pierwsza tradycja: Sint Martin, czyli dzien Sw. Marcina. w Holandii dzieci robia w szkolach, przedszkolach lampiony. mlodsze dzieci prostsze, starsze dzieci skompliwane cudenka. gdy juz sie sciemni, zapalaja lampiony i chodza ”po ludziach”, zeby zaspiewac piosenke o Sw. Marcinie i w nagrode dostac slodkosci. starsze dzieci chodza grupami z sasiedztwa badz z klasy, mlodsze albo zabierane sa przez starsze rodzenstwo albo ida z rodzicem.
ja poszlam z chlopakami, oni niesli lampiony, ja dzwonilam do drzwi i sie odsuwalam w mrok, a chlopcy spiewali, gdy juz gospodarz wyszedl. zaczelismy od najblizszych sasiadow, z dolu, sasiadku obok, starszej pani, ktora zawsze macha nam przez okno i zdecydowalismy, ze pojdziemy do mamy Malinci, ktora mieszka blisko nas. ale po drodze zauwazylismy studentow, ktorzy czekali w oknach. ci, gdy zobaczyli, ze my patrzymy czy isc, czy nie, zaczeli do nas wymachowac z trzeciego pietra:D wiec poszlimy spiewac do studentow.
jak bardzo zmienil sie Bizon, w porownaniu z poprzednim rokiem: spiewal pelnym glosem, z pewnoscia siebie, z radoscia i bardzo wyraznie. Szkrab wtorowal mu cichutko, mruczac niesmialo po nosem, przestepujac z nozki na nozke, jakby mi sie siku chcialo:)))) widac te dwa lata roznicy… dla Szkraba to byl debiut, Bizon szedl drugi raz.
przyznam, ze taki wystep wymaga odwagi… w duzej grupie to co innego, ale tu.. duecik. bylam dumna z chlopcow. przeszlismy tylko sasiednie uliczki, bo raz, ze zimno, a dwa, jakos tak nie lubie po obcych chodzic. tradycje zaliczylismy.
jeszcze do Malinci mielismy isc, ale stwierdzilam, ze zadzwonie, zeby upewnic sie, ze nie przeszkodzimy. okazalo sie, ze nie ma ich w domu, poszly na impreze w… supermarkecie. mama M. oddzwonila i mowi:
– koniecznie musicie w przyszlym roku isc z znami do tego supermarketu, dzieciak dostaly tyyyle snoepjes (slodkosci), Malincia caly worek!
– o, a ladnie Malincia spiewala? – pytam.
– nieeee, nie spiewala, ale worek caly slodyczy jest – slysze w odpowiedzi.
– ale ja nie chce, zeby moi caly worek snoepjes dostali – smieje sie do sluchawki – bo przeciez to o tradycje chodzi, a nie o slodycze – wale prosto z mostu.
– no tak, no tak – troche zbilam kolezanke z tropu.
no tak, no tak…. dostac snoepjes za to ze sie poszlo do supermarketu… ale mi to tradycja:/ no, ale CALY WOREK!!! moj tato pewnie by powiedzial, ze mam za duzo w tylku, ze kicham na caly worek snoepjes. ale ja to widze inaczej: chce w chlopakach rozwinac szacunek do tradycji (czyli lampion, piosenka, nagroda), a nie komercjalizm. a na worek snoepjes za 2 euro mnie jeszcze stac.
ale z tym komercjalizmem, to i ja troche moze jestem skrzywiona w te zla strone, bo… byla dzis rozmowa ze szwagierka o rodzinnej tradycji mikolajkowej. w zeszlych latach bylo tak, ze kazdy dla kazdego kupowal jeden porzadny prezent, a oprocz tego po 2-3 prezenty przesmiewcze i do tego pisalismy po wierszyku. smiechu zawsze bylo co niemiara, kilka godzin spedzonych razem przy stole. myslalam, ze wszyscy swietnie sie bawili. ale juz w zeszlym roku widzialam kosie w nosie szwagierki. nie wiedzialam, czy jej sie prezenty nie podobaly, czy moze prezenty zahaczajace o jej nieudane podboje milosne i staropanienstwo zabolaly? okazalo sie, ze ”to wszystko trwa za dlugo” (3-4 godziny…) i w tym roku padla propozycja, zeby zrobic losowanie, kazdy ma wyciagnac 2 osoby, dla ktorych ma kupic jeden porzadny prezent i jeden przesmiewczy. czyli tradycja z poprzednich lat zostala zmieniona. na dodatek mamy sie umowic co do ceny, za jaka ma byc te porzadny prezent. i to juz mnie zniesmaczylo. przeciez to sa mikolajki rodzinne, a nie impreza firmowa, zeby cene prezentu ustalac. tym bardziej, ze jest nas raptem 5 doroslych, wiec nie jest to jakas daleka rodzina, tylko najblizsza.
wczesniej, gdy kazdy kazdemu przent kupowal nie podawalismy za ile ma byc ten prezent, a teraz tak? i w ogole myslalam, ze to o czas, a nie kase chodzilo. wiec kiedy mnie spytano za ile uwazam powinny byc prezety, odpowiedzialam, ze za tyle, na ile darczynce stac. ze przeciez to nie o cene chodzi, tylko to, zeby komus radosc sprawic. no tak, ale moze komus bedzie glupio, jesli kupil prezent za 20 euro, a dostal za 100, uslyszalam. ja odpowiedzialam, ze ja jak dostaje prezent, to nie mysle ile on kosztowal, tylko dziekuje za to co dostalam i ze w rodzinie kasy nie licze. tak wlasnie to widze: skoro jestesmy rodzina, to dajmy sobie spokoj z cenami prezentow. to co, moze jeszcze na prezenty urodzinowe ustalmy cene, zeby sprawiedliwie bylo?
co mnie juz calkowicie powalilo, to sposob losowania komu dajemy prezent. okazuje sie, ze na yahoo jest program, ktory losuje… no coz, ja jestem staroswiecka, zacofana i konserwatywna za jendym zamachem, az cud, ze bloga potrafie pisac, bo dla mnie robienie losowania za pomoca yahoo to idiotyzm.
dopasuje sie. to rodzina lubego i nie bede zgrzytow robic. ale po raz kolejny szwagierka stracila w moich oczach.
swoja droga, cos ostatnio strasznie krytyczna jestem… zeby juz ta wiosna nadeszla…