a moj tato to tak bije:(

u Bizona w klasie jest pewien Michael. piekne dziecko: puszyste loczki do ramion, pyzata buzia, okraglutkie, blyszczace oczka – herubinek. ale zawsze z taka zawzietoscia na buzi, nie widzialam u niego niewinnej, dzieciecej radosci, figlarnego usmiechu. on albo jest smutny albo zly, albo zrezygnowany.

zaczely do mnie dochodzic opowiesci, jak to nauczycielka zdenerwowala sie na Michaela, bo zrobil kupe i grzebal reka w ubikacji i sie z tego smial, bo Michael skoczyl komus na plecy, bo Michael kogos kopnal, uderzyl, cos zabral, zepsul. 
kiedy Bizonek dal koledze zaproszenie urodzinowe, Michael wyszarpnal je, tak ze kolega nawet nie mial szans zobaczyc co takiego Bizon mu dal. powiedzialam, ze to dla kolegi, z niechecia oddal, a pozniej podczas lekcji napastowal Bizona, zeby jego tez zaprosil. wiec Bizon tez nas troche meczyl, ale luby i ja nie zgodzilismy sie, z kilku powodow. 
gdy pytam Bizona, czy byl grzeczny w szkole, czy juf Karin sie na niego nie musiala denerwowac (ku mojemu zadowoleniu, jak cos przeskrobal, ze wstydem, ale przyznal sie do tego:)), on prawie zawsze mowi, ze juf denerwowala sie na Michaela, bo znowu komus przylozyl, dokuczyl.
obserwowalam sobie rodzicow Michaela, zastanawialam sie skad i tego dziecka takie negatywne usposobienie – rodzice mlodzi, mama zawsze pogodna, piekna kobieta, wydaje sie sympatyczna. tata… mniej mniej sie spodobal, z wygladu troche ”degeneratowy”.  ale w Holandii juz na roznych oryginalow sie natknelam, dziwakow, ktorzy pozniej okazali sie swietnymi ludzmi, wiec nie chcialam taty Michaela z gory oceniac. 
ale ta zlosc Michaela, ta agresja musi miec jakies zrodlo…
i ma. pochodzi z domu.
mama Vittorio podsluchala, jak Michael opowiadal koledze, ze tato go bije, a mame to tak bije, ze jej krew z nosa leci:/ zesztywnialam, gdy to uslyszalam. 
co czuje to dziecko, gdy to widzi, slyszy, gdy sam jest bity… co mysli. co z niego wyrosnie? taki sam bokser? chyba tak, bo juz na dzieciach trenuje:(
jakis czas temu Bizon znowu przyniosl jakies newsy o Michaelu i negatywnie o nim mowil. wtedy powiedzialam, ze jesli Michael go tknie, ma od razu powiedziec juf Karin, a pozniej mi lub tatowi, ale zeby nigdy nie mowil do innych dzieci zle na Michaela. Bizon sie zdziwil, ze troche stanelam w obronie tego Michaela, ”bo jego mamo NIKT nie lubi!”. 
– no wlasnie – odpowiedzialam – nikt go nie lubi i cos mi sie wydaje, ze jego tato tez go nie lubi i go bije. bo skad Michael potrafilby tak bic? ciebie tato nie bije, to i ty dzieci nie bijesz. my jestesmy dla ciebie mili i ty tez jestes mily dla kolegow (slowa juf Karin – ponoc Bizon jest bardzo przyjazny w stosunku do dzieci). a jego widzocznie tato bije…
– NIE!!!- krzyknal Bizon z szeroko otwartymi oczami! – przeciez tata nie moze bic swojego dziecka!!! – Bizon nie mogl w to uwierzyc.
a dzieci takie jak Michael pewnie nie moga uwierzyc, sa tatusiowie, ktorzy dzieci i ich mam nie bija…

stare, dobre czasy i nowe, tez dobre

od jakiegos czasu Anneke probuje naklonic mnie, zebym przyjechala do niej z chlopakami, gdy Abel jest u niej. nie wiem, czy uwaza, ze u niej czysciej sie zrobilo, czy wykasowala sobie w glowie nasza rozmowe sprzed roku, kiedy powiedzialam, ze dopoki ma psa, to ja z chlopcami do niej nie chce przyjezdzac..

dokupila sobie jeszcze dwa kroliczki i juz dwa razy zapraszala mnie, bo kroliczki, bo Abel u niej bedzie, wiec chlopcy sie beda mogli razem pobawic… miedzy wierszami czytam, ze Anneke teskni za starymi, dobrymi czasami. a ja nie. bardzo milo je wspominam, ale moje nowe czasy tez sa intensywne towarzysko, mile i jest mi bardzo dobrze. 
do Anneke pojechalam z chlopakami w marcu, na jej urodziny – nie wypadalo mi odmowic. i po godzince poszlam, bo smrod jak byl rok temu, tak byl i teraz, klaki, pies chcacy wszystkich lizac… mnie to nie bawi, nie cieszy, za to denerwuje. gdyby jeszcze chlopcy fajnie sie bawili.. ale wcale tak nie bylo. po godzinie Bizon spytal, kiedy pojdziemy do domu. Bizon wcale Abla nie wspomina, nie teskni, ma nowych kolegow, z ktorymi chce sie bawic. i pewnie z Ablem jest podobnie.
w srody dzieci koncza szkole o 11.30, o 11.45 odbieram Szkarba z przedszkola i jak tylko nie pada, zostajemy na pobliskim placu zabaw, dolacza do nas Vittorio, jego siostra i mama, razem piknikujemy, Bizon szaleje z Vittorio, Szkrab z siostra Vittorio, a ja moge sie w slonku pogrzac, pocwiczyc moj holenderski z innymi mamami i tak nam latwo i milo popoludnie zlatuje. jak pada deszcz, Vittorio przychodzi do nas do domu i nie wiem, ze mam dzieci;)
Abel do Anneke tez w srody przychodzi. wiec mi te wizyty u Anneke juz w ogole nie pasuja. napisalam jej wiec, ze Bizon w srody zawsze bawi sie z jego najlepszym kolega, ze srody nam nie pasuja, ale jak chce, to moze do nas dolaczyc.
oczywiscie Anneke to nie pasuje. jej pasuje JEJ plan. i jest bardzo rozczarowana, ze ja nie naklonie Bizona, zeby jednak przyjechal bawic sie z Ablem, bo… tak rzadko sie widujemy, bo nasz kontakt sie urywa, jest inaczej niz bylo…
ja moge Bizonowi zakomunkowac, ze w ta srode jedziemy do Anneke, zapakowac w samochod i juz. ale nie chce. pies i kudly to jedno, ale ja kieruje sie czyms innym: szacunkiem dla decyzji, wyborow i planow Bizona. nie wiem, moze za wczesnie na takie ”szacuneczki” w stosunku do 5-latka, ale kiedy jest na to odpowiedni czas? 
pamietam jak moi rodzice traktowali moje plany – umowilam sie z kolezankami, mowilam o tym mamie, a pozniej tato chcial, zebym z nim np. meble ogrodowe malowala (taki konkretny przyklad mi sie przypomnial). kiedy powiedzialam, ze sie z kolezanka na wycieczke rowerowa umowilam, tato byl zly i swoje wysluchalam, ze nie mozna na mnie liczyc, ze nic nie robie, ze tylko rozrywki. az mi sie wycieczki odechcialo. ja wtedy bylam juz studentka, a Bizon ma dopiero 5 lat… wiec moze przesadzam. ale pytam sie, kiedy jest ten odpowiedni wiek? w moim domu rodzinnym mowiono: ”jak skonczysz studia, to pogadamy”. skonczylam studia, skonczylam doktorat, a i tak pogadac sie nie da, bo jak zaczynam miec inna niz tato opinie, tato sie dasa badz obraza. z mama latwiej, ale moze dlatego, ze na ogol mamy podobne poglady;) choc i tak nie raz sie o wychowywanie chlopcow scielysmy.
poza tym, Bizon woli bawic sie z Vittorio, to po co mam go wozic do Anneke i kazac mu sie bawic z Ablem??? Anneke chce utrzymywac kontakty ze mna, po co nam do tego Abel, Bizon i Szkrab?
zaproponowalam, zeby wpadla do nas na kawe w najblizszy badz nastepny poniedzialek, ale cisza. tylko pretensje, ze jest inaczej niz bylo. no jest. Bizon ma innych znajomych, ja mam nowe znajome i juz nigdy nie bedzie tak jak bylo. ale dla Anneke to zbyt trudne… i jest bardzo rozczarowana:/

smierdzacy obiad

po raz kolejny przekonalam sie, ze ja z natury jestem wegetarianka. dla mnie mieso moze nie istniec. za to bez serow, warzyw, kaszy zyc na dluzsza mete nie moge. a im bardziej te sery i warzywa smierdza, tym smaczeniejsze;)

ostatnio zaczelam gotowac dla siebie osobne obiady – bo na mieso juz patrze nie moge, a dla lubego i Szkraba obiad bez miesa nie istnieje. luby z niemiesnych luby tylko placki ziemniaczane i nalesniki (za ktorymi ja z kolei nie przepadam). dzis zrobilam swoje ulubione danie: makaron z serem Danish blue. ponoc zasmrodzilam cale mieszkanie i lubemu chcialo sie wymotowac. biedaczek, nie wspolczulam mu ani troche, sznycle pod nos podstawilam i mimo zasmrodzonej atmosfery, zajadal az mu sie uszy trzesly. Bizon tez delikatnis, tez mu wonialo:/ 
a ja po raz kolejny odkad zostalam matka i zona przejrzalam na oczy: czas pomyslec tez o swoim podniebieniu. 
bo prawda jest taka, ze jak nie zjem tego, na co mam ochote, to chodze i podjatam, tego skubne, tamtego sprobuje i ciagle nie jestem usatysfakcjonowana. wegetarianskie dania sa dosc szybkie, i dzieki temu udaje mi sie je wplatac do jadlospisu, obok miesnych wyzerek dla chlopakow i lubego.
sos, o ktorym wspomnialam jest ekspresowy i najdluzej trwa gotowanie makaronu;) bo sos robi sie tak:
– podsmazyc cebule i czosnek, wrzucic pokruszony/pokrojony Danish blue (albo inny niebieski smierdziuch), dodac troche smietany, zeby zlagodzic smak i rozrzedzic sos (nastepnym razem chyba dodam mleka, zeby ograniczyc kalorycznosc sosu), wrzucic pokruszone orzechy wloskie i na sam koniec, jak juz wszystko sie roztopilo, poloczylo i dobrze plywa, wrzucic pokrojonego w kostke melona. on dodaje lekko slodkawego smaczku. smrodek sera plus ta slodycz melona, mmm, pysznosci.
ja dzis dodalam jeszcze paptryczke chili i przyznam, ze bardzo mi ta ostrosc smakowala.
a sos najbardziej smakuje mi z tagliatelle:-)

maszyna do pedzenia wina

chlopcy (i ja) jestesmy fanami czeskich ”Sasiadow” – mamy tylko jedna plyte dvd, ale jest na niej kilkanascie odcinkow i tak sobie od czasu do czasu jakis nowy odcinek puszczamy. 

pierwszy odcinek jest o… robieniu wina! Sasiedzi zbudowali ”tasme”, do ktorej podlaczyli destylarki, wiaderka, narobili wina i na koncu… upili sie:/ tematyka w sam raz dla dzieci;) 
ze mna chlopaki obejrzaly ten odcinek raz, z lubym chyba wiecej razy i efekt taki, ze dzis na placu zabaw Bizon bawil sie z produkcje wina;) nazbieral trawy, wrzucil na zjezdzalnie i zjezdzal na tej trawie. 
wrocilismy do domu, a Bizon zasiada do stolu i rysuje… maszyne do robienie wina! 
i teraz boje sie, ze jutro on taka maszyne narysuje w szkole – codziennie po poludniu moga malowac co maja ochote i ”ochota” Bizona czesto pokrywa sie z nasza codziennoscia: po wakacjach byla plaza, morze, mewy, lodzie, jak gramy w piratow, to Bizon rysuje mapy, na ktorych zaznacza krzyzykiem skarb, jak ktos ma urodziny, to Bizon przynosi ze szkoly rysunek z tortem, prezentami… jutro pewnie bedzie maszyna do robienia wina:/

moze’m zazdrosna?

patrze na te brytyjska Kate, patrze i jakos nie widzie tej pieknosci i cudnosci, ktora widza w niej tlumy. 

bardziej mi sie podobala, pare kg wiecej. sama sobie sie dziwie, bo w moim typie sa raczej szczuple kobiety… choc nie raz obejrzalam sie z zazdroscia za puszysta, ze tak sie pieknie ”nosic” potrafi – przyklad moja chrzestna – jakies 160 wzrostu i… prawie 100kg. jest gruba, ale ma dobry gust, potrafi sie tak wyszykowac i tak lekko chodzic, mimo ze ma 70-pare lat, ze zawsze gdy ja widze, podziwiam, ze tak szykownie wyglada.
ale wracajac do chudej Kate – jak dla mnie za chuda i ile razy na nia patrze przychodzi mi do glowy ”szpilka”: duza glowa, reszta cienka. 
figura to jedno. twarz drugie – sama buzia ladna, ale widze w niej chciwosc, dume, falsz usta sie usmiechaja, oczy nie. z oczu wyczytuje ”ha, udalo mi sie!”. 
kurcze, nie mam juz innych zmartwien;))) 
zeby nie byc juz tak negatywna, przyznam, ze podobaja mi sie sukienki Kate:) 

matka klamczucha, matka wscieklizna

dzis Bizon mial isc na urodziny do Jesse. Bizon wspominal wczesniej, ze nie chce isc, ale ja, durna matka, czulam sie zobowiazana – bo mam dosc serdeczne stosunki z mama Jesse, bo Jesse byl na urodzinach Bizona i tez dlatego, ze Bizon nie lubi ”bywac”. woli z rodzinka, bo wtedy latwiej ”porzadzic”, pomialczec, dac glos, gdy humorek zly. myslac o tym, zignorowalam brak checi Bizona, prezent kupilam i postanowilam dziecko na urodziny zawiezc. tym bardziej, ze z urodzinami Menno, bylo podobnie, choc powod byl inny: Bizon bal sie isc do Menno, bo nie znal jego rodzicow, nigdy wczesniej tam nie byl. wtedy powiedzialam, ze zawieziemy prezent, zlozymy zyczenia i wtedy Bizon zdecyduje, czy chce zostac, czy wrocic. liczylam na to, ze jak zobaczy kolegow z klasy, niesmialosc i strach mu mina. i tak bylo. dzis powiedzialam to samo. wioze Bizona, a ten narzeka, ze nie chce do Jesse, ze to nie jest juz jego kolega, ze Jesse go bije, kopie i popycha.

zatrzymalam sie, wstawilam rower na chodnik i pytam o to bicie, bo wczesniej o tym Bizon nic nie mowil. nie wiem, czy to 100% prawdy, bo Bizonek potrafi koloryzowac, ale wg Bizona Jesse kopal go i popychal, gdy bawili sie na podworku szkolnym. pytam, dlaczego mi o tym wczesniej nie powiedzial – Bizon sobie zapomnial…dziwne. jednak zastnaowilo mnie to, bo od innej mamy tez slyszalam, ze Jesse to agresor i gdy obserwuje dzieci, gdy bawia sie po lekcjach, Jesse na ogol bawi sie sam, taki troche outsider. 
stalam na tym chodniku i gryzlam sie co zrobic – wrednie jest wypychac dziecko na urodziny, na ktore on nie chce isc. zwlaszcza, gdy to kolega, ktorego Bizon (juz) nie lubi. czy go bil, czy tylko popchnal, nie wazne, wazne, ze Bizon tego kolegi nie lubi. szkoda, ze mi tego wczesniej tak wyraznie tego nie powiedzial.
podjelam decyzje, ze zawieziemy prezent, zlozymy zyczenia (juz blisko dojechalismy) i powiemy, ze Bizon jeszcze do konca nie wyzdrowial, ze zle sie czuje i ze my tylko prezent przyjechalismy dac. wczoraj rozmawialam z mama Jesse, mowilam, ze Bizon mial grype zoladkowa, to pomyslalam, ze uwierzy.
klamstwo chyba przeszlo, takie przynajmniej mialam wrazenie. Bizon rzeczywiscie wygladal niewyraznie (chyba sie bal, ze jednak go zostawie, bo glowe spuscil i stal taki bidaczyna), a Jesse ucieszyl sie prezentem i w nosie mial, ze Bizonek juz musi isc;) 
glupio sie z tym czulam. wytlumaczylam Bizonowi, ze nie lubie klamac i ze bardzo mi jest smutno, ze sklamalam, zeby na przyszlosc mowil mi, ze ktos mu dokucza, zebym ja wiedziala, dlaczego nie chce isc na urodziny. 
luby nie byl zachywcony ta sytuacja. i zezloscil mnie – co mialam zrobic? pchac Bizona na sile? zostawic go tam na lodzie?
luby taki szlachetny, ale to ja zawsze takie problemy musze rozwiazywac, nie on:/ bo on sie wstydzi, nie lubi, niekomfortowo czuje, itd.
i to juz bylo preludium to pozniejszego.
pojechalam zapolowac na wyprzedazach – mialam kupic Szkrabowi buty, chlopakom bluzki, a lubemu kilka koszul. z chlopakami poszlo mi dosc latwo. Szkrab ma noge jak kopyto (szeroka i wysokie odbicie) i trudno cokolwiek na niego kupic, ale udalo mi sie – znalazlam identyczne trzewiki, jakie mial ostatnim razem, tyle ze o 1 rozmiar wieksze (ze starych w ciagu kilku dni wyrosl;). dzieki temu moglam bez przymierzania kupic. ale z lubym… lubemu kupic nie tak latwo:
– nie moze byc ciemna, bo takich wlasnie ma najwiecej
– nie moze byc w kratke, bo lubemu sie to z drwalami kojarzy.
– nie moze byc rozowa, zolta, bo to gejowskie
– nie powinna byc niebieska w paski, bo takie luby ma od zawsze i mu sie znudzily
– nie ma byc jak dla starego chlopa (czyli jaka???)
– musi byc slim fit, bo inne na lubym dyndaja.
mowie, idz kup sobie sam. on nie lubi tlumow, a dzis jeszcze festiwal ”rozowy”, luby jak na Holendera, malo tolerancyjny, wiec tym bardziej nie pojdzie. tlumacze ze to okazja, ze na wyprzedazach mozna cos fajnego i taniego upolowac. on za tydzien pojdzie…za tydzien to juz po wyprzedazach bedzie.
i poszlam sama. glupia jestem ale zrobilam to tylko i wylacznie z oszczednosci. bo na kasie nie lezymy, a za 2 miesiace lubemu ciag konferencji sie zaczyna i wtedy bedzie bieganie po sklepach – kupowanie koszul. tylko, ze wtedy bedzie po pelnej cenie:/ i tylko dlatego, zem dusigrosz, pojechalam. najezdzilam sie, namyslalam, w koncu 4 koszule kupilam, ale wcale zachwycona nimi nie bylam… przywiozlam, luby zadowolony, a ja… sie wscieklam, bo:
– chlopaki glodne
– luby glodny
– 2 worki smieci na balkonie jak lezaly, tak leza
– zlew pelny po brzegi (a oni glodni!)
– ogryzek po jablku na dywanie
– deska, okruchy, porozlewane picie na blacie kuchennym
– przez przedpokoj i wypoczynkowy przejsc sie nie da, ubrania porozwalane, sodoma i gomora. a luby lezy na kanapie i pyta o obiad. 
jak wydarlam gebe, to sie szyby zatrzesly. a luby nie wie, czemu ja sie dre!!! bo przeciez ja sie odprezylam na tych zakupach! podniosl mi cisnienie:/spytalam, co on robil przez ten czas, kiedy ja polowalam na jego cholerne koszule?
– bawil sie z dziecmi.
aha, to ja w nadchodzacym tygodniu tez sie bede tylko z dziecmi bawic. nic wiecej. 

zazyj matka bromu;)

jest taki wierszyk, zawierajacy dobra rade, a propos wczorajszego wpisu;) wzielam do reki Brzechwe, a tam, wypisz, wymaluj, to o czym wczoraj pisalam:)

Na ulicy Trybunalskiej 
Mieszka sobie Staś Pytalski, 
Co, gdy tylko się obudzi, 
Pytaniami dręczy ludzi. 

W którym miejscu zaczyna się kula? 
Co na deser gotują dla króla?
Ile kroków jest stąd do Powiśla? 
O czym myślałby stół, gdyby myślał? 
Czy lenistwo na łokcie się mierzy? 
Skąd wiadomo, że Jurek to Jerzy?
Kto powiedział, że kury są głupie?
Ile much może zmieścić się w zupie? 
Na co łysym potrzebna łysina? 
Kto indykom guziki zapina? 
Skąd się biorą bruneci na świecie? 
Ile ważą dwa kleksy w kajecie? 
Czy się wierzy niemowie na słowo? 
Czy jaskółka potrafi być krową? 

Dziadek już od roku siedzi
I obmyśla odpowiedzi, 
Babka jakiś czas myślała, 
Ale wkrótce osiwiała, 
Matka wpadła w stan nerwowy 
I musiała zażyć bromu, 

Ojciec zaś poszedł po rozum do głowy 
I kiedy powróci – nie wiadomo. .


zagada mnie na smierc

lubie sobie pogadac, ale lubie tez posiedziec w ciszy. Bizon nie. Bizon musi ciagle gadac, ciagle, ciagle, ciagle. w poniedzialek zlapala go jelitowka, wiec przez pol dnia byl cicho bo spal. ale nawet, gdy jechalam z nim wieczorem do lekarza, mimo ze do 40C dobijal, mimo ze co 5 minut pawiami strzelal, mimo ze go ponoc glowa i brzuch bolal, gadal. 

wiecie jak to meczy?
bo ja juz troche zapomnialam – odkad Bizon chodzi do szkoly, mam troche wytchnienia. bo mlodszy tyle nie gada. mlodszy lubi sie poprzytulac, jak sie zajmie zabawa, to nie wiem, ze dziecko mam, mlodszy gada do siebie, a nawet jak mowi do mnie, to tak, ze nie musze odpowiadac, nie musze reagowac, wystarczy, ze pokiwam glowa. jedynie ciagiem pytan potrafi wymeczyc, ale i tak mniej niz zapotrzebowanie Bizona na dialog i interakcje.
przyklad z teraz: Bizon szyje. dalam mu scierke kuchenna, igle, nitke, siedzi kolo mnie na kanapie i zamiast szyc i tylko szyc, czy skupic sie na szyciu, on non stop mowi: ”mamo, popatrz, ile mi jeszcze zostalo”, ”mamo, popatrz, jak sie nitka kreci”, ”mamo, wyrownaj mi tu”, ”mamo, dobrze, tak?”, ”mamo, popatrz, prawie skonczylem”, ”mamo, patrz jak mocno szyje”, ”mamo, popatrz jak prosto wkladam igle”, ”mamo, a jak ty bylas mala dziewczynka, to tez tak szylas?”, ”mamo, a jak chce uszyc taka torbe jak ty masz, to juz musze byc duzy pan tak?”, ”mamo, a ja robie ciezsza prace niz ty, prawda?”, ”mamo, popatrz jak wysoko ta nitka siega, prawie do do lampy, ale nie prawie do sufitu”… itd, itd. bez konca.
ja wiem, ze powinnam sie cieszyc, ze dziecko chce ze mna rozmawiac i wiem, jak wazne jest, zebym ja z nim rozmawiala, ale ile mozna?????
” mamo, dzieci tak naprawde nie moge szyc, tak? ”, ”a ja jestem taki duzy, ze moge”, ”mamo popatrz, jak daleko juz jestem…” – i sprobuj matka nie popatrzec;)
no wrednie sie czuje. potworna matka jestem, ale nie moge, chyba zaraz do lazienki pojde, zeby troche ciszy zasmakowac. 
wszedzie bebni sie, zeby miec czas dla siebie – mimo ze nie pracuje, mimo ze jedno dziecko w szkole, maz w pracy i tylko ten co mniej mowi w domu, to ciagle mi tej ciszy brakuje. bo jak juz dzieci spia, to wtedy maz zaczyna… czasmai uciekam z ksiazka do jadalni, ale on po 5 minutach kuka zmartwiony, czy wszystko w porzadku, czy sie na niego obrazilam. NIE, NIE OBRAZILAM, ale chce troche w ciszy posiedziec!!!! juz mnie uszy od sluchania bola, geba od odpowiadania boli, mozg od formulowania mysli po polsku, holendersku, angielsku paruje. a lubemu przykro… 
lubie spedzac czas ze Szkrabem. pewnie, ze czasem da mi popalic, ale my jakos do siebie pasujemy. jak Szkrabowi dam plasteline, to dlubie, jak dam farbki to maluje, jak wsadze do piaskownicy to grzebie. 
”mamo, juz prawie koncze, popatrz!”, ”mamo, tu dwie nitki przeszylem – czy tak tez mozna szyc?, ”mamo, popatrz, ja lubie tak szyc”, ”mamo dlaczego oblizujesz nitke, jak wkladasz do igly?”, ”mamo, czy ja tez moge oblizac?”, ”mamo, teraz bede juz normalnie szyc”, ”mamo, kiedy Szkarb sie obudzi?” – bo Szkraba tez chorobsko zlapalo i po serii pawiow, zasnal. ”mamo, a jak ja jestem chory to tak dlugo nie spie…” ”spisz”, ”nie, nie spie, ja tylko oczy zamykam”.. .dobra, niech ci bedzie….
nie, trzy dni, 24h na dobe z tym gaduja, to tortura:/
taaaaak, wiem. powinnam sie cieszyc, ze mam zdrowe, elokwentne dziecko… 
”mamo, skonczylem”. ja tez…
 

parady milosci

ogladam zdjecia z kolejnej jakiejs tam parady milosci, czy raczej ”milosci”, bo jakos milosci wsrod tych bedacych ”pod wplywem” (nie milosci, bynajmniej) ludzi, nie widze.

i pomyslalam sobie…
a co gdyby tak zrobic parade heteroseksualistow? mam przeczucie, ze homoseksualisci okrzykneliby to dyskryminacja, najazdem na ich wolnosc, na ich prawa, na ich milosc.
a gdyby tak chrzescijanie, zrobili parade ”milosci chrzescijanskiej”? mysle, ze w mediach oprocz zdjec, moznaby przeczytac, ze ”po co sie z tym obnosic”’, ze ”niech sobie wierza, ale niech trzymaja to w kosciele albo w domu, niech maja szacunek dla niewierzacych, bo niewierzacy nie maja ochoty na takie szopki”.
a gdyby tak panowi zorganizowali partie mezczyzn, takiej w stylu ‚maunela gretkowska”, tyle ze po mesku, gdyby poprosili o parytety (ze np. oni posiedza z dziecmi w domu te 2-3 lata, ale pozniej chca byc oparytetowani), co by na to feministki? czy nie krzyczalyby, ze nas dyskryminuja?
mysle o tym… nie lubie parad milosci (gejowskiej), ale cicho siedzie. niech se paraduja. ale, czy gdybym ja, ze swoimi przekonaniami, wyszla poparadowac i skrzyknela innych o podobnych przekonaniach, czy geje tez siedzieliby cicho?
tolerancja. szumne slowo… nie lubie tego slowa. 
w Holandii toleruje sie homo, trans, ale gorzej z tolerancja dla tych ”tradycyjnych” – kiedy wychodzilam za maz, kiedy oznajmilam to znajomym z pracy, uslyszalam ”po co?”. kiedy zaszlam w ciaze, pytanie bylo ”tak szybko?”, ”wpadka?”. kiedy zdecydowalam sie zostac przez pierwsze lata moich dzieci z nimi w domu, znajomi nie byli w stanie teog pojac, ze ”tak sie marnuje”… ale kiedy lejsbijka z lesbijka maja dziecko… nie slyszalam slow zdziwienia. trzeba przeciez byc tolerancyjnym, zwlaszcza jesli chodzi o szczescie (tych lesbijek).

sobotnie spotkanie

w sobote pojechalismy z lubym i chlopakami do Den Helder, spotkac sie z Calmiriel, jej mezem i malutka Ania, ktorzy przyjechali na wkacje nad Morze Polnocne.  

a ze pogoda byla pod psem, zimno, wiejno i deszczowo, spotkalismy sie w… malpim gaju:)
pole do popsiu dla naszych malusinskich i… tatusiow:) tak, dzieki zaangazowaniu tatusiow w szalenstwa z dziecmi, Calmiriel i ja mialysmy ”warunki”, zeby porozmawiac i lepiej sie poznac:-)
ciesze sie, ze nam sie udalo spotkac – nie ma to jak zweryfikowac blogowa sympatie:) 
czas nam szybko minal, ale po malpim gaju wybralismy sie jeszcze do akwarium nadmorskiego. nie bylo ono zbyt duze, ale dzieci byly zachwycone – szczegolnie mala Ania: rozgadala sie na calego. o czym rozmawiala z rybami, nie wiemy, ale pogawedka byla bardzo zywiolowa. taki maly czlowieczek, a juz tyle ma do powiedzenia. a ile energii… tyle godzin przebiegala, przeskakala w malpim gaju (pod koniec oczka juz czerwienialy ze zmeczenia;)), a pozniej bez problemu jeszcze w akwarium pobiegala. 
chlopcom Ania utkwila w pamieci – dzis Szrkab jechal traktorem stojacym na balkonie na wycieczke ”na niby” i do przyczepki wzial… Anie:D i telefon od Ani na niby odbieral:))) Bizonka z kolei bardzo nurtowalo, czy Ania i jej rodzice tez w takim domku, jak my mieszkaja (chodzilo mu o domek kampingowy, w ktorym spedzilismy nasze nadmorskie wakacje). 
mimo paskudnej pogody, fajnie minela nam ta sobota!