o kartkach

swiatecznych kartkach, ma sie rozumiec;) jako praktykujaca katoliczka, osoba, ktora nie patrzy na Boze Narodzenie przez pryzmat gadzetow, ale wiary, mam problem z kartkami swiatecznymi. nawet przeszla mi przez glowe mysl, ze jestem dyskryminowana pod tym wzgledem, bo ja nie chce kartek bozonarodzeniowych z: misiami, pieskami, gwiazdorami, prezentami, bo one z Bozym Narodzeniem nic wspolnego nie maja. kartki z rozczulajaca sceneria zimowa, typu dzieci na lodowisku, czy balwanek, to ja moge wyslac z okazji zimy, ale nie z okazji Bozego Narodzenia. znow okazuje sie, ze jestem wymagajacym (albo wybrednym, kapryszacym,trudnym i upierdliwym) klientem. bo ja chce LADNA kartke ze stajenka, zlobikiem, Sw. MAryja, Sw. Jozefem i dzieciatkiem Jezus. podkreslam LADNA. bo owszem, tutjeszy ksiadz sprowadzil z Polski typowo religijne kartki w stylu kiczowato-koszmarnym, ktorych w zyciu nie kupie. w Polsce pewnie wybor kartek o tematyce typowo Bozonarodzeniowej szerszy, ale tutaj komercja wypiera narodziny Jezusa. tu z kartki swiateczny pies w czerwonej czapce z dzwoneczkiem szczerzy do mnie kly, i kapie mu slina. no, juz czuje te swieta, jak patrze na tego psa. 

pociagalam biednego Szkraba po sklepach w poszukiwaniu takich kartek, jake chce, w nagrode za dobre sprawowanie zaprosilam go na kakao z bita smietana, Szkrabowi wlasnie sie odwidzialo i bitej smietany dzisiaj nie lubi, wiec ja sie nie utuczylam, bo akurat tylko dzis, gdy mam pms-a takie rzeczy mi smakuja. i kiedy spalaszowalam te bita smietane, olsnilo mnie, ze kartki religijne moge znalezc w sklepiej o tematyce religijnej. i rzeczywiscie, po przysiedze zlozonej Szkrabowi, ze to juz ostatni sklep, zajzalam do sklepu protestanckiego. bingo. znalazlam. kiedy jednak spojrzalam na cene, przeszla mi przez glowe mysl: to jest dyskryminacja. bo 1 ladna kartka bozonarodzeniowa kosztuje tyle samo co pakiet 5-ciu kartek z pieskiem w czapce badz z balwankiem. 

policzylam w glowie wiec szybko tych, ktorych wiem na 100%, ze piesek w czapce by zbulwersowal (przeciez nie wysle go zaprzyjaznionemu ksiedzu z Niemiec;)) i dla tych przyjaciol i czlonkow rodziny kupilam kartki 100% bozonarodzeniowe. a teraz licze osoby, ktore na widok zlobka i Jezuska usmiechna sie z politowaniem, dla nich bedzie pakiet ”wesolej zimy”, dla pozostalych przyjaciol, ktorzy nie sa takimi maniakami religijnymi, jak ja, beda tematyka choinkowo-bombkowa. dobrze, ze jeszcze choinki i bombek nie wyeliminowano z tematu Swiat Bozego Narodzenia.

 

to tyle o kartkach.

poza tematem dodam jeszcze, ze dni cyklu liczyc nie musze: kiedy zaczynam palaszowac chlebo 21.00 wieczorem, wiem, ze lada dzien zaczne nowy cykl – hurra;) ma pan majster szczescie, ze sie dzis zmyl, bo chyba bym pogryzla. luby wlasnie przemalowuje chmurki, ktore jednak nie trafily w nasze gusta.

 

co z tymi swietami?

na swieta do Polski nie jedziemy. to dawno temu postanowione. ale… po swietach chyba pojedziemy… 

nie mam najmniejszej ochoty, ale: luby niesmialo wspomina, ze moze by jednak (tak, po 6 latach malzenstwa maz potrafi mnie zaskoczyc!), dzieci juz opowiadaja, jak top bedzie fajnie skakac z drzewa do sniegu, tak jak w zeszlym roku (w zeszlym roku Bizon nauczyl sie wdarapywac na orzecha rosnacego pod domem rodzicow i wskakiwac w zaspe sniegu, ktory luby odgranal z wjazdu do garazu), a moj brat… moj brat ma depresje i mailaczy mi w sluchawke, ze smutne beda swieta bez dzieci. 

zgodzilam sie przede wszytkim ze wgledu na brata. zeby pretrwal jakos ten grudzien. a nic tak nie pomaga na przetrwanie, jak oczekiwanie na cos, na kogos. nie mam z bratem najlepszego kontaktu, ale jaka ta bratersko-siostrzana milosc we mnie tkwi i mam nadzieje, ze nasz przyjazd, ten zgielk, chaos i wariactwo, ktore z nami wchodza do domu rodzicow, jakos brata rozruszaja, choc na kilka dni. moze zbiore sie w sobie pogadam z bratem. tylko jak? jak rozmawiac z czlowiekiem, z ktorym nigdy nie potrafilam rozmawiac?

 

Bizon nie wiedzial, ze swieta spedzimy w Holandii – nie wiedzialam, jak mu to powiedziec, bo tak sie cieszyl na wyjazd do babci. dzis Bizon jednak prrzyszedl zmartwiony: czy my bedziemy miec choinke? pewnie, ze bedziemy miec! odpowiadam zdzwiona jego pytaniem. na to Bizon mowi, ze myslal, ze nie bedziemy miec choinki, skoro na swieta jedziemy do babci i dziadka, a tam tez jest choinka. w koncu go uswiadomilam, ze swieta spedzimy w domu i ze choinka bedzie. a do babci i dziadka pojedziemy po swietach. obydwie wiadomosci bardzo Bizona ucieszyly.

 

Szkrab idzie rano do lazienki, powloczac nogami: ”taki jestem slaby, chyba mam serce chore, ziarazilem sie od babci” – mowi skomlacym glosem…

mikolaj za nami

w sobote odprawilismy mikolaja z tesciami i szwagierka. i mimo ze warczalam na lamanie tradycji przez szwagierke, to jednak ucieszylam sie w koncu z okrojonej formy tegorocznego swietowania, bo zwyczajnie nie bylam w formie (remont i wiazacy sie z nim balagan, kurz i codzienne proby ogarnania tego chaosu sa bardziej wykanczajace niz 2 godziny fitnessu:/) i jakos bez serca podeszlam do tegorocznych mikolajkow. 

wylosowalam lubego i tesciowa. lubemu kupilam karte na lodowisko, 12 wejsc, coby siedzac przed tv i wcinajac czipsy, nie narzekal, ze mu tylek rosnie (bo mimo ze szczuply, to narzeka…). tesciowej szklanki z podwojnego szkla do herbaty. luby mial tescia i mnie – tesciowi podarowalismy lampe do przyczepienia przed domem. i po jednym prezencie przesmiewczym. moj prezent juz widzialyscie – wzbudzil zachwyt szwagierki i tesciowej:-) domyslily sie, ze sama sobie prezent wybralam. grunt, ze sponsor placic chcial;)

Bizon dostal wymarzone lego policyjne, dwa dni budowalismy:-) i laptopa… taaa. nigdy nie mow nigdy. ja, przeciwniczka sadzania maluchow przed komputerem, sama Bizonwoi tego laptopa wybralam;) nie jest to jednak prawdziwy laptop, tylko do nauki czytania, pisania, liczenia i czwiczenia logicznego myslenia. czyli lapotop z grami. przekonalam sie do niego m.in. dlatego, ze Bizon bardzo rwie sie do pisania (skladania literek w slowa), a ja jakos nie potrafie go tego nauczyc, a na dodatek Szkrab zwyczajnie nie daje nam tak na spokojnie posiedziec i popisac. liczenie tez jest wielkim hobby Bizona, wiec bedzie mial pole do popisu, bo w komputerku jest wiele zadan matematycznych. Bizon byl wniebowziety:-) to i ja:)

 

Szkrab ma bzika na punkcie lokomotywy-Tomka, zwanego u nas Thomasem, wiec dostal dwa zestawy klockow z mostami, dzwigiem, wagonikami, drewnem, weglem do zaladowywania i wyworzenia. i nowego Thomasa, ktorym w calym tym klockowym ”dobrobycie” Szkrab najbardziej sie ucieszyl.

 

jutro jeszcze swietowanie w szkole i w przedszkolu i koniec z tematyka mikolajowa, zacznie sie temat ”swieta bozego narodzenia”. 

a, wracajac do prezentow mikolajkowych, najlepszym prezentem, jaki dostalam, byl dzisiejszy poranek – pospalam do 10.30:-) snem niedzwiedzia – glebokim, nieprzerywanym. jaki to luksus, gdy sie ma male dzieci… 

 

 

majster najmadrzejszy!

mam remont na calego. mial byc tylko sufit, ale lubemu zamarzyla sie jedna gladka sciana, a mi nowe parapety w wypoczynkowym i w kuchni. bo stare byly z drewna i mimo, ze juz je kilka razy szlifowalismy, malowalismy i probowalismy upiekszyc, to dalej straszyly staroscia. chcialam parapet ”taki jak ma moja mama”:) nie wiem, z czego ona to ma, myslalam, ze z gotowej plyty, cos w stylu sklejki ”czyms-tam” oklejonej. a za mam bzika na punkcie parapetow, to do kogo pojde, przygladam sie parapetom, z czego zrobione, jak umocowane, jak wykonczone. i w nowych mieszkaniach nigdzie nie widzialam drewnianych parapetow, tylko wlasnie takie ”plytowe”. i do glowy mi nie przyszlo, ze majster pomysli o drewnie! a tu majster zaczal przebakiwac o drewnie. ja od razu na NIE. majster powiedzial, ok, zrobimy z plyty. i na tym stanelo. ale najpierw majster mial sie zajac sufitem. i tu po raz pierwszy mnie sieklo: majster zrobil mi sufit chmurkowy, takie ”bochomazy” cementowe. kurcze, wydawalo mi sie oczywiste, ze skoro stary sufit byl w miare gladki, skoro ja nie zaznaczylam, ze chce jakis udziwniony, to majster zrobi mi wersja najnormalniejsza, czyli gladka. a tu… chmurki. wyrazilam zdziwienie, a majster na to (po 3 dniach pracy – place za czas, nie za robocizne), ze on moze mi ten sufit od nowa zrobic, ale do takiego gladkiego musi inna gladz kupic. kurcze!!! i co, ja za ta gladz i kolejne godziny pracy bede placic, tak? gdyby majster nie byl Polakiem, gdyby nie byl milych facetem (bo jest bardzo sympatyczny), to bym mu wyrabala prosto w oczy, co o tym mysle. a ze z majstrem troche sie nasza rodzina polubila, to glupio mi teraz tak kawe na lawe. majster mi jeszcze mowi, ze dwa razy komus w Holandii zrobil gladki sufit, a ci byli niezadowoleni i chcieli te chmurki, wiec on myslal, ze i mi sie spodobaja. kurcze, zezloscilam sie, bo to ze komus sie cos podoba, nie znaczy, ze ja to chce miec. ale podarowalam te chmurki, bo zle nie wygladaja. 

historia z sufitem i opowiesci remontowe mamy (np. majstrzy polozyli szara fuge, bez pytania mamy o zdanie, a ona chciala biala! jak zaczela marudzic, to sie prawie obrazili, wiec mama juz nie smiala sie przy bialej upierac i ma szara, ktora jej sie nie podoba), uzmyslowilam sobie, ze majstrom trzeba wszystko samemu klarowac, kawe na lawe, bo oni sami nie racza zapytac, a nawet jak juz sie cos uzgodni, to trzeba dopilnowac, zeby napewno bylo tak, jak uzgodnilismy. myslalam, ze nasz majster zrozumial, ze o drewnianych parapetach nie chce slyszec. wczoraj pytam, czy juz zamowil te plyty na parapety, a on znowu, ze nie zamawial, bo kupi deski w Hornbachu. jak sie wkurzylam. znowu tlumacze, ze drewniane parapety juz mialam i nie ma mowy, wiecej nie chce. no to marmur, mowi majster. nie chce marmuru!!! dziecko walnie mi w marmur drewnianym autkiem, marmur sie ukruszy i bedzie po elegancji. chce plyte, tak jak moja tesciowa, mama, sasiadka i inne znajome. a majster sie krzywi… w kuchni ok, ale w wypoczynkowym parapet jest w ksztalcie trapeza i bedzie problem z przycieciem, z dopasowaniem… kurcze, jak jestes majster, to ja nie chce o problemach slyszec – ja mowie, co chce, a ty to robisz!!!!

i po raz kolejny wspomnialam pana Marcina, ktory tak perfekcyjnie zrobil nam lazienke, o Niemcach, ktorzy tak idealnie nam okna zrobili… ja powybieralam co chcialam, jesli czegos nie dalo sie zrobic, to nie slyszalam, ze to problem, tylko, ze po prostu tego w tym domu sie zrobic nie da, ale jest takie i takie rozwiazanie, sa takie mozliwosci. a tu majster mozliwosci mi nie daje, on ma tylko jedna wizje: drewno. NIE!!!

pojechalam z lubym do sklepu budowlanego, wypatrzylam plyty, wypytalam jak je sie instaluje, wrocilam do majstra, mowie, ze takie i takie plyty chce, ze tak i tak sie je przykleja i koniec, to chce. majster pojechal ze mna. oglada te plyty, krzywi sie i ciagle tylko, ze to niesolidne, ze bedzie nieladne, ze on mi drewno tak samo pomaluje… w koncu mowie, a jakie parapety w Stanach robiles? bo majster pracowal kilka lat w Stanach, a ja nie wyobrazam sobie w amerykanskich willach deskowych parapetow. majster zaprowadzil mnie do marmuru. dobra. przekonal mnie, marmur mi sie spodobal, zapomnialam o trwalosci, juz sie prawie zgodzilam, ale… nie ten kolor! czarny albo piaskow-zoltawo-rozowawy. a my pokoj mamy w chlodnych tonacjach: sciany biale plus grantowo-stalowy metalik, duzy w obraz w ramie grantowo-stalowo-metalicznej, okna biale, dywan granatowy, ni jak mi tam piasek-zolc czy czern pasuje. bialy badz jasno szary. nie ma. pojechalismy do sklepu z naturalnym kamieniem. jest bialy. ale tan bialy marmur wyglada dokladnie tak samo sklejka na parapecie moje mamy, a jest 5 razy drozszy! 

w koncu kupilismy do kuchni sklejke – majster z lubym razem je zamontowali i w koncu gdy majster zobaczyl ma radosc, gdy zobaczyl jak ta sklejka ladnie wyglada, dal sie przekonac. jutro ma przyciac sklejki na parapet do wypoczynkowego.

tak sie rozpisalam, ale kiedy juz siadlam, to za glowe sie zlapalam! obcy czlowiek, ktorego wynajmuje do roboty w MOIM domu, chce mi dyktowac, jak mi ten dom wyremontuje! jaki mam miec sufit, jakie parapety!!! 

tych rzeczy jest wiecej, bo w kuchni wymieniamy tez blaty, kazalam usunac jeden kaloryfer,, zeby zrobic miejsce na jeszcze jedna szafke i czego nie tkniemy, to majster chce po swojemu! wiec stoje jak ten wilczur, waruje, pilnuje i warcze. 

majster ma juz czasmai dosc. a ja nie ustepuje, bo to moj dom i on ma tak go zrobic, jak ja chce. 

pytam lubego, czy to ja taki trudny klient jestem, czy to ja mam az takie kosie w nosie, ale luby smieje sie i mowi, ze moja trudnosc polega na tym, ze dokladnie wiem, czego chce. ale to chyba dobrze???

relaks lubego

– musze sie troch odprezyc – oznamil luby, gdy zboje juz padly (a daly dzis czadu…)

po czym luby odpalil laptopa i zabral sie do korekty podsumowania doktoratu swojego studenta…. to sie nazywa pasja. zazdroszcze lubemu, bo ja nawet, gdy swoj doktorat w weekendy podpedzalam, bylam podirytowana, ze nawet w weekend musze mozgownica ruszac, zamiast oddac sie blogiemu lenistwu. a luby z taka przyjemnoscia pisze, przepisuje, analizuje, poprawia…. ciesze sie, ze lubi ta swoja prace.

 

a ja w piatek dostalam propozycje pracy. 3 dni w tygodniu, firma biotechnologiczna, moga poczekac do wrzesnia. stanowisko troche ponizej mojego wyksztalcenia, ale to akurat mnie by zadowalalo, bo jednak od 5 lat nie pracuje i troche doswiadczenia by mi  sie przydalo zdobyc, zaczynajac na zanizonym poziomie. a jednak… jest jeden wielki minus: codzienne dojazdy okolo 1.5 godziny w jedna strone. czyli 3 godziny tam i z powrotem. nie odmowilam, poprosilam o czas na zastanowienie. jutro dzwonie do mojego promotora, ktory juz jakis czas temu mopwil lubemu, ze o mnie pamieta – chce sie spytac, czy mam jakies szanse na prace w naszej miejscowosci. promotor ma ”macki” wszedzie, wiec chyba mi podpowie, co robic;)

o gilach i reszcie

 Nie wytrzymalam i podrzucialm dzis chlopakom ”Dzieci z Bullerbyn” (niby ze zwarte piet wrzucil przez okno… – wiedzialam, ze nie wytrzymam do adwentu:/). a tam… o gilach. dzieci z Bullerbyn karmily wroble i gile. jak to chlopaki uslyszaly, zaczely chichotac, ja nie wiem o co chodzi. wacham, czy ktos cos niecos puscil, bo ostatnio fizjologia na fali, ale nie. no to z czego wy tak rzycie, pytam. z gili:) a tak, moim chlopcom gile kojarza sie tylko z wydzielina z nosa. o jak sie smiali. ja tez, ale nie z gili, tylko  moich dzieci:)

 

po obiedzie Bizon z duma mowi, ze az dwa talerze zjadl. ja bardzo oburzona, wymachuje palcem, zeby mi talerzy wiecej nie zjadal, bo nie mam pieniedzy na nowe! chlopaki na chwile zdebialy, ale szybko zobaczyly, ze oczy mi sie smieja i zalapaly zart. 

 

lubie z posmiac z tymi moimi dziecmi. ale ostatnio jakos tak nerwowo. Bizon jest pod wplywem nieciekawego chlopca ze szkoly. niby ma dwoch przyjaciol, madrych, fajnych chlopcow. ale jest taki jeden Michael, postrach klasy, ktory opowiada durnoty o duchach, potworach, zjawach i innych bzdetach, zastrasza dzieci, od kolegi Bizona dowiedzialam sie, ze grozil Bizonowi, ze jego tato stlucze Bizona na mus jablkowy, sam Bizon przynal sie, ze Michael odgrazal sie, ze przyjdzie na urodziny Bizona i wszystko zepsuje (uspokoilam Bizona, ze nieproszonych gosci zamykamy w piwnicy), powiedzial tez, ze zaproszonej do siebie na urodziny Adzie (narzeczona Bizona) bedzie dokuczal, i tak non stop Bizon przynosi nowe historie albo dowiaduje sie od mamy przyjaciela Bizona. Michael bije dzieci, wyzywa… i nic w tym dziwnego, to jest to dziecka, ktorego tato bije mame, dopoki krew jej z nosa nie pojdzie, tate, ktory jest uzalezniony od gier komputerowych, tate, ktorego sam panicznie sie boi. swoj strach musi odreagowac – robi to w szkole, wyzywajac sie na innych dzieciach. a Bizon na kim sie wyzywa? na nas. ciezka to praca dla mnie i lubego. na poczatku, gdy nie wiedzielismy o co chodzi, reagowalismy ostro, byly kary i wysylanie do swojego pokoju. ale odkad wiemy skad sie wzielo upierdliwe zachowanie Bizona, probujemy z nim codziennie o tym rozmawiac, zapewniac go, ze jest bezpieczny, ze mama i tato zawsze przy nim sa, ze Michael tylko tak obie gada, zeby nie sluchal Michaela, tylko swoich bliskich przyjaciol. rozmawialam z innymi mamami i ich synowie maja podobnie:/ a nawet gorzej, bo np. boja sie sami wstac w nocy do toalety, snia im sie koszmary, Bizon tez niespokojnie spi, choc na to nie zwrocilam uwagi, bo u nas to toche norma, ze dzieci zamiast w nocy spac, spaceruja;) odkad wiemy, gdzie lezy pies pogrzebany, wyciagamy z Bizon newsy o Michaelu i wlos sie czasami na glowie jezy, co to dziecko opowiada. ja, luby i kilkoro innych rodzicow zglosilismy to nauczycielce Bizona, ta rozmawiala z Michaelem, z rodzicami Michaela i ci maja ”cos z tym zrobic”… zobaczymy.

powrot do okularow

poszlam z Bizonem do okulisty, bo czesto tarl oczy. wczesniej lekarz rodzinny podejrzewala alergie, ale testy ja wykluczyly. i pani doktor nie wiedziala co zrobic. podsunelam pomysl, ze moze Bizon ma wade wzroku. lekarka niedowierzala, ale gdy powiedzialam, ze w wieku 2.5 roku w Niemczech zdiagnozowano u niego nadzwzrocznosc i astygmatyzm, lekarka zgodzila sie zbadac mu wzrok. niestety, byly podstawy by wyslac Bizona do okulisty. dzis porzadnie go przemaglowano i wynik… dla mnie smutny. +5.5 na prawe oko, +3.5 na lewe oko. smutny, bo nikt z nas nie ma wady wzroku, czyli to raczej nie jest dziedziczna wada wzroku, wiec co, zaniedbalam dziecko??? czuje sie winna, bo gdy Bizon mial 2.5 roku mial nosic okulary, ale on ich nosic nie chcial i swietnie wszystko widzial. poszlam wiec z nim do innego okulisty i ten poradzil, zeby darowac sobie te okulary… ze przepisane sa z pewnoscia za mocne, ze rozleniwia oko, ze niby wada wzroku jest, ale slaba, wiec niech oko sobie pracuje i sie samo rozwija. zaufalismy opinii nr 2. na dodatek Bizon mial sprawdzany wzrok na bilansie 3.5 latka i wszystko wydawalo sie byc ok!!! a tu znowu okulary. no nic, gorsze dolegliwosci ludzie maja…

Szkrab dzis padl – goraczka go dopadla, cale popoludnie przespal i wstal juz w lepszym stanie. pomagal nam odgruzowywac stolowy, ktory luby cale popoludnie i wieczor zagruzowywal, zdzierajac stary sufit. w poniedzialek przyjedzie polski majster i razem z lubym beda klasc plyte gipsowa. ciesze sie, ze nasz polski budowniczy poprosil lubego o pomoc, bo bedzie taniej, a przy okazji luby czegos sie nauczy i moze za jakis czas w stolowym nowy sufit sam polozy.

 

A ja powoli panikuje, bo nie mam pomyslow na prezenty mikolajowe, a na dodatek choroba tak mnie oslabila, ze najchetniej to bym tylko siedziala. nie znosze siebie w takim rozmemlanym stanie. posiedziec to sie zbyt duzo nie da, ale bieganie po sklepach w poszukiwaniu prezentow to sotatnia rzecz na jaka mam ochote. pod tym wzgeldem jestem bardzo niekobieca – nie znosze bieganie po sklepach.

 Ja dostalam z merlina ksiazki – tym razem dosc szybko doszly. Dla siebie zamowilam tylko dwie: Ch. Link ”Dom siostr” i kontynuacje ”Koronera”, czyli ”Zanim znikna wzystkie slady”, M.R. Krall. O, jak pachna… dla chlopcow, cudenka przyszly: ”Plastusiowy pamietnik” – polowe przeczystlismy z Bizonem czekajac u okulisty:-) ”Moja mama czarodziejka” Papuzinskiej, ktora prawie cala zdazylam przeczytac Szkrabowi, gdy lezal ”wylaczony” na kanapie – i ja sie dziwie, dlaczego mnie gardlo boli;) Pozostale 4 ksiazki schowalam na prezenty do kalendarza adwentowego: ”Boze Nardodzenie w Bullerbyn”, ”Goscie na Boze Narodzenie”, ”Paddington i swiateczna niespodzianka” i ”A w wigilie przyjedzie niedzwiedz” – cichaczem sobie juz podczytalam i doczekas sie tego adwentu nie moge:DDD dobrze, ze to juz w najblizsza niedziele sie zaczyna!

 

 

maraton filmowy

przyznam sie, choc mi wstyd. przyznam sie, ze dzis przesiedzialam z chlopakami ciurkiem 170 minut przez telewizorem. kolezanka pozyczyla mi tak wspaniale dvd…. ze ani ja ani dzieci nie moglismy powiedziec sobie stop. obejrzelismy ”Magiczne drzewo”. 7 niezaleznych od siebie opowiesci (ok. 25 min. jedna), ktore laczy jedna rzecz: przedmiot wykonany z magicznego drzewa. 

dla Szkraba troche zaawansowane, momentami sie bal (choc ja nie wiedzialam za bardzo czego… ), dla Bizona idelane, dla mnie cudenko. nie przypuszczalam, ze jeszcze potrafie zachlysnac sie filmem stworzonym z mysla o mlodej widowni. 

targal mna wyrzut, ale szybko sie rozgrzeszylam – raz, zem oslabiona i nie mam sily na bycie kreatywna mama, a dwa, ze ostatnimi czasy tak rzadko w ogole wlaczamy tv, ze ten maraton z pewnoscia ani spustoszenia z psychice mych dzieci nie zrobil;) ani ich mowy nie uposledzil, ani nie przyczynil sie do otylosci:D wrecz przeciwnie, podsunal im nowe pomysly do zabawy – Szkrab jak dorwal pudelko z moimi drutami do dziergania, caly wieczor stawial cudowne drzewo i demonstrowal jak piorun w nie uderza:) Bizon przez godzine streszczal ojcu o czym byl ten film. a ja… zrelaksowalam sie w ciszy i spokoju.

polecam. moze nie w formie maratonu;)

film dostal sporo nagrod. na to zwykle nie patrze, ale tym razem, sama dalabym nagrode;) na razie bije brawo. o zankomitej fabule swiadczy fakt, ze wszyscy troje wytrzymalismy te 170 minut, co jest rekordem godnym odnotowania! (jestem chyba jedyna osoba, ktora lubi reklamy – bo w czasie reklam zawsze biegne szybko rozprostowac kosci i np. naczynia umyc, pranie rozwiesic, czy skoczyc po herbate). no Szkraba w polowie juz troche nosilo, wiec w miedzyczasie troche rysowalismy i ”puzzlowalismy” i przekasalismy, ale caly czas zezowalismy na ekran. Bizon odplynal.

swietna rozrywka na zimowe wieczory badz wolny, weekendowy poranek:)