swiat insektow

w wakacje trzeba cos robic:) wiec wybralismy sie dzis na wycieczke do pobliskiej miejscowosci Leens, w ktorej znajduje sie ”swiat insektow”.

umowilam sie z mama Milanka, ze pojedziemy tam razem, autobusem. mimo ze moje dzieci ”wyjezdzily sie” juz za mlodu autobusem, to i tak jest to dla nich radocha wieksza niz jazda samochodem. podroz trwala niecala godzinke, ale miny nam zrzedly, gdy wysiadlysmy posrod pol… 
dojrzalysmy drogowskaz ”Leens” i po chwili bylismy w wiosce. a w wiosce… ciemno wszedzie, glucho wszedzie… ani drogowskazu, gdzie insekty, ani ludzi, zeby zapytac. w koncu dopadlysmy jakas kobiete, ta powiedziala, ze to kawal drogi i zaproponowala podwiezienie. troche ze strachem, ale zgodzilysmy sie na tego ”autostopa”.
w swiecie insektow powitaly nas dwie przepiekne papugi ary: Ara i Lara: haaaaloo!!! halllooo!!! arrrra! larrrrra! – zaskrzeczaly. dzieci staly jak zaczarowane i chyba z 15 minut obserwowaly ptaszyska. za papugami zauwazylismy siatkowe rurociagi nadziemne, w ktorych biegaly jak szalone wiewiorki. kolejny dlugasny przystanek. za wiewiorkami… skunks:DDD smiechu bylo co niemiara i pozniej, gdy tylko chlopaki o cos sie awanturowaly, uciszalam ich mowiac, ze jak sie skunks ich krzykow wystraszy, to nas tak osmrodzi, ze kierowca autobusu nas nie wpusci do autobusu;) wiedzieli, ze to zarty, ale pomagalo ugasic moich temperamentych zbojow.
chlopcom spodobal sie film o insektach, ktory mozna bylo obejrzec w malutkiej sali kinowej. ja z checia wyciagnelam nogi i posiedzialam w ciszy i spokoju:) pozniej weszlismy w nieco smrodliwe klimaty, gdzie w otwartych i zamknietych terrariach grzaly sie plazy, gady, owady i inne zyjatka. chlopcy znow zapatrzyli sie, tym razem na zolwie i agamy, o takie:
kiedy zobaczylam te agamy, spontanicznie powiedzialam, jakie one piekne, ale pod koniec tego zdania zwatpilam… bo sa to szkaradne jaszczury:) ale w tej swojej brzydocie sa piekne:) 
chlopcy weszli do moskitery, w ktorej siedzialy motyle (i kokony), a je z zewnatrz delikatnie przykladalam reke do tej moskitery, zeby motyle troche polataly. w pewnym momencie zrobilam krok do tylu i katem oka zobaczylam ”cos”. myslalam, ze to kamien, ale gdy sie odwrocilam, okazalo sie, ze to… agama. malo jej nie nadepnelam. nie spodziewalam sie tego paszczura wolno chodzacego, wiec dalam glos, az kilka osob przyszlo zobaczyc, co sie stalo:/ wstyd mi bylo, tym bardziej, ze jaszczur ze strachu ”skamienial” i udawal martwego. pewien dziadek zasmial sie, ze sie sztucznej jaszczurki wystraszylam. ja na to, ze ona prawdziwa, ale dziadek, jak to dziadek… wiedzia lepiej i poszedl. jak dziadek poszedl jaszczura ozyla.
obejrzelismy karaluchy, pajaki, patyczaki, taranture inne cuda natury, posluchalismy pasikonikow, chlopcy pobawili sie w piaskownicy, wyskakali na trampolinie i poszlismy do kantyny. kantyna nietypowa, bo mozna bylo w niej jesc wlasne kanapki, co mnie ucieszylo, bo nie musialam stac w dlugasnej kolejce, a pozniej czekac na zrealizowanie zamowienia: szybko zjedlismy kanapki i okazalo sie, ze zaraz rozpocznie sie przedstawienie dla dzieci. przedstawienie o skunksie, ktory nie chcial byc skunksem, bo zadne nikt nie chcial sie z nim przyjaznic. przedstawial jeden aktor, ale tak ciekawie, ze dzieci siedzialy z rozdziawionymi paszczami przez jakies 20 minut. na koniec dzieci mogly poglaskac… zywego skunksa:DDD 
na antresoli stal sobie wypchany niedzwiedz i spogladal w dol na turystow:) oprocz niedzwiedzia staly tam inne wypchane zwierzeta, ktore mozna bylo glaskac, dotykac… takie to dla mnie ciagle dziwne, bo mam zakodowane ”nie dotykac eksponatow!”. wywieszone byly skory roznorodnych zwierzat, poroza, ptaki. 
stal tez dlugi stol, na nim farbki, pedzle, ktorymi dzieci mogly pomalowac wybrane wczesniej gipsowe figurki roznych zwierzakow.
atrakcji bylo tak wiele (na stosunkowo niewielkim terenie), ze pewnie przeoczylam kilka z nich. 
swiadomie zrezygnowalismy z degustacji… robakow. ale z ciekawoscia (i troche obrzydzeniem) patrzylismy jak inni sie czestuja. mozna bylo sprobowac usmazonego pasikonika (z glowa, oczkami, czulkami:/), jakis dzdzownicopodobne robale, pizze i buleczki drozdzowe z innymi insektami. mama Milanka pojadla i stwierdzila, ze te robaki jak czipsy smakuja:)
mozna tez bylo poglaskac weza, ale my w tym czasie ogladalismy motyle. to nic, poglaskamy nastepnym razem, bo z pewnoscia tam wrocimy – warto. bylo to jedno z najlepszych mini-zoo, jakie do tej pory odwiedzilismy.
niestety, aparatu nie wzielam. nie chcialo mi sie dzwiagac… a szkoda:/
spedzilismy tam caly dzien, az zaniepokojony tatus, ktory wyjatkowo wrocil dzis do domu przed 18.00, wydzwanial zaniepokojny, czy jeszcze zyjemy:)

to sobie pogadalismy

luby oglada ”planete malp” – koszmarny film, jak dla mnie, ale od czasu do czasu rzucam okiem:

– te malpy to aktorzy z malpimi twarzami? – pytam ot tak, zeby cos zagadac
– yhy – potwierdza luby
– gdzie oni takich aktorow znalezli – zastanawiam sie powazna mina 
luby zerka na mnie niepewnie, czy zartuje, ale nie mine mam powazna. w koncu wybucham smiechem, luby kreci z dezaprobata glowa, ze tez takie glupie zarty mi przychodza do glowy… 
_______________
luby odstawia taniec godowy, kreci zadkiem, a ma na sobie tylko gatki:
– chlopie, ale masz cellulitis – zartuje, krecac z przerazeniem glowa.
luby sie speszyl, zadek zakryl… smieje sie jak glupia, bo zartowalam, ale on wcale taki pewny nie jest… zaczyna sie lekko usmiechac, ale widze, ze niechacy zasialam niepokoj… probuje go uspokoic, ze tylko baby maja to swinstwo, ale luby nie bardzo wierzy. 
taniec godowy zakonczony. luby jednak uderza z innej strony:
– jak sie czujesz?
ja bloguje, wiec jak sie moge czuc:
– swietnie, a co?
– a nic. tak sie pytam. 
po chwili:
– masz juz pms-a?
– ?????
– no, boli cie glowa, brzuch?
– nieeee – i zaczynam zalapywac o co chodzi
– jestes zmeczona? – luby konczy liste moich wymowek
– oj, strasznie – ziewam, zeby potwierdzic
– to moze pojdziemy wczesniej spac?
– taaa, spac….- juz ja wiem, o jakie spanie lubemu chodzi. dobrze, ze planeta malp zakrzata jego uwage, bom dzis nie w nastroju….
____________
chlopaki daja mi tak popalic, ze… ech… nie bede narzekac:/ powiem tylko, ze rozpuscily mi sie bestie podczas wakacji teraz musze towarzystwo jakos okielznac. ciezka praca.

strasznie mi sie nie chce…

trudno mi wpasc w rytm po tych wakacjach. nie chce mi sie odhaczac obowiazkow domowych, nie chce mi sie pisac, ale sie zmuszam i… nagradzam;) jak wieczorem ugotuje zupe na nastepny dzien, to juz pozniej NIC nie robie, tylko czytam, co nakupilam w Polsce;) ale sie pieszcze:D co ciekawe, zebow na bajzlu nie wybijam, czyli sie da zyc na luzie, tylko ciekawe jak dlugo;)

wakacje sie udaly, glownie dlatego, ze pogoda byla idealna: nie za goraco, ale cieplo i tylko 3 dni padalo. 
zaliczylismy Gory Stolowe, gdzie chlopaki niczym kozice gorskie zdobyly ”szczyt” (szczyty plaskie jak stol, stad nazwa gory stolowe;)) Szczelinca i ku naszemu wielkiemu zdumieniu z radoscia i niegasnaca energia przebyly 1,5 godzinna wspinaczke do Blednych Skalek. podjescie ostre nie bylo, glownie przez las, ale byly 2 dosc strome, dla krotkich nozek chlopakow, podejscia ”skalkowe”. moi rodzice do labiryntu Blednych Skalek wjechali samochodem (mama ma problemy z kregoslupem, a tato przy swojej nadwadze… moze kiedys by zaszedl…) i nie mogli zrozumiec, ze my nie chcemy sie z nimi zabrac z powrotem, ze wolimy powolutku, ale na wlasnych nogach. wyszlam na straszna matke, ze tak dzieci mecze:/ a dzieci zmeczone, ale jakie szczesliwe…
w Kudowie Zdroju zwiedzilismy skansen, a wlasciwie ”szlak ginacych zawodow” (http://www.szlakginacychzawodow.pl/), gdzie m.in. obejrzelismy jak sie lepi dzbanki. po demonstracji Bizonek tez ulepil z gliny flakonik (z pomoca garncarza; zdjecia za jakis czas)
w Nowej Rudzie obejrzelismy stara kopalnie – to bylo przezycie… bo w kopalni, oprocz dowcipnego przewodnika, byl duch. ku wielkiej rozpaczy moich panow, wszystkich trzech. chlopcy troche sie ducha bali, a luby sie zloscil, ze duch nie przystopuje z tym straszeniem widzac, ze male dzieci sie boja (jeden chlopczyk sie poplakal…). ja stwierdzilam, ze za to duchowi placa, chlopakom tlumaczylam co chwile, ze ten duch to taki na niby, choc nie powiem, tez mi stracha na poczatku napedzil, kiedy nagle zza filara z krzykiem wyskoczyl:/ wizyte w kopalni uwazam za bardzo udana i ciekawa. luby oczywiscie musial nabroic i zostawil plecak w pociagu, ktorym, z kopalni wyjezdzalismy, wiec musielismy prosic przewodnika, zeby nam ten plecak przyniosl:/ pozniej numer z plecakiem powtorzyl jeszcze dwa razy, tyle ze zostawial go w restauracjach. 
przy kopalni bylo tez muzeum mineralow, a przy muzeum sklepik z kamienimi szlachetnymi. stalismy, ogladalismy, ja przygladalam sie naszyjnikom wiszacym na wieszaczku. nie dotykalam, ale tam sobie patrzylam. Szkrab wylapal moj wzrok i powiedzial:
– jak bede mial pieniadze, kupie ci taki. 
tak to czule powiedzial, ze az mnie wzruszenie za gardlo zlapalo. wyjelam kase, dalam Szkrabowi:
– prosze, wybierz jeden dla mnie i zaplac 
Szkrab nie bardzo wiedzial jak dokonac transakcji, ale pani slyszala jak sobie rozmawialismy i poprowadzila Szkraba ”za raczke”. i tak dostalam od Szkraba naszyjnik z odlamkami korala. bo Szkrab bardzo lubi kolor ”roziowy”, czyli czerwony:)
chlopcy na pamiatke wybrali sobie aunity, czerwony (Szkrab) i niebieski (Bizon).
innego dnia wybralismy sie do Klodzka, do twierdzy. sama twierdza i labirynty pod twierdza byly warte zobaczenia (Szkraba od labiryntow nie wpuszczono – za maly). wejscie jest mozliwe tylko z przewodnikem, co dla moich towarzyszy okazalo sie zbyt dlugie i nudne. nie dziwie sie, bo luby przewodnika mowiacego dosc szybko, uzywajacego slownictwa nie ”uzytku codziennego”, nie rozumial, dla dzieci tez byla to czarna magia, choc Bizon na poczatku staral sie bardzo i co chwile pytal mnie, co znaczy jakies slowo. w koncu sie poddal i gdy ja sluchalam historii twierdzy i labiryntow, chlopaki spacerowaly z tata.
w Klodzku tez w koncu napilismy sie dobrej kawy:D ja bez kawy zyc nie moge i na turecka sypanke czy rozpuszczalna nie narzekam tak jak luby, ale tak czy siak, wole ”prawdziwa” kawe z porzadnego ekspresu cisnieniowego, jaka trudno dostac na szlaku i w malych miejscowosciach gorskich. 
w Karlowie, jako preludium do wejscia na Szczeliniec Wielki, odwiedzilismy dinozaury w Dinoparku: http://www.park-dinozaury.pl/. swietne miejsce.
w Wambierzycach zaszlismy wysokimi schodziskami do bazyliki, zeszlismy, gotowi do ogladania szopki ruchomej, a tu znowu schody:D jednak dla naszych smurfow nie ma przeszkod, nawet w postaci stromych schodow. szopka ich zafascynowala. ale szkoda, ze mozna ja bylo ogladac tylko pod okiem przewodnika, bo choc historia tworzenia szopki byla interesujaca, to czas na ”napatrzenie sie” byl dosc krotki.
chcielismy tez wejsc na symboliczna gore Tabor, na ktora wchodzi sie ”zaliczajac” kapliczki, ale niestety, przy drugiej kapliczce zlapala nas burza, wiec zawrocilismy, ku wielkiem niezadowoleniu chlopcow (i mojemu tez…).
atrakcji bylo wiele – pijalnie wod w Polanicy Zdroju, parki, place zabaw, przejazdzka pociagiem po Polanicy Zdroju. 
u dziadkow tez dzieci tryskaly szczesciem, bo ogrod wielki, wiec roznych odkryc dzieci dokonywaly. odwiedzila nas moja kolezanka (jeszcze z liceum) z coreczka, wiec chlopcy sie rozerwali, bo kolezanka duzo ciekawsza niz kiszenie sie we wlasnym sosie:), pojechalismy tez do mojego chrzesniaka, maniaka pociagowego (w kazdym pokoju tory, pociagi i inne kolejowe cudenka – nie wiem, jak babcia i dziadek, z ktorym kolezanka z synkiem mieszkaja, to znosza. ja bym nie zniosla;)), chlopcy byli pod wrazeniem:)
zaliczylismy wroclawski rynek, fontanny, dobrze, ze cieplo bylo, to chlopcy poskakali, pomoczyli sie, lubemu tez sie ode mnie troche dostalo;)
no i ksiazek nakupilismy… glownie dla dzieci:) choc i ja walizke wypelnilam. zamiast sobie ciucha kupic… ech…
tradycyjnie juz poklocilam sie z tata, popstrykalam z mama… i mimo ze te wakacje letnie pod wzgledem rozrywek zaliczam do bardzo udanych, coraz mniejsza mam ochote jechac na Boze Narodzenie, tym bardziej, ze Bizon wakacje zaczyna… 23 grudnia, po poludniu.

sztormowe grillowanie

pogoda nie dopisala. byl sztorm i ulewa. ale Holendrzy przygotowani sa na wszystko. nawet na grillowanie w ulewe i wietrzycho. tesciu do domku-szopki z malym tarasem przyczepil namiot, tak, ze konsumpcja odbywala sie na ganku domku, a grill stal pod namiotem. dzieki namiotowi wiatr nie zawiewal deszczu na ganek. do tego lampa, ktora grzala niczym kaloryfer i bylo super. 

przygotowalam kilka rodzajow szaszlykow, do tego steki (ulubione tescia), hamburgery i kielbaski, kilka salatek (jak zawsze salatka Waldofra cieszyla sie najwiekszym powodzeniem:)). upieklam tez mini-orkiszowa szarlotke: proporcje zmniejszylam o pol, zakupilam tortownice o d=26 cm i akurat bylo dla 4 osob:)
chlopaki byly w swoim zywiole: kalosze, przeciwdeszczowe spodnie, kurtki, kaptury na glowe i dalejze buszowac po kaluzach, puszczac statki, kaczki, mieszac patykami, a co najwazniejsze: podlewac deszczowka roslinki w ogrodzie;) 
do poludnia odebralismy nasze autko. smiechu bylo, bo my przyzwyczajeni do diesla, do duzej mocy silnika (mielismy 1.9), a tu nagle benzynka, cichutki silnik 1.4, silnik niby delikatny, ale gaz trzeba delikatnie wciskac, bo nie wiadomo kiedy samochod dobija do setki (w starym polku z natezenia ryku silnika potrafilismy oszacowac predkosc, a teraz musielismy sie bardzo pilnowac), hamulce tez ostrzejsze, wiec pare razy nas do przodu zarzucilam;) i rzeczywiscie, strasznie glupie uczucie, tak jak luby mi mowil po jedzie probnej: przekrecam kluczyk, daje delikatnie gaz, a silnika nie slychac! co jest? – pytam, a luby sie smieje – jedz, jedz, silnik juz chodzi. uwierzyc nie moglam:) trzeba sie bedzie oswoic z tym autkiem. 
wiem, ze to najmniej istotne, ale ucieszylam sie, bo nowy polek ma TE swiatla:) te, ktore tak bardzo mi sie podobaja: okragle, jak ufo jakies;) i jest troche dluzszy niz nasz staruszek. przyznam, ze smutno bylo mi sie rozstac z naszym pierwszym samochodem… 
jutro pakowanie, a w pn jazda do Polski. dzieci juz sie nie moga doczekac.

bo my lubimy male:D

tuz przed wyjazdem do Polski okazalo sie, ze znowu musimy wladowac kolejne iles set euro w nasz samochodzik. tym razem hamulce. same czesci ponoc drogie nie sa, ale problem w tym, ze mechanicy musieliby sporo sami zrobic, a godziny mechanikow sa niestety koszmarnie drogie. niedawno poszlo sporo kasy na silnik, pozniej cos z kolami bylo, teraz hamulce… niestety, z wielkim zalem, ale zdecydowalismy sie pozbyc naszego staruszka. 

wybralismy… to samo: malego, ale zrywnego volkswagena polo:-) 4-latka.
powiedzialam kolezance i uslyszalam: a dlaczego nie kupilscie czegos wiekszego? 
powiedzialam mamie, to samo: znowu taki maly?
zaloze sie, ze jak przyjedziemy do Polski, sasiadka, ktorej juz poprzednim razem wyrwalo sie, ze ”przydaloby sie wam cos wiekszego, bo chlopcy rosna…” tez pewnie zmartwi sie, ze znowu maly samochodzik.
a my lubimy male. i nie chodzi o cene, tylko o praktycznosc. bo na 2-3 podroze do Polski nie oplaca sie nam kupowac ”krowy”. na wyjazdy do tesciow, mieszkajacych 50-pare km od nas, tez nam wielkiego samochodu nie potrzeba. a szczegolnie na jazde po miescie, gdzie ciezko zaparkowac (i nie chodzi o kwestie wprawy w parkowaniu, tylko o ograniczona ilosci miejsca – malym sie latwiej wcisnac;). wozkow juz nie wozimy, pieluch tez nie, to po co nam duzy samochod?
zgadzam sie z sasiadka, ze jak chlopcy podrosna, konczyny im sie wyciagna, to pewnie wygodniej bedzie im w czyms wiekszym, ale przeciez mamy jeszcze kilka lat. i moze za te 5 lat zdecydujemy sie na cos dluzszego. ale teraz nie widzimy sensu.
kolezanka przytaknela mi i stwierdzila, ze rzeczywiscie, oni tez przymierzaja sie do zakupu czegos mniejszego (teraz maja forda fokusa), mama te mi przyznala racje, ale z takim nie do konca przekonaniem i po raz kolejny mam wrazenie, ze czasami ludzie musza podbudowac swojego ego wielkoscia samochodu;)
pewnie, ze kazda rodzina ma inna sytuacje, inne potrzeby, inna ilosc osob, zwierzeta, gadzety… ale nam naprawde nic wiekszego nie trzeba. my chcemy miec samochod dobry. taki, ktory nie stanie nam w polowie drogi do Polski. a co do tego, ze volkswageny dobre sa, watpliwosci nie mamy:) jutro luby jedzie ze Szkrabem obejrzec naszego wybranca na zywo (ja zdecydowalam sie towarzyszyc Bizonkowi w zakonczeniu roku) i prawdopodobnie w poniedzialek rano bedziemy mogli go odebrac, szybko wrzucic nasze tobolki i wyruszyc w daleka podroz:) 

owoc ze szczotka

dalej wertujemy nasza encyklopedie, tym razem owoce:

– kto mi powie co to za owoc? – pytam ja, oczywiscie;)
– mango! – mowi szybko Szkrab
– nieeee, arbuz – dodaje Bizon
– a mi sie wydaje, ze to ananas – mowie, zdziwiona, ze nie rozpoznali
– wlasnie, bo ma na gozie taka sciotke! – przyznaje mi racje Szkrab
u nas juz prawie wakacje. w czwartek na zakonczenie roku w szkole Bizona bedzie jakis ”show”, pojde ze Szkrabem popatrzec co beda wystawiac, a oprocz ”szolu”, ma byc na dziedzincu szkolnym basen. i przyznam, ze jakos mi sie ten basen nie widzi – upalow nie ma, Bizon dopiero co z kataru wychodzi, a poza tym kwestia bezpieczenstwa… moze Bizon nie bedzie sie rwal do wody?
w czwartek luby ma urodziny, w piatek nasza 6 rocznica slubu – celebrowanie polaczylismy w jedno i na sobote zaprosilismy sie do tesciow na grilla;) mieso, salatki i dipy na mojej glowie, luby ma zadbac o alkohol, a grilla obslugiwac bedzie tesc.
a w poniedzialek wyruszamy na 3 tygodnie do Polski:-)

jak sie nazywa jak?

ogladam z chlopcami encyklopedie dla dzieci, a tam JAK, zwierze. Bizon juz zna jaka, ale Szkrab chyba nie… pytam wiec Szkraba, mrugajac do Bizona:

– Szkrabusiu, wiesz jak sie nazywa to zwierze?
– bizon?
– nie
– krowa?
– nie
– muflon? (troche mnie zaskoczyl, nie wiedzialam, ze zna muflona)
– to jak? – pyta Szkrab
na to Bizon, ktory nie mogl sie doczekac, mowi:
– JAK!!!
– jak? 
-JAK! – powtarza Bizon smiejac sie do rozpuku
mi tez sie chcialo sie smiac, ale musialam ratowac sytuacje, bo Szkrab latwo sie wscieka i widzialam, ze zaraz skoczy starszemu bracianowi do gardla;) 
– Szkrabusiu, to zwierze nazywa sie JAK!
– JAK? tak sie nazywa? – Szkrab patrzy podejrzliwie, a ze Bizon rzy na calego, ja tez sie smieje, Szkrab nie wierzy:
-NIE!!! – krzyczy zly, ze sobie z niego jaja robimy i wychodzi wsciekly z pokoju
ide za nim i mowie, ze naprawde, to zwierze nazywa sie JAK. Bizon tez dynda i mowi, potwierdza, ze tak, to zwierze nazywa sie JAK!
– ziadzwonie do papy – mowi z dasem na buzi Szkrab
– ale papa nie widzi tego obrazka – tlumaczy mu Bizon
– ale ja ciem! – piszczy Szkrab
w koncu udaje mi sie go przekonac, ze zadzwonimy do babci i spytamy czy zna takie zwierze
babcia na szczescie w domu, odbiera telefon i smieje sie na calego, bo pamieta, jak Bizonka uswiadamialam:DDD ale w koncu Szkrab babci uwierzyl, ze jest takie zwierze, ktore nazywa sie JAK!
wrocil papa z pracy, a Szkrab z szelmowskim usmiechem biegnie z encyklopedia i pyta:
– papa, jak sie nazywa to zwierze? – ale spytal po holendersku, wiec caly sens zartu zgubil.
na szczescie papa wiedzial o co chodzi (bo tez pamietal dezorientacje Bizona sprzed jakis 2 lat:)) i uratowal sytuacje: JAK? spytal, na co Szkrab przeszczesliwy:
– no jak? jak sie nazywa?
– JAK – odpowiedzial papa udajac, ze nie wie o co chodzi
– no, ale jak, jak sie nazywa??? – drazyl Szkrab smiejac sie do rozpuku:)
tak, takich chwili sie nie zapomina:D

dzieciowo

sluchamy z Biznem naszego ulubionego Wojciecha Kilara. Bizon zaczyna dyrygowac, ja udaje, ze gram na skrzypcach, Bizon wniebowziety, mnie juz bola ramiona od na niby pilowania smyczkiem, Bizona nic nie boli, a jak dyrygent kaze grac, to gram. w koncu dyrygent zaczyna tanczyc, wiec i ja tancze. plyta dochodzi do mojego naulubienszego walczyka, wiec pokazuje Bizonowi kroki – Bizonowi placza sie nogi, zeby mu pomoc zaczynam rytmicznie liczyc na ”um-pa-pa, um-pa-pa”. Bizon wniebowziety, umpapapuje razem ze mna, nogi dalej mu sie placza, ale tanczy. az w koncu pyta:

– mamo, i jak sie tanczy, to trzeba tak mowic ”umpapa, umpapa”?
nie wytrzymalam, zasmialam sie, na szczescie Bizon potrafi sie smiac sam z siebie i posmialismy sie dalej, w rytm walczyka:-)
______________
Szkrab zostal w przedszkolu ukarany. wcale mnie to nie zmartwilo, a wrecz ulge przynioslo, bo skoro broi, to znaczy, ze sie zadomowil;) poszlo o spokojne siedzienie przy jedzeniu. w domu tez o to na ogol huk – my za kare wysylamy go do jego pokoju. Szkrab tego nienawidzi, wiec wyje, my tez tego nienawidzimy, bo nie da sie spokojnie zjesc. ale wygibasow podczas jedzenia tez nie tolerujemy. pani przedszkolanka wpadla na lepszy pomysl: kazala Szkrabowi jesc na stojaco. powiedziala mi o tym, ja podziekowalam i powiedzialam, ze moze one naucza mi dziecko, jak nalezy spokojnie przy stole siedziec. w piatek, kiedy Szkrab zaczal z pelna buzia zsuwac sie z krzesla pod stol (dla zabawy), odsunelam krzeslo i powiedzialam, ze skoro nie potrafi siedziec przy stole, to bedzie jadl na stojaco. oj, obrazil sie. a po chwili zaczal skomlec, ze go nogi bola. w koncu przeprosil i obiecal, ze juz bedzie spokojnie siedzial. dalismy mu ”ostatnia” szanse i rzeczywiscie – do konca obiadu siedzial grzeczniutko:-) dzis tez bylo dobrze… ciekawe, moze to poskutkuje?

jestem niebezpiecznie ekonomiczna

wczoraj luby celebrowal kolejny szczebelek swojej kariery, od jakiegs znajomego dostal ponoc wysmienite wino. czerwone, wytrawne – to lubie. wypilam dwie lampki. i upilam sie. dwoma lampkami. tak sie upilam, ze przed 23 w lozku wyladowalam, z helikopterem w glowie szybciutko gdzies odlecialam, w nocy nie slyszalam jak ponoc Szkrab wyl ´do mamy!!!!!!!!!!!!´i ponoc tata go z pol godziny uspokajal (mam nadzieje, ze nie tlumaczyl dziecku, ze matka sie urznela), a co najgorsze, wstalam z kacem!!!

2 lampki!!!
popatrzylam jeszcze raz na butelczyne, ktora wymownie w kuchni stala, czy to rzeczywiscie tylko wino bylo. no wino. czerwone, wytrawne, tyle ze wloskie. a ja wloskich przeciez nie lubie;) pewnie stad ten kac.