jak w Polsce

w poniedzielek dwie wizyty dwoch polskich kolezanek, we wtorek pogaduszki z dwoma innymi Polkami, ktorych dzieci sa w jednej grupie przedszkolnej ze Szkrabem, w srode wizyta w polskim sklepie (polskie parowki, polskie jablka, swieze drozdze i pietruszka!), dzis na placu zabaw pogadalam z Polka-sasiadka, ktora zapraszala mnie na jutro na polskie urodziny (nie pojde, bo mamy goscia na obiad i pewnie zostanie juz caly wieczor) i w sobote do polskiej szkoly. w niedziele wizyta znajomych z polskiego kosciola.  

opowiadam to mamie, a mama na to, ze nie dziwi sie, ze sie tak latwo zaaklimatyzowalam w Holandii, skoro tyle polskosci wokol. rzeczywiscie, to chyba pomaga. choc nie wszystkim. znam takich co jednak po latach narzekan wrocili do Polski. i dobrze. 

szkola-rodzice

byla dzis wywiadowka, jako ze oceny i zachowanie Bizona nie uleglo zmianie, nauczycielka oprocz komplementow nie miala mi za duzo do powiedzenia. za to ja mialam. bo choc generalnie ze szkoly Bizona jestesmy bardzo zadowoleni, z systemu nauczania tez (a tak sie balam, jak to moje malutkie dziecko sobie poradzi:D), to zawsze sa jakies drobne ”ale”.

dzis poruszylam sprawe matki-cpunki. niedawno stalam na podworku szkolnym i czekalam az sie moje dzieci wyszaleja z przyjaciolmi. a ze dzieciom mrozy niestraszne, to troche to trwalo. to nic, delektowalam sie swietym spokojem, az do czasu, kiedy dotarl do mnie smrodek haszyszu. teoretycznie palenie haszyszu w Holandii jest legalne, ale… haszysz palila matka, stojaca przed ogrodzeniem szkolnym w obecnosci jej trojga dzieci (niemowle, okolo 6 miesiecy i dwaj chlopcy: 4 i 6-letni). zapach szedl z wiatrem na caly dziedziniec szkolny, wiec delektowaly sie nim dzieci ”dotleniajace sie” na ”swiezym powietrzu”. mialam podejsc do tej matki, zwrocic jej uwage, zeby sie odsunela i nie trula mi dziatwy, ale moja uwage przykuly dwie nauczycielki, ktore staly na dziedzincu. jedna rozmawiala z dzieckiem, druga z rodzicem i z pewnoscia czuly smrodek. i zadna nie zareagowala. podzielilam sie moim spostrzezeniem mama kolegi Bizona, a ona mi mowi, ze nauczyciele boja sie tej matki, ze nawet dyrektow nie ma na nia wplywu i ze juz rozne akcje z udzialem tej kobiety byly, ale na ogol wszyscy traktuja ja jak swieta krowe. przyznam, ze troche mnie to zaintrygowalo, ale jednoczesnie nie smialam podejsc do tej kobiety, bo balam sie. rzeczywiscie, wyglada ona na niezrownowazona. 

ale temat w glowie sie maglowal. bo jak to moze byc, ze kadra szkoly boi sie matki??? ze nie reaguje na jej chore zachowanie (pamietam jak w bardzo widocznej juz ciazy kopcila dzien w dzien papierosy przed szkola… nikt jej nie zwrocil uwagi!!!). jak szkola moze zapewnic moim dzieciom bezpieczenstwo, jesli nauczycielki nie smia zwrocic tej kobiecie uwagi???

o to zapytalam dzis nauczycielka Bizona. zanotowala moja opowiesc o haszyszu, stwierdzila, ze cos jej sie o uszy obilo, ze dyrektor juz chyba rozmawial z ta matka o tej sprawie, bo jedna z nauczycielek stojacych na podworku jednak pozniej opowiedziala dyrektorowi o tej matce, ale ona jeszcze poruszy te sprawe. wg niej nie jest to prawda, ze ktos sie tej matki boi, ale musza z nia delikatnie i ostroznie sie obchodzic, bo… ta pani ma ”niekontrolowane napady zlosci”. wiec szkola musi z ta kobieta zyc w przyjazni dla dobra komunikacji, dla dobra dzieci. dzieci? czyich? Szkrab bedzie wkrotce w klasie z jednym z synow tej kobiety… 

pytam, czy nie nalezy takiego przypadku zglosic do socjala, zeby sie zainteresowal dziecmi, bo skoro matka ma niekontrolowane ataki zlosci, pali haszysz, pali w ciazy papierochy (a moze i haszysz…), to co sie dzieje w tym domu, gdy np. dziecko ma upierdliwy dzien? wg nauczycielki, teoretycznie nie ma powodow, bo palenie w ciazy, palenie haszyszu nie jest zabronione przez prawo… ona wie, ze to nie jest sytuacja idealna, ze to nie sa zdrowe warunki dla rozwoju dzieci, ale matka prawa nie lamie. co innego, gdyby dzieci bila publicznie… 

rece mi opadly. 

nie wykrakalam:)

a jednak jelitowka nas ominela (nie mow hop, poki nie przeskoczysz;)). Bizonowi minal kaszel, za to zaczal sie katar, Szkrab konczy katar, a mnie zlapala mnie rwa kulszowa w… szyi. nie wiedzialam, ze nawet tam cholera moze dotrzec, ale dotarla. glowa byla unieruchomiona i prad rwaicy do lokcia i malego palca. jako ze… luby pojechal na lyzwy (sic!!!), na prawie caly dzien, bo juz sie wczesniej z siostrusia umowil, musialam siegnac po to, czego na ogol nie robie, silne srodki przeciwbolowe. ”drugow” nie lubie, ale mam ich dwa opakowania w domu, przepisane 6 i 4 lata temu (tez na rwe, ale taka klasyczna), do wczoraj nienapoczete, bo ja zawsze wiem lepiej niz lekarz i truc sie nie pozwalam;) ale wczoraj dwa razy sie ratowalam.

i nie wiem, czy te ”drugi” tak mnie tak nacpaly, sflegmatyczyly i reakcje me oslabily (w ulotce napisane, ze obnizaja one sprawnosc psychiczna i ruchowa;)), czy dzieci takie wspolodczuwajace mam, ale byla superharmonia i az mi zal bylo, ze luby za szybko trase przejechal (100 km w 5 godzin, z przerwa na lunch i kawe) i ”za szybko” wrocil, bo jak tylko wrocil, to chlopaki zaczely dokazywac i mnie wkurzac. 

a jak mnie chlopaki wkurzaja, to lapie za odkurzacz badz uciekam do kuchni. wczoraj za odkurzacz zlapac nie moglam, bo prad mnie lupal, wiec pobieglam do kuchni i upieklam ciasto marchewkowe z ”moich wypiekow”. bardzo ucieszylo to moje dzieci, tak, ze nawet nie poczekaly az ciasto wystygnie, az krem zrobie. dla mnie najwieksza zaleta ciasta jest jego wilgotnosc, bo nie znosze ciast suchych (dlatego nie lubie np. babek, mazurkow, a murzynka zjadam laskawie tylko ze wzgledu na smak czekolady). za to dla mnie za slodkie. jutro przychodzi kolezanka, to oceni, bo mnie ostatnio w ogole od cukru bardzo odrzucilo… smakowo, ale i ”trzystkowo” – jak zjem cos slodkiego, zle sie czuje, od razu mnie boli glowa, a pozniej suszy tak, ze odechciewa mi sie slodkosci. tak wiec nastepnym razem do marchewkowego dodam mniej cukru. a wczorajsza wersje niech chlopaki i kolezanka jedza;) ale ze za mna ”cos” chodzilo”, upieklam szybkiego murzynka ”mojej mamy”. ten z kolei malo slodki, ale za suchy mi wyszedl:/ i tak sie zastanawiam, czy jakiegos lekkiego kremu na ”nawilzenie” nie zrobic jeszcze jutro rano… choc nie chce mi sie strasznie.

dzis bez ”drugow” funkcjonuje i czuje poprawe, nawet za odkurzacz (przy niedzieli!!!) chwycilam;)

wczorajsza bolesc + lekarstwa tak mnie zdemobilizowala, ze wiekszosc dnia siedzialam z chlopakami przy ich stoliku i bawilam sie w wycinanki. nauczylam Szkraba wycinanek ”kurpiowskich” (podroby;)), robilismy wyklejane z malych kawaleczkow papieru dinozaury az w koncu przypomnialam sobie o dzdzownicach niedawno widzianych tu: http://www.zabawydladzieci.com.pl/zabawy,2,261,papierowa-dzdzownica.jak chlopaki podchwycily, to tylko paski cielam i konce zlepialam, a im paluszki smigaly:-) do tego zroblam im rakiete z papieru, powycinalam okienka, chlopcy dzdzownice do rakiety powkladali (glowami i okienka zaczepili) i dalejze w kosmos smigac. z godzine pobiegali, co chwile przybiegali do stolika, zeby dzdzwonice reanimowac badz wydluzac. i tak nam czas zlecial:) widze, ze te 4 dni wolnego, ktore mial Bizon z powodu choroby (zero szkoly, skrzypiec, plywania i taekwondo) dobrze mu zrobily. uspokoil sie, bo cos ostatnio za bardzo pokrzykiwal i sie zloscil. ale jutro znow szkola…

pechowo, zarazowo

szkola Bizona organizuje jutro ”mini-elfstedentocht dla dzieci”, czyli zawody lyzwiarskie, na pobliskim kanale. beda stanowiska, gdzie mozna dostac pieczatki (dowod na pokonanie calej trasy), gorace kakao, przekaski, a na koniec medal. a Bizon ma pecha i nie pojdzie na zawody.

Bizon bardzo zaciecie cwiczyl, przygotowywal sie do tych zawodow i chyba przedobrzyl… kaszle bez wytchnienia. nawet podczas snu. dzis nie poszedl do szkoly, myslalam, ze domowy syrop z cebuli i syrop z apteki w duecie przyspiesza proces ”odrywania sie”, ale kicha. kaszel nadal suchy, gilgoczaco-irytujacy. irytujacy nie tylko drogi oddechowe biednego Bizonka, jego brzusio (zakwasy…) i glowe (boli), ale i moje uszy i cierpliwosc. wiem, wiem, powinnam wspolczuc i tak dalej i oficjalnie tak robie, ale nieoficjalnie mam dosc tego ciagu szczekniec, ktore towarzysza mi nieprzerwanie od jakis 48 godzin:/ 

nic to, wytrzymam. i jeszcze delikatny usmiech na gebe przywdzieje, zeby na zolze i cholerna matke nie wyjsc.

psychicznie szykuje sie na ”przebabrany” (bab=s) weekend, bo w przedszkolu Szkraba 2/3 dzieci powalila jelitowka. 

wracajac do pecha, kto ma pecha, ten ma pecha. jutro Szkrab mial zaliczyc pierwszy dzien akomodacyjny w szkole. Szkrab ma szczescie. bo skoro Bizon nie idzie, to i Szkraba nie posle, bo by straszna rozpacz byla (ze strony Bizona, oczywiscie). Szkrab z mysla pojscia do szkoly juz sie oswoil, natomiast milosci do lyzwew po ojcu nie odziedziczyl, wdal sie raczej we mnie i na lyzwach stapa raczej dla towarzystwa niz przyjemnosci. wiec ma chlop fuksa, ze bracian polegl;)

bywa i tak…

na ogol lubemu obrywa sie za zapominalstwo i roztrzepanie. na ogol zapominalstwo lubego trzepie nas po portfelach, ale wczoraj, po powrocie z lyzwowego weekendu  i noclegu u tesciow bylo inaczej:

– gdzie masz komorke? – pytam lekko nerwowym glosem, bo balam sie, ze komorka wlasnie sie odwirowuje razem z kurtka lubego

luby splochany (ten moj nerwowy ton:D):

– eee, yyy, chyba zapomnialem wziac, chyba u rodzicow zostawilem….

– uf, to dobrze, bo juz sie balam, ze wypralam razem z twoja kurtka

lubemu kamien z serca spadl:) mi tez:)

lyzwiarskie szalenstwo

kanaly i jeziora w Holandii pozamarzaly. i zaczal sie szal cial. i masowy zakup lyzew. 

my tez zakupilismy dla chlopcow nowe lyzwy. luby wyjal swoje ”stare”, prawie profesjonalne ”klapacze”, naostrzyl sobie i siostrze. i zostalam ja…. a ja za lyzwami nie przepadam. pojezdzic moge, dwa razy do roku, na wypozyczonych lyzwach, wystarczy mi. nie zamierzalam wiec lyzew kupowac i ten weekend spedzilam jako widz i kibic, slizgajacy sie na butach:DDD ale jest presja otoczenia;) najwieksza ze strony dzieci:D i cos czuje, ze wymiekam i chyba czas zaczac rozgladzac sie za lyzwami. bo jesli mam juz sie kiedys dobrze nauczyc jezdzic, to kiedy jak nie teraz? teraz, gdy jeszcze moge dzieciom ”kroku” dorownac? za kilka smigna mi sprzed nosa i tyle ich bedze widziec;)

do tego weekendu postrzegalam to jako plus, jako przepustke do kilkugodzinnego swietego spokoju. oni na lyzwy, a ja z kawa wbita w fotel, czytajaca ksiazke… taka byla moja wizja. ale po weekendzie moje marzenie zmodyfikowalo sie. bo jednak lubie spedzac czas z rodzina… bo atmosfera na kanalach czy zamarznietych lakach jest niepowtarzalna. goraca czekolada, muzyka, co rusz ktos ze znajomych. ci znajomi… po raz pierszy poczulam sie na Fryslandii jak u siebie. chlopcy sie z kuzynostwem, a wlasciwie dziecmi kuzynostwa lubego spikneli. fajnie, rodzinnie, przyjaznie:)

mroz, ale slonecznie, bezwietrznie. Bizon pieknie jezdzil, Szkrab na razie drepce, ale tez juz samodzielnie, ladnie trzyma balans. 

luby i szwagierka przygotowuja sie do Elfstedentocht, slawnych zawodow lyzwiarskich odbywajacych sie na Fryslandii ”raz na jakis czas”, tzn. wtedy, gdy lod na kanalach przez kilka dni bedzie trzymal konkretna grubosc. dla zainteresowanych wiecej info tu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Elfstedentocht. luby dostal w tym roku oficjalna karte nominacyjna, wiec jest bardzo podekscytowany. dzis przejechal ok. 50 km, czyli 1/4 calej trasy.

a ja mam dylemat: kupic sobie te lyzwy, czy nie kupic????

z jednym dzieckiem

spedzilam dzis popoludnie z samym Bizonem. luby ze Szkrabem pojechal na lyzwy w okolice tesciow, a biedny Bizon byl ”uziemiony”, bo w piatki po poludniu ma lekcje gry na skrzypcach. luby podrzucil nas samochodem do nauczycielki, a po lekcji wrocilismy autobusem. 

na ogol na lekcje jade z dwoma chlopcami i lekcja wyglada tak, ze ja ze Szkrabem bawie sie na dywanie, a Bizon z nauczycielka piluje. ja jednym okiem pilnuje Szkraba, drugim obserwuje, czego uczy sie Bizon, zeby pozniej w domu moc fachowo z nim cwiczyc. bardzo mnie ten instrument zafascynowal, wiele sie od wrzesnia nauczylam, mimo ze to Bizon gra:) dzis zupelnie inaczej: ja na kanapie, Bizon niby z pania nauczycielka, ale i ze mna pani troche porozmawiala, ja wiecej wylapalam, a przede wszystkim bylam wyluzowana. bo ze Szkrabem nie jestem -staram sie zajac go tak, zeby byl jak najciszej, zeby jak najmniej sie ruszal, jak najmniej mowil, a to latwe nie jest;) dzis luzik:-)

po lekcji w autobusie na luzie, pogadalismy na spokojnie, bez przerwnikow, bez konkurencji. moze to sie dziwne wydac, ze przy Szkrabie nie da sie spokojnie pogadac, ale tak jest. bo chlopcy potrafia rozmawiac ze mna, sluchac mnie, ale trudniej przychodzi im wzajemna konwersacja, wymiana pogladow czy obserwacji. na ogol jest tak, ze jeden o chlebie, drugi o niebie i to do mnie w tym samym czasie. a ja nie wiem, ktorego pierwszego wysluchac, ktoremu pierwszemu odpowiedziec, wytlumaczyc, tym bardziej, ze pytania zaczynaja byc zaawansowane (dzis: ”mamo, a dlaczego zima dzien jest krotszy niz latem?” – no niby wiem, ale jak to wytlumaczyc 5-latkowi?). a ze buzia im sie nigdy nie zamyka, to nawet trudno wylapac, ktory pierwszy zaczal zadawac kolejne pytanie dnia;) wracajac do dzisiejszego dnia, w koncu moglam uslyszec kazde slowo Bizona, Bizon mogl dokonczyc kazde pytanie i slyszec odpowiedz. na spokojnie. bez napiecia, ze Szkrab zaraz nam przerwie albo zachce mu sie pic, siku, kupe albo wlasnie wylala mu sie ”niechciaci” herbata.

wysiedlismy w rynku, bez scigania sie ”kto pierwszy przy tamtym drzewie” obeszlismy kilka sklepow, poprzymierzalismy lyzwy, ja sweter (znow wrazenie, ze H&M ubrania pieknie wygladaja na wystawie, ale nie na mnie:/ – luby litosciwie pocieszyl mnie, ze to znak, ze manekinem nie jestem…)), dreptajac w sniegu do domu zjedlismy na pol czekolade z orzechami, w domu wypilismy kawe/herbate malinowa i obejrzelismy zdjecia… bakterii i wirusow:D no tak, bo Bizona drapie w gardle, wiec musi wiedziec dlaczego:) dokonczylismy resztki obiadu z wczoraj i poszlismy na sanki. a ze wracajac z sanek mijalismy wypozyczalnie dvd, pomyslalam, ze spelnie zyczenie Bizona i obejrzymy sobie Krola Lwa. po drodze jeszcze frytki  i frykandelki kupilsmy w pobliskiej ”knajpce”: ”mamo, jak tu ladnie pachnie” – powiedzial rozmarzony Bizon, gdy juz prawie knajpke minelismy:)))

w domu rozebralismy sie bez wariactwa: bez zrzucania ze schodow szalikow, czapek i rekawiczek, bez scigania sie kto pierwszy zdjemie co i ktory pierwszy sie wysika… wlaczylam dvd, Bizon wdrapal mi sie na kolana, przykrylam nas kocykiem i tak sobie siedzac ogladalismy… ja bardziej przezywalam fakt, ze moj 5-latek siedzi wtulony we mnie niz film… tak, bo nie zdarza sie nam to niestety zbyt czesto. mysle, ze Bizon wyczul te chwile, ze mama jest w 100% dla niego. 

w filmie musielismy przerwe zrobic, gdy Krol Lew odszedl:/ Bizonem emocje szarpnely: ”mamo, on nie umarl, przeciez w bajkach dla dzieci wszystko zawsze dobrze sie konczy”. wlaczylam pauze, pogadalismy chwile, Bizon sie uspokoil i dokonczylismy film. 

wykapalam Bizona, znow w taki slimaczym zwolnionym, spokojnym tempie, za ktorym strasznie tesknie. 

chcialam miec dwoje dzieci, ciesze sie, ze mam dwoje dzieci, ale wiedze dwoje dzieci to nie podwojne tempo, ale conajmniej potrojne. a przynajmniej tak jest u nas. osobno chlopaki latwe, w miare spokojne, ale jak sie tylko spotkaja… nakrecaja sie, podjudzaja, konkuruja, kloca, milosc braterska tryska niczym wulkan. goraco jest, oj goraco:D

potrzebowalam takiego dnia z Bizonem. tesknilam za moim malym, wtulonym we mnie synkiem.

przedszkolne podsumowanie

wychowawczyni z przedszkola Szkraba zaprosila mnie rozmowe podsumowujaca rozwoj Szkraba, a przy okazji wystawila mu ocene opisowa (i nie tylko… okazalo sie, ze Szkrab zaliczyl swoj pierwszy w zyciu test sprawdzajacy zasob slownictwa i zdolnosc logicznego myslenia:)). ocena ta wystawiana glownie w celu ”uswiadomienia” przyszlej nauczycielki ze szkoly podstawowej,. jakiego to delikwenta dostaje pod swe skrzydla.

zanim jednak ocena pojdzie do szkoly, rodzic jest o niej poinformowany i jesli sie z nia zgadza, podpisuje.

ku wielkiej radosci, dumie i jednoczesnie zdziwieniu uslyszalam peany na czesc swego dziecka:D

z testu dostal A, czyli ocene najwyzsza. co do logicznego myslenia Szkraba watpliwosci nikt kto go choc troche zna nie ma, bo nie jednego juz zaskoczyl trafnoscia swoich spostrzezen i wnioskow. tak, ten facet potrafi bardzo logicznie myslec i sformulowac swe wnioski w sposob krotki, zwiezly i na temat. 

troche zdziwila mnie tak wysoka ocena za slownictwo, ale to dlatego, ze Szkrab robi zmylki:) tzn. zna znaczenie wielu slow, ale albo ich nie uzywa albo niewyraznie je wymawia. no i do tego dochodzi jedna fakt, ze u Szkraba holenderski dominuje polski, chociazby dlatego, ze brat mowi do niego na ogol po holendersku. poza tym Szkrab mowi ciagle jeszcze ”po dziecinnemu” (”nie ciem”, zamiast ” nie chce”) i czasami tez niepoprawnie(np. ”mama spa”, zamiast ”mama spi”, ”idziem”, zamiast ”ide” – w sumie, logicznie;)), a to tez daje wrazenie, ze Szkraba mowa wcale taka wspaniala nie jest. a jednak… test zaliczyl na 100%.

najbardziej jednak ucieszyla mnie i mile zaskoczyla bardzo pozytywna ocena zachowania Szkraba i jego rozwoju emocjonalnego. bo wiadomo, ze Szkrab na poczatku poplakiwal, nie chcial sie z nikim bawic, tylko z mama;) poza tym, Szkrab potrafi byc BARDZO humorzasty. ale to bardzo. jak sie ”nadmie”, to malo nie w gore nie poleci. czy pamietacie ksiazeczke dla dzieci Janiny Papuzinskiej ”Nasza mama czarodziejka”? Jest tam opowiadanie o chlopcu, ktory sie nadal,  mama czarodziejka go przeklola igla i zle powietrze zeszlo. czasami Szkrab tak sie nadmie, ze az mam ochote igle wziac i sposcic z niego to zle powietrze:)

a pani nauczycielka opisala to jako pozytyw: bo wg niej to dobrze, ze Szkrab tak jasno komunikuje, ze cos jest nie tak. moze i dobrze… lesze to niz histerie, wycia czy bicia.

najbardziej spodobalo mi sie zdanie takie: ”Szkrab to bardzo madre dziecko; nalezy go traktowac bardzo powaznie” – ktos, kto nie zna Szkraba moze nie wiedziec o co chodzi, ale pani wylapa i ubrala w slowa to, czego ja nie potrafilam: ze Szkraba nie mozna sie nabijac. a on swoja mimika, gestykulacja i ”madrymi wnioskami” potrafi rozbawic do lez. i kiedy czlowiek sie nie powtrzyma i parsknie, to ”oberwie”. bo Szkrab albo sie obrazi (i nadmie) i koniec przyjazni. albo poczuje sie zraniony i da glos. a co najgorsze, w przyszlosci bedzie staral sie omijac podobna sytuajce, zeby nie wystawic sie na wysmianie. czasami jest to dobre, bo dzieki tej cesze Szkraba oduczylam go rzucania sie w zlosci na ziemie: kiedys sie rzucal. az ktoregos wykonal rzut w obecnosci mojej mamy. moja mama w szoku, a ja smiejac sie powiedzialam: ”o, tak wlasnie zlosci sie nasz Szkrabus”:) mama sie posmiala, a Szkrabowi wlaczylo sie swiatelko. nastepnym razem, gdy widzialam, ze zbliza sie rzut, sama ironicznym tonem glosu poprosilam Szkraba, ”no Szkrabus, pokaz babci, jak ty sie umiesz zloscic” – Szkrab sie tak speszyl, ze rzutu juz wiecej nie wykonal:)  

i tak to sie pochwalilam synkiem. nie bede skromna, puchne z dumy:)

 

edycja: pamieci do imion i nazwisk nie mam:/ biorac dzis do reki ksiazke Papuzinskiej zorientowalam sie, ze to Joanna, a nie Janina. grunt, ze na J.;) ech… 

pogrozki;)

dzis w sklepie Szkrab tak sie na mnie wsciekl (koszyka nie pozwolilam mu wziac – bo ostatnio zaczal uzywac koszyka jak hulajnoge i dalejze hulac po sklepie…) , ze na caly glos wygrazal mi, ze nie zaprosil mnie na swoje urodziny!!! o jak sie zakogucil, o jak sie pienil:

– nie ziaprosie ciem na moje urodziny! nie! ziobacis!!! i papy nie ziaprosie i Kobiasza nie ziaprosie, nikogo!  – krzyczal piskliwie zly na caly swiat;)

widzac, ze mnie to nie rusza, a wrecz kpiacy usmiech mi sie po twarzy blaka, Szkrab zmienil melodie i zaczal lementowac:

– ja nigdy nie dostaje prezentow, nigdy!

– nigdy? w piatek dostales od taty koparke-resoraka, w sobote od cioci puzzle…

– koparka mi sie nie podoba, jes ziepsiuta, a puzzle za trudne, nie umiem, nie umiem, nie umiem!

– sam sobie wybrales te koparke, a puzzle wcale nie za trudne, z reszta, jak wrocimy, pomoge ci je ulozyc. zobaczysz, ze nam sie uda

– nie ciem!!! i nie ziaprosze cie na moje urodziny!!!

– to nie dostaniesz ode mnie prezentu.

– nie ciem prezentow, nie ciem gosci, glupie prezenty!!!

wlasciwie caly dzien byl dzis na ”nie ciem”, ”nie lubiem” i ”auuuuu”.

no coz, biorac pod uwage, ze szarpie mna potworny pms, bije sobie brawo za cierpliwosc i zdolnosc wlaczenia guziczka ”olej” na czas. na fitnessie odreagowalam;)

oby jutro bylo lepiej.

dodam jeszcze, ze pierwszy raz zalowalam, ze moje dzieci mowia do mnie po polsku. bo by ludzie w kolejce (w sklepie) usmiali sie z tych pogrozek prawie-4 latka, a tak ciekawosc ich spala, dlaczego to dziecko tak sie piekli, dlaczego matce chce sie smiec i czy w koncu nerw ja wezmie czy nie;)

prezent od lubego

luby postanowil mnie zaskoczyc:) na ogol prezenty ”od meza” kupuje sobie sama albo przynajmniej pokazuje w sklepie internetowym, co by mnie uszczesliwilo. mialam poprosic o nowa torbe ”codzienna”, czyli duza, solidna, skorzana. ale luby mnie zaskoczyl: zarezerwowal restaurecje ”Siodme niebo”, a po obiadokolacji zaprosil do kina.

z wielka przyjemnoscia odmozdzylam sie na ”Dziewczynie z tatuazem”. Mimo ze thriller, odprezylam sie. doszlam do wniosku, ze raczej wole takie ”lekkie” filmy niz romatyczne komedie. 

a dzis czeka mnie impreza urodzinowa. tesciowie, szwagierka (jest u nas od wczoraj, bo dzieci pilnowala, gdy ja i luby wychodne mielismy) i Anneke.

wiec biegne z powrotem do kuchni:D