splukany Bizon;)

urodziny Bizona sie zblizaja, wiec zamowilismy mu w koncu rower. 

juz dawno umowilismy sie, ze pieniadze, jakie dostaje z roznych okazji od rodziny bedzie odkladal na ten wymarzony rower, a my, z okazji urodzin, doplacimy Bizonowi brakujaca reszte.

i tak zrobilismy. myslalam, ze Bizonowi bedzie zal, jak porfel bedzie pusty, ale nawet nie. dzielnie zbieral, dzielnie wydal;)

przyznam, ze jestem pod wrazeniem dojrzalego podejscia Bizona do finansow. kazdego centa, euraka odkladal do portfela. mimo ze wiele pokus bylo;) mam zwyczaj przynoszenia ze sklepu katalogow z lego i playmobile – a chlopaki siedza, ogladaja, dyskutuja, przy okazji ucza sie cen, wartosci produktu, licza kase, jaka maja/mieli, mysla, na co im wystarczy ma co nie i… na mysleniu sie konczy:) czasami jeszcze rysuja wybrane zabawki w liscie do Sw. Mikolaja. 

kiedy w miescie kusza lody, czasami kupie, a czasami zartuje, ze Bizon ma w portfelu wiecej kasy niz ja, wiec niech tym razem on postawi… odpowiedz jest zawsze taka sama:

– jak kupie lody, to nie uzbieram na rower! – racja, Bizonku:-) 

koniec roku szkolnego tuz, tuz. beppe, holenderskim zwyczajem, po obejrzeniu raportu (dzieci nie dostaja swiadectw jak w Polsce, tylko tzw. raport z ocenami z koncowego sprawdzianiu nauczycielki, testow ogolnokrajowych i z ocena opisowa) daje finansowa nagrode. do tej pory bylo za co – miejmy nadzieje, ze i tym razem bedzie co swietowac. i juz jestem ciekawa, na co Bizon bedzie zbieral:)

Szkrab tez materialista nie jest;) co do tej pory dostal, nie wydal, choc nie ma konkretnego celu, nie wie, na co zbiera, nie wie, na co wydac.

widac, moje postanowienie, ze zabawki kupujemy dzieciom tylko z okazji Sw. Mikolaja i urodzin (wyjatkiem sa ksiazki i produkty kreatywno-edukacyjne, bez ktorych JA nie moge przezyc;)) nie jest problemem dla naszych dzieci:)

_________

a mnie rozklada przeziebienie – gardlo pali, glowa ciezka, nos swedzi… jak na zlosc – jutro mam sie udzielic w kosciele, a w pn. pomoc w szkole w prowadzeniu ”dnia sportu”. juz to widze…

dotarlam do piatku:)

oj czekalam na ten piatek…

luby trafnie podsumowal szalenstwo tego tygodnia: glupi marsz, a tyle zachodu. na dodatek, jeszcze maszerowac trzeba;) 

wiedzialam, ze ja i Bizon przemaszerujemy z przyjemnoscia, ale Szkrab nas wszystkich zaskoczyl: mial isc tylko jeden dzien i bylismy pewni, ze mu sie odechce. ale nie. Szkrab mimo zmeczenia, mimo ze urodzonym piechurem nie jest, marszem sie zachwycil i pomaszerowal z nami trzy wieczory (w pierwszy go nie wzielam i zaluje…).

wczoraj byl ostatni dzien, najbardziej spektakularny, bo szlismy przez centrum miasta. ludzie siedzacy w ogrodkach kawiarni, restauracji machali, pozdrawiali nas, my do nich, szlismy przez teren szpitala (przez budynek), gdzie dzieci dostaly od pracownikow szpitala lody z gwizdkami (pomysl z lodami super, pomysl z gwizdkami.. nieprzemyslany;)), kiedy wyszlismy z budynku, pracownicy prosili, zebysmy sie odwrocili i pomachali najmlodszym pacjentom, ktorzy stali w oknach szpitala – zal mnie scisnal patrzac na te buzie przylepione do szyb oddzialu dzieciego, a jednoczesnie, po raz kolejny uswiadomilam sobie, jak jakimi szczesciarzami jestesmy, majac zdrowe dzieci.

po marszu zebralismy sie na placu zabaw, gdzie rozdalam dzieciom dyplomy, medale i kwiaty, a nawet… czipsy:) 

do domu dotarlismy o 21.30. 

nie obylo sie bez scysji, bo jakims cudem (dzis sie dowiedzialam jakim) nie zapisalam jednego dziecka. na szczescie na wszelki wypadek wykupilam jeden dodatkowy medal, gdyby jednak komus zabraklo, zabralam tez puste dyplomy ”w razie czego”, ale mama niezapisanej dziewczynki byla na mnie wsciekla:/ krzyczala, zebym oddala jej 9 euro, ze to skandal, itd… ja sie odcielam od niej, zajelam reszta uczestnikow i pozornie to po mnie splynelo. tym bardziej, ze ten dyplom mialam, i medal… ale ciagle myslalam, jak to sie stalo, ze ja tej dziewczynki nie zapisalam, ze gdzies zgubilam jej formularz zapisowy.

dzis pod szkola najpierw mama dziewczynki mnie przeprosila za wczorajszy atak, a pozniej okazalo sie, ze nauczycielka, ktora zbierala pieniadze i formularze (a mi pozniej wszystko miala oddac), przegapila te jedna koperte… kiedy uslyszala, co sie stalo, zaczela porzedki na biurku i znalazla… a mi ulzylo. bo zeszlo ze mnie poczucie winy, ze to ja cos zgubilam. 

a swoja droga, po raz kolejny uswiadomilam sobie, jak szybko zwalam wine na siebie. ja wiedzialam na 100%, ze to ja musialam gdzies zapodziac te formularz. w zyciu nie posadzilabym nauczycielki. a zwlaszcza TEJ nauczycielki – bardzo sumiennej i pedantycznej osoby. wiec przeprosiny matki to jedno, ale to, ze nie ja zawinilam, bylo prawdziwa ulga.

niby to tylko organizacja marszu, ale wiele sie nauczylam. znow poznalam nowe osoby, znow nabralam dystansu do pewnych spraw, nauczylam sie nowych slow, znow moglam uruchomic swoje manualne ”talenta” (szycie transparentu:)) i co mnie bardzo cieszy, zyskalam sympatie kilku osob:-)

wyciagnelam wnioski dotyczace organizacji, zapisalam i mam nadzieje, ze za rok pojdzie mi to latwiej, szybciej i sprawniej:)

polenic sie

cos mi weszlo w szyje, tak ze glowe moge tylko jedna strone odwrocic. pewnie po wczorajszym ogladaniu sie za dziecmi podczas wczorajszego marszu;) dlatego tez olalam dzisiejszy fitness, dosc leniwie i w zwolnionym tempie zaczelam dzien – siedze, i choduje opone:/

wypisalam dyplomy na wieczor. a teraz powinnam odgruzowac mieszkanie – wczoraj chlopcy mieli gosci i ciesze sie, ze cos mnie tknelo i na czas poprosilam, zeby bawili sie w swoich pokojach (a ze miedzy pokojami chlopcow jest pokoj goscinny, to tam mieli grunt wspolnych spotkan;)), bo powysypywali z koszykow i z szuflad wszystko – bo szukali ”czegostam”. normalnie prosze chlopcow, zeby odgruzowali swoje pokoje, ale wczoraj juz nie bylo kiedy, bo… marsz:)

a ze jutro jest u nas spotkanie grupy lubego, to czas zaczac porzadki;) na szczescie gotowanie mnie omija: studentka lubego, Chinka, zaoferowala catering;) chlopaki za chinszczyzna az tak bardzo nie przepadaja, a na dodatek maja jutro trening taekwondo, wiec dla nich tak czy siak jakis obiad musze na szybko upichcic… nie lubie piatkow, bo i skrzypce, i taekwondo, a ja woze, pakuje, rozpakowuje, dzien na pelnych obrotach… dlatego jutrzejszy towarzyski wieczor srednio mnie cieszy… ale jak trzeba to trzeba… luby od czasu do czasu powinien cos dla swojej grupy zorganizowac…

no i wiesci z ostatniej chwili: beda wakacje w Kanadzie:) i ciesze sie, i nie ciesze. bo wielogodziennego lotu ze Szkrabem (cierpi na chroniczna niemoznosc wysiedzenia na pupie…) wole sobie nie wyobrazac… szczegolnie z powrotem, gdy bede leciec sama z chlopakami. teraz musze zalatwic sobie wize i znow przyjac pozycje managerska wzgledem lubego, zebysmy mieli gdzie mieszkac i jednoczesnie zebysmy nie zbankrutowali.

z przymrozeniem oka

od poniedzialku maszerujemy. po 5 km /dzien. jutro ostatni dzien. niby duzo to nie jest, ale jak ktos glownie na rowerze jezdzi, to… biodra po 5 km czuje;) ale to dobrze, takie zdrowe uczucie mam teraz w biodrach:D

Bizona nic nie boli, idzie, skacze, podryguje, zbiera patyki, a po powrocie do domu kladzie sie spac i po 2-3 minutach slysze chrapanie. na drugi dzien Bizon wstaje usmiechniety i nie moze doczekac sie wieczoru, zeby znowu maszerowac.

Szkrab z kolei koncowke meczy. nawet mnie dzisiaj probowal wziac na litosc i raczki zalosnie do gory wyciagnal;) mi tam w srodku cos drgnelo, ale jak sobie pomyslalam, ze cos mi moze w tych biodrach strzelic i ze jutro mialabym nie maszerowac, od razu obolala mine zrobilam i powiedzielalam, ze i mnie boli… i ze na raczkach nie poniose. dobrze, ze zelki mialam, to Szkrbowi energii dodalam. wrocilismydo domu, Szkrab do lozka, lezy i lezy, i zasnac nie moze, i jedna bajka na CD, i druga, i pic, i siku… 21 dochodzi, a on jeszcze nie spi. a jutro rano wstac nie bedzie mogl:/ 

z przymrozeniem oka podchodze do calej tej organizacji, bo na szczescie to tylko marsz i szkoda nerwow. bo gdybym na serio podeszla do sprawy, to bym zbzikowala. chociazby sprawa ze sztandarem szkoly. w pn zauwazylam, ze kazda szkola ma sztandar – tylko nie nasza. biegne do Sally, tej doswiadczonej organizatorki z naszej szkoly, z drugiej lokacji (bo szkola moich dzieci to wlasciwie dwie szkoly, w roznych czesciach miasta, laczy je tylko wspolna nazwa i dyrektor), czy nasza szkola ma sztandar. Sally twierdzi, ze chyba ma, ale kto i gdzie… no to ja we wtorek dyndam do dyrektora, czy my mamy sztandar. mamy. uf, ciesze sie, ale na wyrost. bo nikt nie wie, gdzie ten sztandar jest. pan dyrektor mowi, ze konserwator wie albo juf Miriam  z tamtej drugiej lokacji. dyn, dyn lece do drugiej lokacji, ale tam nikt nic nie wie. konserwator obiecuje mi, ze na czwartek mi postara sie poszukac… we wtorek wiec szylam na predce taki domowy sztandar, zeby ludzie nas widzieli, zebysmy szli grupa, a nie kazdy sobie rzepke skrobie. 

dzis zbiorka pod numerem 6 na placu zabaw. przyczepiam nr 6 i czekam… przychodzi jedna matka z 3 dzieci i czekamy… dochodzi jeszcze jeden ojciec z dzieckiem i… tyle. wyruszamy.  troche malo jak na dwie szkoly… po drodze spotykamy pana dyrektora, ktory mowi, ze wieksza grupa jest tam, z przodu. dziwie sie i juz szukam winy w sobie, ze moze nie stalam pod nr 6, moze cos pomylilam? ale nie, ludzie spikneli sie gdzies indziej, przed wejsciem na plac zabaw, i nikt nie raczyl po nas przyjsc. 

we wtorek przychodzi do mnie matka 12-letniego chlopca. chlopiec sie zapisal, ale okazalo sie, ze ma treningi z kick-boxingu i ze nie moze ich opuscic, bo wkrotce ma zawody. ale skoro zaplacil i skoro nie z jego winy nie moze isc, to czy moglby dostac medal? szczeka mi opadla. ale szybko ja podnioslam i odmowilam. spytalam, czy byloby to fair w stosunku do innych dzieci. no nie, nie fair, ale to nie jego wina i zaplacone… wina nie, ale jego decyzja, albo maszeruje i ma medal za marsz, albo bierze udzial w turnieju i dostaje medal za box. nie mozna miec wszystkiego. proste. dla niektorych to jednak proste jak sznurek w kieszeni i musza isc wyzalic sie nauczycielce:) na szczescie nauczycielka podziela ma opinie i medalu biednemu dziecku nie przyznala;)

na szczescie to tylko marsz…

jutro dzien matki

w Polsce (u nas juz byl), wiec mysle o mojej mamie. czesto dochodze do wniosku, ze latwo kochac ja na odleglosc, przez telefon, a zycie pod jednym dachem na dluzsza mete byloby dla mnie (i mamy) mordega. widze, jak bardzo jestesmy podobne i jak bardzo roznimy…

rozne fazy miewam w relacji z mama, zblizamy sie, oddalamy, znow zblizamy, zalezy to od dnia, okolicznosci, spraw, pogody, samopoczucia, naszego wieku. 

skonczylam dzis czytac powiesc Marii Nurowskiej ”Po tamtej stronie smierc” – o relacjach matki z corka, toksycznych, dziwnych, bolesnych. wiecej tam bylo bolesci, zalu, zlosci niz ciepla, a mimo to, milosc byla. kochaly sie. a nawet chyba rozumialy. tylko dac sobie nie potrafily tego, o czym marzyly.

my z mama tez sie kochamy, choc nie przyjaznimy. nie moge mamie wszystkiego powiedziec, jakos latwiej otworzyc sie przed ekranem komputera, wirtualnymi znajomymi, a nawet obcymi, niz przed mama. moze i lepiej? bo mama to mama, a nie przyjaciolka… nie zawsze moge liczyc na jej zrozumienie, ale zawsze moge liczyc na pomoc. i chyba o to chodzi? 

czytanie Nurowskiej jest zawsze emocjonalne. ona wie, jak poruszyc. w tej powiesci tez. bolalo, gdy czytalam. bo bohaterke, jej mysli, matke i wspomnienia, poznajemy tuz po smierci matki, ktora corke – glowna bohaterke – ubezwladnila: chodzi jak w amoku, wspomina, analizuje, odwiedza mame kilka razy w kostnicy, przez trzy dni nie potrafi jej ubrac, zawiadomic bliskich ani zorganizowac pogrzebu. 

patrze na te moja mame, ktora bardzo sie postarzala po zawale serca. w ciagu dnia przybylo jej z 10 lat. to juz nie ta zywotna mama sprzed zawalu. na poczatku myslalam, ze mama potrzebuje czasu, zeby sie zregenerowac, ale niestety, od roku widze, ze mama jest stara kobieta.

pewnie dlatego ta ksiazka tak mnie zabolala. 

ta ksiazka zabolala, podobnie jak ”moj rower”, w ktorym tez mowa o  milosci, o braku milosci, o relacjach miedzy pokoleniami. dosc dobry artykul o relacjach matczyno-corkowych znalazlam tez w czerwcowym TS…

czytam, ogladam, trawie i dochodze do wniosku, ze nie da sie zbudowac idealnego zwiazku matka-dziecko. bo kazde dziecko ma inne oczekiwania, potrzeby, kazde dziecko w zaleznosci od sytuacji pragnie innej reakcji, a na dodatek, nawet jak matka zrozumie, o czym marzy dziecko, nie zawsze potrafi mu to okazac czy dac. 

i tak np. mialam zal do rodzicow, ze mimo ze kupili mi syntezator i oplacili lekcje, to nigdy nie pokwapili sie, zeby zajsc na te lekcje i zobaczyc jak byle jakie one byly, ze nie mobilizowali mnie do regularnych cwiczen, ze nie przychodzili na moje wystepy. i zastanawiam sie, czy u nas nie bedzie odwrotnie, czy Bizon nie bedzie mial zalu, ze pilowalam codziennie cwieczenia na skrzypcach (bo Bizon grac lubi jak juz sie utworu nauczy, ale jak mamy przecwiczyc nowa melodie albo technike to bywa lzawo i nerwowo…) mialam zal, ze nie zawozili mnie na zadne sporty, ze tylko to, co bylo pod reka, latwo dostepne, np. kolko plastyczne, oplacali i na tym konczyla sie ich rola. kiedys mialam o to zal. mam nadzieje, ze moje dzieci nie zarzuca mi, ze za duzo im zafundowalam, albo nie to, czego potrzebowali. sporty niby sami sobie wybrali, ale z plywaniem tez byly placze, gdy woda byla za zimna, a ja uparcie powtarzalam ”plywania wam nie odpuszcze, bo to dla waszego bezpieczenstwa!… teraz rodzicow rozumiem, mieli rozne powody, byly inne czasy, inne podejscie do rodzicielstwa. teraz, zamiast roztrzasac, czego moi rodzice nie zrobili, widze, ze jednak duzo zrobili. teraz chce skupic sie na tym, co ja daje swoim dzieciom, popatrzec na siebie ich oczami. kogo oni widza, zapamietaja… z pewnoscia nerwuske, ktora od czasu do czasu wybucha:/ ale mam nadzieje, ze zapamietaja tez nasze przytulance, calusy, cieple slowa i gesty. staram sie dac dzieciom to, czego mi brakowalo w dziecinstwie. ale czy to wystarczy? co oni beda o mnie myslec za 30 lat…

stanac z boku, trudna sztuka…

stanac z boku i patrzec jak dziecko uczy sie relacji miedzyludzkich, tego, kto jest dobry, a kto zly i jeszcze pozwolic mu sie obronic to trudne zadanie. i jeszcze wywazyc, kiedy jednak nalezy wkroczyc do akcji, kiedy sie angazowac, a kiedy zostawic sprawy w rekach dziecka.

chodze lekko nabuzowana zachowaniem.. nie dziecka, ale pewnej matki. mamy Vittorio. tej, ktora juz na poczaktu roku tak dziwnie sie zachowywala. pozniej jej przeszlo, a teraz znowu sie zaczyna. 

wczoraj Jesse (ten z ADHD) placze. zagaduje do jego mamy, czy trudny dzien, a ona, ze ktos zorbil Jesse przykrosc. Idzie do mamy Vittorio i mowi:

– czy to prawda, ze Jesse nie moze sie u Was bawic, bo pani mowi, ze on nadpobudliwy? bo tak Vittorio powiedzial.

mama Vittorio sie zdenerwowala, co rozumiem, bo niefajna taka konfrontacja, wola Vittorio, pyta go, czy ona cos takiego kiedykolwiek powiedziala, ten zaprzecza, ze nie. 

ja odchodze – nie moje sprawy. 

w domu telefon, mama Vittorio:

– Vittorio mowi, ze to Bizon powiedzial, ze jego mama mowi, ze Jesse jest nadpobudliwy.

zamurowuje mnie. mam ochote spytac, a co mnie obchodzi, co mowi Vittorio? ale mowie, ze nie wiem, ze musialabym spytac Bizona, co tam sie wydarzylo. i uspokajam ja, zeby sie nie przejmowala, ze przeciez dzieci rozne rzeczy mowia, bo sa dziecmi, ze wystarczy z dzieckiem porozmawiac, a ono z czasem sie nauczy, co, kiedy i komu mozna powiedziec. ja tez rozne glupie rzeczy w dziecinstwie (i nie tylko;)) mowilam, robilam i cale zycie ucze sie, jak sie poprawnie zachowywac. 

– no tak, no tak, ale mama Jesse przyszla do mnie…

– no wlasnie – wlacza mi sie logika;)-  mama Jesse przyszla do Ciebie, bo Jesse SAM powiedzial, ze to Vittorio, a nie Bizon wspomnial o nadpobudliwosci. i przeciez Jesse chcial sie bawic u Vittorio, a nie Bizona. jesli Bizon by to powiedzial, to Jesse wymienilby Bizona. to co, Jesse klamie czy Vittorio chce zwalic wine na ”przyjaciela” (Bizona…)?

– no tak, no tak – mama Vittorio mysli dalej….ja tez mysle dalej:

– no i dlaczego Vittiorio nie powiedzial o Bizonie tam, pod szkola od razu?

– no nie wiem… ale tak mi zal tego Jesse i jego mamy i glupio mi przed nimi – zmienia front mama Vittiorio.

jak najszybciej koncze rozmowe, biore Bizona na spytki, a ten, jako ze klamac za bardzo nie potrafi, mowi mi jak to bylo. po czesci Vittiorio ma racje…

bo gdy Jesse zapytal Vittori, czy moze sie u niego bawic, ten najpierw odmowil i powiedzial Bizonowi, co on i jego mama sadza o Jesse. ale pozniej zdanie zmienil, powiedzial do Jesse, ze jednak go zaprosi, a kiedy Bizon to uslyszal, zdziwil sie i kiedy poszli po plecaki spytal Vittorio:

– a mowiles, ze ty i Twoja mama nie chcecie zapraszac Jesse, bo jest napobudliwy?

i to najwyrazniej podsluchal Jesse….

niefajnie. niefajnie, ze byla taka rozmowa, niefajnie, ze Jesse to podsluchal, ale… tak sie w zyciu zadarza. moze i po cos, moze, zeby otworzyc mi oczy na mame Vittorio, ktora nie spoczela. oj nie… 

rano luby dzwoni do mnie wkurzony, ze mama Vittorio poszla do ojca Jessego i zaczela maglowac wczorajsze zadarzenie, wlaczajac w to… Bizona. a na dodatek przy ojcu stal Jesse i tego wszystkiego wysluchiwal. luby sie wkurzyl i powiedzial, zeby przestala robic z igly widly, ze to bylo wczoraj, wszyscy juz o tym zapomnieli, a ona znow rozdmuchuje.

zadzwonil do mniei mowi, ze po pierwsze nie podoba mu sie, ze mama Vittorio wplatuje Bizona w jakies sprawy, gdy nas przy tym nie ma i ani Bizon sie nie moze sam bronic, ani my nie mamy okazji niczego wytlumaczyc, a po drugie Jesse tam byl i te jej wywody wysluchiwal – po co dziecku od samego rana te przykra sytuacje przypominac? on to juz przespal, przetrawil, pewnie z rodzicami przedyskutowal, a ta matka znow zaczyna….

ja tez sie wkurzylam. i choc czesciowo rozumiem te mame Vittorio (jest sama i zwyczajnie nie ma z kim tematu przemaglowac… bo ja od razu pogadalam z lubym, luby ledwo wszedl do pracy, zadzwonil do mnie, zeby sie wygadac, a ona… nie ma do kogo. wiec chodzi i wszystkich wokol magluje), to mysle, ze porozmawiam z nia powiem, ze nie zycze sobie, zeby wkrecala moje dziecko w jakies sprawy poza moimi plecami i to jeszcze na podstawie tylko i wylacznie slow Vittorio. 

i znow beda nerwy. 

 

rower

a dokladniej ”moj rower”. 

lubie filmy, na ktorych mozna sie obsmarkac ze smiechu, ze wzruszenia, z zalu i smutku. jak w zyciu – wszystkiego po trochu i to czyni calosc.

i do tego ulubiony muzyk, ulubiony aktor i mlody z celnymi komentarzami. 

sceny i dialogi jakby z domu rodzinnego wziete. sceny, ktore rozczulaja, momenty, ktorych sie boimy, a wiemy, ze nieuniknione…

i jeszcze trabka, klarnet i inne deciochy. 

na takie filmy nie szkoda mi czasu:)

dzis o wroclawskim zoo

za kazdym razem, gdy jedziemy do Polski, widzimy zmiany, bardzo pozytywne. co prawda, Polska, pod wzgledem krajobrazowym i architektonicznym, zawsze mi sie podobala i z duma ja lubemu prezentowalam, ale zawsze sa aspekty, nad ktorymi mozna popracowac (np. elewacje domow…).

luby widzial zmiany na wroclawskim rynku, w centrum i zawsze mowi, ze ladny ten nasz Wroclaw. 

tym razem zauwazylismy zmiany we wroclawskim zoo. zrobilo sie bardziej dzieciom przyjazne, interaktywne. 

i tak np. idziemy, a tu pan karmiacy ptaki pyta:

– a mapke macie?

– nie, nie mamy – bo juz tyle razy w tym zoo bylismy, ze myslelismy, ze jej nie potrzbujemy, z reszta (tu maly minus) nikt nam jej nie zaproponowal, gdy kupowalismy bilet, a na wystawce tez mapy nie widzialam (a zwracam uwage na dodatkowe info).

– to ja powiem – kontynuuje pan – ze o godzinie 12.30 bedzie karmienie sloni, o 13.00 lemurow, a o 13.30 fok.

podziekowalam za informacje, jeszcze spytalam, ktoredy do lemurow, pan mi wszystko dokladnie wytlumaczyl, powtorzyl godziny karmien i jeszcze opowiedzial jakie dodatkowe rozrywki maja miejsce w weekendy. milo i uprzejmie.

poszlismy do sloni, a tam pokaz:) i nie jak w cyrku, tylko przyjaznie. opiekunka sloni pokazala nam, jakie narzedzia sa stosowane w cyrku (ostry, metalowy pret, ktorym kluje sie zwierze np. w noge, ktora ma podniesc), wytlumaczyla, jak oni ucza slonie posluszenstwa (bo np. gdy pobieraja krew z ucha, nie musza takie wycwiczonego slonia usypiac, tylko mowia ”ucho” i slon poslusznie nadstawia uszysko:-)) – dotykaja patykiem np. ucha, a jak slon ucho poda, to dostaje smakolyka, ktorym sa owoce, warzywa i chrupki.

pani wytlumaczyla dzieciom, ze dla slonia jedno jablko za duzo moze oznaczac bol brzucha i wlasnie dlatego nie wolno karmic zwierzat w zoo – bo to co dla nas zdrowe, dla zwierzat moze oznaczac chorobe. wiele ciekawych informacji uslyszelismy, o zebach, o skorze, dlaczego slon posypuje sie piaskiem, ze slonie maja swoje humorki, ze jeden ze sloni lubi sie popisywac, a drugi jest niesmialy (rzeczywiscie, ten niesmialy stal sobi z tylu i tylko cichaczem zerkal, co sie dzieje za jego plecami). moglismy pomacac papier zrobiony ze slonich odchodow, zadawac pytania, a pani bardzo chetnie na nie odpowiadala. a ze pytania mielismy, i ja, i Bizon, to nie zdazylismy na karmienie lemurow, ale obejrzelismy pokaz foczek. 

zauwazylam tez znaki ”tu mozna podgrzac posilek dla niemowlat” – swietny pomysl. sa tez miejsca na zmiane pieluchy, czyste toalety i nawet kawa z ekspresu, ze swiezo mielonego ziarna. fajny plac zabaw i park linowy. z parkiem linowym tez jest maly minus: rok temu byl za darmo, w tym roku 12 zl. od dziecka. niby nie tak duzo, ale jak ktos dzieci ma wiecej… widzialam rozczarowane dzieci, ktore wbiegaly na teren parku rozradowane, a rodzice po przeczytaniu, ze trzeba zaplacic, zabierali dzieci, bo nie mieli ochoty placic. rozumiem rodzicow, rozumiem dzieci. info o zapalcie powinno byc bardziej widoczne, zeby rodzice mogli na czas zareagowac, a nie gdy dzieci sa juz prawie jedna noga na siatkach.

w tym roku nie zdazylismy juz odwiedzic zagrody ze zwierzetami domowymi, ale z poprzednich lat wiem, ze mozna poglaskac i nakramic m.in. kozy.

jest tez (darmowy) plac zabaw – tez w tym roku nie dotarlismy – widac, wiecej chodzilismy;)

jest tez bilet rodzinny – finansowy plus: za 4 osoby zaplacilismy 50 zl. w Holandii za jedna tylko osobe trzeba wiecej zaplacic. 

zaliczylimy rowniez ogrod botaniczny, gdzie zdziwila mnie biernosc pani w kasie. a moze niedoinformowanie? przed nami bilety kupowala rodzina jak nasza: 2 doroslych, 2 dzieci w wieku zblizonym do naszych chlopcow. dzieci staly tuz przy rodzicach, ojciec poprosil 4 bilety, pani sprzedala 4 bilety. ojciec zaplacil 20 zl. ani slowa o dzieciach – ani ze strony ojca, ani od pani sprzedajacej bilety. ja poprosilam o 2 bilety dla doroslych i 2 bilety dla dzieci w wieku 5 i 6 lat. dzieci weszly za darmo i zaplacilam tylko za siebie i lubego: 10 zl. zaoszczedzilam niby tylko 10 zl, ale… zawsze cos. zdziwilam sie, ze ojciec nie zapytal o dzieci, ale i pani z kasy mogla wykazac wiecej zyczliwosci i sama zaproponowac, ze dzieci moga wejsc za darmo. ale nie… trzeba sie samemu upomniec. 

tyle o rozrywkach majowych:)

bogaci;)

wrocilismy. o komunii nie mam sily sie rozpisywac, wiec w skrocie: bylo ok. ale najbardziej ok bylo wyrwac sie z przyjecia, skoczyc na wroclawski rynek napic sie kawy Illy, przespacerowac za raczke, pogruchac we dwoje, wrocic do ogrodu rodzicow i pobujac sie na chustawce.

siedzimy, bujamy, kot rodzicow chyc, na hustawke I prosi o drapu-drap. ja mimo alergii, nie moge sie powstrzymac, drapie z przyjemnoscia, kot mruczy niczym ciagnik, a luby z zazdroscia zerka, bo tez by chcial byc podrapany. niestety, w drugiej rece ksiazka, wiec drapie tylko kota. ale wieczorem, juz w mieszkaniu, zeby sprawiedliwosci stalo sie zadosc, wydrapalam lubego – ale nie mruczal…

bogaci jestesmy, bo wrocilismy z serwisem w maki i maszyna do parzenia kawy ze swiezo zmielonego ziarna (prezent od rodzicow z okazji 8 rocznicy slubu). serwis, jak pisalam, wczesniej zamowilam, pani mi go wymalowala (troche inaczej go sobie wyobrazalam, pani zaszalala z makami i za duzo ich jak na moj gust, ale mozna sie przyzwyczaic i po dwoch dniach polubic;)), odebralismy go na wroclawskich bielanach – bylo smiechu z odbiorem, bo pani mowi, ze bedzie czekac kolo ”ouszou”. ja, eeee, niekumata, nie znam sklepow na Bielanach, bo tam nie bywam, choc wiem, ze caly Wroclaw bywa;) jezdzimy krazymy, szukamy ”ouszou”, w koncu widze ‚Auchan”. nie wiem jak, ale wpadlam, ze Auchan moglby byc tym ”ouszou”. parkujemy, szukamy pani, ale jej nie ma. dzwonie, mowie, ze jestem kolo ”auchana”. Pani na to:

– od strony ”lirua”?

– eeeee – mysle, mysle, chyba tak… bo stole kolo sklepu Liroy-Merlin.

I tak to przydaly mi sie dwa semestry francuskiego….

Swoja droga, ciekawe, w Holadnii jest siec sklepow ”Jumbo”. I jeszcze nigdy nie slyszalam, zeby ktos wymawial ”dzambo”, tylko tak jak sie pisze ”jumbo”.

dzis luby wynosi do samochodu serwis w maki (ktory ostatecznie bardziej sie spodobal lubemu niz mi), a na srodku schodow siedzi kot: czarny. ostrzegam lubego: czarny kot na srodku drogi, uwazaj! luby z wrazenia malo ze schodow nie spadl;)

dzieci i dziadkowie przezyli. Bizon zadowolony, Szkrab niby tak, ale zapowiedzial, ze juz nigdy beze mnie nigdzie nie zostanie, bo ”w nocy troske poplakiwal”. na szczescie tesc spal ze Szkrabem, wiec tak strasznie lzawo nie bylo. Bizon za to mial jakies zle sny, wiec wgramolil sie tesciowej do lozka. efekt taki, ze i tesciowa, i tesc po 3 dniach i 2 nocach ”siedzenia” z wnusiami (z pomoca szwagierki), oczy jak szparki mieli:D  tak, siedzienie z dziecmi jest meczace:DDD

jestem tez bogatsza w uczucia: uczucie spokoju, milosci, radosci i spelnienia: 3 dni z lubym znow uswiadomily nam, ze dobrane z nas malzenstwo. ze mimo codziennego chaosu, jaki panuje w naszym domu, nadal jestesmy blisko, ciagle mamy o czy porozmawiac, ale tez dobrze nam sie milczy, nadal lubimy chodzic za reke i smiejemy sie z tym samych rzeczy.

i jeszcze dzisiejszy e-mail – przeczytalam na swoj temat taki komplement, ze chodze i mysle, jak to mozliwe…

nasz pierwszy raz

jutro jedziemy do Polski na komunie mojego chrzesniaka. po kilku rozmowach z lubym, po wahaniach, zmianach decyzji, powrotow do pierwotnej decyzji, a pozniej do drugiej, i tak w kolo, zdecydowalismy, ze jednak pojedziemy sami z lubym. dzieci zostana z tesciami – po raz pierwszy.

i luby, i ja niechetnie to robimy. dzieci tez wolalyby z nami jechac. ale jednak jest to dluga i meczaca podroz, a pobedziemy w Polsce raptem jeden dzien. 

martwie sie o noce, bo Szkrab jeszcze sie budzi – u nas tupta po ciemku do naszego lozka, a u tesciow? gdzie potupta? byle nie ze schodow w dol, bo sypialnie sa na gorze, a schody waskie i strome. nie chce wydawac dyrektyw, ale chyba poprosze tesciowa, zeby jednak ze Szkrabem spala, zeby nie zlecial po ciemku z tych schodow…

nie, nie lubie wyjezdzac bez dzieci. 

najgorsze to, ze w ogole nie mam ochoty na te komunie. dowiedzialam sie od mamy mojego chrzesniaka, ze tak wlasciwie to dzieci przeciez Boga nie czuja, inaczej rozumieja niz my, ze ksiadz i zakonnica przygotowujacy dzieci do komunii to idioci a moj chrzesniak ”badzmy szczerzy, najbardziej przezywa prezenty”. hm… szczerosc szczeroscia, ale pewne sprawy wypadaloby przemilczec. albo na zamknietycm blogu napisac;)

nie znosze obludy, czesto wale prawde prosto w oczy i musze sie bardzo pilnowac, zeby czegos szczerego na tej komunii nie palnac. zacisnac zeby, przykleic usmiech, dac prezent i po  godzince zmykac. bo to nie bedzie grono, w ktorym bede swietowac z przyjemnoscia – po prostu wypelnie swoj obowiazek.

_________________

dzis zapisalam nasza szkole na marsz. pierwszy etap zaliczony. pomyslnie. organizator mnie zaskoczyl: no prosze,, Wy Polki zawsze jestescie takie precyzyjne, kasa sie zgadza, tabelka, wszystko przejrzyscie rozpisane i na czas… Pytam, czy sa inne Polki organizujace ten marsz dla innych szkol. Pada imie i nazwisko mojej bylej sasiadki-Polki:)