jak tu dojsc do ladu?????????

jak mowie glosno, to slysze, ze krzycze.

jak mowie cicho, to nikt nie slyszy.

jak powtarzam, to slysze, ze sie powtarzam.

jak nie powtarzam, to wszyscy wszystko zapominaja.

dzis luby mial byc w domu o 17.30. bo niania pracuje do 17.30. o 17.00 cos mnie tknelo: luby, pamietasz, ze niaania pracuje do 17.30? o 17.20 dostaje odpowiedz: myslalem, ze to 18.00…

rece opadaja….

 

jak pomowic z ksiedzem;)

czeka mnie pogadanka z naszym proboszczem, w sumie jedynym ksiedzem w naszej misji. a chodzi o to, ze msze zaczyna z 15-20 min opoznieniem… jak to zdazylo raz, dwa razy, to jeszcze mialam cierpliwosc, ale ostatnio to nagminne. a czemu tak sie dzieje? bo ksiadz spowiada przed msza. i dobrze, ze spowiada, bo u Holendrow, to prawie szansy na spowiedz juz nie ma, ale dlaczego caly kosciol ma czekac bezczynnie 15-20 min, skoro ksiadz moze albo msze oficjalnie  przesunac o 30 minut pozniej, albo spowiedz po mszy odprawiac? 

w ostatnia niedziele bylam juz tak wsciekla tym czekaniem, ze mialam ochote wyjsc. ale ze wzgledu na dzieci zostalam.. cala msze tlukla mna zlosc, nie moglam sie skupic, bo caly czas ukladalam w glowie teksty pt ”co ja mu powiem”, bo to, ze cos powiedziec trzeba to nie mam watpliwosci. nie mam tez watpliwosci, ze to znow ja bede ta odwazna, bo kazdy sie oburza, kazdy gada za plecami, a nikt ksiedzu tego w twarz nie powie. wiec ja powiem. powiem grzecznie, ze mam prosbe;) mam prosbe, zeby msza zaczynala sie punktualnie, bo nie dosc, ze ponad 100 osob czeka bezczynnie, to na dodatek, jest to bardzo niewychowawcze w stosunku do mlodszego pokolenia, bo przeciez uczy sie przykladem. Jako ze ja moim dzieciom tluke do glow, ze nalezy byc punktualnym, a spoznialstwo to brak szacunku dla drugiego czlowieka i jego czasu, chcialabym, zeby nie nabieraly zlych nawykow w kosciele;)  powiem tez, ze ksiedzu parafia sie zaczyna kurczyc, bo nie dosc, ze msza o niekorzystnej porze, bo o 17.00 (teoretycznie), wiec ludzi ida sobie na 11.00 do parafii holenderskiej, to jeszcze ksiadz kaze ludziom czekac. 

i niech sie ksiadz dasa, i  kreci nosem. jak sie wkurze, to sie przepisze do parafii holenderskiej, i w koncu bedziemy miec wolne niedzielne popoludnia.

co latem?

luby sie ze mnie smieje, bo ja, ledwo wrocilismy z wakacji w Polsce juz planuje wakacje letnie:D planuje, bo na ostatnia chwile trudno nalezc cos dobrego – a mi w tym roku marzy sie ”cos” z basenem pod reka. po doswiadczeniach kanaryjskich, wiem, ze moje dzieci + basen = nierobstwo dla seniorow. bo tylko musze obok lezec. ewentualnie od czasu do czasu wejsc do wody;) a jednoczesnie chce wypoczynek nad morzem, i jak najblizej granicy niemieckiej, zeby sie nie najechac zbyt dlugo. do tego koniecznie ”cos” z dwiema sypialniami, zebym wieczorem mogla sie odciac od swiata i spokojnie poczytac ksiazke, gdy dziatwa juz padnie. na razie mam na oku Rewal. 

Patrze na srednia temperature w lipcu / sierpniu w Rewalu i widze 24C…. dlaczego ja, z dziecinstwa, pamietam upalne lata nad morzem? 24C to przeciez zaden upal…

w domu najlepiej!

wczoraj wrocilismy do domu. ciagnela mi sie wizyta w Polsce – z roznych powodow, ale najwazniejszy jest taki, ze mimo ze teoretycznie dostajemy od rodzicow dwa pokoje do dyspozycji, to nigdzie nie ma swietego spokoju, kata, w ktorym byloby cicho, w ktorym mozna by sie zaszyc. chaos, ruch, pokrzykiwania, odglosy tv, smiechy, klotnie, piski dzieci…. i do tego chory luby. i moja mama, ktora panicznie bala sie, zeby sie nie zarazic. tak panicznie, ze ani razu nie zajrzala do lubego, nie spytala jak on sie czuje. dziwna ta moja mama…

bardzo ucieszylam sie na powrot do domu. nie tylko ja: swinki chyba tez;) odebralam je wczoraj i Snoepje zareagowal podobnie jak po wakacjach: siersc mu wychodzi garsciami! prawdopodobnie ze stresu…. 

i wczoraj, i dzis pralam, suszylam, rozpakowywalam caly majdan. luby kontynuowal chorobe a dzieci sie nudzily, wiec i je zagonilam do rozpakowywania. wiekszym leniem jest Bizon – Szkrab niby trudniejszy, a jednak, jak przydzie co do czego, to on pomoze w domowych obowiazkach i jeszcze nie raz brata wyreczy. 

jako ze z Polski troche zapasow przywiozlam, dzis wysprzatalam piwnice:D co ma piernik do wiatraka? ano to, ze pierwszy ”pokoj” w piwnicy jest moja spizarnia. a ze lubemu nie chce sie przejsc do drugiego ”pokoju”, w ktorym sa polki na jego wiertla, pily, itp., wiec wrzucal sobie to ot tak, do mojej spizarni! a ze luby chory…. to musialam wszystko sama uporzadkowac. 

dzieciom po wizycie w Polsce prezentow przybylo, wiec pojechalam dokupic pudel plastikowych, zeby jakos te zabawki zorganizowac.

nabiegalam sie, najezdzilam, a w domu nadal balagan… jutro go musze ostatecznie ogarnac, bo a) nie zdziwilabym sie jakby tesciowie wpadli, b)w sobote wieczorem przyjda polscy goscie, c) na rano chce zaprosic sasiadow na noworaczna kawe i ciacho. jako ze piekarnik nadal zepsuty, z Polski przywiozlam makowce drozdzowe i zrobie ciasto na herbatnikach. 

nie wiem kiedy przeczytam te ksiazki, ktore z Polski przywiozlam:D chyba w niedziele;) choc dzis zaczelam Szkrabowi czytac moja ksiazke z dziecinstwa, ktora dostalam na 13-ste rodziny (!!!) i mama ja gdzies znalazla przy okazji porzadkow: ”Pokoj na poddaszu”. Niby ksiazka dla dzieci, ale tak piekna i wzruszajaca, ze z przyjemnoscia ja Szkrabowi na dobranoc czytalam. Jemu tez sie spodobalo, choc czasami wystepowaly slowa, ktorych Szkrab nie znal, bo wyszly juz z ”obiegu”. 

 

zapalenie pluc i polska sluzba

luby od czterech dni ma goraczke oscylujaca kolo 39C… dzis rano doszlismy do wniosku, ze czas isc do lekarza. luby, bo jest troche panikarz, a ja, bo jeszcze nigdy lubego tak chorego nie widzialam. luby ma zawsze najgorsze scenariusze, typu leukemia, ja z kolei bardziej przyziemnie, pomyslalam, ze to moze byc zapalenie pluc, bo ostatnio kilka osob w szpitalu je mialo.

jako ze w przychodni paniom nie chcialo sie obciazac lekarza rodzinnego, zbalamucily mnie, ze musze jechac do saiedniej miejscowosci na ostry dyzur, bo skoro maz nie nalezy do NFZ-tu, skoro cudzoziemiec, to nie moze byc przyjety przez lekarza rodzinnego. w szpitalu z kolei powiedziano mi, ze w przychodni maja obowiazek przyjac takiego pacjenta – bede wiedziec na przyszlosc, choc mam nadzieje, ze to ostatni taki raz. 

usiedlismy w poczekalni szpitalnej i czekamy… luby ledwo zywy – goraczka moze czlowieka niezle wymeczyc. czekalismy jakies dwie godziny, zanim nas zaproszono na oddzial. okazalo sie, ze trafilismy na dowcipna zmiane. generalnie lubie dowcipy, lubie sie posmiac, pozartowac, ale na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. gdy widze meza, ktory nigdy nie choruje, a tu nagle ledwo stoi na nogach, to mi nie do smiechu. zwalszcze p tych dwoch godzinach czekania w poczekalni. wchodzimy i mowie lekarzowi, ze maz nie mowi po polsku. a to czemu go pani nie nauczyla?! – zartuje lekarz. eeee, ze co??? odparlam, ze nie ma takiej potrzeby, bo w calym swiecie mowi sie po angielsku, a tym jezykiem, i niemieckim, maz biegle wlada. no dobrze, co mezowi dolega. mowie o goraczce, o kaszlu, o bolu gardla. mowie, ze z jednej strony wyglada mi to na grype, ale zdecydowalam sie przyjsc, bo boje sie, czy to nie zapalenie pluc. Lekarz nas zaskoczyl, tym razem pozytywnie, bo od razu kazal zrobic przeswietlenie klatki piersiowej. zrobiono je w ciagu 5 minut. Luby byl w lekkim szoku, bo w Holandii jeszcze nigdy nie mial takiego przeswietlenia, wiec zazartowalam, ze to taki odwet: Polacy, ktorzy przed wstapieniem Polski do Unii Europejskiej, ubiegali sie o pobyt w Holandii na dzien dobry musieli zaliczyc X-ray pluc, zeby wykluczyc gruzlice, no to i lubego, Holendra, w Polsce przeswietlono. Radiolog ”doslownie w ostatniej chwili” rzucil okiem na zdjecie, jak to powiedziala pani techniczna i powiedzial, ze zadnych zmian na plucach nie widzi. No to sobie pielegniarki zaczely dowcipkowac, ze trzeba pobrac krew, bo mezyczyzna umiera z powodu goraczki, pan doktor kazal mi stanac za mezem, jakby mdlal, bo jeszcze mi krew pobierano i jako ze goraczka dobijala do 40C, wstrzyknieto mu od razu konska dawke paracetamolu. A luby, jako ze sie tyle nasiedzial, rzeczywscie, zaczal sie osuwac – nawet nie mdlec, tylko juz nie mial sily siedziec… a panie pielegniarki pytaja, ze maz sie chce polozyc, czy siedziec na krzeselku w poczekalni. mowie, ze ja bym go nie pytala, tylko patrzac na niego od razu polozyla. moj chlodny ton glosu troche ostudzil wesola atmosfere… no to ja na korytarz, a maz na sale. pytam, czy nie moge z mezem byc – dla mnie to normalne, ze jest sie przy swoim bliskim… no nie, bo tam sa tez inni chorzy. no to poszlam siedziec w poczekalni, a lubego gdzies wywiezli.

i czekam… nie wiem na co! zero informacji. pielegniarki chodza w te i we wte, co otworza drzwi od gabinetu, widze tlumek personelu siedzacy i gadajacy… a ja siedze i nie wiem, co jest grane. w koncu zaczelam sie denerwowac, ze luby nic od rana nie pil, a przeciez przy takiej goraczce trzeba pic… zaczepilam pielegniarke i spytalam, czy maz nie musi sie napic czegos. oczywiscie, ze musi! odrzekla. nawet zaprowadzila mnie do automatu z woda i pozwolila juz siedziec przy lubym. czemu od razu nie moglam – nie wiem…  luby sie napil i czekamy…. na szczescie goraczka spadla, wiec i luby lepiej zaczal wygladac. w koncu podsluchalam jak pielegniarka pyta kogos kiedy w koncu wyniki badan krwi beda – no za jakas godzine… i w ten sposob dowiedzialam sie, na co czekamy. 

o 15.00 zmiana. idzie ‚nasz’ dowcipny pan doktor i mowi po kolei, na caly regulator swojemu nastepcy, co komu, lezacemu na sali, dolega. jakos malo mi sie to spodobalo, niby choroby nie jakies egzotyczne, ale wydaje mi sie, ze jakies poszanowanie prywatnosci powinno byc. lubego dwocipny pan doktor scharakteryzowal tak „pan ucieka w chorobe, a zona go pilnuje”…. smieszne, ale nie dla mnie, gdy siedzie juz 4-godzine i czekam niepoinformowana, co podejrzewaja, co robia, zeby meza zdiagnozowac… dla dobra sprawy (zeby mnie np. nie usunieto z sali) nabralam wody w usta i nic nie rzeklam. ale poczulam sie tak, jakby luby symulowal, a ja sie nad nim, bez powodu, trzesla. na szczescie pan doktor sobie poszedl. 

w koncu o 16.00 nadeszly wyniki. przyszedl nowy lekarz, jeszcze raz osluchal lubego, pogadal z nim po angielsku, na powaznie pacjenta potraktowal i powiedzial, ze mimo ze nic w plucach nie slyszy, to na podstawie zdjecia rentgenowskiego, na ktorym widzi zmiany (a jednak?), odglosu kaszlu i dlugotrwalej wysokiej goraczki wnioskuje, ze to zapalenie pluc… jako ze konska dawka paracetamolu zbila goraczke do 37.3, luby moze isc do domu. 

O 16.30 luby dostal recepte na antybiotyk i pojechalismy do domu. 

Cala wizyta trwala prawie 5 godzin… 

Dlugi ten wpis, ale podsumuje: widze w polskim systemie zdrowowtnym, tak patrzac od strony pacjenta, i plusy i minusy. Plusem jest z pewnoscia diagnostyka: od razu zdjecie klatki (choc nie wiem czy az takie bardzo konieczne…. w koncu to eksponowanie czlowieka na promieniowanie…), zbadanie krwii (i to dosc bogata, i cukier, i kreatynina, potas, i jeszcze inne parametry), to, ze wyniki i analize badania krwi byly dostalismy w ciagu 3-4 godzin, a nie 2-3 dni (bo tak by to wygladalo w Holandii, skoro pacjent nieumierajacy; choc pewnie w ogole nie pobrano by mu krwi, tylko albo kazano jeszcze pojechac ze dwa dni na paracetamolu / ibuprofenie, albo od razu dano antybiotyk), zmierzono lubemu cisnienie krwi. Opis stanu pacjenta dostalismy na papierze, wydrukowany, wiec domu moglismy sobie spokojnie wszystko przeczytac i przeanalizowac (chociazby to ze luby znow ma podwyzszona kreatynine – rok temu tez mu to przypadkowo wykryto, bo mial bardzo wysokie cisnienie). 

Minusy: podejscie do pacjenta: nie wymagam grobowej atmosfery, ale zarty z pacjenta uwazam za nie profesjonalne. brak informacji: co zamierzamy zrobic, co podejrzewamy, na co czekamy, jaka jest procedura. Komunikacja kiepska. Pyta lekarz innego pacjenta: boli pana klatka piersiowa? Boli. A jak pan oddycha? Tez boli. Pani lekarz podirytowanym glosem, krzyczac tak, ze cala sala i korytarz ja slysza: no ale bardziej, czy mniej???? Tak jakby to pacjent nie zrouzmial pytania. A to ona je niekonkretnie sformulowala. Takich sytuacji podluchalam wiecej. brak poszanowania prywatnosci: kazdy kto byl na oddziale wiedzial co komu dolega, bo nie bylo rozmowy szpetem – kazda informacja byla wykrzykwana: miedzy pielegniarka a lekarzem, miedzy pielegniarkami a ratownikami przywozacymi nowych pacjentow,  informacje byly wykrzykiwane do pacjentow…. tylko do nas nie… 

Nie wiem, czy to plus, czy minus, ale znajac logistyke holenderska, pomyslalam, ze tak wlasciwie, jak juz lubemu spadla goraczka, mogli nam zaproponowac, zeby jechac do domu, przekazac nam wyniki krwi telefonicznie, przeslac je e-mailem, a recepte wyslac bezposrednio do apteki. tak czesto dzieje sie w Holandii. Wtedy luby o jakies 3 godziny szybciej wrocilby do domu, do ”wlasnego” lozka, zamiast czekac na niewiadome. 

Na koniec jeszcze jeden niemly akcent, ktory mnie poruszyl tak, ze mialam od razu skarge napisac. Czekalismy jeszcze na przyjecie przez lekarza. A jakis inny pacent, jak sie chwile pozniej okazalo, tez cudzozmieniec, opuszczal sale ”obserwacyjna”. Nie wiedzial, gdzie jest wyjscie. Pielegniarka, zamiast podejsc z nim do drzwi wyjsciowych, otworzyc mu je, drze paszcze ”no taaaam, prosto i w lewo!”. pacjent chyba nie bardzo wiedzial o co chodzi, bo pielegniarka znow krzyczy ”no taaaam! i macha reka”, zamiast po porstu podejsc. I do tego jeszcze krzyczy: przyjdzie taki bez tlumacza, ani me, ani be; naucz sie po polsku jak tu przyjezdzasz!!!”. I sie zaczela smiac wrednie. Zmierzylam ja wzrokiem i gdyby nie przefrynela szybciutko do gabinetu, to bym jej powiedziala, ze jak przyjechalam do Holandii to kazdy, nawet kierowca autobusu, przyjaznie ze mna po angielsku rozmawial, nikt ode mnie nie wymagal, zebym sue uczyla niderlandzkiego i nawet teraz, gdy juz znam ten jezyk, nie raz ludzie slyszac moj akcent, automatycznie zaczynaja odpowiadac po angielsku. W koncu nic nie powiedzialam, bo tamtemu czlowiekowi bym nie pomogla, a lubemu moglabym zaszkodzic… 

krolowa

wchodze dzis rano do lazienki, luby stoi pod prysznicem i mowi: wchodzisz jak krolowa!

???????????????? jako ze wczoraj do 1.00 w nocy skonczylam analizy danych pacjentow, i calan noc o nich snilam, bylam rano nieprzytomna i tylko w duchu sie zdziwilam. a teraz, po trzeciej juz kawie, przypomnialy mi sie te slowa i z jednej strony rozbawily, z drugiej zaintrygowaly:DDD musze lubego popytac, o co z ta krolowa chodzi:)

 po edycji, odp. lubego:  

Obviously you look very beautiful! The sweater you had on gives you a very nice and ‘stately’/elegant look!
i jak tu go nie kochac?

uczynni ludzie

w piatek siedze w pracy, luby mial wyprodukowac obiad, godzina 18.30 luby dzwoni: piekarnik sie zepsul! sie zepsul, mysle, ty zes mi zepsul:/ a tu obiady swiateczne w szkole, ciasta juz na liscie wisza, chlopaki w koncu wyboru dokonaly i beda przenieszczesliwe, jak im zrobie ‚cos innego”. a piekarnik pipczy, wyje, blyska, tak wiec nici z pieczenia. w sobote luby zglosil usterke do siemensa, uslyszal, ze w dzis, we wtorek, ktos przyjedzie naprawic piekarnik. ale jednak trzeba bedzie wymienic jakas diode, czy inne licho i dopiero w piatek ktos to przyjdzie zrobic. zalamentowalam do Macka, ktory przyjechal wymienic syfon, a on mowi: przyjedz do nas upiec. najpierw pomyslalam, ze u kogos w kuchni piec nie potrafie. ale pozniej, po lamentach chlopakow, pomyslalam, ze przeciez wszystko moge w domu przygotowac, tylko bialka ubic i dodac u Marysi, zony Macka. I tak tez zrobilam o 20.30 zapakowalam plynne ciasta na sernik i na caprese do samochodu, bialka w pojemniczkach i pojechalam. przed chwila wrocilam.

zeby bylo smieszniej, choc do smiechu mi nie bylo, w trakcjie przygotowywania ciasta slysze dzownek drzwi. nikogo sie nie spodziewalam, ciemno juz i bylam pewna, ze to ktos o pieniadze przychodzi prosic, wiec nie poslzam otworzyc drzwi. ale luby otworzyl. i kogo ja slysze? tesciowie!!! lo matko, ja tu sie spiesze, denerwuje, zeby niczego nie zapomniec, zeby nic nie zepsuc, a tu tesciowie sie wtaczaja…. cale szczescie, ze juz bylam prawie gotowa. zapomnialam tylko… dokumentow;)

okej, czego ja oczekuje?

poszlam w koncu do lekarza z okiem, a wlasciwie z powieka, ktora juz od kilku miesiecy jest sucha, zaczerwieniona, obolala, czasem lekko spuchnieta. cos jest nie tak. czy to egzema, czy inne licho, wnerwia mnie i irytuje. mowie lekarce z czym przychodze, a ona na to: okej, i czego oczekujesz? tak mi szybko przez glowe mysli przelecialy:

– a jak myslisz?

– przeszczepu powieki

– a zebys sie ruszyla zza tego biurka i obejrzala mi ta powieke z bliska

w koncu rzeklam: chce wiedziec co to jest i jak to wyleczyc.

moja lekarka chyba sie mnie troche boi, albo ma mnie juz dosc, albo i jedno i drugie, bo wie, ze leczenie symptomatyczne to u mnie ostatecznosc, ze tak dlugo bede dziure w brzuchu wiercic az sie dowiem przyczyny choroby, i ze ja przyczyne chce usuwac, a nie tylko lekarstwa zazywac, zeby symptomy wyhamowywac. dzis jednak ja zdziwilam, bo i ja, i lekarka, niezaleznie od siebie, podejrzewamy, ze to jakas egzema mi sie na powieke rzucila. a ze na temat egzem sie naczytalam i wiem, ze trudno ich przyczyny znalezc (choc… szukacie, a znajdziecie…), ze juz dalam sobie (i jej) spokoj i ze spokojem zaakceptowalam masc, oczywiscie z kortykosterydami… no nic, bede sie smarowac i zobaczymy co z tego wyniknie… ja uwazam, ze moje egzemy maja podloze alergiczne. i tak jak wiem, ze mleko, jogurt lub feta = egzema na dloni + tradzik (i dokladnie potrafie wskazac gdzie mi co wyskoczy – zawsze, w tym samym miejscu!), tak na ta egzeme na oku, nie mam pomyslu. i nie mam juz sily walczyc o nowe testy, chodzic sie kluc, analizowac wynikow… tym bardziej, ze co mi to da: dostane pigulki antyhistaminowe i na tym sie skonczy. 

niby mamy XXI wiek, niby takie postepy w medycynie, a jednak kicha… technologia owszem, robi wrazenie, ale co z tego jak choroby cywilizacyjne sie szerza i alergie, astmy, egzemy, nerwice, burn-outy i raki nas wykanczaja…  i jeszcze do tego moj szef, chirurg ktory broni pacjentow przed cieciem i krzyczy: tniecie i niszczycie;) no i w sumie ma racje… chirurdzy tna, operuja, jedno naprawiaja, a przy okazji inne (nieswiadomie) czasami uszkadzaja… 

zimowy gosc

Siedze sobie przy naszych szklanych drzwiach od ogrodu, ciemno, ale latarnia ogrod oswietla i nagle, co widze: kulka dla ptakow (ziarna posklejane slonina) sie toczy. wiatr taki silny? nie. jez! jez chcial sie poczestowac:) probowal kulke ugryzc, a ona przy kazdym gryzie sie przesuwala. jezyk nawet lapka sobie kule probowal przytrzymywac. cos tam sobie skonsumowal, z toczacej kulki sporo sie ukruszylo, wiec jez przeszedl sciezka wyznaczona przez okruchy. a ja jeszcze mu jablko przekrojone na pol wynioslam. jez oczywiscie uciekl, ale moze wroci?

z wielka radoscia obserwuje zwierzeta odwiedzajace nasz oogrod, roznoraki ptaki, zaby, a teraz jez:)

ksiazki!

Dzis uswiadomilam sobie, ze juz za 8 dni jedziemy do Polski! wiec pierwsze co zrobilam w ramach przygotowan, zamowilam ksiazki. kilka dla siebie, m.in. biografie Gaudiego, bo jestem wielka fanka jego szalonej fantazji a nic o nim nie wiem, dwie powiesci Juliana Fellowsa (m.in. Snoby!), rozaniec ojca Dolino, jakas powiesc historyczna, a do tego… cos dla Szkraba. Bo Szkrab uwielbia, zeby mu czytac. Jako ze Narnie przeczytalismy juz dwa razy, doszlam do wniosku, ze czas na powiesci przygodowe Juliusza Verne i Marc’a Twaina. Zamowilam wiec kilka pozycji i mam nadzieje, ze tak jak Narnia nas oboje wciagnela, tak i te powiesci nas porwa. Zastanawialam sie tez nad Hobbitem… ale… ja Hobbita majac 15 lat (ani pozniej) nie zmeczylam… i nie wiem, czy moj 9-letni, no prawie 10-letni, Szkrab by wytrzymal… choc klimaty troche narnijskie sa…

w sobote musze sie wyprawic w poszukiwaniu swetra-polo dla taty, bo ponoc mu sie marzy. mamie juz krem ze spirulina (!?!?!!?!?!) zamowilam, dla brata mam sweter, dla lubego tez. jeszcze slodycze, spakowac walizy i mozemy jechac.

no, jeszcze obiad swiateczny w szkole trzeba przezyc… bo wyjscie swiateczno-noworoczne naszej grupy wczoraj zaliczylam.