kryzys???

ponoc kryzys malzenski jest nieuniknionym etapem kazdego malzenstwa. niektorzy twierdza, ze nadchodzi po 5 latach, inni, ze po 6, a jeszcze inni, ze po 7 latach malzenstwa. my zaliczamy 6 rok i o kryzysie napisac jeszcze nic nie moge, co mnie bardzo, bardzo dziwi. bardzo mnie dziwi. bardzo…

jakis czas temu uporzadkowalam wszystkie wazne dla mnie zdjecia (z dziecmi oczywiscie!) i zaladowalam je w folder o tytule wydawalo mi sie bardzo jasnym: DO_NOT_TOUCH (nie_dotykaj). i co? maz (w tym wpisie nie zasluzyl na ”luby”, wiec niech bedzie za kere mezem) dotknal!!!  skasowal. tzn. najpierw skopiowal na dysk zewnetrzny, zeby backup zrobic.
zawsze wydawalo mi sie, ze poziom angielskiego meza jest wyzszy niz moj, ale przekonuje sie, ze tak nie jest. bo ”DO_NOT_TOUCH” brzmi jasno!!! wiec po kiego grzyba kopiowal/kasowal i backupy chcial robic, skoro nie rozumie znaczenia slowa ”backup”???? 
dla mnie ”backup” znaczy zrobienie kopii pliku/folderu, a dla lubego… teoretycznie tez, ale w praktyce wygladalo to tak, ze maz skopiowal folder ”DO_NOT_TOUCH” (i rozne inne, ktore mam w nosie) na dysk zewnetrzny, wykasowal z komputera i po ”podkreceniu” komputera (o predkosc chodzilo) mial je z powrotem skopiowac do komputera. wtedy bylby backup – na dysku i w komputerze. ale lubemu zapalu do pracy komputerowej zabraklo i ”DO_NOT_TOUCH” zostal tylko na dysku zewnetrznym.
a dzis dysk zewnetrzny padl.
a maz nie rozumie, dlaczego ja go na kurs angielskiego chce wyslac.
ja nie rozumiem, jakim cudem, my kryzysu jeszcze nie mamy…
________________
jak juz wylewam, to wyleje do konca (no prawie). we wtorek luby leci do Chin na konfernecje. za uczestnictwo w konferencji trzeba bylo zaplacic potworna kase. zdziwilo to lubego, zdziwilo mnie, bo i tak luby znizke mial, ale ze nie z naszego domowego budzetu kasa na to miala pojsc, ja nie sprawdzilam, luby zaplacil. bo on zawsze lekka reke do placenia ma. dzis przychodzi i mowi, ze tyle trzeba bylo zaplacic, bo okazalo sie, ze gospodarze organizujacy te konferencje wzieli tez na siebie zorganizowanie noclegow. i wszystko byloby dobrze, tylko, ze chinski kolega lubego zaprosil go z wykladem do innego miasta i byl na tyle uprzejmy, ze tez zarezerwowal i oplacil wszystkie noclegi, te konferencyjne i te pozniejsze. a ze z lubym szwagierka jedzie (inna histioria:/), to kolega lubego podwojne miejsca w hotelu zaerezerwowal, wiec gdyby luby z uprzejmosci kolegi zrezygnowal, to szwagierka musialaby spac w innym hotelu dwie pierwsze noce. wiec luby nie rezygnuje z rezerwacji kolegi. z rezerwacji organizatorow konferencji tez sie nie da juz zrezygnowac. i tak to luby potrafi nieswoja kasa szastac:/ swoja tez, ale o tym, co zbroil w zeszlym miesiacu juz pisac nie bede. 

jesien, jesien, ach to ty…

dopadlo mnie jesienne oslabienie. duch silny, chcialby duzo, cialo nie nadaza. juz wiem, skad moje sflegmatyczenie – poszlam dzis oddac krew, ale mnie nie dopuszczono, bo za niska Hb. nie zdziwilo mnie to, bo zawsze jestem na dolnej granicy, mowie, ze ”taka ma uroda”, ale jak pan asystent rzucil okiem na poprzednie lata, to poziom bylo lepiej. co ciekawe, przed ciazami, przed dziecmi, bylo duzo lepiej.

poczytalam troche i znow klania mi sie (oprocz zelaza) witamina B. kilka lat temu dopadla mnie ”pani wscibska” – ”znajoma” z kosciola. jak zobaczyla, ze jednej zimy z ktoras juz z kolei opryszczka walczylam, kazala mi koniecznie pojesc witaminy B. jako, ze w tamtym okresie dokuczalaly mi tez korzonki naprzemiennie z rwa kulszowa, ktorym tez ponoc niedobor witaminy B sprzyja, chwycilam sie brzytwy i najadlam witaminy B kompleks. i pomoglo. 
od tej pory, ile razy lapie mnie opryszczka badz czuje nadchodzaca rwe (ostatnio ramienna:/) faszeruje sie witamina B, choc zawsze krzycze, ze nie lubie sztucznych witamin;)
ale ostatnio mi sie nie chcialo… rwe przepedzilam cwiczeniami i sauna, ale chyba jednak witaminka B mi sie znowu klania, bo ponoc przy niskiej Hb warto ja zazywac. taka ma uroda i chyba tez te wypijane litry kawy nie bardzo lubia sie z witaminami…. ale bez kawy ja dnia nie przezyje, wiec… witaj zakupilam dzis wit. B complex.
do oddania krwi moge sie stawic najszybciej za 3 miesiace.
przy okazji spytalam o narkoze przy oddawaniu komorek macierzystych (kiedys mowilo sie szpiku kostnego) – pisalam o tym jakis czas temu. na ulotce informacyjnej, zapraszajacej do oddawania szpiku/komorek macierzystych napisane jest, ze dawca musi byc w pelnej narkozie. i to mnie zniechecilo. ale dzis zapytalam jak to jest i okazuje sie, ze… ulotki sa niezaktualizowane i pelnej narkozy sie nie stosuje, jesli nie ma jakis specjalnych okolicznosci. wiec chyba sie zglosze… 

koszmar rodzica

dzis poczulam namiastke tego, co czuja rodzice dzieci, ktore przepadly bez sladu…

pojechalismy do szwagierki, dzieci ladnie bawily sie na murku, tuz obok, my siedzielismy przed domem na lawce i pilismy kawe… w pewnym momencie uderzyla nas cisza.
gdzie sa dzieci? nie ma.
ja zaczelam pokrzykiwac po ogrodzie, pewna, ze gdzies sie chlopcy pochowali i zaraz wyskocza uchachani, ze nam stracha napedzili. luby wybiegl na ulice, z jednej strony ogrodu, ale wrocil z ”niczym”. szwagierka jeszcze raz wyjrzala na ulice, podeszla kawalek dalej i… spotkala Szkraba. wziela go na rece i… gdzis pobiegla. zobaczylam ja juz z daleka i zaczelam biec za nia. luby za mna…
Szkrab pokazal szwagierce, w ktorym kierunku poszedl Bizon. gdy szwagierka dobiegla do Bizona, kilka ulic dalej, ten juz zorientowal sie, ze zgubil droge i prawie plakal. gdy dobieglam, strasznie byl rozstrzesiony. sama nie wiedzialam, jak zareagowac… ”dlaczego wyszedles???” Bizon sam nie wiedzial… z ciekawosci? z checia bycia duzym i samodzielnym? chcialo mu sie plakac. mi tez. 
wszyscy bylismy w takim szoku, ze w ciszy wrocilismy do domu i potrzebowalismy troche czasu, zeby zaczac o tym mowic.
w domu spytalam Bizona, dlaczego nie byli razem ze Szkrabem. dlaczego Szkrab byl sam i Bizon sam, bo spodziewalam sie, ze razem wyszli z ogrodu. wyszli razem, ale ”Szkrab byl madrzejszy i chcial wrocic” odpowiedzial Bizon. Szkrab albo zawrocil zanim sie pogubil w kretych uliczkach albo orientacja go nie zawiodla. zawrocil i odnalazl droge do domu Szwagierki, zostawiajac Bizona samego. a Bizon, gdy zorientowal sie, ze Szkraba nie ma, zaczal szukac brata i drogi powrotnej i sie zgubil. przyznam, ze troche mnie rozczarowalo to, ze sie rozdzielili – myslalam, ze w takiej sytuacji braterska wiez ich razem zatrzyma, ze pewniej sie poczuja razem, a jednak rozdzielili sie.
rozne mysli mi przechodza przez glowe…
czy bylismy lekkomyslni? nie wiem. chlopcy bawili sie tuz obok nas… ogrod jest niby wielki, bo dla grupy kamienic, taki wewnetrzny, ale ogrodzony murem. i sa dwie bramy. ale chlopcy biegali tuz obok, po murku… z drugiej strony, musielismy sie zagadac, skoro Bizonowi udalo sie taki kawalek przejsc. skoro przeoczylismy, ze odeszli strone bramy. 
zawsze czulam sie nadopiekuncza matka, bo zawsze powtarzam chlopcom, zeby bawili sie tak, zebym mogla ich widziec. gdy ich tracilam z oczu, czy to w ogrodzie moich rodzicow, czy u tesciow, czy na placu zabaw, od razu pokrzykiwalam, szukalam…a dzis przeoczylam. po raz kolejny doszlam do wniosku, ze im wiecej ludzi do pilnowania dzieci, tym szybciej o nieszczescie. bo gdy jestem sama, to skupiam sie na dzieciach, a dzis… kawa, dyskusja. i coz tego, ze bylismy w ogrodzie otoczonym murem? dzieci brame otworzyly i poszly w swiat.
inna mysl, ktora mnie meczy, to fakt, ze samo zgubienie sie dzieci mnie nie wystraszylo (bo przeciez sa ludzie, policja patrolujaca ulice, a dzieci na tyle duze, ze potrafia powiedziec jak sie nazywaja i gdzie mieszkaja), tylko… zboczency, psychopaci, ktorzy niestety sa wsrod nas. tego sie najbardziej wystraszylam: a co, jesli ktos ich zapakowal do samochodu i wywiozl? straszne, ze nie da sie zaufac innym ludziom…
dziekuje Bogu, ze tak sie to skonczylo. i chlopaki, i my dostalismy leckje. straszna lekcje. dobrze, ze happy endem.

uniewinniona;)

dzis dowiedzialam sie, ze to nie ja roztrzaskalam ekran laptopa – zrobil to luby!!!

okazuje sie, ze sila mojego lupniecia nie byla wystarczajaco silna, zeby rozgrzmocic ekran. za to lubego tak wsciekla moja postawa, ze lupnal dodatkowo….
taaa, my sie nie klocimy. serio. u nas nie ma klotni, zlosliwych slow, krzykow. my tylko w komputery walimy. 
to dlatego luby taki pokorniutki chodzil… a ja juz mysalam, jakiego dobrego mezulka mam: ja komputer rozwalilam, a on jeszcze potulniutko, bez slowa, do szpitala idzie kontynuowac pisanie grantu… 
ech… wariatkowo.
__________
dzis zwiedzilismy hute szkla – zarezerwowalam miejsca na pokaz dla dzieci i… rzadko chwale nasze dzieci, ale ich zachowanie zrobilo i na mnie i na lubym wielkie wrazenie. nasi chlopcy, sadzac po ”rozmiarze” byli najmlodsi i najgrzeczniejsi. moze to i nasza ”zasluga”, bo jak juz ich posadzilismy w pierwszej laweczce, wycofalismy sie na krzesla w rzedzie dla doroslych i koniec. a inni rodzice w te i we wte, musza zdjecie, musza film, musza cos szepnac na ucho… pokaz byl… nudny:/ byl nudny, bo prowadzacy najwyrazniej doswiadczenia z mloda widownia nie maja i zamiast zaczac od postaw ”tu jest piec”, ”kto wie, co sie dzieje ze szklem w wysokiej temperaturze”, ”popatrzcie co mamy w tych miseczkach” (byly drobne kawaleczki kolorowego szkla, ktore hutnik wtapial w mise, ktora robil, ale dzieci siedzace na niskiej laweczce nie widzialy misek stojacych na dosc wysokim stole…), to oni delektowali sie swoja robota. a jak juz piekna waze zrobili to dzieci nie mialy szans tej wazy wlasciwie obejrzec, bo artysta wsadzil ja do chlodnicy, zeby szklo powoli styglo, zeby zachowalo dobra jakosc. kurcze, ja bym zrobila cos malego (a waza byla ogromna), cos co mozna chlup do zimnej wody, zeby dzieci mogly z bliska obejrzec, pomacac, itd. nie dziwie sie, ze wiekszosc maluchow po 10 minutach zaczela sie krecic, wiercic, szeptac i stracila zainteresowanie pokazem, bo dla mnie, doroslej, trwalo to za dlugo. a ze wczesniej takie pokazy widzialam, wiem, ze mozna to zrobic z fantazja, energiczniej i przystepniej. to nic, nasze chlopaki siedzialy przejete, cichutko jak trusie i tylko kilka razy cos sobie do uszka szepnely:) na koniec dzieci mogly wybrac sobie malutkie, kolorowe szkielka – ”diamenty”, jak to nasi chlopcy mowili. 
o braku doswiadczenia artystow, nie tylko w podejsciu do dzieci, ale i do klienteli swiadczyly komentarze rzucane podczas pokazu ”ale nie halasujcie tak”, ”badzie ciszej”… dzieci owszem krecily sie, ale wcale jakos strasznie nie halasowaly. wiecej szumu robili rodzice, a najglosniejszy byl piec pana artysty.
wizyte podsumuje tak: znam lepsze huty szkla i jak chlopcy podrosna, pojedziemy gdzie indziej na pokaz. ale przyznam, ze sztuka ze szkla bardzo mi sie spodobala. piekne kolory, piekne ksztalty, piekne kompozycje, np. ogrodowe. artysci na poziomie, jesli chodzi o sztuke:)
przy pracowni byl piekny ogrod, gdzie zrobilismy sobie piknik:-) 
mielismy wracac do domu, ale lubemu przypomnialo sie, ze gdzies w okolicy jest stara wioska, niegdys grod, Burbonia i mozna tam pospacerowac, poczuc starodawne klimaty. i rzeczywiscie, to byl swietny pomysl. w Burbonii objerzelismy zachod slonca. chlopcom najbardziej podobaly sie starodawne, nieczynne juz toalety: dziury w deskach nad… rzeka:) chlopcom bardzo chcialo sie siku, gdy ogladalismy te toalety;)
i tak nam minela sobota. zimno, ale bardzo slonecznie – to lubie:)

bohater dnia i srodkowy palec

bohaterem dnia byl dzis Bizon. bo bez zadnych protestow, placzow, histerii i innych utrudniajacych zycie jego matce wybrykow, dal sobie pobrac krew z zyly. oczywiscie, troche mnie potrzymal w niepewnosci, bo skierowanie na badania dostalismy w zeszly piatek (alergia sie przyplatala:/). jednak gdy Bizon u lekarza uslyszal badanie KRWI, od razu za drzwami oznajmil (a on tryb oznajmujacy miewa bardziej przekonujacy niz matka czy ojciec…), ze krwi mu nikt pobierac nie bedzie! pod pretekstem ”nie spoznic sie do szkoly” (bo do lekarza udalo mi sie wcisnac na bardzo rano) oddalilam ten temat.

dzis, po tygodniu, stwierdzilam, ze Bizon pewnie juz zapomnial o sprzeciwie. dla pewnosci, nie wspominalam nic o krwi, tylko mowilam ”testy na alergie”, zeby Bizon nie za duzo myslal. bo im wiecej Bizon mysli, tym trudniej dla rodzicow.
pojechalam, uwage dzieci skupilam na tym jak zimno, ze kurtki zimowe, rekawiczki, itd…. w poczekalni byla tablica szkolna i resztki kredy, ktore akurat wystarczyly moim dzieciom, zanim nie zostalismy wezwani.
pani laborantka gdy zobaczyla Bizona (on nie wyglada na swoj wiek… drobniutki i jeszcze do tego bledziudki, taki 100% Nordyk) zwatpila:DDD chyba chciala zebrac odwage, ktora ja opuscila i wypytywala Bizona o to czy ma zwierze w domu, itd -pod katem alergii. Bizon bardzo powaznie odpowiadal. w pewnym momencie pani wstala i spytala (ku mojemu rozbawieniu): czy masz chwile, zeby poczekac? Bizon przytaknal, ze poczeka. pani laborantka wyszla i… wrocila z pomoca:) z doswiadczona seniorka, ktora od razu poinstruowala mnie, ze mam Bizona wziac na kolana, jego nogi miedzy moje nogi, lewa reka w moich dloniach, prawa reka podtrzymywana przez mloda laborantke… myslalam, ze Bizona udusze, tak go mocno trzymalam, bo sie zestresowalam cala ta procedura;) pani seniorka jednym ruchem w zylke sie wbila (na szczescie Bizon ma tak bledziutka skore, ze zylki jak rzeki na mapie – do wyboru, do koloru). Bizon ani drgnal!!! dopiero w domu powiedzial, ze go lekko zabolalo.
w nagrode Bizon dostal dyplom bohatera!!! i naklejke (mlodszy bracian, jak zawsze profity zgarnal i tez naklejke dostal) – ach, jaki byl dumny!!!! maly kawalek papieru, ale fakt, ze tam ”bohater” napisane… az do papy musielismy zadzwonic i mu powiedziec:D
na chwile wpadl kolega Bizona z siostra. w pewnym momencie Szkrab tlumaczy cos dziewczynce (7 lat), a ta patrzy na mnie z przerazeniem i mowi ”on pokazuje srodkowy palec!”. ja patrze na Szkraba i od razu widze co on robi, on pokazywal ”jeden”, pokazywal prawa reka, ze ma tylko jednego Gordona (wagonik) i lewa reka, ze ma az 3 Thomasow. ale 7 letnia dziewczynka nie ilustruje juz liczb palcami, wiec ja to zszokowalo, gdy Szkrab pokazal jej srodkowy palec:) szybko wytlumaczylam jej, ze on nie ma pojecia co srodkowy palec oznacza. Szkrab byl tak przejety monologiem o pociagach i wagonach, ze nawet nie zwrocil uwagi na nasza boczna wymiane zdan;)
a pozniej byla zabawa w jakblka, ktora zgapilam stad: http://skaczacwkaluzach.blogspot.com/2011/10/jabka.html
pojechalismy na targ, poprosilam pana, zeby do torebek wlozyl mi po dwa jablka z kazdego gatunku i zeby kazda torebka mi podpisal, bo przeciez ja wszystkich tych jablek nie rozrozniam;) czas najwyzszy sie (i dzieci) nauczyc. jednak Bizona bohaterowanie tak zmanierowalo, ze laskawie raczyl sie tylko przypatrywac. no, pestki chcial zbierac, ale powiedzilam, ze pestki dostaje ten kto zje jablko (bo ostatnio, nie wiedziec czemu, Bizon ma faze ”nie” na owoce i tylko banany i mango raczy zjesc). na pytania o kolor, strukture/szorstkosc/ gladkosc jablka odpowiadal ochoczo Szkrab. chlopaki bardzo ozywily sie, gdy im przy okazji jablek o nazwie ”rubens” o pewnym malarzu i jego golych paniach opowiedzialam;) ba, nawet pokazalam, a co, w koncu sztuka;) chlopaki pokladaly sie ze smiechu, gdy zadalam retoryczne pytanie, ze moze i mnie by ktos chcial nago namalowac… Bizon stwierdzil, ze nie, bo kobiety Rubensa nie tylko nagie, ale i puszyste mialy byc.
Szkrab i ja objedlismy sie jablek. jemu najbardziej Elstary smakowaly, mi oczywiscie Zlote Renety, a jablka do gotowania byly tak niesmaczne, ze obydwoje wyplulismy ugryzione kawalki. Cykl ”jabloni” tez objerzelismy i tu spotkalo mnie pytanie, ktorego sie spodziewalam, ale nie do konca (ja, przyrodnik…) nie potrafilam odpowiedziec: skoro w jablku jest tyle pestek, to dlaczego wokol jabloni nie rosnie tak wiele innych jablonek? no pogledzilam troche o ”jakosci” nasionek, o podatnosci gruntu, itd, ale przyznam, ze i mnie to pytanie nurtuje…

jak komentowac?

odkad uczestnicze w zyciu blogowym, mysle o rodzajach komentarzy, jakie ja zostawiam, jakie inni pisza.

nie wiem, czy to ta anonimowosc, czy ja taka z natury jestem, ale prawie zawsze pisze wprost to co mysle. nie bardzo potrafie i chyba tez nie lubie pisac zdawkowych komentarzy, takich ogolnych, choc czasami, z braku czasu nie da sie inaczej. 
czasami komentuje spontanicznie, czasami, np. robiac setna rundke Thomasem po drewnianych torach Szkraba, rozmyslam troche dluzej o danym wpisie i mysle, jakby tu skomentowac. jednak czesciej chyba komentuje spontanicznie. i tu wychodzi moja natura: walenie wprost, bez ogrodek, konkretnie.
nie potrafie pisac krotkich komentarzy. czasami martwie sie (juz po wcisnieciu ”publikuj komentarz”), ze wyjdzie na to, ze sie wymadrzam, wtracam, pouczam, ale nie potrafie skomentowac 1 zdaniem;) do dla mnie niemozliwe, chyba zbyt plytkie.
zauwazylam, ze czesto w komentarzach odnosze sie do naszej sytuacji, moje zycia,moich odczuc – czy to wynika z egocentryzmu? mam nadzieje, ze nie;) bardziej z proby wczucia sie w dana sytuacje. 
nie potrafie pisac slodkich komentarzy, po to by tylko komus sprawic przyjemnosc. nie potrafie tak w realu i nie potrafie w blogach. moze dlatego, mimo ze bardzo lubie ogladac na blogach zdjecia, bardzo rzadko zostawiam swoj slad, bo zwyczajnie nie wiem, co napisac… slodkie zachwyty nie leza w mej naturze, choc czasami z nienacka wychodza z klawiatury:-)
lubie komentowac. moze dlatego, ze w realu przebywam glownie z chlopakami, wiec tu, w blogach, spotykam doroslych, ktorzy w koncu maja cos innego do powiedzenia niz kolejne ”nie ciem”… ciekawe jak to bedzie, gdy pojde do pracy? mysle, ze wtedy potrzeba wypisania sie jeszcze bardziej wzrosnie;) bo ja musze z siebie wyrzucac, nie potrafie w sobie kisic wszystkich tych bodzcow zewnetrznych. 
lubie tez oczywiscie czytac komentarze, zwlaszcza u siebie – im dluzsze, tym lepsze;) i nie potrafie ich zostawic bez odpowiedzi:)

anger management

pamietacie komedie z Jackiem Nicholsonem ”Anger managment” (z niefortunnym polskim tlumaczeniem tytulu ”Dwoch gniewnych ludzi”)?

luby twierdzi, ze taka terapia to cos dla mnie…
jestem zlosnica. rzadko wpadam w zlosc, bo ona tak sobie we mnie rosnie, rosnie, gromadzi sie, i jak juz miejsca nie ma, to tak wybucham, ze lepiej zamknac mnie na klucz w pomieszczeniu gdzie niczym nie moge walnac.
w ostatnim tygodniu czulam sie samotna matka, bo luby wychodzil wczesnie, a wracal jak juz dzieci trzeba bylo klasc spac. ok, samotna matka przez tydzien, dwa, a nawet i trzy moge byc – wtedy sie mentalnie na to przygotowuje i nie jest zle. jak luby ma terminy, ja to rozumiem, jak musi pracowac wieczorami, to musi. jak musi pracowac w weekend, niech pracuje, ale niech idzie do pracy i mnie nie wkurza. bo miec tylko dzieci na glowie, to co innego niz miec troje. a luby pracujacy badz chory, to jak trzecie dziecko: kabel tu, memory stick tam, dysk zewnetrzny jeszcze gdzies, nie wspomne o porozrzucanych ubraniach, kubkach po kawie stojacyh nawet w przedpokoju, telefonu znalezc sie nie da, bo luby sprawy z kolega konsultuje i telefon zostawia tam, gdzie stoi. 
wczoraj i dzis zarzadzilam wyjazd na 3 godziny. piekna jesienna pogoda i takie przewietrzenie mozgownicy dobrze lubemu zrobilo. oprocz tych 3 godzin, cala sobote i cala niedziele luby siedzial przed laptopem. wiem, pracowal (choc, co mnie strasznie irytuje, w tym samym czasie TV ogladal, ”bo on podzielna uwage ma” – ja uwazam, ze ta podzielnosc uwagi obniza wydajnosc pracy, ale trusno, nie wtracam sie, jak tak lubi, niech tak pracuje). ale pracowal na swoje zyczenie, bo terminy grantow znal pol roku temu, a on teraz, na gwalt 3 granty pisze i w najblizszym tygodniu chce wyslac do komisji. brak jego organizacji, planowania i samodyscypliny odbija sie pozniej na mnie i na chlopcach, bo ciiii, tata pracuje. 
wzielam chlopcow na 3 godzinny spacer, wrocilismy glodni, dzieci zmeczone, wiec chcialam szybko obiad ugotowac. potrzebowalam 20 minut, bo dla chlopcow mialam wczorajsze danie, a dla siebie i lubego steki chcialam usmazyc i surowke zrobic. dzieci sie tlukly, bily, klocily, ja interweniowalam, one wyly, luby pisal… poprosilam go, zeby poczytal im przez te 20 minut, zeby wytrzymaly, ale on swiata nie widzial! nie bylo go! a ja probowalam gotowac, boegajac miedzy szalejacymi chlopakami. w koncu steki przypalilam. pieprznelam patelnia, steki wyrzucilam, podeszlam do lubego i … z takim impetem zamknelam laptopa, ze… ekran pekl:/
moglam zacisnac zeby, moglam jeszcze te kilka dni wytrzymac… moglam? widac juz nie moglam. 
luby poszedl pracowac do szpitala. i wiem, co mi pozniej powie, ze powinnam isc na terapie w stylu ”anger managment”. 
a ja? a ja wole to, niz wieczne jazgotanie mojej matki, awantury, klotnie, ktorych nasluchalam sie, gdy bylam dzieckiem. wole huknac laptopem raz na pol roku niz zatruwac otoczeniu zycie codziennym jazgotem. choc laptopa szkoda:/

nie przypuszczalam, ze dozyje;)

nie spodziewalam sie, ze ktoregos dnia, juz w pazdzierniku, sama i dobrowolnie, wrecz z radoscia i ulga kupie sobie… czapke. i od razu, jeszcze w sklepie ja zaloze:) 

na dodatek granatowa – niegdys znielubiany przez mnie kolor, bo kojarzyl mi sie nie tyle ze szkolnymi fartuszkami (przeciwko ktorym jakos nie mialam nic przeciwko, pewnie za mloda bylam;)), ale granatowymi spodniczkami, bolerkami i sweterkami, ktore trzeba bylo zakladac na akademie szkolne. akademii szkolnych, zakonczen i rozpoczec roku nie znosilam. wiec i granatowy kolor, w ktorym nieskromnie przyznam, jest mi do twarzy, raczej nie wchodzil w gre.
a tu nagle kolo bezy, brudnych bieli, szarosci i brazow, w ktorych mi zdecydowanie nie do twarzy, wisiala sobie granatowa czapka. i rozowa. zaczelam od rozowej, bo kurtke zimowa mam w kolorze baklazana, ale ten roz mnie powalil;) Szkrab gust podobny do mnie ma – stwierdzil szybko ”nie pasiuje, zia mala!” za to na granatowa przyzwalajaco pokiwal glowa. 
z tym ”dobrowolnym” zakupem to troche naciagnelam;) chodzi raczej o brak nakazu od osob trzecich, czyli mojej mamy:) bo to ona zawsze mnie scigala, zeby czapke nosic, a mnie czapki zawsze gryzly w czolo, drapaly w uszy i fizycznie sprawialy dyskomfort. teraz nie mama, ale holenderskie wiatry i moje obolale zatoki przemowily mi do rozumu. jak mi dzis zawialo, od razu poczulam, ze czas na czapke.
jak mama, to i Szkrab;) synek zachwycil sie ”tom kuleckom”, czyli pomponem:) jest wiec czapka z pomponem i do tego rekawiczki. 
z wielki zalem stwierdzilam, ze znowu trudno kupic komplet: czapke, szal i rekawiczki w tym samym kolorze, z tej samej firmy, serii. skoro wyprodukowali taka sama czapke i rekawiczki, to dlaczego juz o szaliku zapomnieli??? zarobiliby kolejne 10 euro od dziecka, gdyby wpadli na ten pomysl.
teraz jeszcze Bizon do opatulenia zostal…

zakreceny dzien

rano luby wyjechal z Bizonem do szkoly, a ja w pospiechu prysznic, sniadanie dla Szkraba, zeby go zawiezc do przedszkola na te 3 godzinki. nagle slysze zgrzytanie zamka – pewnie luby czegos zapomnial. nie, przywioz z powrotem Bizona, bo okazalo sie, ze dzis ma wolne (nauczyciele jakies kursy maja). niby byla informacja w gazetce szkolnej, ktora dostalismy 2 tygodnie temu, ale wylecialo nam to z glowy. w zeszlym roku nauczycielka Bizonka pisala dzien przed takim wolnym dniem info na drzwiach, ze nikt nie mogl zapomniec, wiec nawet nie trudzilam sie, zeby te daty kursow nauczycielskich i wolnych dni zapisac w kalendarzu… mea culpa;)

Bizon wrocil wiec do domu, luby podrzucil Szkraba do przedszkola – w koncu moglam spedzic czas sam na sam z Bizonem. rzadko sie nam to zdarza i obydwoje bardzo sie ucieszylismy tego wolnego przedpoludnia.
zaczelismy od ulubionej ukladanki Bizona. tzw. lo-ko. kapitalna rzecz, az szkoda, ze ja w dziecinstwie takiej ukladanki nie znalam. z reszta, wydaje mi sie, ze lo-ko nadal w tylko w Holandii znane. wybralismy opcje nauki czytania – laczenie sylab w pary, tak, zeby tworzyly slowa albo dopasowywanie podpisow do obrazkow. mialam nosa, wczoraj kupilam nowa ksiazeczke, wiec Bizon musial sie naglowkowac (bo stare ksiazeczki na pamiec zna;)). 
pozniej pogralismy na skrzypcach. o ile spokojniej, ciszej i chyba… fajniej jest wykonywac te cwiczenia tylko z jednym dzieckiem… Bizon cieszyl sie, ze moja calkowita uwage moglam poswiecic tylko jemu, a nie ”mamo, siku!”, ”mamooooo, ja tes ciem!”, ”mamoooo, pic”, ”mamooo, japko”, itd… bo tak wlasnie jest przy Szkrabie. tyle czasu spedzam z moimi chlopakami, a i tak jest miedzy nimi konkurencja o czas spedzany z mama. Bizona rozumiem, bo czasow, kiedy mial mnie dla siebie w 100%, nie pamieta. ale Szkrab… cale ranki poswiecam tylko na zabawe z nim, a i tak gdy chce cos ambitniejszego z Bizonem zrobic, Szkrab nie da tak na spokojnie:/
w koncu Bizon spytal, czy mogly pobawic sie komputerem… jakis czas temu nauczycielka Bizona dala rodzicom loginy/hasla dla kazdego dziecka osobne, do ksiazeczek czytanych przez lektora. generalnie nie jestem fanka tych ksiazeczek, bo nie widze roznicy miedzy tymi pseudoskiazeczkami puszczanymi na komputerze a bajkami w TV. ale do tych ksiazeczek sa tez pytania, ktore cwicza krytyczne myslenie dziecka (co oczywiscie mozna cwiczyc ze zwykla ksiazka, ale wiadomo… jaki sie posadzi dziecko przed komputerem, to ma sie swiety spokoj;)). wiec Bizon ogladal ksiazke, a ja odhaczalam obowiazki domowe:-)
wspolnie odebralismy Szkraba i po lunchu zarzadzilam wymarsz na spacer. poszlismy szukac jesieni:-) tym razem po liscie, zeby po powrocie do domu uzyc je jako pieczatki i matryce do malowania.
na spacerze, nie wiem, jakim cudem zabawilismy 3 godziny… nogi mi do d… chodzily, gdy wrocilismy;)
troche z chlopakami pomalowalam, ale pod koniec troche poryczalam, bo Szkrab jest dzieckiem dzikim, wscieklym, nieokrzesanym, bez kontroli. Bizon siedzi spokojnie, skupiony maluje na rozne sposoby, a Szkrabowi a to farba spadla na podloge i sie wylala, a to sobie lokiec w sloik z farba wsadzil, a to nabral na pedzel tyle farby, ze by na 3 rysunki wystarczylo, a to sobie wlosy pomalowal, a to trzeba mu ”rocki” umyc, bo sie kleja, po drodze do lazienki trzeba oczywiscie ”niecionci” scian dotknac, a ty matka lataj ze sciera:/ jeeejjjj, po godzinie mialam dosc. 
w koncu oglosilam koniec zajec plastycznych, mycie, szorowanie i ucieklam obiad gotowac:) co za ulga stanac przy garach;) w miedzyczasie chlopaki czekolade gdzies zachmikowana znalazly i sie jej objadly (odkrylam, bo za cicho bylo) – oczywiscie przy obiedzie pocyrkowali.
szybko umylam naczynia, luby zaladowal zbojow do kapieli, a ja pojechalam na fitness. jednak szybko wrocilam, bo… torby zapomnialam:/ i juz za pozno bylo, zeby wracac. ech… i teraz, zamiast kalorie spalac, wpierniczam resztki czekolady, ktore udalo mi sie zarekwirowac chlopakom…

wizyta w planetarium

z okazji miesiaca dzieci, ciag dalszy rozrywek – dzis wizyta w planetarium. 

oficjalnie, nie potrzeba bylo wczesniej rezerwowac biletow, ale kiedy przyjechalismy na pokaz o 14.00, okazalo sie, ze juz wszystkie miejsca sa zajete:/ 
deszcz, wiatr, szaruga, a planetarium w centrum miasta, gdzie samochodem wjechac sie nie da. pozostaja rowery… nie usmiechalo nam sie pedalowanie w te i we wte, ale jak sie dzieciom obiecalo planetarium, to slowa dotrzymac trzeba. kupilismy bilety na nastepny pokaz, o 15.30, wrocilismy do domu, rozgrzalismy sie kakaem/kawa i za godzine wyjazd. tym razem lalo jak z cebra. zalozylismy plastiki i szeleszczac stawilismy czola wichurze. pocieszalam sie, ze sporo kalorii spalilam:DDD
wiatr zwiewal nam kaptury z glow, wiec mimo plastikow, przyjechalismy z mokrusienkimi glowami. to nic, takie zycie w Holandii – mozna sie przyzwyczaic;) 
warto bylo. pokaz byl w namiocie ustawionym wewnatrz budynku muzeum przyrody. namiot wygladem przypominal jakby stacje kosmiczna, wejscie bylo juz bardzo kosmicznie waskie, wiec Szkrab troche sie splochal, ale w koncu wszedl zaciekawiony widzac, ze starszy bracian i mama znikaja w otchlaniach przestrzeni;)
w srodku ciemne niebo i pelno gwiazd – z rzutnika. tak prosto zorganizowane, zadnych supernowoczesnych sprzetow, a tak spektakularne! poczulam sie prawie jak latem, przy wakacyjnym ognisku:) prowadzacy pokaz student opowiedzial o gwiezdnych konstelacjach, zeby malusinskim ulatwic zrozumienie nazw, pod uklady gwiazd podswietlono symbole, np. pod ukladem wielkiej niedzwiedzicy, narysowany byl niedzwiedz. 
przyblizanie i oddalanie obrazu powodowalo, ze czulismy sie, jakbysmy plywali w kosmosie:) Bizon siedzial i sluchal jak zaczarowany. Szkrabowi oczywiscie po jakis 15 minutach zaczelo sie dluzyc – nie dziwie sie, bo jednak 3.5 latek nie zrozumie zbyt duzo z wykladu o wybuchach gwiazd, czarnych dziurach czy mglawicach. przyznam, ze i mi trudno bylo zrozumiec te holenderska astronomie;) niestety, mam zbyt ubogie slownictwo w tej dziedziny nauki.
wracajac smialismy sie z lubym, bo znow wyszly roznice miedzy chlopakami. Bizon w wieku 3.5 roku siedzialby jak trusia i za wszelka cene probowalby zrozumiec o czym mowa. a Szkrab… Szkrab tylko szukal okazji, zeby jakas srubke odkrecic, wyjac wtyczke z kontaktu, czy podniesc szybke od eksponatu:) 
*************
kostka prawie wyleczona – strasznie mnie kusi jutrzejszy ”body sculpting”… isc czy nie isc? oto jest pytanie!