dzis przyszli ostatni goscie Bizonka. najmlodsza grupa. polska. mimo ze bylo nas trzy baby i czworo dzieci, poczulam sie jak na prawdziwym polskim przyjeciu (choc stol sie nie uginal;)): bylo tak gwarno, ze zadna z nas nie slyszala swoich telefonow:) maz jednej kolezanki 5 razy dzwonil, a komorka obok lezala, ale u nas… zabawa wrzala. kiedy w koncu kolezanka odebrala, zazartowalam, ze ”zubrowka juz idzie”, maz, mimo ze holenderski chinczyk, zrozumial i… wystraszyl sie:) uwierzyl, bo slyszal w tle rozne odglosy. kolezanki impreze podsumowaly: no, u Holendrow to bysmy sie tak nie ubawily. i to nie o gospodynie chodzi, bo ja wcale do wodzirejow nie naleze, ale… poczulam sie jak za ”polskich czasow”.
nigdy nie mow nigdy;)
nie raz juz sie o tym przekonalam:)
skoro lubicie:-)
to kontynuuje te fotorelacje, skoro mam natchnienie: tak wygladaly urodziny Bizonka.
fotorelacja
mimo ze bardzo lubie ogladac zdjecia, nie mam cierpliwosci do ich pstrykania, obrabiania, a pozniej wklejania. ale obiecywalam poprawe, wiec, zeby slow na wiatr na puszczac…
o lubym
rzadko pisuje o lubym, a jemu tez sie cos nalezy;)
5 lat temu
9.20, 5 lat temu – tego momentu nigdy nie zapomne. i zawsze mnie gula za gardlo lapie, gdy o nim mysle. wtedy zobaczylam mojego Bizonka.
przezylismy;)
przezylismy nasz pierwszy kinderbal:D
mialo byc bikini;)
jako ze we wtorek jedziemy na 4 dni nad morze, zamarzylam o bikini…
z lekka rasistkowsko;)
o rasizmie zaczelam myslec pod wplywem poprzedniego tematu i kultury na placach zabaw. bo tak wlasciwie intensywnosc ”pasozytowania” zalezy od dzielnicy miasta, w ktorym plac zabaw sie znajduje. niedaleko nas, rok temu wyremontowano piekny plac zabaw – olbrzymia powierzchnia, roznorodne sprzety, dla dzieci w roznym wieku. i olbrzymia piaskownica. piaskownice w Holandii nie sa zbyt popularne na placach zabaw, ze wzgelu na koty, ktore tylko czyhaja na okazje, zeby sie w piaskownicy skupac. ten nowy plac zabaw ma stroza, ktory dba o czystosc piaskownicy, bezpieczenstwo sprzetu, plac zamykany jest po 21.00, wiec nie ma wandalizmu. dzieki piaskownicy i roznorodnosci sprzetow, jest tam co robic (m.in. dlatego tak szybko mijaja nam tam godziny:)). jest jedna wada: lokalizacja. plac zabaw znajduje sie w niezbyt przyjaznej dzielnicy. mieszkaja w niej czarni, imigranici z Turcji, Maroko, Agfanistanu – inna mentalnosc, inna kultura. cecha ”ichniejszej” kultury jest m.in. wielodzietnosc. i przy ktorym juz tam z kolei dziecku matkom sie zwyczajnie nie chce nimi zajmowac, starsze rodzenstwo opiekuje sie mlodszym, wiec na plac zabaw czesto przychodza grupy dzieci w wieku od niemowlaka do nastolatek, bez rodzicow i zaczyna sie wariactwo. bo tych dzieci nikt nie kontroluje, nikt ich nie nauczyl co znaczy ”wymiana”, te dzieci zwyczajnie walcza o swoje i maja w nosie, czy to bedzie ”samen spelen, samen delen” czy pasozytowanie: dla nich liczy sie fakt, ze to one zlapia lopatke pierwsze. a czyja to lopatka to juz nie wazne. sa tez mamy-nastolatki. to te z komorkami. w tej dzielnicy mieszka wielu bezrobotnych, ludzi bez wyksztalcenia, ludzi ktorzy zyja dla uzywek, a nie dla dzieci. nie chce wyjsc na rasitke, ale mam wrazenie, ze czarni maja w genach krzyk. oni nie mowia. oni krzycza. matki krzycza cos do dzieci. dzieci krzycza do siebie. jak wpadnie grupa czarnych dzieci, to od razu wpada poczucie agresji. oczywiscie, sa tam i biale dzieci, ”czysto” holenderskie, ale one zyja w tej dzielnicy i tez nabieraja takich wlasnie cech. z reszta, jak mama ma 17 lat i w glowie jej kolezanki, piercing i disco… to przeciez ona nie bedzie o lopatkach myslec;) grunt, zeby dziecko sie soba zajelo.
sobki
ucze swoich dzieci bycia sobkami. wbrew holenderskiemu sloganowi, ktorym rodzice i pedagodzy szastaja irytujaco czesto: ”samen spelen, samen delen”, czyli ”razem sie bawimy, razem dzielimy (zabawkami)”, ja ucze chlopakow ”wasze zabawki i nie musicie ich wszystkim dawac”. w domu na ogol trzymamy sie reguly ” kto pierwszy sobie zabawke wzial, ten moze sie nia bawic”, ewentulanie ”jedne sie bawi 5 minut, a pozniej drugi”.















