chyba tytul bloga zmienie;)

na ”zapiski szpitalne”;) bo dzis ja pojechalam do szpitala. do laryngologa. z zatokami, oczywiscie. i chyba w koncu lekarz trafil w samo sedno. jego diagnoza, skad u mnie te ciagle nawroty zapalenia zatok, wydaje mi sie trafiona i jednoczesnie dziwie sie, ze wczesniejszy laryngolog na to nie wpadl. u mnie zrodlem stanu zapalnego sa zatoki… klinowe. nigdy wczesniej o nich nie slyszalam, ale to wlasnie one mnie tak zawsze bolaly, od dziecinstwa, podczas zwyklego kataru. ale ja myslalam, ze to klasyczny przebieg kataru, ze katar tak wlasnie ma bolec: lupac i rozsadzac kosc u nasady nosa. dzis podczas badania endoskopowego lekarz zauwazyl w tych malutkich zatoczkach, jakas nieprawidlowosc. 

to mnie ucieszylo, bo samo usuwanie zapalenia uwazam za dorazne, ja chcialabym usunac zrodlo zapalen. lekarz zaproponowal sprobowanie jeszcze jednego sprayu (ile ja ich juz wyprobowalam…), przez pol roku. w sierpniu mam przyjsc do kontroli i wtedy lekarz podejmie decyzje, czy zatoki sa wyleczone, czy potrzebna bedzie jednak operacja. zgodze sie na wszystko, byleby w koncu sie z tych corocznych zapalen wykaraskac.

 

mama juz w domu. przez telefon brzmi dobrze. co ja troche podlamalo, to ilosc lekarstw, ktore musi brac – jedno do konca zycia, a pozostale trzy przez rok. oprocz tego mama ma rozne inne tebleteczki, m.in. na cukrzyce, cholesterol i cos tam jeszcze. martwi sie o swoj zoladek, nerki… takie zycie:( i tak miala wiecej szczescia niz rozumu, bo to ze ma zawal podejrzewala zanim wsiadla do pociagu… zanim dotarla pomoc minelo okolo godziny. mama byla w tak zlym stanie, ze lekarz z karetki chcial wzywac helikopter, ale z jakis przyczyn helikopter nie mogl przybyc, wiec w koncu karetka mama dotarla do szpitala we Wroclawiu. widac miala zyc…

silna sztuka

zadzwonilam do mamy. brzmiala jakby na wczasach byla… nie raz slyszalam w jej glosie zmeczenie, a tu mama 3 dni po zawale opowiada mi ze szczegolami co jej sie stalo, strzela medycznymi terminami bez zastanowienia (wstyd sie przyznac, ale pamiec ma lepsza niz ja!). 

pytam, czy przyjechac choc na kilka dni, zeby jej na poczatku pomoc. nie, skadze, po co ja tam, skoro tu mam dzieci, ktore mnie potrzebuja. to bylo do przewidzenia. niby prawda. bo Bizona rozlozylo, lezy z goraczka, bolem glowy i widac, ze go jakis wirus znokoutowal. czyli nie jade.

ale to uczucie, jak to jest gdyby mamy nie bylo, zostalo. roznie miedzy nami bywa, ale ta wiez matki z dzieckiem jest tak specyficzna. przyjaciolkami z mama nie jestesmy, ale jak pomysle, gdyby mamy juz nie bylo… czesc moje swiata odeszlaby razem z nia. drzwi do dziecinstwa, ktore wbrew logice, ciagle sa uchylone, zamknelyby sie… dom rodzinny bez mamy bylby strasznie smutny. jest jeszcze tato. i swiem, ze jego strata tez kiedys bardzo zaboli. 

zrozumialam, ze odchodzenie rodzicow, niezaleznie od ”jakosci” relacji, boli. bardzo. mimo ze jestem dorsola, samodzielna, niezalezna, to jest to emocjonalne uzaleznienie, niewidzialna nic, o ktorej sie nie mysli, gdy rodzice jeszcze sa, gdy zawsze mozna do nich zadzwonic, uslyszec. 

jakby to bylo, gdyby juz wiecej nie mogla do mamy zadzwonic? wole nie myslec, jak to bedzie… bo pewnie kiedys tak bedzie:(

zagubiona

zadzwonil tato. od razu spytalam, co sie stalo, bo zawsze dzwoni mama. 

mama miala zawal serca. w srode.

dzis przeniesiona ja z OIOM-u na zwykla sale, czyli stan stabilny.

dlaczego ja sie o tym dopiero dzis wieczorem dowiaduje? nie wiem, czy jechac, czy nie… jutro sprobuje zadzwonic do mamy, nie wiem, czy moze rozmawiac przez telefon, czy moze to zbyt duzy wysilek? nie wiem, jak rozlegly byl zawal, nie wiem, jakie beda konsekwencje, nie wiem, co bedzie dalej z mama. 

 

mama, cukrzyk, pomylila objawy zawalu z niedocukrzeniem:/ mdlilo ja, czula sie slabo, wiec pomyslala, ze cukier jej spadl. wczesniej biegla do pociagu…. slabosc zlapala ja w pociagu! 35 min. jazdy pociagiem, pozniej ktos ja podwiozl do domu i dopiero gdy nie miala sily wejsc na gore, zapukala do sasiadki mieszkajacej na dole o pomoc. sasiadka zadzwonila po pogotowie. 

 

czuje sie zagubiona. bo jak to, moja mama, zawsze silna, prezna, aktywna… miala rozne choroby, ale zawsze wydawala mi sie taka silna i niezniszczalna.

czuje sie zagubiona, bo nie wiem, czy jechac do niej, czy moze tylko jej tylko bede przeszkadzac, krepowac?

 

nie wiem, co robic. strasznie mi smutno.

zareklamuje lek:)

mimo ze lekow unikam z uporem maniaka, czasami przyjdzie ”kryska na ogryska”, jak to moj tato mawial. pisalam juz przed wakacjami letnimi, jak to poszlam do tutejszej lekarki, zeby pomogla mi w babskich dolegliwosciach, m.in. 2-tygodniowym pms-sie, podczas ktorego nie tylko chcialam wszytkich pogryzc i pokasac, ale puchlam, bolala mnie glowa, konczyny mialam ciezkie jak z olowiu i w ogole moja sprawnosc fizyczna byla pod psem – mimo ze w pozostale 2 tygodnie (w pierwszej polowie cyklu) tryskalam energia, radoscia zycia, chcialo mi sie zyc i nie moglam zrozumiec samej siebie, skad moje bolaczki sprzed kilku dni.

pani doktor od razu chciala mi antykoncepcja hormonalna strzelic, bez badania poziomu horomonow, za co podziekowalam i poszlam prywatnie w Polsce do ginekologa. 
ten chcial, zebym poziom hormonow zbadala, ale nie zdazylabym przed powrotem do Holandii, wiec lekarz przepisal mi w slepo 3-miesieczna kuracje tabletkami na bazie… niepokalanka pospolitego. lek nazywa sie Castagnus. 
koncze trzecie opakowanie i… w tym miesiacu nie wiedzialam, ze pms-a mam. no dobra, dzien przed obudzilam sie z poduszkami pod oczami, co miewam tylko i wylacznie przed zblizajacym sie okresem, wiec cos mi zaswitalo w glowie. ale pozostale objawy tak zlagodnialy, ze je przeoczylam:-)
juz po pierwszym opakowaniu mialam wrazenie, ze jest lepiej, po drugim jeszcze lepiej, teraz, gdy koncze kuracje jest wysmienicie i mam nadzieje, ze jak tabletki odstawie, pms-owa zmora nie wroci.
az mnie korci, zeby powiedziec o tym mojej tutejszej lekarce – ze nie trzeba od razu hormonow w slepo walic, ze czasami mniej interwencyjne leki moga pomoc. tylko… trzeba sie oczytac, trzeba poszukac trzeba chciec. nie lubie ”lekarzy od wszystkiego”. nawet nie tyle lekarzy, tylko tego pomyslu, ktory wg mnie jest proba oszczednosci kosztem naszego zdrowia. lekarz od wszystkiego… i od niczego. od odsylania pacjentow:/
pisze o tym leku, bo pamietam z wpisow innych blogowiczek, ze pms-y zycia im nie ulatwiaja. moze warto przy okazji wizyty u ginekologa zapytac o te tabletki. wlasciwie mozna kupic je bez recepty, ale ja tam wole byc ostrozna i uwazam, ze warto kuracje z fachowcem przedyskutowac:)

niedzielnie

zamowilam na merlinie sporo ksiazek… dla siebie dwie, dla chlopcow sporo. i juz nie moge doczekac, zeby je powachac, przekartkowac, ”wsadzic” do kalendarza adwentowego (tak, w tym roku w koncu wzielo mnie na przygotowywanie kalendarza – kieszonki male, ale do wiekszych prezentow, typu ksiazki, beda lisciki ze wskazowkami, gdzie trzeba szukac ukrytego prezentu:)).

z zalem stwierdzilam, ze oryginalny Kubus Puchatek wykupiony. a tak mi sie go chcialo… za to Boze Narodzenie w Bullerbyn bylo. i kilka innych ksiazek o tematyce bozonarodzeniowej. jak nauczyc dzieci umiaru, gdy sama go zachowac nie potrafie… przynajmniej jesli chodzi o ksiazki:)
zaraz jedziemy na basen. STRASZNIE mi sie nie chce. ale pogoda ladna, zacheca do wyjscia, a na basen mamy 20 minut pedalowania, wiec fajnie bedzie sie przjechac. gorzej z moczeniem sie… nie przepadam. ale trudno, niech bedzie, ze sie poswiece;) 
jutro mam dopoludnia wolne, wiec sobie pobimbam;) przed X-boxem sie poboksuje;) a luby pozniej sie dziwi, ze ja boksowac potrafie:D
milej niedzieli:)
p.s szwagierka sie czasami rehabilituje – poznym wieczorem podrzucila nam przepiekna, przedroga, przesuperowa, goretexowa kurtke (w kolorze lazurowym) dla Bizonka. a dla Szkraba dwie bluzeczki.

tradycje

pierwsza tradycja: Sint Martin, czyli dzien Sw. Marcina. w Holandii dzieci robia w szkolach, przedszkolach lampiony. mlodsze dzieci prostsze, starsze dzieci skompliwane cudenka. gdy juz sie sciemni, zapalaja lampiony i chodza ”po ludziach”, zeby zaspiewac piosenke o Sw. Marcinie i w nagrode dostac slodkosci. starsze dzieci chodza grupami z sasiedztwa badz z klasy, mlodsze albo zabierane sa przez starsze rodzenstwo albo ida z rodzicem.

ja poszlam z chlopakami, oni niesli lampiony, ja dzwonilam do drzwi i sie odsuwalam w mrok, a chlopcy spiewali, gdy juz gospodarz wyszedl. zaczelismy od najblizszych sasiadow, z dolu, sasiadku obok, starszej pani, ktora zawsze macha nam przez okno i zdecydowalismy, ze pojdziemy do mamy Malinci, ktora mieszka blisko nas. ale po drodze zauwazylismy studentow, ktorzy czekali w oknach. ci, gdy zobaczyli, ze my patrzymy czy isc, czy nie, zaczeli do nas wymachowac z trzeciego pietra:D wiec poszlimy spiewac do studentow. 
jak bardzo zmienil sie Bizon, w porownaniu z poprzednim rokiem: spiewal pelnym glosem, z pewnoscia siebie, z radoscia i bardzo wyraznie. Szkrab wtorowal mu cichutko, mruczac niesmialo po nosem, przestepujac z nozki na nozke, jakby mi sie siku chcialo:)))) widac te dwa lata roznicy… dla Szkraba to byl debiut, Bizon szedl drugi raz.
przyznam, ze taki wystep wymaga odwagi… w duzej grupie to co innego, ale tu.. duecik. bylam dumna z chlopcow. przeszlismy tylko sasiednie uliczki, bo raz, ze zimno, a dwa, jakos tak nie lubie po obcych chodzic. tradycje zaliczylismy.
jeszcze do Malinci mielismy isc, ale stwierdzilam, ze zadzwonie, zeby upewnic sie, ze nie przeszkodzimy. okazalo sie, ze nie ma ich w domu, poszly na impreze w… supermarkecie. mama M. oddzwonila i mowi: 
– koniecznie musicie w przyszlym roku isc z znami do tego supermarketu, dzieciak dostaly tyyyle snoepjes (slodkosci), Malincia caly worek! 
– o, a ladnie Malincia spiewala? – pytam. 
– nieeee, nie spiewala, ale worek caly slodyczy jest – slysze w odpowiedzi.
– ale ja nie chce, zeby moi caly worek snoepjes dostali – smieje sie do sluchawki – bo przeciez to o tradycje chodzi, a nie o slodycze – wale prosto z mostu.
– no tak, no tak – troche zbilam kolezanke z tropu.
no tak, no tak…. dostac snoepjes za to ze sie poszlo do supermarketu… ale mi to tradycja:/ no, ale CALY WOREK!!! moj tato pewnie by powiedzial, ze mam za duzo w tylku, ze kicham na caly worek snoepjes. ale ja to widze inaczej: chce w chlopakach rozwinac szacunek do tradycji (czyli lampion, piosenka, nagroda), a nie komercjalizm. a na worek snoepjes za 2 euro mnie jeszcze stac.
ale z tym komercjalizmem, to i ja troche moze jestem skrzywiona w te zla strone, bo… byla dzis rozmowa ze szwagierka o rodzinnej tradycji mikolajkowej. w zeszlych latach bylo tak, ze kazdy dla kazdego kupowal jeden porzadny prezent, a oprocz tego po 2-3 prezenty przesmiewcze i do tego pisalismy po wierszyku. smiechu zawsze bylo co niemiara, kilka godzin spedzonych razem przy stole. myslalam, ze wszyscy swietnie sie bawili. ale juz w zeszlym roku widzialam kosie w nosie szwagierki. nie wiedzialam, czy jej sie prezenty nie podobaly, czy moze prezenty zahaczajace o jej nieudane podboje milosne i staropanienstwo zabolaly? okazalo sie, ze ”to wszystko trwa za dlugo” (3-4 godziny…) i w tym roku padla propozycja, zeby zrobic losowanie, kazdy ma wyciagnac 2 osoby, dla ktorych ma kupic jeden porzadny prezent i jeden przesmiewczy. czyli tradycja z poprzednich lat zostala zmieniona. na dodatek mamy sie umowic co do ceny, za jaka ma byc te porzadny prezent. i to juz mnie zniesmaczylo. przeciez to sa mikolajki rodzinne, a nie impreza firmowa, zeby cene prezentu ustalac. tym bardziej, ze jest nas raptem 5 doroslych, wiec nie jest to jakas daleka rodzina, tylko najblizsza. 
wczesniej, gdy kazdy kazdemu przent kupowal nie podawalismy za ile ma byc ten prezent, a teraz tak? i w ogole myslalam, ze to o czas, a nie kase chodzilo. wiec kiedy mnie spytano za ile uwazam powinny byc prezety, odpowiedzialam, ze za tyle, na ile darczynce stac. ze przeciez to nie o cene chodzi, tylko to, zeby komus radosc sprawic. no tak, ale moze komus bedzie glupio, jesli kupil prezent za 20 euro, a dostal za 100, uslyszalam. ja odpowiedzialam, ze ja jak dostaje prezent, to nie mysle ile on kosztowal, tylko dziekuje za to co dostalam i ze w rodzinie kasy nie licze. tak wlasnie to widze: skoro jestesmy rodzina, to dajmy sobie spokoj z cenami prezentow. to co, moze jeszcze na prezenty urodzinowe ustalmy cene, zeby sprawiedliwie bylo? 
co mnie juz calkowicie powalilo, to sposob losowania komu dajemy prezent. okazuje sie, ze na yahoo jest program, ktory losuje… no coz, ja jestem staroswiecka, zacofana i konserwatywna za jendym zamachem, az cud, ze bloga potrafie pisac, bo dla mnie robienie losowania za pomoca yahoo to idiotyzm. 
dopasuje sie. to rodzina lubego i nie bede zgrzytow robic. ale po raz kolejny szwagierka stracila w moich oczach. 
swoja droga, cos ostatnio strasznie krytyczna jestem… zeby juz ta wiosna nadeszla…

skromnosci…

czy moze nawet ”pokory”, jak zawolalaby moja wychowawczyni z liceum, ”dzieci, pokory!” wolala, czym mnie w zaleznosci od humoru denerwowala badz rozsmieszala.

mysle o tej skromnosci, pokorze, bo ostatnio kroluje moda na stymulowanie pracownikow, dzieci, rodzicow i innych osobnikow przez tzw. pozytywna motywacje, z ktora… chyba czasami przedobrzamy.
i tak ostatnio rozmyslam o Bizonie. bo Bizon potrafi z pycha w oczach rzucic: umiem swietnie grac na skrzypcach. az mi chce rzec: rzepolisz synku, rzepolisz… ale przeciez nie powiem 5-latkowi tak wprost. a dziecko puchnie z dumy, bo juf Maaike (nauczycielka od skrzypiec) go rzeczywiscie chwali pod niebiosa, az mnie to troche denerwuje, bo nie wydaje mi sie to zbytnio pedagogiczne.
to samo juf Nel (nauczycielka ze szkoly) – to o czym pisalam ostatnio odbylo sie przy Bizonie, on slyszal ten wziebowziety ton, on sie tym zachlysnal, delektowal, rozplywal sie w tym i jak tylko papa wrocil z Chin, to uslyszal od synka jakim to on genialnym synkiem jest. 
krytyki Bizon nie potrafi zniesc i dlatego tez woli cwiczyc gre na skrzypcach z lubym, ktory nie mowi otwarcie ”pomyliles sie, zagraj jeszcze raz”, tylko mowi ”tak swietnie grasz, ze chcialbym to jeszcze raz uslyszec” i dopiero za ktoryms tam razem mowi Bizonowi, gdzie powinien uwazac.
kiedy ja cwicze, od razu mowie, ok bylo dobrze, ale tu pociagnales za krotko (i tak go przez ostatni tydzien trenowalam, ze mimo jego buntow, w koncu ciagnie dlugie nuty smyczkiem tak dlugo jak nalezy;)). Bizon bardzo sie zlosci i nie chce wiecej cwiczyc, gdy wytkne mu blad. 
byly juz pogadanki na temat bledu, ze kazdy moze sie pomylic, i mama, i tata, i nauczycielka, i Bizon, ale wg Bizona kazdy sie moze pomylic, tylko nie on;)
luby cwiczy Bizona, zeby nie mowil: ”umiem swietnie grac na skrzypcach”, tylko ”juf Maaike mowi, ze dobrze gram na skrzypcach”.
ja bylam wychowywana w klimatach takiej skromnosci, ze komplementow w dziecinstwie nie slyszalam i do dzis nie potrafie komplementow przyjmowac z radoscia i zaufaniem, bo wydaje mi sie, ze ludzie tylko tak mowia, bo wypada. sama tez nie bardzo umiem komplementowac, nad czym pracuje. a przez to, ze nad tym pracuje, czuje sie troche sztucznie mowiac komus, ze ladnie wyglada, nawet jak tak w 200% mysle.
w ogole, ja jakas inna jestem… mnie na ogol opiernicz czy krytyka bardziej mobilizowala do pracy niz pochwaly. ja z tych, co to na laurach potrafili osiasc;)
jak to wyposrodkowac. nie wychowac narcyza, chwalacego sie na lewo i prawo, a jednoczesnie czlowieka znajacego swoja wartosc, potrafiacego komplementy przyjac elegancko i jednoczesnie je dawac?

zapalka i inne

obcielam sie dzis na zapalke. nie pierwszy raz. a mimo to poczulam zmiane. pozytywna. poczulam sie mlodziej:) mialam fryzure asymetryczna i ta dluzsza strona zaczela mnie irytowac. poszlam dzis do fryzjera ze Szkrabem. gdy pani scinala jego wlosy, ja przygladalam sie sobie w lustrze i stwierdzilam, ze juz dluzej tej fryzury nie zniose. chwycilam katalog i w 3 minuty znalazlam krotka fryzurke. swietna, drapiezna, kobieca. ale fryzjerka nie byla zachwycona… stwierdzila, ze to nie dla moich wlosow, ktore maja lekka tendencja do krecenia sie tam, gdzie nie trzeba, czyli np. przy skroniach:/ wiec wybralam inna, jaka juz dawniej mialam. fryzjerka nadal nie miala ochoty scinac mojej dlugiej polowki – szkoda jej bylo!!! uspokajalam ja, ze to nie pierwszy raz, ze juz mialam takie krotkie, ze szybko odrastaja… pierwszy raz zdarzylo sie, ze fryzjerka nie miala ochoty zmienic mi fryzury:) scinala z wahaniem na twarzy – odetchnela z ulga, gdy moj usmiech sie poszerzal wraz z kroszymi wlosami:) 

po wyjsciu od fryzjera zalozylam czapke i pojechalismy ze Szkrabem bo Bizona. w domu sciagnelam czapke i zapomnialam, ze mam nowy fryz. Bizona zatkalo:) patrzyl na mnie z szeroko otworzonymi oczkami a ja nie wiedzialam o co mu chodzi. ale sie usmialismy, gdy zorientowalam sie, skad to jego zaskoczenie:)
Szkrab przyszedl z przedszkola z malym guzem na glowie. na poczatku go nawet nie zauwazylam, dopiero przy kapieli. Szkrab powiedzial, ze kolega go uderzyl autkiem. i niby to nic takiego, wiadomo, ze dzieci sie bija, ze takie rzeczy sie przytrafiaja, ale troche zezloscilo mnie, ze zadna pani mi o tym nie powiedziala. Szkrab powiedzial, ze troche plakal, ze pani nie widziala co sie stalo, a on tez jej nie powiedzial. zazloscilam sie, bo wiem, ze Szkrab zwyczajnie nie lubi chodzic do przedszkola, chodzi, bo musi, ale gdyby mial wybor, wolaby zostac ze mna w domu. i w takiej sytuacji, kiedy on z przymusu idzie do przedszkola, chcialabym, zeby nie byl tam bity, a jesli juz, to niechby widzial, ze dziecko bijace go ponosi jakies konsekwencje, np. zeby przeprosilo Szkraba. bo guz, maly, ale jest:/ zastnanawiam sie, czy powiedziec to jutro, czy moze jednak przesadzam… co mnie ucieszylo, to fakt, ze Szkrab nazwal chlopca po imieniu, bo imiona to jego (i moja) pieta achillesowa i kiedy pytalam o imiona jego kolegow, zawsze mowil, ze ich nie zna (nie lubi, nie cie bawic, nie ziaprosi na urodziny – generalnie, wszytko co zwiazane z przedszkolem jest na nie). a tu nagle pojawilo sie imie. dobre i to…
po szkole Bizonka, chlopaki bawily sie chwile na podworku szkolnym… liscmi. niesamowite, ile radosci dzieci moga miec ze zwyklych lisci. swoja droga, nam sie wydaja zwykle, ale gdy popatrzylam jak roznorodne te liscie sa… bardzo lubie ich szelest i zapach. kiedy tak stalam i obserwowalam szalenstwa dzieci, podeszla do mnie nauczycielka Bizona – miala bardzo powazna mine, wiec troche sie wystraszylam, ze moze Bizon cos zbroil, czy moze jakis problem jest. pani podeszla do mnie i zaczela cos szeptac: ”pani syn jest bardzo, bardzo madrym dzieckiem”. kurcze, zatkalo mnie. nie sama wiadomosc:)))) bo wiem, ze glupi nie jest, ale sposob, w jaki nauczycielka mi to powiedziala, tak powaznie, jakby sie wrecz martwila;) pomyslalam, ze moze nie zrozumialam, ale nauczycielka to powtorzyla, dodajac, ze jest pierwszym dzieckiem w kalsie, ktore potrafi czytac. przyznam, ze mnie zaskoczyla, bo ja nie wiedzialam, ze Bizon umie czytac:DDD cos tam skleca, ale zeby czytal… no tak, potrafi, krotkie zdania. powiedzialam, ze ciesze sie, ze milo mi to slyszec. uslyszalam jeszcze kilka milych slow, a na koniec, ze jesli tak dalej pojdzie, to w przyszlym roku Bizon bedzie mial specjalny tok nauczania. hm… nie wiem dokladnie co to oznacza, musze sie dokladniej wypytac, ale nie wiem, czy ja chce, zeby Bizonowi zawyzano poziom. to jest male dziecko. pewnie, ze potencjal nalezy wykorzystac, ale zdolnosc przyswajania wiedzy to jedno, a rozwoj emocjonalny to drugie. na razie nie bede sie tym martwic…
jutro Bizon idzie do przyjaciela na urodziny. nie bardzo podoba mi sie forma tych urodzin, bo beda na farmie, co oznacza, ze 2 godziny dzieci beda biegac na swiezym powietrzu. na ogol przyklaskalabym takiemu ”zdrowemu” pomyslowi, ale nie tym razem. uwazam, ze jest juz za zimno. mrozny wiatr, para leci z ust – Bizon od wczoraj posmarkuje, pokasluje, wiec dawka ruchu na siwezym powietrzu, jaka zapewniaja im w szkole, zupelnie by mu w takim stanie wystraczyla. na dodatek, oprocz tortu, beda lody i zimne napoje… i jestem prawie pewna, ze Bizon sie rozlozy. nie chce mu odmawiac tych lodow, bo jak by sie czul, gdy inne dzieci je dostana, a on jeden nie? martwie sie, bo znajac Bizona, zapomni o czapce, a pozniej beda go uszy bolec:/ kurcze, dlaczego ludzie w listopadzie, przy 5C organizuje urodziny na wietrze???? dwa tygodnie temu siostra kolegi Bizona swietowala urodziny na tejze farmie – wtedy pogoda byla super: slonko, cieplo, bezwietrznie. ale teraz jest cholernie zimno i nie podoba mi sie ten pomysl, a juz najbardziej te lody:/

o chinach i… znow o szwagierce:/

luby nadal w Chinach. jutro dostaje oficjalnie tytul, ktory ladnie brzmi, ale wlasciwie nic nie zmienia. u jego boku dynda… szwagierka.

zaprosila sie na wakacje do Chin. nie bardzo to ogarniam. czy roznimy sie mentalnoscia (bo mimo ze slowa ”nie wypada” nie cierpie, to tutaj cisnie mi sie ono na usta), czy szwagierka tak prymitywna… 
luby do Chin pojechal na 2 konferencje, w dwoch roznych miastach, a oprocz tego, zeby odwiedzic znajomego Chinczyka, ktory przekonal tamtejszego dziekana, ze lubemu nalezy sie ten piekny tytul. wiec dochodzi tez spotkanie z dziekanem. kultura chinska narzuca, zeby w miedzyczasie zajac sie gosciem, co nasz znajomy (nasz, bo bywal u nas regularnie na obiadach i wieczorno-nocnych debatach, gdy jeszcze robil doktorat w Holandii) lubemu zagwarantowal. oprocz tego znajomy zarezerwowal i oplacil noclegi, restauracje, taksowki i wieczorne rozrywki. 
Szwagierka zapraszajac sie na wakacje oswiadczyla, ze za wszystko sama zaplaci… to byloby mozliwe, gdyby szwagierka dokonala wszystkich rezerwacji sama, jednoczenie placac z gory karta. ale chinski znajomy, gdy luby spytal, czy szwagierka moze z nim przyjechac, napisal, ze on wszystko zarezerwuje, zeby np. luby i szwagierka mieszkali w tym samym hotelu. 
ja sie zapytywuje, po co luby w ogole pytal znajomego o szwagierke? jesli jedzie tam, zeby spedzac z lubym czas wolny (ktorego luby az tak duzo tam nie ma – glownie wieczory i jeden wolny dzien na Mur Chinski), za swoja kase, to znajomy nie musi o tym wiedziec, bo przeciez luby i szwagierka nie dzieci i moga sie sami umowic w wolnym czasie, gdzie ida i co robia. ale szwagierka chinskiego nie zna, wiec potrzebuje opiekuna. a nim jest nasz znajomy.
moze nie powinno mnie to obchodzic, ale czuje niesmak, ze szwagierka tam jest i naciaga goscinnosc naszego znajomego. on jej nigdy nie zapraszal. co innego luby, ktory robil tutaj za ”babysitter” znajomego, prowdzil go za raczke, gdy Chinczyk byl w Holandii, a co innego szwagierka. nasz znajomy zapraszal lubego, mnie, chlopakow, ale o szwagierce… przeciez on jej nie znal. 
wczoraj szwagierka napisala w e-mailu do rodzicow, ze nasz znajomy nie chce slyszec o zwrocie gotowki. ja wzruszylam ramionami – wiedzialam, ze tak bedzie. taka jest chinska kultura. i moze szwagierka tego nie wiedziala, ale luby wiedzial, bo juz wczesniej w Chinach byl i o chinskich zwyczajach nasluchalismy sie juz wczesniej o naszego znajomego. wiec troche tez jestem zla na brak asertywnosci lubego. on nie potrafil jej powiedziec, ze to nie jest dobry pomysl, choc przyznal mi sie, ze wolaby jechac sam.
jako ze wiedzialam, ze nasz znajomy obskoczy lubego jak krola, zadbalam o prezenty dla niego, dla jego rodziny, dla dziekana. kosztowalo mnie to sporo czasu, bo kupic prezent dla obcych osob nie jest latwo, tym bardziej, ze trzeba uwazac, zeby nie bylo ”made in china”;) dla zony i corki naszego znajomego kupilam zegarki Espirt, dla znajomego spinki do mankietow, itd… nie lubie zakupow i wcale nie bylam szczesliwa marnujac swoj wony czas na szukanie tych prezentow. Szwagierka… podczepila sie pod te prezenty. stwierdzila, ze skoro ona tam jedzie lubym, jako rodzina, to po co wiecej prezentow:/ mogla chociaz mi pomoc.
nie jestem zazdrosna o te Chiny. bo ani mnie do Chin nie ciagnie, ani nie mam ochoty na zostawianie dzieci pod opieka dziadkow na ponad tydzien. jesli tam kiedys pojedziemy, to wszyscy czworo. jako rodzina. 
jestem zla, ze szwagierka nie potrafi sie od nas odczepic. wydaje mi sie, ze w tym wieku wiezi siostrzano-braterskie powinny chyba ograniczac sie do swiat, urodzin, jednodniowych spotkach, tym bardziej, gdy brat ma juz swoja rodzine. wspolne wakacje? uwazam za nietakt. szczegolnie w tmy przypadku, gdy luby tak wlasciwie pojechal tam pracowac, a nie wakacjowac sie.

bystrzak

bedzie o Szkrabie. naszym mniej docenianym dziecku… dziwnie to brzmi, ale… Bizon ma wyglad. wyglada na dziecko madre. i raczej nim jest.

za to Szkrab… wyglad, postawa, korpulencja taka, ze za traktor go posadzic. a ze mowi mniej i slabiej niz Bizon w jego wieku, to i jego rozumku nie docenamy… pierwszym, ktory go docenil, byl moj tato: Szkrab to tak jak Twoj luby: nic nie mowi, ale wszystko rozumie. usmialismy sie do lez, bo rzeczywiscie, luby niby po polsku nie rozumie, ale wszystko kapuje i trzeba uwazac o czym sie przy nim rozmawia;) Szkrab zaczal mowic pozniej niz Bizon, mniej wyraznie, ale co np. bardzo mnie zaskoczylo to umiejetnosc nazywania emocji. jednym z pierwszych slow, ktore Szkrab wypowiadal bylo ”boje” w nocy. Bizon wyl i nie wiadomo bylo, czy go cos boli, czy cos mu sie przysnilo, czy wyje po to by nas wkurzac. a Szkrab od poczatku jasno komunkowal: ”boje”. ”uroda” Szkraba jakos maskuje, ze cos w tam glowce jest i dopiero niektore sytuacje udowadniaja, ze Szkrabowi gowka pracuje i to porzadnie. i tak dzis, na lekcji gry na skrzypcach, Szkrab sie popisal swym sluchem i wiedza:
Bizon pilowal u boku nauczycielki, a ja zajmowalam Szkraba puzlami siedzac na podlodze. w pewnym momencie nauczycielka spytala Bizona: co to za dzwiek? i pociagnela smyczkiem po strunie. Bizon sie zawahal. a Szkrab nieodrywajac oczu od puzli, powolnym znudzonym glosem mowi: A snar (=struna A). 
nauczycielce mowe odjelo:D popatrzyla w kierunku Szkraba i parsknela smiechem: ”swietnie Szkrabie, to byla struna A”. tak, mlodszy sie naslucha w domu rzepolenia Bizona i mimo ze sam ma zakaz zblizania sie do skrzypiec, cos tam w glowce zostaje.
kilka dni temu tesciowa chciala sprezentowac wnusiom spodnie sniegowe. pojechalam z chlopakami do miasteczka blisko tesciow, wchodzimy do sklepu X. ten sam sklep znajduje sie w naszym miescie, tyle ze jest wiekszy i jest w nim ”basen pilkowy”. czasami tam zagladam z chlopcami, bo to jedyna szansa, zeby w miare spokojnie kupic im cos do ubrania i jednoczesnie miec na nich oko (bo basen pilkowy znajduje sie po srodku wieszakow z ubraniami dla dzieci). sklep u tesciow, mimo ze tez X, jest mniejszy i ma inny wystroj. na pierwszy rzut oka. wchodzimy do sklepu X, a Szkrab pyta: mozemy do basenu pilkowego? zatkalo mnie. przec ulamek sekundy zastanawialam sie, czy my jestesmy w naszym miescie, w ”naszym” sklepie, czy jednak blisko tesciow. w tym sklepie Szkrab byl po raz pierwszy. basenu pilkowego tam nie ma. wiec albo przyuwazyl zboj jakies wspolne elementy tych sklepow albo skojarzyl szyld z nazwa sklepu. czytac niby nie potrafi, ale kilka literek juz zna, wiec moze to? nie wiem jak, ale Szkrab przy wejsciu rozpoznal, do jakiego sklepu weszlismy.
takich przykladow jest wiecej. i znow dowod na to, ze nie doceniam swoich dzieci. od obserwatorow z zewnatrz slysze, ze Szkrab jest bardzo spostrzegawczy (no rzeczywiscie, puzzle uklada lepiej niz ja;)), ze szybko laczy fakty, ze logicznie potrafi myslec, ale mi sie wydaje, ze wszystkie dzieci tak maja i nie potrafie sie tym tak zachwycac… 
a moze powinnam?
___________________
od wtorku jestem slomiana wdowa i… dobrze mi;) w koncu wieczorami mam czas dla siebie.