jak sie pali, to sie wali…

Chodze ostatnio skapciala. Zamiast po wakacjach tryskac radoscia i energia, ja padam na nos. Na dodatek, remontow konca nie widac. Niestety, nie tylko remontow zaplanowanych (drzwi-okna balkonowe odhaczone, ale jeszcze czeka nas przesuwanie kaloryferow w kuchni i naszej sypialni, dzieki czemu zyskam czesc sciany na dostawienie szafki i jeszcze sufit w wypoczynkowym bedziemy nowy klasc, bo jakis czas temu zaczal sie kruszyc), ale i nieplanowanych:/ 

Od kilku dni woda w kuchni bulgocze, slabo scieka, w czwartek woda sie wysaczala z godzine chyba. Luby porozkrecal rury i doszedl do wniosku, ze blokada jest gdzies glebiej i on jej nie dosiegnie. W piatek wezwalam hydraulika. Przyszlo dwoch panow i pytaja, ile lat mam te kuchnie. 6 lat. no… bo jest problem. Panowie, ktorzy kuchnie instalowali schrzanili robote (moze tak, moze nie… fachowcy lubia na siebie psioczyc…) i zle polaczenie rur zrobili pod meblami, wiec szafki trzeba rozmatowac i nowe polaczenia rurowe zrobic, bo inaczej panowie nie maja jak tego zablokowanego odcinka przeczyscic:/ Pierwszy raz ucieszylam sie, ze mam mala kuchnie i malo szafek. Luby ucieszyl sie mniej, bo to na niego to rozkrecanie szafek przypadlo, a wsrod szafek m.in. karuzela narozna, ktora rozkrecic nie jest latwo, a co dopiero ja pozniej skrecic. no nic, chlopcy szafki oproznili, luby je rozkrecil i jutro maja przyjsc hydraulicy. 

Na dodatek, cos mnie tknelo i zajrzalam do piwnicy, ktorej nie uzywamy ze wzgledu na wilgoc. Woda. Okolo 10-20 cm wody:/ No plakac mi sie zachcialo. Po cholere mi ta piwnica, skoro jej nie uzywam a jeszcze ciagle trzeba ja osuszac, czyscic, wietrzyc, zeby grzybami nie zaszla???
Mowie do lubego, ze jak tylko pojde do pracy, rozgladamy sie za czyms w nowym budownictwie. A luby… nie chce! on lubi stare kilmaty, duze okna, wysokie sufity, cegle… ja niby tez. Ale mam dosc wilgosci, starego drewa, przeciekajacych piwnic, walacych sie na glowe sufitow, pekajacych balkonow (niedawno remontowalismy, znowu peka: czeste deszcze + stara technologia = pekanie), nierownych scian, itd…
Chce nowe budownictwo, prosto od wykonawcy, zebym mogla reklamowac, gdy cos bedzie szwankowac. 
Nie, luby lubi stare klimaty. Chyba mamy powod, zeby sie rozwiesc;)
Do zaplanowanego remontu wybralismy firme ”bouwen met Polen”, firme, ktora zatrudnia Polakow. Spytalam wlasciciela firmy, co mu przyszlo do glowy, zeby polskich panow zatrudniac: ”ich mentalnosc” –  odpowiedzal – ”bo Holender hydraulik nie zrobi czegos, co nalezy do stolarza, czy slusarza, a Polak i owszem. o co ich poprosze, zrobia, jak cos trudnego nie narzekaja, tylko tak kombinuja, tak planuja, ze zrobia. ani ja, ani zleceniodawcy nie slyszymy ” 
To prawda. Nie raz irytowalam sie na holenderskich fachowcow, za wg mnie niedokonczona robote, a luby tlumaczyl mi, ze oni zrobili, co do nich nalezalo. przyklad sprzed jakis 4 lat: wymienialismy okna frontowe. Chcialam drewniane, przyjechaly drewniane. tyle, ze ledwo musniete farba gruntowa!!! A ze byl to listopad i ciagle lalo, to nie mielismy jak tych ram pomalowac. Przyszla wiosna, okazalo sie, ze luby ma lek wysokosci i ram nie pomaluje… w koncu musielismy malarzy wynajac. 
Ciekawa jestem, jak sie polscy panowie spisza.

synowa z odsiecza

dwa tygodnie temu tesciowa miala wypadek na rowerze. juz od wielu lat miala problemy z nogami, z miesniami (jej mama miala dystrofie miesni, ale u tesciowej te chorobe wykluczono). zaczelo sie od tego,  ze zerwala sciegna w kolanach (wypadek podczas jazdy na nartach) – dlugo nie mogla chodzic, bardzo przytyla, a otylosc tez nogom przyjaciolka nie jest…

ostatnio tesciowa bardzo ladnie schudla, wiec nogi odzyly. zaczela chodzic na dluzsze spacery, jezdzic na rowerze, a tu znowu pech. wlasciwie zaden pech, tylko irytujacy nawyk tescia – nie wskazuje, gdy skreca, ani na rowerze, ani pdoczas jazdy samochodem (zawodowy kierowca!). i tak wlasnie sobie nagle skrecil rowerem, tesciowa i szwagierka jechaly za nim (bo byli w trojke na wakacjach) i tesciowa tak wyladowala, ze noga opuchnieta, obolala i lekarz zabronil jej chodzic. szwagierka wrocila z rodzicami na Frysladnie, a dwa dni pozniej zgadala sie z kolega, ze pojedzie z nim, jego zona i dzieckiem do Francji, gdzie rodzice kolegi maja domek. obgadam, ale jakos mnie to zaskoczylo – mysle, ze ja bym raczej po pracy jezdzila do mamy, zeby jej jak najwiecej pomoc… niby tesc przy tesciowej jest, ale on zajety ptaszkami (ktorych ma sporo…) i zakupy zrobi, cos ugotuje, ale juz bardziej domowymi zajeciami jest na bakier. w zeszla sobote pojechalam wiec, zeby posprzatac, wyprasowac i ugotowalam obiad na dwa nastepne dni. dzis powtorka z rozrywki.
a szwagierka mnie troche zirytowala… bo we wtroek ma urodziny, w niedziele wraca z wakacji, i na wtorek wieczorem zaprasza na urodziny. we wtorke wieczorem, to my kapiemy dzieci, kolacyjka, bajka na dobranoc i kladziemy je spac:/ gdyby to byly wakacje, to w porzadku, dzieci moga ”byc na chodzie”, ile wytrzymaja, ale od pn zaczyna sie szkola i przedszkole i chlopcy najozniej o 20.00 musza isc spac. a ze o wakacjach trzeba najpierw wpasc w szkolny rytm, to juz z doswiadczenia wiem, ze pierwsze dwa tygodonie sa trudme, dzieci zmeczone bardziej niz zwykle i nie raz bywalo tak, ze ledwo do 19.00 wytrzymywaly. luby we wtorek pracuje, wiec najwczesniej dojechalisbysmy do szwagierki na 18.30… nie zdziwilabym sie, jakby chlopcy w samochodzie zasneli (godzina jazdy)… dlatego powiedzialam, ze ja z dziecmi nie jade. jak luby chce, niech jedzie sam. luby przytaknal, ze tez mu te urodziny nie bardzo leza… nie wiem, co zrobi. w sobote tesc ma urodziny i dlatego szwagierka nie moze (nie chce) urodzin wyprawic w weekend. ale przeciez jest niedziela (tylko dla nas bylaby to podwojna impreza, pozostali goscie sa inni), jest piatek, kiedy szwagierka nie pracuje, a chlopcy w sobote mogliby odespac wieczorne szalenstwa… trudno, jej wybor. 

zawod matka;)

od kilu tygodni zaczytuje sie w blogach bardzo kreatywnych mam – zaimponowaly mi:-) i od tych kilku tygodni wieczorami czytam, chlone, wymyslam (badz zgapiam:)) i konkretnie przygotowuje sie do dnia nastepnego. moze wyda sie to troche sztywne: plan dnia, w co sie bedziemy bawic, czego uczyc (przez te zabawe), ale nie, widze, ze chlopcom sie to podoba i dzis rano chlopcy krzyczeli (jaki oduczyc ich przekrzykiwania sie?!?!?!?!): ”jaki mamy plan, jaki mamy plan?!?!?!?” a ja na to: niespodzianka! bo zanim zaczne realizowac jakikolwiek plan, musze sie napic kawy;) kiedys byl jeszcze prysznic, a zaraz po nim kawa, ale podczas wakacji prysznic zaliczam… w zaleznosci od pogody:DDD jak slonecznie, to szybko, bo trzeba isc przeciez w teren, ale jak pada… ech, co ja tu o prysznicu bredze…

plan na jutro gotowy, ale jeszcze na samej gorze kartki napisalam drukowanymi literami: NIECH SAMI SOBIE ZROBIA SNIADANIE!!! 
a co, kroja nozem plasteline, to czemu sobie bulki nie moga przeciac i posmarowac?
kiedys pomagali mi gotowac krupnik  – ciachali warzywa (przyznam, ze drzalam o ich palce i karcilam sie w srodku, ze glupi pomysl, ale obylo sie bez przelwu krwi:/) i nawet im to szlo:-)
od pewnego czasu wyrzucam sobie, ze nie mam cierpliwosci na angazowanie chlopakow do pomocy w zadaniach domowych, choc dwa stale etaty maja: Szkrab wrzuca pranie do pralki i wlacza ja, a Bizon jest swietny w zbieraniu zabawek. najchetniej myliby mi naczynia, ale to nie na moje nerwy;) zla jestem na siebie, bo zapominam o takich prostych rzeczach, w ktorych chlopcy mogliby mi pomoc, jak np. odniesienie naczyn ze stolu po obiedzie do kuchni. troche wynika to z faktu, ze chlopcy szybciej jedza niz ja luby i na ogol pozwalamy im pierwszym odejsc od stolu, a my jeszcze gawedzimy. a jednak… powinnam sie wziac za ”tresure”, bo czym skorupka za mlodu…
na jutro mam zaplanowanych kilka pozycji – plan bede realizowac w zaleznosci od tego, jaka bedzie pogoda, ale dwie rzeczy MUSIMY zrobic:))) 1) pojemnik sensoryczny ”piraci”, w tym stylu: https://czipsowo.home.blog/wp-content/uploads/2011/08/7f669-p8319273.jpg
2) eksperymenty z woda: 
powyzsze pomysly zaczerpnelam z tego bloga: http://skaczacwkaluzach.blogspot.com/
przyznam, ze jestem wielka fanka pudelek sensoryczych – do tej pory zrobilismy ”plac zabaw dla dinozaurow” – Bizona najbardziej fascynowalo jego budowanie, a bawil sie nim Szkrab:) a matka sprzatala;)
nie trzymam sie planu kurczowo, jak widze, chlopcy w cos fajnego sie bawia, nie przeszkadzam im (zmadrzalam;)), ale na ogol sa takie luki w ich kreatywnosci, ktore ja smialo moge zapelnic swoimi pomyslami. mam nadzieje, ze z sentymetem beda wspominac te nasze zabawy, gdy dorosna…

nie narzekac! o biszkopcie:)

dzis apeluje do wszystkich matek: nie narzekajcie na trudy zycia przy swoich dzieciach;) 

po tym, czego sie nasluchalam od mamy o trudach macierzynstwa, nie powinnam sie decydowac na dzieci, a juz napewno nie jedno po drugim. kiedy urodzil sie Bizon bylam pozytywnie zaskoczona, ze nie bylo tak zle jak mama opowiadala. choc tlumaczylam sobie to tym, ze luby mnie wspieral, ze sa pampersy, literatura, moje dziecko nie mialo kolek… 
od mamy nasluchalam sie tez, jak trudno robi sie ciasto drozdzowe – jedyne, ktore mama kupowala w sklepie, bo w domu to nie wychodzi. i w zyciu bym sie nie podjela drozdzowych wypiekow, gdyby nie fakt, ze Bizon reaguje wysypka na supermarketowe pieczywo. juz za pierwszym razem bulki drozdzowe wyszly pyszne i mimo ze to biale pieczywo, uznaje je za zdrowsze niz barwione karmelem pseudociemne pieczywo z supermarketu:-)
mama takie cuda cudenka piekla, ze zloty medal bym jej dala… ale ile sie nanarzekala na biszkopty – ze opadl, a zeby nie opadl, no moze byc, ale troche za niski, itd. jak mama piekla biszkopt trzeba bylo sie od kuchni z dala trzymac, bo mama w stresie byla;) 
i teraz przechodze do watku, ktory sklonil mnie do rozmyslania o mamie i jej narzekaniu: biszkopta.
bylam dzis z chlopakami na targu, a tam truskawki. Bizon je zobaczyl i proszaco zawolal: mamoooo, zrobisz mi ciasto truskawkowe????
i co mialam powiedziec? 
– sprobuje – odpowiedzialam pelna leku, bo wiedzialam, jakie ciasto Bizon mial na mysli: biszkopt z truskawkami, oplany galaretka.
bo na zakonczenie roku szkolnego zaprosilam moich synkow do kawiarni, gdzie mieli wybrac sobie ciasto, na ktore mieli ochote. i obydwaj wybrali biszkopt z truskawkami. Bizon ma moj smaczek – bardzo jest za slodkim:-) Szkrab mniej, on woli konkrety, ale i jemu to ciasto podeszlo. wiec na targu i on przypomnial sobie TO ciasto:)
przyszlismy do domu, chlopaki zajely sie myciem truskawek, a ja… buszowaniem po ”Moich wypiekach”. bo jak piec cos tak TRUDNEGO jak biszkopt, to tylko od ”dorotus”:) i znalazlam: http://mojewypieki.blox.pl/2007/09/Biszkopt-do-tortu-i-nie-tylko.html
wyszedl idealnie – pewnie dlatego, ze pomocnikow mialam:)))
i po raz kolejny pomyslalam, dlaczego mama tak narzekala? przeciez ten biszkopt o wiele latwiejszy i szybszy niz wszystkie te serniki, torty i inne wykwintne ciasta, ktore mama piekla…
na biszkopta wylozylismy truskawki, zalalismy galaretka (ktorej polowa wyciekla a druga polowa ”sie wsiakla”, tak, ze galaretka posluzyla jako ”klej” do przytwierdzenia truskawek) i rozpoczela sie konsumpcja. chlopaki wcinaly, az im sie uszy trzesly, tyle, ze truskawki sciagali, bo kwasne:D ja pojadlam wiec truskawek z resztkmi galaretki, a chlopcy biszkopta.

grunt to komunikacja:/

na ogol nie mamy z lubym problemow z komunikacja, ale dzis…

kilka dni temu dostalismy e-maila od pani nauczycielki od skrzypiec, ze nowy rok szkolny wkrotce sie zaczyna, czy Bizon nadal jest zainteresowany gra na skrzypcach i jesli tak, to kiedy mozemy sie wybrac, zeby Bizonka wymierzyc i wypozyczyc mu odpowiednie skrzypce. jako ze moj pisany holenderski jest ciagle jeszcze niedoskonaly, ”fowardnelam” e-maila do lubego, z dopiskiem ”czy moglbys odpowiedziec?”.
luby oczywiscie musial to ze mna skonsultowac, zadzwonil, podyktowalam mu, co napisac (tak to u nas na ogol wyglada: ja mowie co trzeba napisac, a luby ubiera to w ladne slowa i poprawna gramatyke).
wieczorem otworzylam e-maila, tam e-mail od lubego do pani nauczycielki. myslalam, ze go do mnie cc-dnal (czy ktos mi podpowie jak sie nazywa ”fw” i ”cc” po polsku?)i czekalam na odpowiedz od nauczycielki.
dzis wieczorem mowie do lubego, ze cos nauczycielka milczy, a mialsmy sie umowic na branie miarki do skrzypiec. luby pomyslal… i spytal: a wyslalas jej tego e-maila, ktorego napisalem? 
– hm???????????????????????????? myslalam, ze ty go wyslales….
nieeee, luby by sie w zyciu nie odwazyl! przyslal mi e-maila, zebym go jeszcze sprawdzila! jeej, czy ja az taka despotka jestem?!?!?!?

szukajcie, a znajdziecie!

szukalam i szukalam… tablicy korkowej. duzej. i w rozsadnej cenie. pierwsze ceny, jakie zobaczylam, zdenerwowaly mnie, bo jak za kawek korka o wymiarach 60×90 cm mozna zaplacic ponad 60 euro??? no mozna, jesli firma czy szef zaplaci;) moj ”sponsor” jest szybki w placeniu. na szczescie jego zona tak szybko kasy nie wyrzuca;) poszukalam i znalalam:

http://www.xtremeoffice.nl/kantoorartikelen/kurkbord-90x60cm-5star.html

moza jakosc gorsza niz tych drozszych tablic, ale do spelnienia mojego marzenia wystarczy. a oto ono:
wiem, ze ta tablica jest wieksza niz 60×90, ale ja takiego grzmota jak ten w oryginale, nie chce na scianie;) wiec zmodyfikuje przywieszki. te dolna, z nazwami dni tygodnia dzis zrobilam dla Szkraba, zaznaczylam tez te dni, kiedy idzie do przedszkola, z uwzglednieniem, kiedy na rano, kiedy na popoludnie i moze Szkrab bedzie sie mniej stresowal, wiedzac, czego sie spodziewac. teraz byly wakacje, wiec zyl sobie chlopczyk na luzie, ale przed wakacjami zauwazylam, ze zyl takim niepokojem wynikajacym z niewiedzy: czesto pytal mnie ni z gruszki, ni z pietruszki ”a czy dzis ide do przedszkola?”. mysle, ze taki pasek z dniami tygodnia i literka P (=peuterspeelzaal) rozjasni mu sytuacje;)
tablicy juz nie moge sie doczekac:-) 

chyba to lubicie:)

pozwolcie, ze zilustruje nasze wakacje:

Gory Stolowe
zaczelismy od dinoparku w Karlowie: 
podobaly nam sie rozmiary dinozaurow:-)
dzieci chcialy sie upodobnic do brzydali:)
niektorzy sie chowali…
innym geba nigdy sie nie zamyka, nawet podczas pozowania musza udzielac fotografowi cennych wskazowek i za kare wygladaja jak wygladaja… 
po hulankach w dinoparku czas na wycisk:
wdrapalismy sie wiec na Szczeliniec:-) chlopcy i mama byli w formie, tata na drugi dzien mial zakwasy:D
a po Szczelincu mielismy jeszcze sily na zwiedzanie skansenu w Kudowie:
a Bizon nawet dzbanek z gliny ulepil
i udekorowal
na drugi dzien matce zachcialo sie Blednych Skalek:) trasa prowadzila glownie przez las
moi mali przyrodnicy bardzo byli ciekawi, jakie zwierzeta po drodze zobaczymy i ciagle ich wypatrywali, 
az kierowniczka wycieczki musiala towarzystwo popedzac
choc na takich podejsciach zostawala w tyle… zeby dokumentowac gorskie debiuty:-)
zwierzyne dopadlismy: stonoge
i biedronke…
w labiryncie Blednych Skalek nie zgublismy sie ani nie utknelismy;)
i dobrze, bo trzeba bylo jeszcze sie w kuli wyszalec:
starsi biegali w kuli, mlodsi szaleli z formula 1:)
w noworudzkiej fortecy chlopcom najbardziej sie spodobal woz strazacki
wyjatkowo zgodnie na nim siedzieli;)
i tyle na dzis:)

z piaskownicy

nie nadajemy sie miedzy ludzi… a juz nie do publicznych piaskownicy. 

2 sytuacje z dzisiaj:
1) Bizon bawi sie wywrotka, wozi kamienie do domu, bawi sie ladnie w budowniczego. na chwile odklada autko, bo chce wygladzic lopatka mury domku. w tym czasie ledwo dreptajace dziecko przygladajace sie od dluzszej chwili Bizonowi (a raczje autku) kuca, bierze autko i odchodzi prae krokow dalej. mama dziecka siedzi, patrzy, nic nie mowi, nie reaguje. ja patrze, nic nie mowie, nie reaguje. chce, zeby Bizon SAM podszedl i te zabwke dziecku odbral, kiedy bedzie znowu autko potrzebowal. Bizon podchodzi do dziecka i niezbyt delikatnie wyjmuje mu autko z rak. ja chce mu wyjasnic, zeby na nastepny raz poprosil ”czy mozesz oddac mi moje autko?”, jednak mama dziecka jest szybsza:
– powinienes poprosic – upomina Bizona
Bizon zaskoczony – wiem co mysli: przeciez to MOJE autko! mam o nie prosic? ja tez tak mysle i dlatego reaguje:
– to raczej pani syn powinien poprosic, a raczej spytac, czy moze wziac, bo to nie jego zabawka.
– ale on nie potrafi mowic! – tlumaczy mama chlopca
– on nie, ale pani tak. wiec to pani powinna sie spytac mojego syna czy mozecie pozyczyc to autko, zeby nauczyc dziecko, ze nie wolno tak sobie cudzych zabawek zabierac.
 – a pani (czyli ja) powinna swoich chlopcow nauczyc dzielenia sie zabawkami (=samen spelen, samen delen – juz kiedys pisalam, takie holenderskie powiedzenie: razem sie bawic, razem sie dzielic)
– moi chlopcy potrafia sie dzielic, ale z dziecmi, z ktorymi sie razem bawia (bo ”samen SPELEN” a nie tylko samen DELEN) i ktore z nimi tez sie dziela. a pani syn ani sie z moimi chlopcami nie bawi, ani niczym nie dzieli. 
pani bardzo sie zdenerwowala. ja zirytowalam. moze dlatego, ze tego dnia bylismy jedynymi, ktorzy wpadli na pomysl, ze do piaskownicy mozna by wziac jakies zabawki i ten maly chlopczyk nie byl pierwszym, ktory probowal przejac nasz sprzet.
2) dzieci kraza wokol nas jak hieny:/ jestesmy atrakcja piaskownicy. ale my zabawek obym dawac nie chcemy. konsekwentnie odmawiam, gdy jakies dziecko pyta mnie ”czy moze”. nie, to sa zabawki Bizona i Szkraba, odpowiadam kazdemu. czuje sie glupio, infantylnie, podle, czuje sie winna, czuje sie jak kwoka, ktora siedzi na jajkach i nie, nie odda! moje dzieci to samo – sknerusy, nieprzystosowane do zycia w spoleczenstwie. w koncu wymiekam i jednemu chlopcu, ktorego moje ”nie” nie zniechecilo i zaczal rekami budowac trase wyscigowa z moimi chlopakami, daje wywrotke, ale prosze, zeby bawil sie nia tylko tu, w okolicy, zeby z nia nie odchodzil. chlopiec obiecuje, ze tak bedzie. za chwile chce wymienic wywrotke na walca. wymieniam, prosze, zeby bawil sie nim tutaj, przy nas. obiecuje i tak jest. po chwili wymienia walca na przyczepke i traktor. daje i juz nie chce jak tak jedza przypominac, ze bawimy sie tutaj, nigdzie nie odchodzimy. a po 15 minutach chlopca nie widze, nie widze tez traktora i przyczepki. szukam chlopca, na drugim koncu piaskownicy potykam sie o przyczepke, Bizon w trawie znajduje porzucony traktor. i juz wiem, ze nastepnym razem zadnych zabawek obcym dzieciom pozyczac nie bede. nie mam zamiaru pozniej za nimi chodzic, prosic, zeby mi oddaly, pilnowac, gdzie z nimi ida i gdzie je porzucaja. ja ida do piaskownicy bawic sie z moimi dziecmi i nie chce tracic czasu na pilnowanie naszych zabawek i cudzych dzieci.
w miedzyczasie historia z piciem: daje Szkrabowi wode, proponuje ja Bizonowi, Bizon nie chce, ale… chlopczyk chce! ja zawahanie… mam ochote wyslac go do jego mamy/taty, ale szkoda mi tego dziecka, upal taki, a on prosi tylko o wode. dalam mu te wode. po chwili przychodzi jego mama i pyta, co dalam dziecku do picia. wode. a to dobrze, bo on jest cukrzykiem i sokow nie moze…. rece mi opadly:/ 

i wszystko gra:-)

panowie szybko i pieknie zainstalowali nam drzwi balkonowe. mieszkanie przejrzalo, wiecej swiatla wpada, bo nowe drzwi maja tylko ramy, a reszta to szklo. czyli mamy 3 szklane sciany. wczesniej w drzwi wplecione byly drewniane wstawki, ktorych nie cierpialam.

teraz tylko musze posprzatac, co zrobie z przyjemnoscia – lubie sprzatanie, ktorego efekty szybko widac:)
i moze troche cynicznie, ale po raz kolejny przekonalam sie, ze bycie w domu to nie ”siedzenie” w domu – luby wczoraj i dzis zaczal mnie denerwowac telefonami – co 2 godziny telefon, czy wszystko w porzadku, jak to wyglada, jak panowie pracuja, czy jestem zadowolona. juz wczoraj mialam dosc, a dzis to samo: nie moge wyjsc do ubikacji, nie moge spokojnie z chlopakami zjesc, wyszlam na plac zabaw, komorka malo torby nie rozsadzi….
w koncu dzis odebralam telefon slowami moze niezbyt przyjaznymi, ale odzwierciedlajacymi rzeczywistosc: czy ty pracujesz, czy udajesz??? 
spytalam tak, bo ja naprawde nie mam czasu na takie wydzwanianie. i na ciagle odbieranie telefonow. ja mam co robic! lubemu oczywiscie sie przykro zrobilo… 
no nic, moja szklanka nadal pelna do polowy, a wrecz pelna – okna zainstalowane, a ja jeszcze zadnych defektow nie odkrylam i mam wielka nadzieje, ze tak pozostanie.

co ma szklanka pelna do polowy do drzwi?

w poniedzialek wkracza niemiecka ekipa i wymienia nam drzwi balkonowe: w sypialni, stolowym i kuchni. 

ja podchodze do tego tak: maja to zrobic. jak sknoca, bede reklamowac. dopoki nie bede usatysfakcjonowana, nie zaplace. i juz.
luby sie stresuje. czym??? – pytam ze zdziwieniem. on sie martwi jak panowie te drzwi wniosa, jak wyniosa stare i zeby wszystko pasowalo, i zeby sasiadka z dolu jakis uszczerbkow w ogrodzie nie miala (bo przez jej ogrod panowie beda sie do nas z drzwiami wdrapywac, przez nasz balkon, bo schody do mieszkania typowo holenderskie: waskie i strome), zeby sasiedzi do gminy nie doniesli, bo wg lubego powinnismy gmine o pozwolenie na ”zmiane” prosic… 
ja uwazam, ze gmina moze sie w cztery litery cmoknac: nasze mieszkanie, nasz balkon i im nic do tego. niby mieszkamy na terenie ”chronionym”, takim, gdzie na znaczne zmiany zewnetrzne nalezy miec pozwolenie (na ktore trzeba by czekac pol roku i jeszcze zaplacic). zloszcze sie na lubego: jakie zmiany, jakie zmiany???? to ze drzwi nowe beda??? troche bielsze niz te stare? i ze przesuwane, zamiast otwieranych? kto to zauwazy? niech sie gmina cieszy, ze dbamy o schludnosc, ze przyjazni dla srodowiska bedziemy, mniej energii na ogrzewanie bedziemy zuzywac! jestesmy eko! drzwi prawie takie same beda, tyle, ze z podwojnym szklem. tak, tak, w Holandii wiele domow w starej zabudowie ma pojedyncze szyby!!! jako, ze w Polsce to niespotykane, nawet na te szyby nie zwrocilam uwagi, gdy kupowalismy nasze mieszkanko. dopiero pierwszej zimy, gdy zimnawo bylo, mimo ze piec na full-a hulal, a rankiem na oknach rosna na witala, uswiadomilam sobie, ze ”bogata” Holandia to nie ”biedna” Polska i pojedyczne szyby wcale rzadkoscia nie sa;) 
cos abstrahuje od tematu… wroce wiec.
ja nie zgadzam sie z panika lubego, ze cos w architekturze zmieniamy i niczym sie nie przejmuje. przeciez nic nie zamurowujemy, koloru nie zmieniamy, nawet ksztalt ten sam pozostanie… jakie zmiany???
wniesienie nowych drzwi i wyniesienie starych i pozostale zmartwienia lubego splywaja po mnie, bo przeciez to jest problem panow majstrow, a nie moj. a juz napewno nie lubego, ktory sie rano do roboty zabierze i wieczorkiem wroci. i cytujac moja mame: ”zostawi mnie z tym wszystkim na glowie;” moim jedynym problemem do niedawna byla kasa. ale kasa sie znalazla i od tej pory tylko i wylacznie sie ciesze, doczekac sie nie moge, zeby juz nowe drzwi miec. przesuwane i szczelne.
mama dzwoni i lamentuje, ze tyle roboty, taki remont, jakby to conajmniej ona miala te nowe drzwi instalowac. ja na luzie, ona mysli, ba, jest pewna, ze ja sie zgrywam… mamooo, a czym ja sie mam stresowac??? przeciez fachowcow bede miec, a nie pana sasiada, ktory po godzinach sobie dorabia! 
no tak, ale mama tez fachowcow miala do wymiany wanny i brodzika i nawet starego silikonu nie zdrapali, tylko na ten stary, nowy polozyli i brzydko to wyglada.to trzeba reklamowac! ucze mame. mama do tego juz sil nie ma… a ja mam. ja wrecz czekam, zeby sie na panach majstrach wyzyc;) a mama majstrom nie smie nagadac, tylko cos tam niesmialo baknie, ze nieladnie ten sylikon wyglada, to tak ma. luby przyjedzie, zamiast artykul pisac, sylikon jej polozy jak nalezy;) gratis:D 
fachowiec fachowcem, robota na jego glowie, ale okiem rzucic i pomarudzic trzeba! juz sie o tym przekonalam. a mama taaakie zaufanie do fachowcow ma, ze fachowcy ja roluja.
kolejnym zmartwieniem mamy jest ten kurz, balagan, jaki bedzie, jak ja sobie z tym poradze przy dwojgu malych dzieciach!!! jakich malych??? pytam. moje dzieci juz male nie sa. ”posadze prze TV, a sama bede sprzatac” albo ”poczekam do soboty, lubego z dziecmi na plac zabaw wysle i dom szybko ogarne”- strasze mame:DDD 
zobacze na jaka melodie bede spiewac za kilka dni. ale na razie nie moge sie doczekac poniedzialku, nowych drzwi i sprzatania:) u mnie szklanka do polowy pelna:)
(no dobrze, szklanka szklanka, ale kontrola jakosci bedzie, wiec jezyk juz ostrze i sie na wszelki wypadek jeze;))