no niby wiem, ale jak to wytlumaczyc 5-latkowi?). a ze buzia im sie nigdy nie zamyka, to nawet trudno wylapac, ktory pierwszy zaczal zadawac kolejne pytanie dnia;) wracajac do dzisiejszego dnia, w koncu moglam uslyszec kazde slowo Bizona, Bizon mogl dokonczyc kazde pytanie i slyszec odpowiedz. na spokojnie. bez napiecia, ze Szkrab zaraz nam przerwie albo zachce mu sie pic, siku, kupe albo wlasnie wylala mu sie ”niechciaci” herbata.
wysiedlismy w rynku, bez scigania sie ”kto pierwszy przy tamtym drzewie” obeszlismy kilka sklepow, poprzymierzalismy lyzwy, ja sweter (znow wrazenie, ze H&M ubrania pieknie wygladaja na wystawie, ale nie na mnie:/ – luby litosciwie pocieszyl mnie, ze to znak, ze manekinem nie jestem…)), dreptajac w sniegu do domu zjedlismy na pol czekolade z orzechami, w domu wypilismy kawe/herbate malinowa i obejrzelismy zdjecia… bakterii i wirusow:D no tak, bo Bizona drapie w gardle, wiec musi wiedziec dlaczego:) dokonczylismy resztki obiadu z wczoraj i poszlismy na sanki. a ze wracajac z sanek mijalismy wypozyczalnie dvd, pomyslalam, ze spelnie zyczenie Bizona i obejrzymy sobie Krola Lwa. po drodze jeszcze frytki i frykandelki kupilsmy w pobliskiej ”knajpce”: ”mamo, jak tu ladnie pachnie” – powiedzial rozmarzony Bizon, gdy juz prawie knajpke minelismy:)))
w domu rozebralismy sie bez wariactwa: bez zrzucania ze schodow szalikow, czapek i rekawiczek, bez scigania sie kto pierwszy zdjemie co i ktory pierwszy sie wysika… wlaczylam dvd, Bizon wdrapal mi sie na kolana, przykrylam nas kocykiem i tak sobie siedzac ogladalismy… ja bardziej przezywalam fakt, ze moj 5-latek siedzi wtulony we mnie niz film… tak, bo nie zdarza sie nam to niestety zbyt czesto. mysle, ze Bizon wyczul te chwile, ze mama jest w 100% dla niego.
w filmie musielismy przerwe zrobic, gdy Krol Lew odszedl:/ Bizonem emocje szarpnely: ”mamo, on nie umarl, przeciez w bajkach dla dzieci wszystko zawsze dobrze sie konczy”. wlaczylam pauze, pogadalismy chwile, Bizon sie uspokoil i dokonczylismy film.
wykapalam Bizona, znow w taki slimaczym zwolnionym, spokojnym tempie, za ktorym strasznie tesknie.
chcialam miec dwoje dzieci, ciesze sie, ze mam dwoje dzieci, ale wiedze dwoje dzieci to nie podwojne tempo, ale conajmniej potrojne. a przynajmniej tak jest u nas. osobno chlopaki latwe, w miare spokojne, ale jak sie tylko spotkaja… nakrecaja sie, podjudzaja, konkuruja, kloca, milosc braterska tryska niczym wulkan. goraco jest, oj goraco:D
potrzebowalam takiego dnia z Bizonem. tesknilam za moim malym, wtulonym we mnie synkiem.