szybko sie zapomina

dzis cala czworka pojechalismy na basen – Bizon mial lekcje plywania, a Szkrab bardzo chcial zobaczyc wyczyny brata. 

po plywaniu poszlismy do kantyny. kiedy siedzielismy przy stoliku, obok nas usiadla rodzina – ja, swoim paskudnym zwyczajem odplynelam… zdarza mi sie tak w kogos zapatrzec, ze zapominam o dobrym smaku i sie gapie. tym razem zagapilam sie, bo zobaczylam nasza rodzine, siebie jakies 2-3 lata temu.
babcia siedzi, pije kawe, przeglada gazety ”wnetrzniarskie”,  tata obok niej, zabawia babcie, pije kawe, je frytki, ciocia niby zwraca uwage co robia dzieci, ale ogranicza sie do obserwacji i picia kawy, wszyscy dorosli siedza, oprocz… matki. matka probuje ogarnac dzieci. jedna reka wyciaga pieluche z plecaka, druga przytrzymuje uciekajacego brzdaca, jednoczesnie uspokaja placzace starsze dziecko i blaga trzecie, zeby nie tracalo stolika. cala reszta towarzystwa jakby dzieci nie widziala. maja wazniejsze misje. a matka, z obledem w oczach probuje zachowac spokoj, ”spokojnie” mowi do dzieci, ale trudno jej samej zachowac spokoj. mam ochote wyrwac babci te cholerna gazete rak, wylac kawe na piekna morska sukienke i zmusic do zainteresowania wnukami. mam ochote kapnac w tylek tatusia zabawiajacego babcie i konczacego swoja porcje frytek. kawa mamy stoi sobie na stoliku i wlasnie sie rozbryzguje na wszystkie strony, bo tata machnal sobie od niechcenia nozka, gdy zakladal jedna noge na druga. who cares, mama i tak nie bedzie miala szans na wypcie tej kawy. skad wiem? 
bo u nas bywalo podobnie. 
przypomnialo mi sie. tyle, ze ja na ogol w koncu angazowalam lubego. ale nie zawsze. podczas wizyt tesciow zgrywalam matke super-bohaterke, ktora z wszystkim sobie poradzi, bo skoro maz chodzi do pracy i kase przynosi, to gdziez bym smiala go angazowac w tak prozaiczne sprawy jak pieluchy i placzace maluchy. tesc pracowal, wiec pieluch nie zmienial. gdy dzieci byly male, nie znosilam wizyt tesciow, bo rosl we mnie zal. zal, ze sami ktoras juz tam kawke z rzedu spijaja, smieja sie radoscie, podczas gdy ja latam od jednego malucha do drugiego. zal, ze luby siedzi i ich zabawia, zamiast mi pomoc, siasc z Bizonem na podlodze i ulozyc z nim klocki. Bizon platal sie od jednego do drugiego proszac o choc troche uwagi, ale ani babcia anii dziadek nie raczyli go wziac na spcer, plac zabaw czy poczytac ksiazeczke. czasami szwagierka. jak juz kawe wypila…
wiele razy byl ten temat maglowany, ze nie powinno sie miec postawy roszczeniowej wobec dziadkow, nasze dzieci, nasz cyrk, nie raz karcilam sie za mysli, dlaczego moi tescioiwe tak bardzo boja sie zabawy z wnukami, myslalam, ze nie powinnam narzekac (i w realu staralam sie tego nie robic, choc czasamu puszczaly nerwy), nie raz marze, ze gdybym mogla sie cofnac w czasie, spokojniej bym do pewnych spraw podchodzila…
ale gdy dzis widzialam te matke, ktora nawet jak juz dzieci byly wysiakne, przebrane i usadowione przy stoliku do konsumpcji, sama nie siadla, bo… wiedziala, ze nie ma sensu siadac (i racje miala: jedno z dzieci przewrocilo sie na krzesle i wylalo na siebie kakao). to mialam ochote wydrzec sie na te zakichana babcie, ktora bardziej interesowaly zdjecia wnetrz niz wnuki i na tego tatusia, ktory swe uroki nad babcia roztaczal. 
przypomnialo mi sie, gdy jeszcze w Niemczech tesciowie zaprosili mnie (z dziecmi) na kawe (luby byl w pracy). weszlismy do kawiarni, oni siedli, przejrzeli karte i zamawili, a ja w tym czasie najpierw probowalam zaparkowac wozek-jamnik, co latwe nie bylo wsrod tych wszystkich stolikow (pomogl mi kelner, ktory pewnie bal sie, ze mu wszystko wytluke tym wozkiem;)), rozebrac dzieci, siebie, znalezc krzeselko dla Szkraba, usadowic Bizona i pilnowac, zeby siedzial (mial wtedy 2.5 roku, wiec siedzenie przy stoliku bylo ostatnia rzecza, na ktora mial ochote). kiedy to wszystko zrobilam tesciowie juz kawe zdazyli wypic i spytali, dlaczego ja jeszcze niczego nie zamowilam…
odechcialo mi sie tej kawy. 
zaplacili i kieruja sie do wyjscia. a ja znowu kurtki, czapki, szaliki, rekawiczki jednemu, drugiemu – Szkrab sie prezy, nie chce siasc, Bizon mi ucieka, a tesciowie stoja przy drzwiach i patrza znuzonym wzrokiem – a ona znowu sie guzdrze… w koncu gdy siebie ubralam, tesciowie byli juz na zewnatrz, a Bizon… no wlasnie gdzie Bizon? okazalo sie, ze wyszedl – bo chcial isc do dziadkow, tyle ze oni nie zauwazyli, ze Bizon wyszedl. ja wciskajac Szkraba do wozka tez nie zauwazylam… obcy ludzie wprowadizli go do srodka:/ 
nie lubie wylewac zali, ale tak mi ten poranny obrazek w kantynie przypomnial nielatwy dla mnie okres… ciesze sie, ze dzieci juz odchowane i w zyciu nie chcialam bym wrocic do tego czasu sprzed 2-3 lat.
ciesze sie, ze tak latwo sie zapomina te niewygodne sytuacje. wole zyc bez takich wspominkow, choc czasami wracaja…

szkolne atrakcje

odwiozlam Bizona po lunchu (tak, jezdze na rowerze, bo wyjscia nie mam… kostke usztywnilam, najszerszego buta zalozylam i nawet to idzie. samochodem nie dalam rady, bo sprzegla nie moglam obsluzyc:/), a na podworku szkolnym policjanci sie kreca. troche sie wystraszylam, czy cos zlego sie nie przytrafilo, ale atmosfera bardzo wyluzowana… pojechalam wiec ze Szkrabem do przedszkola.

o 15.00 przychodze pod szkole odebrac Bizona, a tam fura policyjna, tlumy dzieci, w srodku, na zewnatrz – okazalo sie, ze w zwiazku z tygodniem ksiazki o temacie przewodnim ”bohaterowie”, szkola postanowila zaprosic bohaterow-policjantow do szkoly. Bizon podekscytowany, bo i kajdanki widzial i PRAWDZIWY pistolet i koguta mogl wlaczyc, choc syrene juz nie;) super, tylko powinni rodzicow uprzedzic, bo widzialam panike na twarzach niektorych;) znajoma mowila, ze kilka lat temu zaproszono straz pozarna, pokaz na podworku zrobiono, a kilku rodzicow sie przerazilo, ze szkola sie pali;) 
Bizon przyznal sie, ze sie zakochal:) w Adzie:) jej mame lubie, wiec moze byc, tyle, ze Vittorio tez sie w Adzie zakochal. nie wiem, jak chlopaki rozwiaza ten problem, ale na razie sie nie o nia jeszcze nie bija i wyglada na to, ze nadal sa przyjaciolmi:)
Szkrab w koncu w pelni zaakceptowal przedszkole (pewnie do najblizszych wakcji;)). wczoraj go luby zawiozl, Szkrab byl tak podekscytowany, ze od razu pokazal ojcu, gdzie mu pomacha, poszedl na stanowisko i szybko tate pozegnal. chcial sie pochwalic, jaki to dzielny jest:) 
niedawno robili w przedszkolu dzem, ale Szkrab byl zawiedziony, bo ”tylko pacic moglem!”. wczoraj przyniosl sloiczek z wlasnorecznie zrobiona etykietka, ochoczo nalozyl dzem na bulki, sprobowal i na tym sie skonczylo: ”dla ciebie, mamo”. mamie smakowalo, choc fanka dzemow nie jestem. widze, ze moje dzieci tez nie bardzo za dzemami… 

przymusowe siedzenie

skrecilam noge. 

tak to jest jak sie jest kurduplem – rower jest dla mnie troche za wysoki. jednak, kiedy mam czas, zeby sie przygotowac do hamowania, to jest bezpiecznie, ale kiedy musze zahamowac z nienacka…jakas pani podeszla tak blisko rowera, ze gdybym nie zahamowala, uderzylabym ja kierownica. wypierniczylam sie, razem ze Szkrabem. na szczescie Szkraba w locie na siebie reka zagarnelam, wiec mial miekkie ladowanie, ja gorzej – oparlam sie na lokciu – caly poobdzierany. na szczescie bylo mi troche goraco i rekawy od ulubionej sukienki wczesniej podwinelam, dzieki czemu dziury w rekawie nie wydarlam.
za to stope wykrecilam.
jaki to luksus, ze luby blisko pracuje. pod wplywem adrenaliny na poczatku nie czulam bolu, przyjechalam do domu ze Szkrabem, ale juz po Bizona do szkoly nie bardzo moglam pojechac:/ 
luby przywiozl wiec Bizona, a za nim przyjechal kolega Bizonka, bo obydwaj dali ”koncert” pod szkola, ze mieli sie po szkole razem na placu zabaw bawic. racja. obiecalam wczoraj… ale ze z placu zabaw nici, bo luby do pracy musial wrocic, luby zaprosil kolege do nas. dzieki temu nie wiem, ze mam dzieci, moge spokojnie siedziec i noge masowac:)
wiem, ze glupia jestem, ale najbardziej zmartwilo mnie to, ze… nie wiadomo kiedy bede mogla na fitness pojsc:( w zeszlym tygodniu mi przpeadlo, bo nie mialam z kim dzieci zostawic, bo luby byl w Berlinie, mialam isc dzis na XCO, juz sie doczekac nie moglam, bo wywijanie rurka bardzo mi sie spodobalo, jutro obiecalam, ze na zumbe w koncu wpadne, a tu… guzik:/ i co jak mi poziom endrofin spadnie???;)
ech… fujara ze mnie.

pazdziernik – miesiac dzieci

w Holandii czerwcowy dzien dziecka nie jest znany – wiec nie obchodzimy. tak jak nie obchodzimy dnia kobiet, walentynek czy dnia chlopaka, rocznic slubow (az dwie mamy;)). my tacy bezokazyjni jestesmy – jedynie urodziny obchodzimy, bo trzeba;)

w tym roku odkrylam, ze pazdziernik jest ”miesiacem dziecka”. co oznacza, ze w roznych miejscach rozsianych po calej Holandii organizowane sa ciekawe imprezy, w ktorych poziom dostosowany jest do dzieci od 4 lat.
w niedziele wybralismy sie wiec na Fryslandie na imprezy w otwartych mlynach. podjezdzamy pod pierwszy, kartka: ”z powodu choroby mlynarza, mlyn zamkniety”. pojechalismy do drugiego, kartki niet, a mlyn… zamkniety… dzis zadzwonilam wiec i zglosilam, ze cos organizacja nawalila. 
ale to nic, pogoda byla letnia, 25C, wiec obralismy kurs morze. i to byl strzal w dziesiatke. wychlapalismy sie, wygrzalismy w slonku. tego nam trzeba bylo po tym deszczowym lecie.
a pozniej grill u tesciow. jakos fanka holenderskiego grilla nie jestem, ale przyjemnie bylo posiedziec w ogrodzie, popatrzec na zachod slonca, a pozniej wracac we mgle:-)

roznice w czytaniu

mialam nadzieje na podobienstwo w czytaniu w jezyku polskim i holenderskim, Natalijka i Matylda sprowadzily mnie na ziemie, a sytuacja z wczoraj w realu udowodnila, ze plonne me nadzieje.

siedzimy przy stole, Bizon ma wagonik z literka A i H. ustawil wagoniki w kolejnosci A-H i mowi,
– o, to jak ten sklep (AH= AlbertHein)
– zgadza sie – mowie -i tez jak westchniecie ”ah….” – dodaje, choc wiem, ze westchniecie piszemy przez ”ch”. do rozmowy wtraca sie luby:
– nieprawda A-H czyta sie jak dlugie ”aaaa”
– po polsku AH czyta sie ”ah”
– ale po holendersku ”aaaaa”
a miedzy nami siedzi skolowane dziecko… 
przestawilam wiec szybko literki w kolejnosc H-A i pytam Bizona, a jak teraz przeczytasz?
– ha!
– wlasnie ‚ha”, jak bysmy sie smiali ”ha, ha, ha”! – patrze na lubego, czy ma jakies ”wonty”;) ale nie, jak ”h” jest z przodu, to OK, slychac je, tylko jak ”h” na koncu badz w srodku, to jest nieme. jak to wytlumaczyc dziecku? ja tego tlumaczyc nie bede. robie zdecydowana granice miedzy czytaniem po polsku, a holendrskie czytanie i nieme ”h” zostawiam lubemu i nauczycielkom.
___________
i o kaszce polskiej i holendeskiej;)
Bizon bardzo lubi kasze manna. kazdego ranka przed szkola wcina talerz dymiacej kaszy (czasami platkow owsianych). kasze zawsze przywoze z Polski, bo ta tutejsza troche zmodyfikowana. staram sie bardzo, zeby grudek nie bylo, ale niestety, zawsze mi sie jakas przytrafi. w Polsce babcia kaszke gotowala – idealna, bez grudek, oczywiscie. Bizonowi jakos tak kaszka nie smakowala. myslalam, ze moze mama kupuje kasze innej firmy albo dluzej niz ja gotuje, robila cos, co zmienialo smak. wrocilismy do Holandii, ugotowalam kasze (z grudkami, oczywiscie), a Bizon z ulga zjadl i powiedzial, ze on tylko ta holenderska kaszke lubi. tlumaczylam mu, ze to polska, ze ja kaszke z Polski przywoze, ale Bizonowi polska kaszka zrobiona tylko w Holandii smakuje:) ciagle nie bardzo wiedzialam dlaczego, myslalam, ze ja krocej gotuje, bo rano zawsze w poospiechu, zeby zdazyc do szkoly na czas. ale dzis sie dowiedzialam, ze to o te grudki chodzi. dzis stalam nad kaszka i mieszalam. o dziwo, nikt mi nie zdolal przerwac, zadne siku Szkraba, zadna rozlana herbata, zadna klotnia o zabawke, ani noga zaplata w nogawke od spodni, dzieki czemu zrobilam kaszke idealna, bez ani jednej grudki. daje Bizonowi, a ten sie krzywi:
– ale ja nie lubie tej polskiej kaszki!!! 
teraz juz wiem: polska = bez grudek:)
Bizon lubi kasze z grudkami. 

wiesci ze szkoly

wczoraj w szkole Bizonka odbyl sie info-wieczor. zaproszenia wreczone byly jakies 3 tygodnie temu, wiec mialam czas, zeby tesciowa sobie zaklepac na ten wieczor (bo luby nie przyjechalby na czas).

pan dyrektor przywital wszystkich w sali gimnastycznej, opowiedzial o planach dotyczacych szkoly, pozniej panie pielegniarki opiekujace sie dziecmi ze szkoly przedstawily swoj plan dzialania (ciagle przypominaja o sprawdzaniu dzieciom glow, bo wszy grasuja:/), a nastepnie rodzice mogli rozejsc sie do klas, zeby wysluchac nauczycielek swoich dzieci.
nauczycielka Bizonka ”z widzenia” nie przypadla mi do gustu, ale cieszylam sie, ze Bizon zadowolony i gdy pytalam, czy teskni za juf Karin, Bizon twierdzil, ze woli juf Nel, bo robia z nia ciekawsze rzeczy. wczoraj dowiedzialam sie, jakie to ciekawe rzeczy moj synek robi w szkole. przede wszystkim gry, ktorych tematyka krazy wokol literek, sylab (przygotowanie do nauki czytania) i cyfr (przygotowanie do nauki liczenia). super gry, nie na kieszen rodzica (jedna plastikowa ksiazka, z luznymi literkami, ktore nalezy dopasowywac do tekstu, na podstawie matrycy kosztuje 350 euro), ale moze i dobrze… dobrze, bo kiedy uzmyslowilam sobie jak mozgownica mojego dziecka pracuje przez te 5 godzin pobytu w szkole, obiecalam sobie, ze w tygodniu nie ”mecze” Bizona zadnymi dodatkowymi zajeciami edukacyjnymi (oprocz gry na skrzypcach;)). co prawda Bizon jest uzalezniony od ksiazek i rysowania i sam czesto siada i ”przepisuje” ksiazki – odwzorowuje literki, ktore widzi w ksiazce), wiec sam  o to prosi, ale bywalo i tak, ze to ja wciskalam literki do glowy, maglowalam dodawanie, nazwy miesiecy, itd. 
miotam sie, bo chcialabym, zeby moje dzieci potrafily czytac po polsku… i dlatego kusi mnie, zeby uczyc ich polskiego alfabetu (Bizon wlasciwie zna i sylaby czyta), ale tak sobie mysle, ze przeciez alfabet niderlandzki i polski az tak drastycznie sie nie rozni. jesli chlopcy naucza sie czytac po holendersku, to problemu z czytaniem po polsku nie powinno byc, bo przeciez polskie slowa znaja, a zlepki ”cz”, ”sz”, ”rz”, ”ch” zapamietaja w 10 minut. 
nowa nauczycielka Bizona przekonala mnie do siebie entuzjazmem, otwartoscia – nie jest taka sztywna, na jaka wyglada:) spodobaly mi sie jej metody nauki- np. nauka prezentacji. pani wyciela z kartonu ramki, ktore sa na niby telewizorem, nauczyla dzieci roznych wierszykow, zalpala ramki i udaje, ze jest prezenterka w TV. zapowiada program, w ktorym dzieci beda recytowac wierszyki o zwierzetach. wted pyta dzieci, kto chcialby byc w TV – na ogol kazdy:) wiec prosi dziecko, zeby przyszlo wyrecytowac wierszyk o sloniu. a inne dziecko o malpie, itd… dzieci ucza sie zrelaksowanego wystepowania przed grupa. 
co mnie zdziwilo, to ilosc rodzicow, ktora przyszla: w klasie Bizonka bylo 5 rodzicow czworga dzieci:/ a dzieci w klasie jest 15- cioro.
_____________
Bizon juz zdrowy. z srody na czwartek bardzo goraczkowal, wiec rano nie zbudzilam go do szkoly, dzwonie, zeby powiedziec, ze Bizon chory, a ten drepcze zaspany i wyje, ze on chce do szkoly. goraczki ani sladu, sniadanie wtrzachnal i do dokladke poprosil!!! pozniej szalal ze Szkrabem, wiec po poludniu zawiozlam go na 2 godziny do szkoly. bardzoo sie ucieszyl:)
a mnie zatoki lapia… mam jeszcze nadzieje, ze moze ”same” sie wylecza…
wyniki od ginekologa dobre, ale… dostane zaproszenie na kontrolna cytologie za pol roku. 

tak mi lzawo i jednoczesnie dobrze…

czasami watpie czy ja rzeczywiscie powolanie do malzenstwa mam:) luby w Berlinie, chlopaki spia, a mi tak dobrze…

obejrzalam przed chwila lzawe romantiko na dvd – ”Dear John”. Film na podstawie ksiazki Sparksa. Gdy tylko zobaczylam pierwsza scene filmu, zaczelam sie zastanawiac, gdzie i kiedy ja ten film juz widzialam. chwile po tym uswiadomilam sobie, ze filmu nie widzialam, za to czytajac ksiazke, wyborazilam sobie te pierwsza scene dokladnie tak, jak zostala ona zekranizowana:) pierwszy raz cos takiego mi sie przytrafilo. 
film przechlipalam, bo wiedzialam, ze nie bedzie to slodziutka historia milosci, ale na koniec trafila sie mila niespodzianka: happy end (ktorego w ksiazce nie bylo). ale co tam, jak juz chlipac to na calego, happy end tez przechlipalam;)
luby zadzownil, szczesliwy, bo juz poprowadzil workshopy – pierwszy raz to on mial je prowadzic, wiec jechal bardzo zestresowany. ja tez odetchnelam z ulga, bo luby mimo ze szczuply, to z tendencja do wysokiego cisnienia:/ i zawsze, gdy on pod napieciem, martwie sie, zeby to wysokie cisnienie mu brzydkiego numeru nie splatalo:(
Bizon zlapal ”swoja” chorobe – chorobe 1-2 dniowa, ktora objawia sie zmeczeniem, bolem glowy, goraczka i domaganiem, sie snu. jedynym lekarstwem na te chorobe jest sen. na ogol Bizon przesypia popoludnie, noc i rano wstaje zdrowy. mam nadzieje, ze i tym razem tak bedzie. z ta choroba z kolei luby ma zawsze ”problem”, bo biuro lubego ”sasiaduje” z onkologia. luby chcac niechcac dzien w dzien oglada tych malych pacjentow i gdy Bizon dostaje te swoja dziwna chorobe, luby bardzo sie boi, zeby to nic powaznego nie bylo. 
wracajac do mojego slomianego wdowienstwa, lubie ten wieczorny ”swiety spokoj”. nie wiem, czy Wy tez tak macie, ale ja wieczorem czuje sie winna, gdy doszlifowuje domowe obowiazki kury domowej, zamiast siasc kolo lubego i doszlifowac obowiazki zony i kochanki. a teraz luby daleko, wiec ja czuje sie wolna:-) na dodatek nikt mi sie skacze z kanalu na kanal i moge KAZDA reklame obejrzec!!! czyz to nie wspaniale;)?
jutro jeszcze bedzie fajnie, a w czwartek luby wraca i… z wielka radoscia wtule sie w jego ramiona:)

mixio

buty zakupione. ciesze sie, ze pojechalismy cal rodzina, bo jednak mierzenie 20 par butow, z dwojgiem niercierpliwych, ruchliwych, gadatliwych dzieci, sciagajacymi z polek wszystkie buty, ktore im sie podobaja to praca nie na jedna osobe;) jedno podaje buta z jednej strony, drugie z drugiej, jedno ma buta w zlym rozmiarze (choc pokazalam: z tej polki mozesz wybrac), drugi pokazuje buta, ktory nic wspolnego z zima nie ma… luby gada jak nakrecony ”nie dotykaj, nie zrzucaj, uwazaj, zakladaj, sciagaj”, a ja nic nie mowie, tylko zakladam, sciagam, zakladam, sciagam badz probuje zalozyc, sciagam, probuje, sciagam, probuje, sciagam… dobrze, ze pani ekspedietnka przejela proby ze Szkrabem, bo ja po ilus tam podejsciam mialam ochote polozyc sie na podlodze i wlaci rekami i nogami, bluzgajac na producentow, ktorzy dyskryminuja moje dziecko, bluzgajac na moje dziecko, dlaczego nie moze miec normalnych stop, jak wszystkie inne dzieci, bluzgajac na siebie, dlaczego nie moge byc jak te mamy z reklamy, spokojna, usmiechnieta, wpychajaca w co drugie slowo ”moj skarbie”…

moja mama czesto opowiadala o ”polowaniach” na buty, kurtki inne rzeczy codziennego uzytku, bo za komuny puste sklepy byly. co z tego, ze u nas polki pelne, jak zakup butow dla Szkraba to kilkugodzinne polowanie? dobra, grunt, ze sa. dwa numery za duze, ale sa.
luby, zeby odreagowac musial ”cos w domu” zrobic, tzn. pomajsterkowac. szybko popedalowalismy wiec do Praxisa i wrocilismy z nowymi listewkami do scian w jadalni i kuchni. w domu okazalo sie, ze sciany krzywe (tzn. to juz od dawna wiedzialam, ale nie chcialam lubemu marudzic, bo jeszcze by chcial wyrownywac te sciany:/). na szczescie luby jakos wybrnal i listewki bardzo ladnie przytwierdzil.
wczoraj, jak juz dziatwa padla, obejrzelismy ”Ondine” z nasza polska gwiazda Alicja Bachleda-Corus. niestety, rozczarowanie. podwojne. filmem i Alicja. Collinem tez, ale jego fanka nie jestem, wiec nie nastawialam sie na jakas cudowna metamorfoze tego aktora (choc przyznam, ze w ”Budce telefonicznej” wyjatkowo mi sie podobal). Alicje pierwszy raz na ekranie widzialam (do ”Pana Tadeusza” awersje mam, wiec wolami by mnie do kina nie zaciagnal…) i niestety… moze dlatego, ze rola do bani (nudy z flakami, zero akcji, zero jakiegos punktu zaczepienia), a moze dlatego, ze Alicja taka flegmatyczna? wyobrazilam sobie w tej roli Angeline Jolie, moja ulubienice i mysle, ze ozywilaby te nudna syrenke. pomijajac aktorow, film mi sie ani troche nie podobal, dluzyl mi sie, ciagnal i az sie zdziwilam, ze luby nie zaproponowal, zeby cos innego obejrzec;) co mnie tez zdziwilo, to to, ze wsrod aktorow wymieniony byl Collin, a Alicja nie, a przeciez obydwoje grali role pierwszorzedowe. patrze na okladke DVD, zdjecie Collina i Alicji, ale tylko jego imie i nazwisko na niej figuruje! dlaczego?
w pn luby jedzie na konferencje do Berlina, bede slomiana wdowa… chyba mu koszule wyprasuje, niech wie, ze wciaz kocham:)

perypetie butowe

poszlam dzis kupic Szkrabowi buty na zime. pani zmierzyla mu stope, wyszedl rozmiar 24-25 i wybiera mi z tejze rozmiarowki buty. ja z gory wiem, ze tych rozmiarow Szkrabowi nie wcisne, bo ma zbyt szeroka stope i wysokie podbicie. ale pani wie lepiej i zabiera sie do zakladania Szkrabowi bucikow. ok, probuj kobieto, ty sie upocisz, nie ja.  z 24 szybko sie poddala, 25 najszersze (oznaczone literka G) nie weszly, w koncu 26 wcisnela. ledwo. 

te pasuja, mowi. ja na to, nie jestem pewna, bo widzialam, jak mocno musiala pchac i ciagnac, zeby te buty wcisnac, a przeciez dziecko tyle sily nie ma, zeby samo buty zalozyc i sciagnac. specjalnie wyjechalam z tym argumentem, a pominelam kwestie wygody, bo przeciez samodzielnosc dziecka jest teraz tak wazna i wszedzie podkreslana;) a ze Szkrab jest na swoj wiek dosc duzy, ludzie czesto mysla, ze on juz ze 4 lata ma, wiec tym bardziej, powinien byc w stanie sam buty zalozyc. 
pani sie zirytowala. kobieto, czemu sie irytujesz? od poczatku mowilam ci, ze ponizej 26 to w ogole nie ma co probowac… 
Szkrab sie przeszedl w tych ledwo wcisnietych butach i skamle, ze go ciasna. nie zdziwilam sie, tez by mnie cisnely, gdyby miala takie kopytko i takie ciasne buty.
w koncu butow nie kupilam. jutro pojade do nastepnego sklepu. u nas to juz norma, Bizon mimo ze drobniutki, tez dosc wysokie podbicie ma i tez pierwszych lepszych butow mu nie moge kupic. choc z nim latwiej niz ze Szkrabem. ze Szkrabem na ogol 3-4 sklepy musze przeleciec, zeby cos wybrac i zawsze te 2-3 rozmiary wieksze niz pokazuje miarka. nie jestem z tego powodu usatysfakcjonowana, bo rzeczywiscie, but powinien byc odpowiedniej dlugosci, ale co mam zrobic, jak inne buty nie wchodza na noge Szkraba???
problemu nie ma tylko z sandalami, tymi, ktore maja regulacje w obydwu paskach.
rozmawiamy pod szkola obutach dla dzieci, a wszystko dlatego, ze w kilku sklepach jest akcja: ”przynies stare buty, damy ci 10 euro”. haslo fanie brzmi, ja dzieki niemu posprzatalam szafe z butami i wrocilam z centrum z kuponami wartosci 60 euro. oczywscie, nie znaczy to, ze moge teraz dostac gratis buty warte 60 euro: kazde 10 euro znizki mozna dostac przy zakupie 40euro, 20 euro znizki przy zakupie wartym 80 euro, itd. mamy stojace pod szkola kreca glowa, to kupuje takei drogie buty dla dzieci. ja sie przyznaje – ja. po prostu nie mam wyjscia, inne nie pasuja. i jutro kupie chlopakom kolejne drogie buty, bo w za ciasnych przeciez chodzic nie beda. 
panie wysylaja mnie do pobliskiego second hand-u. one tam za 1 euro buty kupuja, a ja… zabawki tak, ale butow nie. buty maja byc nowe, nie powykrzywiane, nie poobcierane. nie mowie tego jednak glosno, bo nie wyjsc na dziwadlo. trudno, nie kupie sobie w tym roku nowej kurtki, ale dzieciom nowe buty tak. i kupony jutro pewnie wykorzystam;)

w ramach umuzykalnienia

poszlam dzis z chlopcami na probe Polnocno-Niderlandzkiej Orkiestry (Het Noord Nederlands Orkest). 

raz na miesiac, w naszym miescie odbywaja sie tzw. otwarte proby orkiestry grajacej muzyke powazna. jako ze Bizona fascynuja instrumenty smyczkowe, a najbardziej kontrabas, pomyslalam, ze ucieszy sie widzac jak na zywo graja profesjonalisci. nie mylilam sie:-) Bizon byl bardzo podekscytowany, kontrabas oczywiscie go oczarowal, ale najbardziej chyba jednak spodobal mu sie pan dyrygent, ktory muzyczny fitness uprawial;) niesamowite jak on sie wyginal, jak on te muzyke czul. ja tez lubie patrzec na dyrygentow, wiec rozumialam, co czul Bizon. 
czas otwarty dla publiki byl dosc krotki, bo tylko 30 minut, ale dla Szkraba to bylo w sam raz –  ostatnie 5 minut troche mu sie dluzylo, ale moge powiedziec, ze dumna z niego bylam, bo znajac temeprament moje 3.5 latka wszystkiego sie moglam po nim spodziwac – nawet wtargniecia na scene;)
mysle, ze za miesiac tez pojdziemy:)