wrocilismy

i juz po wyprawie do Polski. 

bylo dobrze. choc ja najlepiej czuje sie w swoich katach;) lubie jezdzic w gosci, gdy w gre wchodzi 1-3 dni, ale 9 to za dlugo. choc przyznam, ze uzupelnilam luki w spaniu. 

nie bylo okazji do spotkan ze znajomymi, ale i pogoda nie bardzo sprzyjala wystawianiu nosa z domu. lubego z chlopakami wydelegowywalam do ogrodu, ja staralam sie pomoc mamie w domu (choc trudno pomoc osobie, ktora o pomoc nie potrafi prosic, a pozniej ja przyjmowac…). kilka razy pojechalismy do Wroclawia, m.in. w Sylwestra, kiedy to na rynku byly proby generalne do koncertu, ktory mozna bylo obejrzec wieczorem w TV – dzieciom koncert bardzo sie podobal. mi tez:-) do lubego polskie ”gwiazdy” nie przemawiaja;) rozumiem:) 

wybralismy sie tez do Teatru Lalek na ”Calineczke”. Bizonowi przedstawienie bardzo sie spodobalo, Szkrab troche sie bal (przyznam, ze i muzyka i kukielki troche strasznawe byly;)), ale dzielnie wytrwal. i co najwazniejsze, jak juz sie bal, to w ciszy – po prostu zatykal uszy, gdy muzyka byla zbyt agresywna, i wtula sie we mnie, gdy np. nagle wyskoczyla ropucha. bylo za to dziecko, ktore wiekszosc przedstawienia lamentowalo na cala sale: ”nie chce!!!”, ”do domu!!!”, ”chce wyjsc”, ”boje sieeeee!!!!!!”, ”nie podoba mi sie!!”’….nie przeszkadzalo mi to, bo moja cierpliwosc, odkad jestem podwojna matka, bardzo sie rozwinela;) ale troche szkoda mi bylo tego malucha i troche dziwilam sie ”konsekwencji” rodzica.. ja bym chyba wyszla… no ale nie m oceniac. mysle, ze nie byla to nasza ostatnia przygoda w tym teatrze.

podroze minely nam wyjatkowo szybko, chyba dzieki temu, ze jechalismy wtedy, gdy juz wszyscy swietujacy, odzwidzajacy juz w gosciach byli i drog nie tarasowali. a poza tym zmienilismy godziny podrozy, bo wyjechalismy o 4.30, dzieki czemu uniknelismy korkow i podroz zamiast 12-13 godzin, trwala 9 godzin.

mimo ze obiecywalam sobie, ze nie bede szastac kasa, nie wytrzymalam i znow sie i dzieci w ksiazki obkupilam… 

 

pytalyscie o serial, ktory tak mnie i lubego wciagnal: ”The Killing” – skandynawski kryminal, dobry:) nie wiem, czy jest polska wersja, jesli jest, to polecam.

i to tyle. 

wracam do codziennosci, ktora tak bardzo doceniam po takich dluzszych nieobecnosciach w domu.

dodam jeszcze, ze polska kuchnia jest najzdrowsza na swiecie i ze bigosy, kapusty z grzybami, zupy na smietanie, sledzie w oleju, chleb, malso, serniki i makowce nie tucza!!! bo jadlam wszystko, sporty odrzucilam w kat i ani grama nie przybralam. ani grama…:-)

planow na nowy rok nie robie, bo ja planowac to potrafie najwyzej na za miesiac:) choc sa dwie sprawy, z ktorych przynajmniej jedna musze zalatwic: zdac egzamin panstwowy z holenderskiego (a wczesniej sie do niego przygotowac), a co za tym idzie postarac sie o obywatelstwo holenderskie. to mus. a poza tym… od wrzesnia planuje isc do pracy. jak wyjdzie, to dobrze, jak nie, tez dobrze;)

wyjazd

za kilka godzin ruszamy do Polski. nie wiem, czy sie ciesze, raczej nie. wolalabym sie pobyczyc u siebie.

ale czasami jest tak, ze trzeba. dla tych, ktorych sie kocha.

samochod spakowany czeka przed domem. tym razem zmienilismy rozklad jazdy: wyruszamy w polowie nocy, zeby chlopcy troche w samochodzie pospali, zeby drogi byly w miare puste. 

 

swieta minely dosc spokojnie, choc malo swietecznie. wczoraj goscie u nas, dzis pakowanie. gdyby nie choinka, gdyby nie koledy, pomyslalabym, ze to zwykly weekend. i to mi odpowiada. nie lubie glosnego swietowania.

nic nie pieklam, bo nie ma dla kogo – kupilam makowiec w polskim sklepie, sama zjadlam 3 kawalki, reszte… wyrzucilam:/ nikt poza mna sie nie skusil. to nie. nauczka na przyszlosc, ze nawet kupowac nie ma sensu. wszyscy zachwycali sie ryba po grecku. ja tez:-) latwa w przygotowaniu, wiec bede to danie przygotowywac co roku na B. Narodzenie. nie bylam pewna, czy luby rybe tknie, wiec z mysla o nim skrzydelka po chinsku upieklam, tez poszly:) na deser dla doroslych kupila tiramisu, dla dzieci zrobilam bezalkoholowa wersje. 

przyznam sie, bez wstydu, ze bardzo zmeczona jestem. nie dlatego, ze tak sie do tych swiat przygotowywalam, tylko dlatego, ze wciagnal nas serial kriminalny… 20 godzin. ostatnie 4 wieczory siedzimy z lubym i do 1.00 w nocy ogladamy. i dlatego jestem padnieta;) 

 

a teraz powinnam isc spac, bo o 3.30 pobudka… 

marnowanie czasu

jakis ten grudzien nerwowy. co ochlone, to cos nowego mnie wkurza. male rzeczy, ale co raz czesciej zastanawiam sie, jak to jest, ze mimo ze wydaje sie sama sobie osoba pogodna, czesto sie smieje, lubie zarty, mimo ze slysze od znajomych, ze wygladam na osobe pogodna, to jednoczesnie tak latwo mnie wkurzyc… 

 

tak, sa rzeczy, ktore zawsze wyprowadzaja mnie z rownowagi. jedna z nich jest brak organizacji, a co za tym idzie, marnowanie czasu. 

od kilku tygodni mamy z rady szkolnej i ja, nieoficjalna pomocnica, jestesmy atakowane e-mailami od przewodniczacej rady szkoly, jak to wiele spraw trzeba zorganizowac z okazji mikolaja, swietowania Bozego Narodzenia, bo zakupy, dekoracje, gotowanie, sprzatanie, itd. przeczytalam liste rzeczy do zalatwienia i miesac temu zaoferowalam, ze m.in. moge zakupy samochodem przywiezc z supermarketu. kilka razy musialam wydzwaniac, pytac gdzie te zakupy i o inne detale. w koncu, wczoraj raczono mnie poinformowac, ze pora zakupy odebrac (skrzynki byly juz przygotowane przez pracownikow supermarketu). przywiozlam i uslyszalam, ze na jutro (czyli dzis) bardzo potrzebna jest pomoc, bo dzis dzieci swietuja swieta w szkole. ok, mialam inne plany, ale zgodzilam sie przyjsc pomoc, a swoje plany przenioslam na wieczor, jak juz dzieci zasna.

 

o 8.30 stawilam sie w szkole gotowa do pracy. panie siedzialy juz wokol stolu i… leniwie przegladaly reklamowki ze sklepow. pytam, co robimy? czekamy na Marjo (przewodniczaca rady rodzicow). 15 minut pozniej zjawila sie Marjo i zaproponowala, zebysmy obejrzeli ”apel” przygotowany przez uczniow. ok, ucieszylam sie, bo Bizon ten wystepowal. apel trwal godzine. o 9.45 poszlysmy na gore i myslalam, ze Marjo teraz rozdzieli robote, co, kto i gdzie. nie… stoimy, paletay sie, kobiety paplaja o niczym, ja sie nudze, bo takie gadanie o niczym niestety mnie nudzi, Marjo zapala swieczki, zeby atmosfera byla, a mi sie tylek, rece, nogi pala, bo ja nie przyszlam siedziec i gledzic i na swieczki sie gapic, tylko pomoc. o 10.00 Marjo przyniosla dwie skrzynie z talerzykami i sztuccami i poprosila, zeby je rozdzielic po klasach. zajelo nam to 10 minut. i… trzeba by sie kawy napic. nastawila wiec kawe i stoimy na korytarzu, ani rozmowa sie nie klei, ani robota nie idzie… przychodzi dyrektor, pyta, czy podgrzewacze do jedzenia sa gotowe. a, gdzies na strychu leza, trzeba je poszukac. zrywam sie, gotowa do szukania, ale Marjo gasi moj zapal, ze ktos musi mi pomoc, bo tam strasznie duzo rupieci. kto mi pomoze, pytam. za chwile, gasi moj zapal Marjo. kawa juz prawie gotowa. dochodzi 10.30…. mnie bierze nerw. jestem w szkole od 8.30, przez godzinie ogladalam wystepy dzieci, a w ciagu nastepnej godziny przepracowalam raptem 10 minut. 

moze niegrzecznie, ale powiedzialam, ze niestety, nie mam czasu na kawe, widze, ze pomocnikow duzo, a roboty az tak duzo nie ma, wiec ja juz pojde, zeby w domu robote podpedzic.

no nie moge, nie potrafie zniesc takiego rozlazlego, rozmemlanego tempa. ja lubie akcje. powinna byc lista rzeczy do zrobienia, kazda z nas bierze jedna rzecz, odfajkowuje, wypija kawe (holenderski rytual, kawa musi byc i juz) i koniec. 

mam wrazenie, ze te baby zwyczajnie nie maja ochoty na nic i tak im czas przez przez palce przecieka. 

ja tam wole kawe w 5 minut w domu wypic i przy okazji na bloga okiem rzucic;) a teraz… do roboty.

 

 

wszedzie trzeba grac

kiedy bylam dzieckiem, szybko nauczylam sie, ze mamie wszystkiego sie nie mowi. mowi sie albo czesc prawdy, albo nic.  bo pozniej ta prawda obracala sie przeciwko mnie, bo mama nie raz mi pozniej wypomniala, szczerosc, otwarcie obrocila przeciwko mnie. wyrobila we mnie lek i brak zaufania do najblizszych, tak, ze nawet lubemu o pewnych sprawach nie mowie, bo nie wiem, co nam zycie przyniesie. 

dzis dostalam lekcje. wszedzie trzeba mowic tylko ta wygodna prawde. ludzie potrafia wykorzystac prawde przeciwko drugiej osobie nawet w blogach. 

 

dawno mnie ktos tak moja prawda nie zranil. siedze i rycze.

rece, ktore… lamia.

to oczywiscie rece Szkraba. pisalam o stoliku u Malinci. w domu na ukojenie nerwow dalam Szkrabowi odtwarzacz CD i wlaczylam audiobooka. po 10 minutach bajka zostala odsluchana, Szkrab chcial wymienic na druga i ”krKR!!!” uslyszalam. patrze, Szkrab siedzi z odtwarzaczem w jednej rece i z klapka od odtwarzacza w drugiej rece: ”zepsiulo sie” mowi ZDZIWIONY!!! ja sie ani troche nie zdzwiliam. to norma.

 

dlatego tez bardzo zdziwilam sie dzis podczas ubierania choinki. ani jedna bombka nie zostala zbita. ok, czesc bombek jest plastikowa (tez moga peknac;)), ale wieksza czesc jest szklana. ja i luby zakladalismy haczyki na ozdoby, chlopcy wieszali i choinke, nie taka wcale mala, ubralismy w pol godziny bez zadnych szkod. co z tego, jak 5 minut pozniej luby dorwal Szkraba z nozyczkami, czyhajacego kolo kabla od lampek ”bo kabel psieskadza!”. no, niechby tak sobie ciachnal….

 

wracajac do rak, ktore lamia, to Szkrab ma ten ”dar”. on probuje delikatnie, spokojnie, ale jakos tak wychodzi, ze prawie codziennie cos musi zepsuc. najczesciej samochody. bo jak Szkrab sie bawi autkiem, opiera sie o nie calym swoim ciezarem… i osie nie wytrzymuja…

dzis w IKEI wybieralam blaty do kuchni, a Szkrab rysowal… co mu dalam olowek, Szkrab ciach, rysik lamal: ”nowy, mamo, nowy!” slyszalam co chwile. w koncu dalam mu dlugopis, po chwil popatrzylam podejrzliwie, bo cisza za dlugo trwala… a tak, Szkrab rozkrecil dlugopis i jego uwage pochlonela zabawa… sprezynka. jak juz ja rozciagnal, poprosil o nowy dlugopis, wiadomo w jakim celu;) wielkie nieszczescie, bo drugiego nie mialam. ale to ni, Szkrab dobra pamiec ma. wrocilismy do domu, po drodze odebralismy Bizona ze szkoly i slysze konspiracyjny szept Szkraba: ”chodz, cos ci pokaze”. odczekalam chwile, zeby Szkrab zaczal pokazywac, bo bardzo bylam ciekawa, co takiego chce Szkrab Bizonowi w tajemnicy przed mama pokazac: ano co ciekawego w dlugopisie siedzi! za cene swietego spokoju, pozwolilam im rozkrecic kazdy lugopis, jaki znalezli. 

o ”latke” w rodzinie nie jest trudno. wiadomo, ze u nas jak cos zepsute, to przez Szkraba;) wyciagnelam ceramiczna figurki do szopki bozonardozeniowej. cudenka zakupione dla mnie przez tescia w Rothenburgu (kto tam byl, wie jakie tam cudenka mozna kupic..): Sw. Jozef, Sw. Maryja z Jezusem, osiolek i baranek. osiolek bez jednego ucha. Szkrab wskazuje na brak uszka a Bizon mowi: pewnie twoja robota! moja???? – szczerze dziwi sie Szkrab. – a czyja? – odpowiada pytaniem Bizon…  az mi sie szkoda Szkraba zrobilo, wiec szybko wyjasnilam, ze urwal to uszko, gdy byl malutkim dziedziusiem, co bylo prawda:)

burza w szkole

znajoma mama rozpetala burze w szkole srodowym e-mailem. okazauje sie, ze w klasie jej corki jest dziewczyna, ktora tak przeszka w lekcji, ze nauczycielka, zamiast skupic sie na innych uczniach, wiekszosc czasu poswieca przeszkadzajcej dziewczynie. przez corka znajomej nie chce chodzic do szkoly, bo denerwuje ja to, ze ani sie skupic na lekcji nie moze, ani uwagi od nauczycielki nie dostaje – uwage dostaje ten, kto na to nie zasluguje. 

wiem, o ktorej dziewczynie mowa, bo dziewcze rzuca sie w oczy: ladna, zgrabna i pyskata. ona rzadzi na podworku szkolnym, ona rzadzi w domu, a jako kare za bycie niegrzecznym rodzice nie daja jej… deseru po obiedzie:/ 10-letniej dziewczynie. jak na 10 lat, dziewczynka jest bardzo wyrosnieta, wyglada na 12-13 i to nie tylko fizycznie; zachowuje sie jak 15-latka.

znajoma troche emocjonalnie podeszla do sprawy, wyslala e-maila do nauczycieli i rodzicow z rady szkoly (ja oficjalnie nie naleze, ale przez to, ze dosc czesto angazuje sie w pomoc w roznych imprezach, jestem na tej liscie e-mailowej i troche przypadkiem tego e-miala dostalam;)). czytajac tego e-maila mamialm wrazenie, ze wina jest nie tylko po stornie dziewczecie, ale i nauczycielki, ktora nie potrafi sobie poradzic z 10-latka. niby nie to znajoma miala na mysli, ale wiekszosc czytajacych tak to odebrala, lacznie z nauczycielka.

nie angazowalam sie w te dyskusje, ale pilnie ja obserwuje, bo u Bizona takim dzieckiem jest Michael – wszyscy sa pod jego wplywem i wlasnie to dziecko dezorganizuje lekcje. chce, zeby skzola zwracala wiecej uwagi na takie dzieci, ale nie podczas lekcji, tylko po i w porozumieniu z rodzicami.

w regulaminie szkoly jest napisane, ze dzieci regularnie dokuczajace innym dzieciom, przeklinajace, dzieci szerzace rasizm, brak kultury i agresje, bede usuniete ze szkoly. 

dzis luby podsluchal dyrektora mowiacego znajomej, ze w sprawie dziewczyny bedzie spisany protokol, co jest ostatnim stadium przed wyrzuceniem ucznia ze szkoly…. nie zeby mi zalezalo na usuwaniu dzieci ze skzoly, ale jakos trudna mlodziez trzeba okielznac. tym bardziej, ze wsrod takiej mlodziezy kreca sie 4 letnie dzieci. 

z piorkiem w d…

poszlismy wczoraj na urodziny Malinci. bylo tak, ze wolalabym dzien z zyciorysu wykasowac…

zacznijmy od tego, ze na przykladzie wizyt u Malinci i Milanka widze jednak korelcje miedzy plcia, zabawkami a jakoscia zabawy. u Malinci zabawki babskie, wiec chlopkami maja zabawe na 15 minut. albo… jak zlapia pilke, to tylko drze, zeby okna nie wybili, jak zlapia zestaw do golfa to tylko nasluchuje czy bedzie brzedek, czy nie (u nas te zabawki sa trzymane na balkonie, bo domu nie pozwalamy pilkami grac), jak dorwa wozek dla lalki to jada tak, ze tylko czekac az podwozie odleci, a lalce glowa odpadnie na skutek wypadku… nie wiem co to jest, czy zabawki, czy zle bioprady (w ktore nie wierze;), ale u moje dzieci u MAlinci nie potrafia sie bawic. tzn. oni sobie zajecie szybko znajduja, ale takie ruchowe, a u Malinci pelno roznych pierdolek jest porozstawianych, ze wlasciwie najlepiej siasc i sie nie ruszac. dla moich chlopakow – mission impossible;) 

u Milana jest inaczej – zabawki typowo chlopiece, w wielkiej ilosci, za to srodek pokoju wolny, dekoracje tylko na scianach, nawet firanek nie ma (jak u nas), wiec mozna przez okno spokojnie powygladac, mieszkanie urzadzone w naszym stylu – tzn. jest czym oddychac, jest gdzie bezpiecznie pobiegac, poskakac, zuzyc energie, nawet gdy spotka sie 3 muszkieterow.

i dlatego, gdy pojdziemy w gosci do Milana, ja z Magda moge przez pierwsza godzine pogadac, wypic kawe i nie wiemy, ze dzieci mamy. U Malinci kawy sie zrobic nie da, a co dopiero ja wypic, czy pogadac. Pogadac to mozna w tym stylu: ”uwazaj, bo upadnie’, ”siadz”, ”nie skacz”, nie stlucz’, ”dobra, idziemy do domu”. Po godzinie u Malincie jestem psychicznie zmaltretowana..

i tak, czesc winy jest z pewnoscia po stornie moich dzieci, ktore sa jak z piorkiem w d… trudno im usiedziec. ale z drugiej strony, zastanawia mnie to, dlaczego u nas w domu, u Milana, u tesciow, u szwagierki, chlopaki az takiego wsciku nie dostaja, tylko u Malinci????

wracajac do wczorajszej imprezy, najpierw Szkrab byl nie w humorze, wszystko go irytowalo, wiec co chwile wlaczal syrene. Jak Szkrab sie wywyl, Bizona cos sieklo i zaczal koncertowac. i nie wytrzymalam. nie dosc, ze ryknelam (jak mi glupio…), to jeszcze Bizona za ucho zlapalam i na korytarz wypchnelam, zeby go juz nie slyszec. potwornie sie z tym czuje, bo ciagniecie za ucho nie jest moja metoda wychowawcza, a poza tym, Bizonowi troche dostalo sie Szkraba, ktory juz mnie najezyl. do tego mama Malinci widzac co sie dzieje wkracza do akcji z: goraco zupa, NIE, DZIEKUJE, z jogurtem pitnym, NIE, dziekujemy, bo my teraz do ladu dochodzimy.

w koncu po godzinie troche sie uspokoilo, chlopaki wtrzachnely muffinki i z pol godziny spokojnie sie bawily. juz mialam ich pochwalic, kiedy piekielko znow sie zaczelo. zadecydowalam wiec wymarsz. i juz bylismy w przedpokoju, prawie ubrani, prawie gotowi do wyjscia, gdy Szkrabowi nagle odbilo i wykonal ostatni skok. niefortunny, bo uslyszelismy glosny brzdek… Szkrab zbil szklany stolik. nie wiem jak on to zrobil. na szczescie pozniej okazalo sie, ze mama Malinci i tak juz chciala sie stolika pozbyc, ze stary, niepotrzebny, ale jakos tak go nie wyrzucali i Szkrab rozwiazal problem. ale i tak sie wscieklam. znow sie wydarlam i takie to oto urodziny urzadzilismy Malinci.

zaproponowalam, zeby mama Malinci nowy stolik kupila, a nam rachunek dala (na szczescie mamy ubezpieczenie na wypadek szkod wyrzadzonych przez nasze dzieci;)), ale ona nie chce o nowym stoliku slyszec… moze i dobrze, bo i tak stolikow, stoloczkow u nich pelno na kazdym kroku…

dlugo tam moja noga nie postanie. mama Malinci jest fajna kobieta, ale jej dziecko jest zwyczajnie flegmatyczne i oni moga 1001 drobiazgow porozstawiac, miec mieszkanie w stylu starej babci z procelana, szkielkami i krysztalkami i one beda stac nietkniete. moje chlopaki maja piorka w d…, na dodatek sie wzajemnie nakrecaja i nie dla nich salony. 

po tym wszystkim poszlismy odreagowac na impreze swiateczna przy biurze konsultacyjnym. i to juz zupelnie inna historia. chlopaki spotkaly znajome dzieci ze szkoly i przedszkola, byly kaciki do robienia ozdob choinkowych, pieczenia ciasteczka, ”chlopskie” zabawki i duzo przestrzeni (choc tlumy przybyly). zabawilismy tam 2.5 godziny i nie wiem, kiedy czas nam minal;) pozniej fitness i troche odreagowalam. ale i tak kaca moralnego mialam, zwlaszcza przez to ucho Bizona…. dobrze, ze i luby (dobrze zna nasze dzieci) i mama M. dali mi rozgrzeszenie.

 

 

i znow lekcja

dzis po raz kolejny dostalam lekcje, ze dzieci do pewnych spraw, zachowan, rekacji dorastaja. i nie trzeba nic na sile, ale albo odpuscic albo delikatnie stymulowac.

po wczorajszym szczepieniu Szkrab w nocy goraczkowal, rano tez jeszcze jak piec, skarzyl sie na ramie. wyrodna matka nie dala paracetamolu, zeby organizm walczyl, za to tv wlaczyla, zeby dziecko spokojnie swoje odchorowalo. do przedkszola zadzwonilam, ze Szkrab nie przyjdzie – zadzwonilam juz rano, choc dzis Szkrab ma na popoludnie, od 13.00- 15.30. 

kolo poludnia goraczka Szkrabowi przeszla, pojadl nalesnikow i gdy nadszedl czas odwiezienia Bizona po lunchu do szkoly, Szkrab z niepokojem spytal, gdzie jego plecak z piciem i owocem. nie ma, dzis nie pojdziesz do przedszkola – odpowiedzialam. myslalam, ze Szkrab zatanczy z uciechy (rano mu wspomnialam, ze jak tak zle sie czuje, to zostanie ze mna w domu, ale widac zapomnial), a Szkrab zly! wscieklo sie dziecko, bo chce isc do przedszkola! dopytalam, czy aby nie zmieni zdania. nie, Szkrab lubi ”psiedskole”. ok, jak lubi, to szybko picie przygotowalam, owoc dolzylam i dawajze pedalowac. najpierwsz szkola Bizona, tam musimy byc na 13.00, pozniej przedszkole, gdzie przyjezdzamy 10 minut spoznieni (juz na poczatku wyjasnilam, ze nie moge byc w dwoch miejscach o 13.00;)), Szkrab zdania nie zmienil, szybko mi pomachal i poszedl do koleczka:)

szczeka mi opadla. 

luby tez uwierzyc nie mogl:)))

tak oto moj maminsynus polubil przedszkole:) ciesze sie. 

i po co ja sie martwilam…

oby tak dalej

Bizon poparadowal do szkoly w okaularach i stal sie atrakcja dnia:) dzieci go ogladly, pytaly, dlaczego ma okulary (dla szpanu – zartowal pozniej do mnie luby), czy moga przymierzyc, czy lepiej widzi, itd. czyli pozytywnie. 

nie wiem jak dokladnie poszlo z Michalelem i jego nieodlacznym kumplem Wisalem, bo Bizon szczegolow nie chce opowiadac. ale powiedzial cos, co mnie zaskoczylo pozytywnie. nasze wysilki moze zaowocuja…

od kilku dni, przed snem nie ma czytania ksiazek, ktore moich chlopakow zamiast uspic, pobudzaja;), ale sa opowiesci z palca mamy wyssane:) gasze swiatlo, jeden chlopczyk po lewej, drugi po prawej, a matka bajdurzy. a o czym? o Jasiu, Adasiu i Kasperku. i Kubusiu, bracie Jasia. Wymyslam bajki pod katem naszych dziennych ”problemow”. np. Bizon stwierdzil ostatnio, ze juz na skrzypcach nie chce grac, tylko na perkusji. i na nic tlumaczenia, ze na perkusje jest jeszcze za maly, zeby najpierw sie na skrzypcach dobrze nauczyl, to pozniej jak podorosnie moze na kontrabasie, a pozniej dopiero na perkusji… nie i juz. w koncu Kaceprkowi z mojego bajdurzenia zamarzylo sie granie na trabie, napisal list do sw. Mikolaja, zeby mu przyniosl trabe, ale Sw. Mikolaj podarowal Kacperkowi flet… a w liscie od Sw. Mikolaja bylo wyjasnienie, ze na trabe Kacper musi jeszcze poczekac, urosnac i najpierw nauczyc sie dmuchac porzadnie w flet. jak Sw. Mikolaj zobaczy, ze Kacper potrafi grac na flecie, to podaruje mu klarnet, a pozniej jak juz bedzie mial dobrze rozwiniete pluca, przyjdzie czas na trabe. Bizon sam wysunal wniosek, ze to tak jak z nim, skrzypcami i perksuja – jak bedzie mial silne ramiona od gry na skrzypcach i kontrabasie, to przyjdzie czas na perkusje:D 

podobna bajeczke wymyslilam o sportach, o dokuczaniu w szkole, o relacjac braterskich, o pomaganiu mamie…. 

dzis Bizon powiedzial, ze wytlumaczyl Michaelowi i Wisalowi, ze filmy jakie oni ogladaja nie sa dobre, ze playstation wcale takie madre nie jest, ze z ksiazek mozna sie duzo wiecej nauczyc… no, powymadrzal sie:DDD a ci dwaj… ponoc sluchali  i jedne nawet zaprosil Bizona do siebie do domu i obiecal, ze nie bedzie mu dokuczal:DDD

coz, co do wizyt, to nie bardzo jestem przekonana, ale pochwalilam Bizona, ze tedy droga: nie oko za oko, nie banie sie, tylko przyjazna postawa, rozmowa. wiem, ze to sie jeszcze wiele razy poodmienia, ale i tak, ciesze sie, ze mam takiego madrego Bizonka:)

__________________

ze Szkrabem bylam dzis w biurze konsultacyjnym. dowiedzialam sie, ze nie mam dawac mu miodu (raz dziennie pol lyzeczki do soku z cytryny mu daje…), bo tuczy, a Szkrab ponoc zagrozony. Szkrab dobrze sobie wyglada, ale to dlatego, ze jest grubej kosci, ma leb jak sklep;) na dodatek jest dosc wysoki, wiec jak on ma malo wazyc? wazy 2 kg wiecej od Bizona, dokladnie 19 kg, jest 4 cm nizszy od Bizona (107cm), ale Bizon jest chudy. 

Bizon byl wazony w poniedzialek i jego bmi= 14.4, a dolna granica dla dzieci w jego wieku to 14.1. Czyli Bizon jest bliski niedwagi (czym sie w ogole nie przjemuje, bo znow, bmi i tabelki nie biora pod uwage budowy dziecka, a Bizon jest drobniutkiej kosci w przeciwienstwie do braciana). Jesli Szkrab jest tylko 2 kg od niego ciezszy i 5 cm nizszy, a na dodatek grubej kosci, to ja nie rozumiem, gdzie ten  problem z czyhajaca nadwaga.

popatrzylam na centyle – pani doktor straszyla mnie, ze Szkrab ma tendencje wzrostowa, ale to bzdura (az zaluje, ze nie przyjrzalam sie lepiej u niej w gabinecie!!!), bo kiedy Szkrab sie urodzil ”lezal” i ze wzrostem i waga na najwyszej linii, a teraz ze wzrostem dalej blisko gornej linii, ale z waga jest pomiedzy gorna a srodkowa linia. czyli raczej tendencja w dol, a nie w gore.

miod dalej bede dawac, a wiecej ruchu wprowadze. bo Szkrab tak jak ja, na zime ladnie przybiera. choc ja w tym roku wyjatkowo wage utrzymuje – to pewnie starosc;)

jutro debiut okularowy

jutro Bizon pojdzie do szkoly po raz pierwszy w okularach. i jakos sie z lubym stresujemy… a glownie przez tego Michaela, o ktorym juz kiedys pisalam. 

Bizon, gdy sie okazalo, ze bedzie nosil okulary, nie mial nic przeciwko – pdoszedl do tego jak do noszenia czapki w zimie, jak trzeba, to nosze. ale pochwalil sie kolegom w szkole. i jeden z jego najblizszych kolegow zaczal sie smiac:/ no tak, za tym kolega jakos tak strasznie nie przepdam, bo bedac u nas z wizyta potrafil nazwac Bizona idiota i zakomunikowac, ze nie jest juz przyjacielem Biozna… ale coz, zabawa im sie udaje, wiec dopoki sie lubia, ja nie ingeruje. a wracajac do okularow, to Michael i jego nieodlaczny asystent Wisal, tez juz kpili, bo w sobote, gdy okulary odebralismy Bizon oznajmil, ze do szkoly ich nie bedzie nosil, bo Michael i Wisal beda sie z niego smiali. kurcze… cisnienie mi skoczylo. ja wiem, ze zdarzaja sie sytuacja, ze przezywaja dzieci od okularnikow, ale pamietam tez, ze w mojej klasie bylo 3 dzieci w okulrach i nie byly wysmiewane, mimo czasow, w jakih zylismy (kiedy odmiennosc nie byla tak latwo tolerowana jak dzis), te dzieci w okularach po prostu byly. i nikt ich nie wysmiewal.

staram sie siebie uspokajac, ze nie bedzie zle, tlumaczymy Bizonowi, ze Michaela ma olac, bo on tylko Bizonowi zazdrosci, w rozne struny uderzamy, rozne argumenty wysuwamy i rozne kontrataki przeciw Michaelowi Bizonowi podsuwamy, zeby Bizon potrafil sie slownie obronic.

zla jestem, ze obecnosc takiego dziecko jak Michael tak wplywa na moje dziecko:/  a pozniej kto obrywa? ja. bo Bizon przeciez musi odreagowac… 

 

****************

wczoraj luby pomalowal nasza okropnie bordowa sciane (ulubiona lubego;)) na grantowo-stalowy metalik. balam sie tego koloru, bo ciemny, mroczny, ale ten matelik ladnie go ozywia. pozostale trzy sciany sniezno bilae, sufit tez, super. przydalo by sie lampe na jakas srebrna, nowoczesna wymienic, ale chyba juz nas nie stac po tym remoncie:/ trudno. i tak jestem zadowolona.

***********

edycja: o maly wlos nie doszloby do debiutu… Bizon tak sie przewrocil na rowerze, ze podejrzewano wstrzas mozgu:/ wylecial z roweru jak z procy, bo jechal dosc szybko, a trafil na wyboj. wyszlismy na chwilke, a spacer, korzystajac, ze deszcz nie pada… nawet komorki nie wzielam. luby dokanczal malowanie, wiec bylam sama z chlopakami, z rowerkami. nie mialam jak zadzwonic po lubego, ale na szczescie bylismy blisko mojego fitness-clubu, wiec tam pobieglam zadzwonic po lubego, bo Bizon nie mogl isc, tak go glowa bolala:/ 

okazalo sie, ze to chyba szok i adrenalina tak go siekly, bo po kilku godzinach, biegal ze Szkrabem po calym domu, az sie denerwowalam, ze zaraz z nastepnym delikwentem bede jechac do szpitala:/  zaraz pojde Bizona budzic, bo co godzine mamy go ze snu wybijac, zeby kontrolowac, co sie w glowie dzieje. do szkoly go puszcze, ale powiem nauczycielce, zeby dzwonila, gdyby Bizon skarzyl sie na bol glowy. az mi sie wlos na glowie jezy, ze to dopiero poczatek harcow naszych chlopakow, ze jeszcze wieksze akcje pewnie nas czekaja.