Bizon sie obrazil. Bo za to ze pyskowal, zabralam mu wczoraj iPhona. na tydzien! schowalam go w moim koszyku z biustonoszami, bo wiedzialam, ze w zyciu na to nie wpadnie, zeby grzebac w mojej bieliznie;) do tego doszla sprawa gry na skrzypcach ze schola podczas 10-lecia naszej Polskiej Misji Katolickiej. Jako ze Bizon zawsze ze schola ochoczo gral, m.in. podczas I komunii Sw. Szkraba, wpisalam go do ”sekcji muzycznej” na liscie organizacyjnej. A Bizon sie wsciekl! Bo powinnam go byla najpierw spytac!!! No moze i powinnam, ale jako ze nigdy do tej pory tego nie robilam, jako ze Bizon nigdy szopek nie odstawial to go po prostu, ot tak zapisalam. W przyszlosci bede juz naszego maestro pytac. Tak czy siak, Bizonowi glosu na matke podnosic nie wolno. Telefon schowany, Bizon najpierw smutny, potem zly, probuje przepraszac, przeprosiny przyjete, ale kara nieanulowana. Jak kare zarzadzilam, to bedzie. I jeszcze prosze o zgode Bizona na zagranie ze schola z okazji jubileuszu. Nie… Biozon zly i zgody nie wyraza. To nie.
Dzis rano Bizon oglosil, ze strajkuje – nie bedzie jadl. To nie, mowie. Ale jak rzeczywiscie chcesz strajkowac, to przynies mi tu wszystkie zapasy czipsowo-pringelsowo-orzeszkowe ze swojego pokoju. Bo Bizon ma skladzik! Na weekend kupuja sobie z lubym np. tube pringelsow i dziela sie na pol. Luby zjada swoja polowe w jeden wieczor, a Bizon…. chowa tube do szafy i… kazdego wieczoru je sobie po 1-2 pringelsy!!! Tym sposobem ma w szafie niezla spizarnie. Jako ze tylko ja zagladam do szafy Bizona, zeby zaprowadzic w niej porzadek, jestem jedyna, ktora wie o spizarni Biozna. Trzymam to w tajemnicy, coby luby badz Szkrab sie nie dobrali, bo by byla rozpacz straszna;) ale dzis na glos zarzadzilam, ze spizarnia schodzi na dol, jesli Bizon strajkuje. Bizon potulnie oddal skarby (choc wiem, ze cos tam sobie zostawil;)).
po szkole niania odgrzala zupe: Bizon nie je.
obiad: Bizon skusil sie na jedno skrzydelko i koniec. wiecej jesc nie bedzie. strajkuje.
a strajkuj sobie chlopie, strajkuj…
w koncu o 20.00 kleknal przede mna troche blaznujac, zlozyl raczki i mowi: mamo, blagam cie, oddaj mi telefon. obiecuje, ze juz nie bede krzyczal i zagram na skrzypcach ze schola.
no i jak tu takiemu nie ulec… oddalam mu telefon a Bizon od razu nalal sobie miche jogurtu.
i tak zakonczyl sie strajk glodowy Bizona. nie dalam mu poznac, ze zrobil na mnie jakiekolwiek wrazenie, a wrecz mnie rozbawil;) i mysle, ze to byl pierwszy i ostatni taki strajk:)
A glodowac to powinnam ja. Bo co raz czesciej przekonuje sie, ze pewne produkty spozywcze mi nie sluza. Wczoraj ”zalatwilam” sie sosem sojowym… juz od jakiegos czasu mialam wrazenie, ze boli mnie po nim glowa i oczy. Wczoraj zamarynowalam mieso w sosie sojowym i tak jak panowie piali z zachwytu, tak ja mimo ledwo co subnelam czesc miesna obiadu, juz po godzinie zaczelam walczyc z bolem glowy. w nocy prawie nie spalam, bo mnie suszylo (sos sojowy jest slony, a ze ja soli nie uzywam… to niestety, nawet male ilosci bardzo odczuwam) i dzis w pracy walczylam z mdlosciami i bolem glowy. Dopiero ibuprofen plus swieze powietrze mi uzlyly. I tak juz kolejny produkt powinien zniknac z mojego menu… nie wolno mi nabialu, nie wolno tortow i ciast z kremami, jako ze cappuccino z mlekiem bezlaktozowym trudno znalezc, to na miescie cappucino na ogol odpada, teraz sos sojowy… po zupach na bazie proszku tez boli mnie glowa…. po zupie pomidorowej ”domowej” i po niektorych rybach boli mnie glowa. ciekawe, co jeszcze…. az sie boje swiat, sernikow, ktore tak lubie i na ktore pewnie sie skusze…