urodziny – final:)

dzis przyszli ostatni goscie Bizonka. najmlodsza grupa. polska. mimo ze bylo nas trzy baby i czworo dzieci, poczulam sie jak na prawdziwym polskim przyjeciu (choc stol sie nie uginal;)): bylo tak gwarno, ze zadna z nas nie slyszala swoich telefonow:) maz jednej kolezanki 5 razy dzwonil, a komorka obok lezala, ale u nas… zabawa wrzala. kiedy w koncu kolezanka odebrala, zazartowalam, ze ”zubrowka juz idzie”, maz, mimo ze holenderski chinczyk, zrozumial i… wystraszyl sie:) uwierzyl, bo slyszal w tle rozne odglosy. kolezanki impreze podsumowaly: no, u Holendrow to bysmy sie tak nie ubawily. i to nie o gospodynie chodzi, bo ja wcale do wodzirejow nie naleze, ale… poczulam sie jak za ”polskich czasow”.

wdzialam groszki, ale jakos na zdjeciach mniej mi sie podobaja niz w realu (bo mi sie wydaje, ze mnie pogrubia:D ale coz, trzeba prawdzie w oczy spojrzec;):

dzieci na groszki nawet nie spojrzaly, mialy inne zajecie:
a jutro… wyprawa nad morze – spotkamy sie z… kto zgadnie?

nigdy nie mow nigdy;)

nie raz juz sie o tym przekonalam:)

dzis kupilam sukienke w….groszki. ciemnograntowa, w biale groszki. brrrrr, jakby mi ktos powiedzial, otrzasnelabym sie, bo groszkow nie znosze. a tu… sukienka wolala mnie z wystawy! popatrzylam, ani fason moj, ani material a tu jeszcze groszki. i zabojcza cena. i jakos wbrew swoim przekonaniom sukienke przymierzylam. 
poezja:)
ale ta cena… zbyt wysoka. 
mierzylam M-ke, ale cos mnie podkusilo, zeby przymierzyc S-ke. nie dosc, ze lepiej na mnie lezala, to byla o 30% przeceniona. dalej za droga:/ 
zauwazylam jednak, ze poprzednia sukienka, M-ka miala sukienke ”pod”, a S-ka nie miala. poszlam do kasy spytac, czy ta ”podsukienka” nalezy do sukienki, czy nie. nalezala. wyjasnilam, ze w S-ce nie ma. a tak, ktod ukradl. pani o tym wiedziala. i zaproponowala, ze moze mi cene jeszcze o pol obnizyc. czyli o 80%. sukienka nadal droga, ale juz nie koszmarnie;) kupilam.
i nie moge uwierzyc, ze mi sie ona tak bardzo podoba. moze dlatego, ze te groszki roznej wielkosci sa, ulozone ”paskami”, a nie tak klasycznie, porozrzucane?
ciekawe co na to luby:)

skoro lubicie:-)

to kontynuuje te fotorelacje, skoro mam natchnienie: tak wygladaly urodziny Bizonka.

zaczelismy od tortu, swieczek i holenderskich ”stu lat” – jednak to umknelo mojemu aparatowi:( sesje zaczelam od luznej zabawy w pokoju Bizonka

pizza Bizonka – jak na niego, calkiem spora:)
gdy pizza sie piekla, chlopcy dotleniali sie na balkonie

po jedzeniu, trzeba sie troche poruszac – zaczelismy od tanca z balonem: Szkrab i kolega Bizonka (chyba jedyny w klasie mniejszy od Bizonka;))
Bizon i jego najlepszy kolega tez tancza:)
nastepnie kalambury – ale najpierw trzeba przebic balonik
mlodszemu pomogl tata
zdjecie grupowe to mus – T-rex tez sie zalapal:)
*zanim Lo-ko skomentuje;) : tak, moi znowu najcieplej ubrani. bo im zimno bylo:D proponowalam czapki, ale nie chcieli;) 
**zanim sobie ”pomyslicie”: Szkrab w najgorszych spodniach dresowych, takich co to na ”peee” nosimy… robota lubego. a ja dopiero na zdjeciach zauwazylam;) Szkrab zaczal dzien po ludzku, w dzinsach, ale sobie siurnal, a luby pierwsze lepsze portki z szafy capnal i po sprawie. a pewnie:D 
tyle na dzis:-)

fotorelacja

mimo ze bardzo lubie ogladac zdjecia, nie mam cierpliwosci do ich pstrykania, obrabiania, a pozniej wklejania. ale obiecywalam poprawe, wiec, zeby slow na wiatr na puszczac…

pierwszy wieczor na plazy… jeszcze w spodniach:)
w fokarium – piasek, bloto to jest to, a foczki? juz widzielismy;)
w muzeum morskim eksponaty mozna obejrzec z kazdej strony
lekcja przyrody w parku narodowym
jak widac, tlumow nie bylo! i dobrze, lepiej wszystko widac:)
Bizonek zrobil nam zdjecie. tak, to my, stare pierniki:)

o lubym

rzadko pisuje o lubym, a jemu tez sie cos nalezy;) 

wczoraj lezymy w lozu, pytam, jak co wieczor (taki nasz rytual):
– powiesz ”Ojcze nasz”?
– Ojcze nasz – spelnia ma prosbe luby.
kilka dnia przed impreza Bizona lezymy, pozna juz godzina, luby opowiada o nowym wybryku szefa (a ja pozniej spac nie moge, bo rozmyslam;)), ale w pewnym momencie (po 1.00 juz bylo) reflektuje sie i zaspanym, ziewajacym glosem mruczy:
– musisz mi jeszcze powiedziec, jakie zabawy zaplanowalas na urodziny Bizona
– dobra. a wlasciwie, moge ci teraz powiedzec…
– nie!!! – nagle glos lubego nabral mocy:D
– zartowalam:DDD
mowie do lubego:
-powiedz ”prosze”
-prosie
– nie, nie prosie, tylko ”prosze”
– no mowie przeciez ”prosie”!
– prosie to mala swinia, a prosze to co innego
luby irytuje sie, bo on NIE SLYSZY roznicy miedzy ”prosze” a ”prosie”.
chcialam sprawdzic, czy Bizon slyszy roznice i zaczelam mowic do niego w stylu lubego ”psieprasiam”, ”prosie”. Bizon popatrzyl niepewnie, jakby matce rozum odebralo:
– mamo, mow normalnie!
czyli slyszy roznice:)

5 lat temu

9.20, 5 lat temu – tego momentu nigdy nie zapomne. i zawsze mnie gula za gardlo lapie, gdy o nim mysle. wtedy zobaczylam mojego Bizonka.

i jak co roku, od 5 juz lat, zycze Ci, kochany Synku zdrowia i zebys byl szczesliwym czlowiekiem:*

przezylismy;)

przezylismy nasz pierwszy kinderbal:D 

ja mam z dziecmi regularnie do czynienia, ale luby… mial pietra: rano poszlam go zbudzic (do 1.00 w nocy dmuchal balony i o 1.30 skonczylismy dekorowanie;)), a on otworzyl jedno oko i spytal: czy ty tez sie tak stresujesz? az mnie zatkalo – czym?
tak jak przewidywalam, dzieci byly bardziej zajete rozpakowaniem prezentow, zabawa zabawkami, niz tortem i zorganizowanymi przez nas grami. 
dalismy sie chlopakom wyszalec, ale ”zagonilam” ich do udekorowania pizzy:) a gdy pizza sie piekla, chlopcy puszczali banki na balkonie. glupie banki, a ile uciechy! pozniej konsumpcja pizzy: najmniejszy (tym razem nie Bizon!) zjadl najwiecej, najwiekszy… nic. ale lody na deser kazdy z checia pochlonal. 
ledwo zjedli lody, pognali do pokoju Bizona, w dosc malym pokoiku zgromadzilo sie 6 chlopcow i tak ladnie sie bawili, ze zaczelam sie zastanawiac, jak to jest, ze gdy mam tylko moich dwoch, to chalupa ”chodzi”, a tu przy szesciu, taki spokoj?
chlopcy potanczyli z balonikami i pobawilismy sie w kalambury. te ostatnie okazaly sie hitem. nie zeby chlopcy tak bardzo lubili zgadywac (choc mialam wrazenie, ze im sie to podobalo), chodzilo o przeklowanie balonow igla:) kazdy chcial ”klojnac” i uslyszec ”bum”:) kiedy jedna z mam zapytala synka, co mu sie najbardziej podobalo, z przjeciem na twarzy powiedzial, ze przebijanie balonow:) a balony byly przebijane, bo byly w nich karteczki z haslami do zaprezentowania (policjant, strazak, clown, rajdowiec, zlodziej i akrobata). 
na koniec pogralismy w bierki, pchelki, a luby zagral z chlopakami w football balonowy:) 
dzieci tak sie ladnie bawily, ze moglam sobie je spokojnie poobserwowac, popstrykac zdjecia, ogarnac jadalnie po pizzowym szalenstwie. a mimo to, gdy drzwi za malusinskimi sie zamknely, czulam sie zmeczona – pewnie po tym wczorajszym nocnym dekorowaniu;)
ale to nie byl koniec, bo po poludniu zjechala sie rodzina i Anneke na ciacho i obiad. obiad mialam przygotowany juz wczoraj (gulasz balkanski i skrzydelka kurczaka ”po chinsku”), ciasto upieklam w czwartek, zeby sie ‚przejadlo”, wiec tylko drobiazgi mi zostaly.
wkurzyl mnie troche tesc, bo nagle przeszedl sobie na diete. tesciowa ciasta nie tknela, bo na diecie, tesc tez sie wypial (a pod jego katem pieklam!) dzieci wolaly swoja ”piracka chemie”, ja smaku kompletnie nie mam (znow zatoki:/). szwagierka skubnela kawalek, Anneke i luby i cala reszta ciasta mi zostala. zanioslam sasiadce z dolu, bo wczoraj urodzila (w koncu! okrzyki bojowe juz od tygodnia slyszalam, ale dopiero wczoraj wywolano jej porod) i gosci ma caly czas – na nastepne urodziny kupie po kawaleczku ciasta dla szwagierki, Anneke i chlopcow i co ja sie bede silic na pieczenie? 
ale same urodziny bardzo sie udaly:-) 
jutro kontynuujemy: idziemy do teatru na ”Sasiadow”.

mialo byc bikini;)

jako ze we wtorek jedziemy na 4 dni nad morze, zamarzylam o bikini…

ale jak poprzymierzalam, poogladalam sie z wielu stron, to stwierdzilam, ze ciesze sie, ze klimat w Holandii chlodny, ze morze za tydzien bedzie zimne, ze przewidywane jest tylko 23 C (przy tutejszym wietrze i wilgosci bede sie czuc jakby bylo 13C), ciesze sie, ze za zimno na bikini:D

co z tego, ze waga ok, ze cialko jakos sie zbilo po zimie, kiedy ”love handles” jak byly tak sa, a optycznie to nawet wieksze sie zrobily, bo jak sie tylek i gora ”zbily”, to nad biodrami wisza mi takie dwa walki tluszczu, ze tylko nozyczki zlapac i odciac!
brzucho nawet plaski, ale tez mnie wkurzyl. niby rozstepow nie ma, ale jakis taki porozciagany jest.  niby zarysy kaloryferka sa, ale kaloryferek jakis zelatynowy:/
a, i po tym fitnessie piersi mi urosly – bo jedyne gory od bikini, z ktorych sie nie wylewalam to byly… 70E! przyznam, ze fanka ”big cyca” nie jestem i D calkowicie mnie zadowalalo. nawet i C lubilam. mam nadzieje, ze w przyszlym sezonie, o ile jeszcze pokusze sie na mierzenie gory od bikini, nie wskocze w F:)
w bikini to ja najlepiej wygladam z profilu – ale jak tu ”profilem” chodzic?
chcialam zamiast bikini krociotkie spodenki kupic, bo nogi swoje lubie i w pelni akceptuje;) ale i tak klopot mam… bo w biodrach 36, a w pasie… najlepiej 40! jak wezme 40, to mi wszystko na tylku wisi. jak wezme 38, to ani tylek dobrze nie wyglada, ani pas, bo juz sie lekko wylewam…
stara baba jestem, bikini z glowy trzeba sobie wybic i cieszyc sie, ze to Morze Polnocne takie zimne;)
przymierzylam tez tankini. ryczalam ze smiechu. to ja juz wole burkini;) zeby mnie nikt nie poznal;)

z lekka rasistkowsko;)

o rasizmie zaczelam myslec pod wplywem poprzedniego tematu i kultury na placach zabaw. bo tak wlasciwie intensywnosc ”pasozytowania” zalezy od dzielnicy miasta, w ktorym plac zabaw sie znajduje. niedaleko nas, rok temu wyremontowano piekny plac zabaw – olbrzymia powierzchnia, roznorodne sprzety, dla dzieci w roznym wieku. i olbrzymia piaskownica. piaskownice w Holandii nie sa zbyt popularne na placach zabaw, ze wzgelu na koty, ktore tylko czyhaja na okazje, zeby sie w piaskownicy skupac. ten nowy plac zabaw ma stroza, ktory dba o czystosc piaskownicy, bezpieczenstwo sprzetu, plac zamykany jest po 21.00, wiec nie ma wandalizmu. dzieki piaskownicy i roznorodnosci sprzetow, jest tam co robic (m.in. dlatego tak szybko mijaja nam tam godziny:)). jest jedna wada: lokalizacja. plac zabaw znajduje sie w niezbyt przyjaznej dzielnicy. mieszkaja w niej czarni, imigranici z Turcji, Maroko, Agfanistanu – inna mentalnosc, inna kultura. cecha ”ichniejszej” kultury jest m.in. wielodzietnosc. i przy ktorym juz tam z kolei dziecku matkom sie zwyczajnie nie chce nimi zajmowac, starsze rodzenstwo opiekuje sie mlodszym, wiec na plac zabaw czesto przychodza grupy dzieci w wieku od niemowlaka do nastolatek, bez rodzicow i zaczyna sie wariactwo. bo tych dzieci nikt nie kontroluje, nikt ich nie nauczyl co znaczy ”wymiana”, te dzieci zwyczajnie walcza o swoje i maja w nosie, czy to bedzie ”samen spelen, samen delen” czy pasozytowanie: dla nich liczy sie fakt, ze to one zlapia lopatke pierwsze. a czyja to lopatka to juz nie wazne. sa tez mamy-nastolatki. to te z komorkami. w tej dzielnicy mieszka wielu bezrobotnych, ludzi bez wyksztalcenia, ludzi ktorzy zyja dla uzywek, a nie dla dzieci. nie chce wyjsc na rasitke, ale mam wrazenie, ze czarni maja w genach krzyk. oni nie mowia. oni krzycza. matki krzycza cos do dzieci. dzieci krzycza do siebie. jak wpadnie grupa czarnych dzieci, to od razu wpada poczucie agresji. oczywiscie, sa tam i biale dzieci, ”czysto” holenderskie, ale one zyja w tej dzielnicy i tez nabieraja takich wlasnie cech. z reszta, jak mama ma 17 lat i w glowie jej kolezanki, piercing i disco… to przeciez ona nie bedzie o lopatkach myslec;) grunt, zeby dziecko sie soba zajelo.

mimo tej atmosfery, chodzimy na ten plac zabaw, bo jest najblizej, a jednoczesnie jest swietnie przystosowany pod katem dzieci.
jezdzimy tez na inne place zabaw. i na wielu jest tak jak napisalam w poprzedni wpisie. 
ale sa dwa place, na ktorych atmosfera jest wrecz lekko nabombana kultura;) ta mieszkaja… 100% Holendrzy, lekarze, prawnicy, nauczyciele, ludzie ”na poziomie” (jej, zebym tylko nie zabrzmiala jak pewna dziennikowiczka z Francji;)). jednen z tych placow jest blisko szkoly Bizonka. tam tez czesto chodzimy. i tam nie ma dzieci ”samopas”, rodzice czasami stoja z boku, ale patrza jak dzieci sie zachowuja, czesto sie z dziecmi bawia, przynosza pilke, rowerek, czy inna zabawke i na ogol kazdy pilnuje swojego, a jak chce sie pobawic cudza zabawka, pyta. mankamentem tego placu zabaw jest brak piaskownicy i jest on dosc skapo urzadzony. tam chodzimy na lunche Bizonka i czasami po szkole. i tam nie musze sie martwic, ze ktos bedzie robil z nas frajerow, ze dziecko do mnie odpyskuje, czy uderzy.
i miedzy innymi dlatego do szkoly w tej dzielnicy wyslalismy Bizonka. sa tam tez dzieci ”kolorowe”, ale jednak sa one zdominowane przez czystych Holendrow z ”dobrych domow”. i widac jak na dloni. kiedy przejde sie kolo szkoly w pierwszej dzielnicy, to jest jak w ulu. gorzej: wrzaski, agresja, jakos tak nieprzyjenie mi sie tam robi. 
luby, kiedy to mowie, nazywa mnie rasistka. ale czy to jest rasizm? ja tych ludzi nie ponizam, szanuje ich, bo wiem, ze nie maja lekkiego zycia (sama wiem, ze zycie na obczyznie potrafi dac w kosc). ale wole styl zycia, kulture Holendrow. a ze Holendrzy sa biali… :DDD
a propo’s innej kultury – dzis na fitness przyszly 3 Muzulmanki. w chustach, w dlugich, grubych dresach, w bluzach dresowych z dlugim rekawem, zapietych pod szyje. ja w krotkich spodenkach, w koszulce na ramiaczkach, w krotkich wlosach i pot lal sie ze mnie strumieniami… szkoda mi ich bylo i jednoczesnie podziwialam ich zaciecie, ich wybor. ciekawe czy jeszcze przyjda.

sobki

ucze swoich dzieci bycia sobkami. wbrew holenderskiemu sloganowi, ktorym rodzice i pedagodzy szastaja irytujaco czesto: ”samen spelen, samen delen”, czyli ”razem sie bawimy, razem dzielimy (zabawkami)”, ja ucze chlopakow ”wasze zabawki i nie musicie ich wszystkim dawac”. w domu na ogol trzymamy sie reguly ” kto pierwszy sobie zabawke wzial, ten moze sie nia bawic”, ewentulanie ”jedne sie bawi 5 minut, a pozniej drugi”.

sobkostwa ucze chlopcow szczegolnie na placach zabaw. pisalam juz kiedys u Cutie-Pie, ze nie znosze rodzicow- pasozytow, przychodzacych sobie na plac zabaw z dzieckiem i… komorka. dziecko won, a rodzic za komore. i dziecko zeruje. na nas. bo ja, jak Rumunka, jade na plac zabaw obladowana torbami;) nie wazne, czy pobliski, czy taki, na ktory musze 30 minut pedalowac. A wygladamy tak: rower, ja, z tylu na siedzisku Szkrab, miedzy mna a kierownica Bizon, na ramie torba z piciem, owocem/kanapka i inymi drobnymi niezbednikami, a na kierownicy… po lewej stronie jedna reklamowka, po drugiej, dla rownowagi, druga reklamowka. a w reklamowkach na ogol sa: koparka (rozmiar XXL), mala wywrotka, dwie lopatki, dwa wiaderka, dwoje grabek, kubeczki, foremki i inne plastikowe bzdety, ktore chlopaki w ostatniej chwili zgarneli. jade taka obladowana, bo na ogol na placu zabaw spedzamy cale popoludnia, kilka godzin, jesli tylko pogoda pozwala. czesto tez robimy tak, ze godzine chlopcy pobawia sie na jednym placu i gdy sie znudza, jedziemy na jakis inny. ale bywa i tak, ze jak chlopcy sie dobrze bawia, to na jednym placu tkwimy 4 godziny:)
i tak jade. jak Rumunka badz osiol. 
Zeby za bardzo nie dramatyzowac, dodam, ze na pobliskie place zabaw w tym sezonie chlopcy jada sami na rowerkach, a ja za nimi z torbami biegne:))) bardzo szykownie wtedy wygladam;) 
Zapomnialam, ze od pewnego czasu pakuje tez ksiazke dla siebie:) Tak, bo wlasnie po to targam te wszystkie duperele – zeby dzieci spokojnie mialy sie czym bawic, a ja zebym mogla sie odprezyc:) a poczym sie odprezac, skoro tak beztrosko SIEDZE sobie z dziecmi w domu??? A chociazby po tych cudzych dzieciach, czy raczej ich rodzicach, ktorzy podnosza regularnie me cisnienie (na szczescie niskocisnieniowiec jestem;)). Bo sytuacja notorycznie wyglada tak: chlopcy wyciagaja zabawki, ooooo!!!! inne dzieci zaintrygowane patrza. A za chwile dzieci ruszaja na polowanie. Poluja oczywiscie na zabawki, ktora ja przytaskalam dla moich dzieci. I ja sie tym obcym dzieciom nie dziwie. Ja je doskonale rozumiem. Byl czas, ze szkoda mi ich bylo i probowalam moich chlopcow przekonywac, ze ”samen spelen, samen delen”. Ale koniec byl taki, ze to moje dzieci zostawaly bez zabawek, bo inne sie nimi raczyly. 
Ktorgos dnia dotarlo do mnie, ze sytuacja, w jakiej sa stawiani moich chlopcy, to zadne dzielenie sie, ze wykorzystywanie. Bo te obce dzieci niczym sie z moimi nie dzielily. One korzystaly z naszych zasobow – to zadne dzielenie sie, tylko pasozytowanie.
Nie dosc, ze moi nie mieli sie w koncu czym bawic, to zabawki nie zawsze do nas wracaly. To ja musialam pozniej chodzic, szukac, prosic, zeby mi dziecko laskawie oddalo, bo my juz do domu jedziemy.
Na poczatku akcja ”sobki” byla subtelna. ale nasza subtelnosc byla wykorzystywana. Pozniej, kiedy jakies dziecko podchodzilo i ot tak sobie bralo zabawke, zwracalam uwage: a spytales czy wolno?” Niektore dzieci sie peszyly, a inne bezczelnie odchodzily z zabawka i tylko sie ogladaly, co im zrobie. A rodzice… maja swoje ”zabawki” – komorki. I swiata poza nimi nie widza badz udaja, ze nie widza.
mam kilku znajomych z placow zabaw – to rodzice, babcie ”mojego pokroju” – tez przynosza zabawki. jest ich (az policzylam): 5 osob. Z tymi dziecmi moje dzieci lubia sie bawic i z tymi dziecmi sie zabawkami wymieniaja. I to z kultura: ”moge?”, ”na chwilke”, ”zaraz ci oddam”. Ci rodzice i babcie obserwuja, co dzieci robia z zabawkami, wkraczaja do akcji, gdy kultury zabraknie, a gdy widza, ze zbieramy sie do domu, same zbieraja nasze zabawki badz wysylaja dziecko i mi do rak oddaja. Tego samego wymagam od moich chlopcow. 
Chlopaki sa juz tak wyszkolone w sobkostwie, ze gdy wychodza z piaskownicy, y skorzystac z innych rozrywek, pakuja wszystko do torby i mi ja przynosza. a Szkrab ma tak zbojecki wzrok, gdy cos mu sie nie podoba, ze odstrasza wielu intruzow samym tylko spojrzeniem (musze mi kiedys zdjecie zrobic, bo mine ma niesamowicie niesympatyczna, gdy cos mu nie pasuje). Bizon jeczy (bardzo irytujaco!) i na ta jeczaca melodie mowi: ”nie bierz, to moje”. 
Mam w nosie innych rodzicow, ktorzy kiedy to sobkostwo widza, zezuja na nas znad swoich sms-ow. Niech sie naucza, ze ”samen spelen, samen delen’ nie polega na wykorzystywaniu innych. Nie chce miec dzieci frajerow. I sama tez frajerka nie zamierzam byc i zwozic zabawek cudzym dzieciom.
_______________
przypomniala mi sie sytuacja sprzed roku. Bizon dostal nowy rower. Byl z niego bardzo dumny i szczesliwy, ze ma taki ”super szybki” rower (tak o nim mowil). pojechal na tym rowerze na plac zabaw. zaparkowal i zaczal zbierac kamyczki. w tym czasie przyszed ojciec z synkiem, synek podbiegl do roweru Bizona i zaczal sie na niego wdrapywac. a ojciec nic – spodziewalam sie, ze albo sam mnie spyta, czy wolno (bo Bizon poprosil mnie, zebym roweru pilnowala, wiec stalam obok i pilnowalam;)) albo zeby powiedzial synkowi, ze najpierw nalezy sie spytac, czy wolno. dziecko bylo tak male, ze nie dosiegalo nogami do pedalow i zaczelo na rowerze cudaczyc. a ja stalam tuz obok i zastanawialam sie, czy otowrzyc gebe i wychowywac ojca, czy dac sobie spokoj. z rozmyslan wyrwal mnie jek Bizona, ktorzy przybiegl szybko, gdy zobaczyl, ze jakis obcy chlopiec ujezdza jego maszyne. na poczatku probowalam Bizon przekonac, ze chlopczyk tylko chwilke sobie posiedzi. ale Bizonowi bylo tak przykro, ze chcialo mu sie plakac. byla to pierwsza taka akcja ze storny Bizona, bo jeszcze wtedy dzielilismy sie zabawkami i Bizon nie mial z tym problemu. pomyslalam, ze rzeczywiscie: to rower Bizona i skoro on nie pozwala, to NIE. i powiedzialam ojcu (ktory widzial co sie dzieje, ale w ogole nie zareagowal), ze Bizon dopiero co dostal ten rower i jest on dla Bizona bardzo specjalnym prezentem i ze Bizonek nie zyczy sobie, zeby inne dzieci go uzywaly. reakcja ojca mnie prawie sciela z nog: ”to co, mam go (synka) zdjac”? moja delikatnosc i uprzejmy usmiech zniknely: ”tak, prosze go zdjac”. ojciec dziecko zdjal, ale wygladal jakby byl na mnie zly!!! i wtedy wlasnie dotarlo do mnie: nasze zabawki i wcale nie musimy sie nimi zawsze dzielic. i to powiedzialam Bizonowi, ktory pamieta to do dzis.
jakies 30 minut po tym mialam powtorke z rozrywki, ale w o wiele milszych klimatach. dziecko wskoczylo na rower Bizonka. ale jego ojciec podszedl do chlopaca, zdjal go i powiedzial ”to nie twoj rower”. chlopiec zaczal marudzic, ojciec spojrzal na mnie, jakby pytajaco, jakby ”czy mozna”. a ja uprzejmie wyjasnilam, ze ten rower jest ”specjalny” dla mojego syna i tym rowerem syn nie chce sie dzielic z innymi dziecmi. ojciec to zrozumial, usmiechnal sie, wyjasnil dziecku, ze nie wolno, dziecko poszlo zbierac z Bizonem kamyczki, a ja sobie z tym ojcem sympatycznie pogadalam.