luby od czterech dni ma goraczke oscylujaca kolo 39C… dzis rano doszlismy do wniosku, ze czas isc do lekarza. luby, bo jest troche panikarz, a ja, bo jeszcze nigdy lubego tak chorego nie widzialam. luby ma zawsze najgorsze scenariusze, typu leukemia, ja z kolei bardziej przyziemnie, pomyslalam, ze to moze byc zapalenie pluc, bo ostatnio kilka osob w szpitalu je mialo.
jako ze w przychodni paniom nie chcialo sie obciazac lekarza rodzinnego, zbalamucily mnie, ze musze jechac do saiedniej miejscowosci na ostry dyzur, bo skoro maz nie nalezy do NFZ-tu, skoro cudzoziemiec, to nie moze byc przyjety przez lekarza rodzinnego. w szpitalu z kolei powiedziano mi, ze w przychodni maja obowiazek przyjac takiego pacjenta – bede wiedziec na przyszlosc, choc mam nadzieje, ze to ostatni taki raz.
usiedlismy w poczekalni szpitalnej i czekamy… luby ledwo zywy – goraczka moze czlowieka niezle wymeczyc. czekalismy jakies dwie godziny, zanim nas zaproszono na oddzial. okazalo sie, ze trafilismy na dowcipna zmiane. generalnie lubie dowcipy, lubie sie posmiac, pozartowac, ale na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. gdy widze meza, ktory nigdy nie choruje, a tu nagle ledwo stoi na nogach, to mi nie do smiechu. zwalszcze p tych dwoch godzinach czekania w poczekalni. wchodzimy i mowie lekarzowi, ze maz nie mowi po polsku. a to czemu go pani nie nauczyla?! – zartuje lekarz. eeee, ze co??? odparlam, ze nie ma takiej potrzeby, bo w calym swiecie mowi sie po angielsku, a tym jezykiem, i niemieckim, maz biegle wlada. no dobrze, co mezowi dolega. mowie o goraczce, o kaszlu, o bolu gardla. mowie, ze z jednej strony wyglada mi to na grype, ale zdecydowalam sie przyjsc, bo boje sie, czy to nie zapalenie pluc. Lekarz nas zaskoczyl, tym razem pozytywnie, bo od razu kazal zrobic przeswietlenie klatki piersiowej. zrobiono je w ciagu 5 minut. Luby byl w lekkim szoku, bo w Holandii jeszcze nigdy nie mial takiego przeswietlenia, wiec zazartowalam, ze to taki odwet: Polacy, ktorzy przed wstapieniem Polski do Unii Europejskiej, ubiegali sie o pobyt w Holandii na dzien dobry musieli zaliczyc X-ray pluc, zeby wykluczyc gruzlice, no to i lubego, Holendra, w Polsce przeswietlono. Radiolog ”doslownie w ostatniej chwili” rzucil okiem na zdjecie, jak to powiedziala pani techniczna i powiedzial, ze zadnych zmian na plucach nie widzi. No to sobie pielegniarki zaczely dowcipkowac, ze trzeba pobrac krew, bo mezyczyzna umiera z powodu goraczki, pan doktor kazal mi stanac za mezem, jakby mdlal, bo jeszcze mi krew pobierano i jako ze goraczka dobijala do 40C, wstrzyknieto mu od razu konska dawke paracetamolu. A luby, jako ze sie tyle nasiedzial, rzeczywscie, zaczal sie osuwac – nawet nie mdlec, tylko juz nie mial sily siedziec… a panie pielegniarki pytaja, ze maz sie chce polozyc, czy siedziec na krzeselku w poczekalni. mowie, ze ja bym go nie pytala, tylko patrzac na niego od razu polozyla. moj chlodny ton glosu troche ostudzil wesola atmosfere… no to ja na korytarz, a maz na sale. pytam, czy nie moge z mezem byc – dla mnie to normalne, ze jest sie przy swoim bliskim… no nie, bo tam sa tez inni chorzy. no to poszlam siedziec w poczekalni, a lubego gdzies wywiezli.
i czekam… nie wiem na co! zero informacji. pielegniarki chodza w te i we wte, co otworza drzwi od gabinetu, widze tlumek personelu siedzacy i gadajacy… a ja siedze i nie wiem, co jest grane. w koncu zaczelam sie denerwowac, ze luby nic od rana nie pil, a przeciez przy takiej goraczce trzeba pic… zaczepilam pielegniarke i spytalam, czy maz nie musi sie napic czegos. oczywiscie, ze musi! odrzekla. nawet zaprowadzila mnie do automatu z woda i pozwolila juz siedziec przy lubym. czemu od razu nie moglam – nie wiem… luby sie napil i czekamy…. na szczescie goraczka spadla, wiec i luby lepiej zaczal wygladac. w koncu podsluchalam jak pielegniarka pyta kogos kiedy w koncu wyniki badan krwi beda – no za jakas godzine… i w ten sposob dowiedzialam sie, na co czekamy.
o 15.00 zmiana. idzie ‚nasz’ dowcipny pan doktor i mowi po kolei, na caly regulator swojemu nastepcy, co komu, lezacemu na sali, dolega. jakos malo mi sie to spodobalo, niby choroby nie jakies egzotyczne, ale wydaje mi sie, ze jakies poszanowanie prywatnosci powinno byc. lubego dwocipny pan doktor scharakteryzowal tak „pan ucieka w chorobe, a zona go pilnuje”…. smieszne, ale nie dla mnie, gdy siedzie juz 4-godzine i czekam niepoinformowana, co podejrzewaja, co robia, zeby meza zdiagnozowac… dla dobra sprawy (zeby mnie np. nie usunieto z sali) nabralam wody w usta i nic nie rzeklam. ale poczulam sie tak, jakby luby symulowal, a ja sie nad nim, bez powodu, trzesla. na szczescie pan doktor sobie poszedl.
w koncu o 16.00 nadeszly wyniki. przyszedl nowy lekarz, jeszcze raz osluchal lubego, pogadal z nim po angielsku, na powaznie pacjenta potraktowal i powiedzial, ze mimo ze nic w plucach nie slyszy, to na podstawie zdjecia rentgenowskiego, na ktorym widzi zmiany (a jednak?), odglosu kaszlu i dlugotrwalej wysokiej goraczki wnioskuje, ze to zapalenie pluc… jako ze konska dawka paracetamolu zbila goraczke do 37.3, luby moze isc do domu.
O 16.30 luby dostal recepte na antybiotyk i pojechalismy do domu.
Cala wizyta trwala prawie 5 godzin…
Dlugi ten wpis, ale podsumuje: widze w polskim systemie zdrowowtnym, tak patrzac od strony pacjenta, i plusy i minusy. Plusem jest z pewnoscia diagnostyka: od razu zdjecie klatki (choc nie wiem czy az takie bardzo konieczne…. w koncu to eksponowanie czlowieka na promieniowanie…), zbadanie krwii (i to dosc bogata, i cukier, i kreatynina, potas, i jeszcze inne parametry), to, ze wyniki i analize badania krwi byly dostalismy w ciagu 3-4 godzin, a nie 2-3 dni (bo tak by to wygladalo w Holandii, skoro pacjent nieumierajacy; choc pewnie w ogole nie pobrano by mu krwi, tylko albo kazano jeszcze pojechac ze dwa dni na paracetamolu / ibuprofenie, albo od razu dano antybiotyk), zmierzono lubemu cisnienie krwi. Opis stanu pacjenta dostalismy na papierze, wydrukowany, wiec domu moglismy sobie spokojnie wszystko przeczytac i przeanalizowac (chociazby to ze luby znow ma podwyzszona kreatynine – rok temu tez mu to przypadkowo wykryto, bo mial bardzo wysokie cisnienie).
Minusy: podejscie do pacjenta: nie wymagam grobowej atmosfery, ale zarty z pacjenta uwazam za nie profesjonalne. brak informacji: co zamierzamy zrobic, co podejrzewamy, na co czekamy, jaka jest procedura. Komunikacja kiepska. Pyta lekarz innego pacjenta: boli pana klatka piersiowa? Boli. A jak pan oddycha? Tez boli. Pani lekarz podirytowanym glosem, krzyczac tak, ze cala sala i korytarz ja slysza: no ale bardziej, czy mniej???? Tak jakby to pacjent nie zrouzmial pytania. A to ona je niekonkretnie sformulowala. Takich sytuacji podluchalam wiecej. brak poszanowania prywatnosci: kazdy kto byl na oddziale wiedzial co komu dolega, bo nie bylo rozmowy szpetem – kazda informacja byla wykrzykwana: miedzy pielegniarka a lekarzem, miedzy pielegniarkami a ratownikami przywozacymi nowych pacjentow, informacje byly wykrzykiwane do pacjentow…. tylko do nas nie…
Nie wiem, czy to plus, czy minus, ale znajac logistyke holenderska, pomyslalam, ze tak wlasciwie, jak juz lubemu spadla goraczka, mogli nam zaproponowac, zeby jechac do domu, przekazac nam wyniki krwi telefonicznie, przeslac je e-mailem, a recepte wyslac bezposrednio do apteki. tak czesto dzieje sie w Holandii. Wtedy luby o jakies 3 godziny szybciej wrocilby do domu, do ”wlasnego” lozka, zamiast czekac na niewiadome.
Na koniec jeszcze jeden niemly akcent, ktory mnie poruszyl tak, ze mialam od razu skarge napisac. Czekalismy jeszcze na przyjecie przez lekarza. A jakis inny pacent, jak sie chwile pozniej okazalo, tez cudzozmieniec, opuszczal sale ”obserwacyjna”. Nie wiedzial, gdzie jest wyjscie. Pielegniarka, zamiast podejsc z nim do drzwi wyjsciowych, otworzyc mu je, drze paszcze ”no taaaam, prosto i w lewo!”. pacjent chyba nie bardzo wiedzial o co chodzi, bo pielegniarka znow krzyczy ”no taaaam! i macha reka”, zamiast po porstu podejsc. I do tego jeszcze krzyczy: przyjdzie taki bez tlumacza, ani me, ani be; naucz sie po polsku jak tu przyjezdzasz!!!”. I sie zaczela smiac wrednie. Zmierzylam ja wzrokiem i gdyby nie przefrynela szybciutko do gabinetu, to bym jej powiedziala, ze jak przyjechalam do Holandii to kazdy, nawet kierowca autobusu, przyjaznie ze mna po angielsku rozmawial, nikt ode mnie nie wymagal, zebym sue uczyla niderlandzkiego i nawet teraz, gdy juz znam ten jezyk, nie raz ludzie slyszac moj akcent, automatycznie zaczynaja odpowiadac po angielsku. W koncu nic nie powiedzialam, bo tamtemu czlowiekowi bym nie pomogla, a lubemu moglabym zaszkodzic…