o prawdzie

Czesto mijamy sie w zycu z prawda, czasem swiadomie, czasem nieswiadomie… do drugie czasami wynika z niedoinformowania, z naginania prawdy do naszych przekonan, albo zeby udowodnic, cos za wszelka cene, ubarwic zycie, siebie…

I tak ostatnio sledze dyskusje o darmowej antykoncepcji, ktora w krajach UE ponoc jest darmowa… ponoc w Holandii tez. mimo ze antykoncepcji nie uzywam, to jak slysze ‚za darmo’, wlacza mi sie lampka ostrzegawcza. bo nic nie ma za darmo. nawet w EU, nawet w Holandii. Tabletki teoretycznie sa refundowane przez… nie, nie przez NFZ, bo takowy nawet nie istnieje. Przez ubezpieczalnie zdrowotne. Prywatne. Ktore nie dosc, ze tanie nie sa, to jeszcze maja rozne pakiety. Pakiety roznia sie cena, a co za tym idzie, zakresem tego, co bedzie zrefundowane i odstetkiem refundacji – czyli nawet jesli juz antykoncepcje refunduja to nie zawsze (=rzadko) w 100%. Na dodatek, zeby miec prawo do refundacji, kazdy, niezaleznie od rodzaju pakietu, jest zobowiazany do zaplaty ”minimum”, ktore na dzien dzisiejszy wynosi cos okolo 365 euro. Zo to oznacza? Ze zanim antykoncepcja zostanie refundowana, obywatel musi z wlasnej kieszeni wybulic 365 euro i dopiero wtedy moze prosic o refundacje. No coz, choc cen tabletek antykoncepcyjnych nie znam, to wydaje mi sie, ze za te 365 euro smialo rok antykoncepcji mozna pokryc… A z kazdy nowym rokiem nalezy zaplacic kolejne 365 euro… Od znajomej Holnderki slyszalam, ze spirale w ogole nie sa refundowane, tylko jej zalozenie. Fakt niesprawdzony, ale znajoma z Polska nie ma nic wspolnego, wiec niezaleznie od tego czy lubi nasz obecny rzad, czy nie, powodow do mijania  sie z prawda raczej nie miala. I tak to wyglada darmowa antykoncepcja w Holandii. 

Moj szef, ktorego zona pochodzi z Wegier, czyli tez bylego komunistycznego kraju, ma jakis tam sentyment do Polski i ciagle porownuje ja z Wegrami. I ciagle mu wychodzi, ze jedyna roznica jest jezyk i polozenie geograficzne. Bo jak szef w mediach slyszy, o tym demokracja w Polsce jest juz martwa, to mowi ”o to tak jak na Wegrzech! Nawet inteligentni ludzie, ludzie piastujacy stanowiska uniwersyteckie, maja zamydlone oczy i nie widza, ze im sie odbiera demokracje” – ekscytuje sie szef. A gdy pytam, skad ma takie informacje, to mi mowi, ze z wiadomosci. Ja na to, ze media nigdy nie sa obiektywne, ze jak pojdzie na prawicowy kanal, to sie dowie innej prawdy niz na lewicowym kanale, a z kolei Holenderskie kanaly wybieraja to, o najbardzie ekscytujace, czy ”Demokracja Polsce odebrana”, bo przeciez nikt w Holandii nie pusci wiadomosci ”Polacy walcza o gratisowa antykoncepcje”. 

Jak wiadomosci plynace z mediow nalezy filtrowac ilustruje tez temat edukacji seksualnej na zachodzie. Bo ponoc w Holandii dzieci ja maja. No moje nie mialy. To znaczy mialy, ale w domu.. Owszem, istnieja roznorakie programy do eduakcji seksualnej (lacznie z tym co to jest mastrubacja, lechtaczka, itd. , kotry moze byc przerabiany w klasie 4 podstawowki = u nas dzieci 7-letnie), ale na papierze, w praktyce nie slyszy sie, zeby ktos tak szczegolowo ten program realizowal. Owszem, dzieci dowiaduja sie o roznicach anatomicznych (ja 30 lat temu w podstawowce, na lekcji biologii tez), Szkrab widzial w szkole film, jak sie rodza owieczki, ale to jest raczej lekcja o tym jak powstaje zycie, a nie o np. antykoncepcji, i mysle, ze na lekcjach przyrody/ biologii w Polsce tez jest to omawiane. Kiedys Szkrab dopytywal w sklepie o podpaski: co to, po co. Wiec w koncu w domu siadalam i chlopakom w skrocie opowiedzialam o menstruacji. Z ich twarzy i pytan, wywnioskowalam, ze nawet 11-letni Bizon zielonego pojecia nie mial czym jest manestruacja. Tak to wlasnie jest wyedukowany. Mysle, ze w Holandii edukacje seksualna uwzgledniono w programie, ale nie jest to program obowiazkowy, a przynajmniej nauczyciele sami moga zadycydowac co i jak szeroko omowia. A nauczyciele nie maja na to czasu, wiedzac, ze dzieci musza wypasc dobrze na testach z czytania ze zrozumieniem, z bogatego slownictwa, z procentow, ulamkow i dlatego szkoda im czasu i nenergii na edukacje seksualna.

Do tego, ci, ktorzy o tejze edukacji marza, twierdza, ze swiadomosc nastolatkow obnizylaby ilosc ”wpadek” wrod nastolatkow. No a statystyki pochodzace  Anglii nadal wskazuja, ze Anglia, w ktorej (ponoc!) jest edukacja seksualna, jest niestety liderem pod wzgledem ilosci aborcji wsrod nastolatek. Czyli jednak sama swiadomosc nie pomaga…

 

Tak mi sie zebralo mysli, a ze siedze w domu z goraczka i zawalonymi zatokami, to spisalam ten zalew mysli… jest ich wiecej;) ale juz nie mam sily na pianie. a Wy pewnie na czytanie;)

irytacje mikolajkowe

Cutie napisala o strojach, ja prezentach;)

Bizonowi marzy sie stroj treningowy Bayern Munchen. Szwagierka i tesciowie zamowili stroj rozmiar 164. Rozpakowali i doszli do wniosku, ze za duzy bedzie. No pewnie, ze bedzie, mowilam od razu, bo Bizon jest tak miedzy 152-158. No to jednak trzeba bedzie zamowic 152 decyduje Szwagierka, ale jeszcze to ze mna konsultuje. Ja mowie, ze to nie ma sensu, ze za dwa miesiace stroj bedzie za maly, a tani nie jest, wiec beda to wyrzucone pieniadze, tym bardziej, ze Bizon przez najblizsze kilka miesiecy nie moze grac, bo go boli kolano. Ale dodaje tez, ze Bizon ma jeszcze inne zyczenie: buty Nike. Sa one co prawda 2x drozsze od stroju Munchen, ale zaproponowalam, ze mozemy sie zlozyc i Bizon dostanie po prostu jeden ”duzy” prezent. 

Na co Szwagierka: ale czy Bizon rzeczywiscie bedzie zadowolony,  najlepiej zebym to przedyskutowala z tesciami. eeee, ze jak? jak tesciowe i szwagierka maja pytania, to ja chetnie odpowiem, ale ja nie bede dzwonic do tesciow, zeby przedyskutowac mikolajowy prezent dla mojego dziecka. Spytali o czym marz Bizon, odpowiedzialam. Chce zebysmy sie dolozyli, dolozymy sie. Ale dla mnie to zenujace, zeby walkowac temat prezentow mikolajowych dla naszych dzieci z tesciami i Szwagierka. Niech kupuja co chca, byle mi to nie lezalo w szafie, bo ‚za male/za duze” – przeciez to ma byc niespodzianka.

jakos, nie ilosc

wczoraj dzieci w Holandii swietowaly ”Sint Martin” – chodzily z wlasnorecznie zrobionymi lampionami po ulicach, od domu do domu, spiewaly piosenki i dostawaly w zamian slodycze. Bizon umowil sie z kolegami z klasy, a Szkrab… i tu pojawil sie problem. Bo mimo ze Szkrab pozedl do nowej sszkoly w marcu, do tej pory jakos nie zaprzyjaznil sie blizej z zadnym dzieckiem. i chcial swietowac ze starymi kolegami. jednak ”chodzenie” uprawia sie raczej dzielnicami, a my mieszkamy w innej dzielnicy niz starzy koledzy Szkraba. mowie mu wiec, ze moge zadzwonic do mamy X albo Y, ktorzy sa ze Szkrabem w klasie, zeby razem szli, i ze ja pojde z nimi, jako opiekun. nie, bo to nie sa PRAWDZIWI przyjaciele Szkraba! Szkrabie, ale przeciez ty nie musisz swietowac z PRAWDZIWYMI przyjciolmi, przeciez mozesz isc po prostu z kolegami z klasy! – tlumacze. Nie, on nie bedzie chodzil z jakimis tam chlopakami z klasy, on chce z przyjaciolmi. prawdziwymi! dzien przed Szkrab nadal nie mial brygady… dzwonie wiec do mamy Milana, PRAWDZIWEGO przyjaciela ze starej szkoly, czy maja juz jakies plany. okazalo sie, ze nie, bo…. Milan tez chcial swietowac tylko i wylacznie ze Szkrabem!!! Jego mama miala dokladnie taki sam argument kontra jak ja: mieszkamy w innych dzielnicach. Ale w koncu doszlysmy do wniosku, ze przeciez niz sie nie stanie jak Milan do na przyjedzie i jak razem ze Szkrabem przejda sie po naszej dzielnicy. i tak bylo. a my z lubym mielismy temat do dyskusji. Bo luby byl i jest taki sam – on mial moze dwoch prawdziwych przyjaciol, z ktorymi zycie go rozdzielilo. Bo luby mowi, ze on woli jednego PRAWDZIWEGO niz cala grupe kumpli. Ja z kolei… w mlodosci niby mialam kilka najlepszych przyjaciolek, ale i tez wielu dobrych lub mniej dobrych znajomych. Dopiero teraz, ograniczylam ilosc kontaktow, teraz tez stawiam na jakosc, nie ilosc. Nie tylko ilosc/jakosc przyjaciol, ale i spotkan z nimi. Wole jedno spotkanie na 3 lata, ale takie doglebne, wyczekane, niz co miesiac, co tydzien, byle popaplac. 

Tak mam z wieloma rzeczami: ubraniami, jedzeniem, filmem, ksiazka: nie ilosc, a jakosc.. tak mam tez z figlami malzenskimi – wole rzadko, ale wydajnie:) maz tez:D

 

Wyjatkiem jest czas spedzany z dziecmi: tu ide i na ilosc, i na jakosc. 

jak bez nog

wyszlam wczoraj ze szpitala, gotowa by pedalowac jak najszybciej do domu, zeby zawiezc chlopcow na trening. a tu niespodzianka: kapec w tylnej oponie. akurat podjechal autobus, ktory zmierzal w kierunku stacji autobusowej, wiec wskoczylam. najpierw kierowca na mnie naburczal ze mam 20, bo bilet kosztowal 2.50. a ja sie cieszylam, ze w ogole jakas kase przy sobie mialam, bo na ogol place karta platnicza;) wygralam: kierowca wyciagnal kasetke i wydal mi z 20-stki. podlaczylam sie do wifii autobusowej, zeby znalezc kolejny autobus do domu, ale bylo tak przeciazone, ze sie rozlaczylam i przeszlam na abonamentowy internet. znalazlam, ktory autobus, o ktorej godzinie i dojechalam do domu 45 min pozniej niz bym jechala rowerem…. bo na rowerze mam ze szpitala do domu 13-15 minut, a autobusem godzinke. 

dzis rano mialam na 8 fizjoterapeute: zamiast wyjechac spod domu rowerkiem o 7.45, musialam wyjsc o 7.00, zeby zdazyc na autobus…

wieczorem… chleba nie ma. trzeba skoczyc do sklepu – wychodze przed dom i…. kurcze, nie mam roweru, wiec dalejze zasuwac na piechote… 

strasznie nieszczescie;) czuje sie jak bez nog. odcieta od swiata! i tak to wlasnie wyglada: niby mieszkamy prawie w centrum, blisko sklepow, pracy, kosciola, rynku… blisko na rowerze. na piechote i autobusem wszedzie daleko;) no, z wyjatkiem szkoly dzieci, ktora jest 2 minuty od nas na piechote. szkole srednia tez znalezlismy w blskiej okolicy, tez jakies 2-3 minuty na piechote od naszego domu – oby Bizon sie tam dostal:)

Przywiezione

kazdy z nas przywiozl z wakacji opalenizne. ale i cos jeszcze. luby grype – klasyczna grype z bolem miesni, nie jelitowke. tak go sieklo, ze nadal walczy. ja przywiozlam nadkwasote (za dobrze sie jadlo;)), cale szczescie, ze moj… larngolog jakis czas temu przepisal mi tabletki na te dolegliwosc, bo podejrzewal, z kwasy mi noca gardlo naruszaja – najpierw recepte olalam i miesiac platala mi sie po torebce, bo ja niestety leniwa jestem, jesli chodzi o realizacje recept. dopiero jak mnie kwasy zalaly tak, ze juz sie nawet jesc nie dalo, pobieglam leki wykupic. po kilku dniach zoladek sie troche podgoil. co za ulga. ja przywiozlm jeszcze cos innego:https://www.youtube.com/watch?v=oNWOC_Pvo4w

tak mi chodzi po glowie, ze sie uwolnic nie moge;)

dzieci przywiozly kupe piachu, ktory jeszcze po tygodniu od czasu do czasu gdzies sie sypie;) no i marzenia, zeby znow w cieple kraje pojechac;)

___________________________

a Bizon ma jutro prezntacje. no i z jednej strony jest swietnie przygotowany, a z drugiej strony… publiki to on nie porwie. on jest 200% facetem: konkretny. odfajkowal punkty, jakie prezentacja miala zawierac i najchetniej by zaprezentowal w formie punktow. mowie mu: synku, publicznosc trzeba porwac, obudzic, zainteresowac, a nie punktami raczyc. ”ale inne dzieci tez tak mowily i nauczyciel nic nie mowil, ze to zle”, protestuje Bizon. to nic, mowie, ze to, ze inni tak robia, nie znaczy, ze ty tez musisz. jak ich ”porwiesz”, to zauwaza roznice i docenia. nie i juz. nie, bo Bizon taki jest, niby gra na skrzypcach, ale zaden z niego artysta, niby pochalnia ksiazki, ale zaden z niego literat. chodzacy konkret. no nic. ma inne mocne punkty:-)

artysta to u nas jest Szkrab. niby na zadnym instrumencie nie gra, rysowac nie lubi, ksiazki… uwielbia, zeby mu czytac… ale jego wyobraznia, jego myslenie abstrakcyjne, siodmy zmysl, emocjonalosc sa niesamowicie glebokie. 

wakacje jesienne

oficjalnie jesienne, ale u nas trwa goraca, letnia fiesta. bosmy na Kanarach:) brazowiutcy. i niech mi wszyscy wokol mowia, ze na slonce trzeba uwazac, nie wystawiac sie i w ogole najlepiej w cieniu – zatykam uszy i protestuje. moje cialo i moja psychika potrzebuja 100% slonca. tak w ogole to nasz wyjazd dobiega konca – jutro nasz ostatni dzien na tej cieplej wyspie. i dobrze. bo juz baterie naladowalam, sily zregenerowalam i jestem gotowa stawic czola deszczowej Holandii. 

jestem zachwycona naszym nierobstwem: spanie do 10.00, wylegiwanie sie nas basenem do 12.00-14.00 i dopiero wtedy myslenie: robimy cos czy nie? mimo leniwego charakteru naszych wakacji, cos tam zobaczylismy;) 

nadal nieskromnie twierdze, ze ten wyjazd, to moj nalepszy pomysl w tym roku:DDD

zadania domowe, prezentacje i poezja:)

szkola, do ktorej chlopcy chodza od lutego, jest bardzo, bardzo inna od poprzedniej. nieswiadomie zapisalismy chlopcow do szkoly ponoc elitarnej. tak przynajmniej twierdza koledzy z pracy. elitarna czy nie, podoba mi sie. po dziwnym starcie w klasie Szkraba sytuacja ”wyzdrowiala”, panie sie staraja, na biezaco informuja, co przerabiaja, co mozna by z dziecmi ”na zas” powtorzyc i jest dobrze. podoba mi sie forma komunikacji z rodzicami, podobaja mi sie wymagania wobec dzieci, a nawet zadania domowe, ktore wielu rodzicow mieszkajacych w Polsce chcialoby zniesc. moze gdyby moje dzieci chodzily do polskiej szkoly i mialy zadania domowe od pierwszej klasy, nie potrafilabym docenic wartosci tychze zadan. u nas jednak zadania pojawily sie dopiero teraz, w osmej klasie Bizona (dla jasnosci, Bizon ma 11 lat, a w 8 klasie jest tylko dlatego, ze edukacje zaczal w wieku 4 lat, jak wiekszosc holenderskich dzieci). Szkrab za to (jest w 6-tej klasie) dostaje zadania domowe ”dla chetnych’, ktore… odrabia chetnie tylko wtedy gdy sie nie wtracamy. Wiec sie nie wtracamy i tylko wieczorem cz ciekawosci sprawdzam, czy bledow nie ma – jak na razie zero;) Co w zadaniach domowych jest dobrego? Ano to, ze po pierwsze dziecko moze w domu wiedze utrwalic, bo nic tak jej nie utrwala jak wielokrotne powtorki, po drugie rodzic ma szanse dowiedziec sie, czego jego dziecko sie w szkole uczy – moze nie wszystkich rodzicow to interesuje – mnie bardzo i tej wiedzy mi w poprzedniej szkole brakowalo: bo dzieci nie nosza podrecznikow i zeszytow do domu, wszystko zostaje w szkole, a na pytanie czego uczyli sie w szkole odpowiadaja niezmiennie ”liczenia i jezyka”. zadania domowe to tez szansa dla dzieci, ktore czegos nie zalapaly w szkole, zeby nadrobic w domu, z rodzicami. ja odkrylam, ze Bizon mial zaleglosci wyniesione z poprzedniej szkoly – np. gramatyka u niego lezala i kwiczala. jako ze od lubego zawsze slyszalam, ze on sie gramatyki nigdy nie uczyl, uwazalam, ze tak w Holandii juz jest: dzieci nie ucza sie gramatyki. a tu Bizon przychodzi do mnie z zadaniami, gdzie nalezy wskazac podmiot, orzecznie, przymiotnik, zaimek, liczebnik porzadkowy, itd, itd… no i zaczela sie edukacja Bizona i… moja:DDD bo tak jak czesci zdania po polsku pamietam (rozbior zdania byl moim ulubionym zajeciem:DDD), tak po holendersku kiepsko. podobnie z ulamkami, dzieleniem liczb 3-4 cyfrowych: okazalo sie, ze w poprzedniej szkole przerobiono to po lebkach. cale szczescie, ze Bizon i ambitny, i zdyscyplinowany i jeszcze do tego nie glupi, wiec zaleglosci nadrobilismy – tylko dzieki temu, ze przynosil zadania domowe. 

a teraz dochodze do prezentacji. oprocz zadan domowych moje dzieci w koncu musza pocwiczyc pamiec. w tym roku musza przygotowac prezentacje z wiersza, ulubionej ksiazki, artykulu/prasy i na dowolny temat (ale nie hobby!). i Szkrab i Bizon zaczynaja od wiersza. zeby zaprezentowac wiersz, trzeba go najpierw wybrac;) wypozyczylismy z biblioteki kilka tomikow poezja dziecieca. i tak Bizon wybral piekny wiersz o snie. troche magiczny, troche abstrakcyjny, a troche smieszny. nie jestem tlumaczem, ale tak mnie ten wiersz zafascynowal, ze go po swojemu, pokracznie, przetlumaczylam. tak pokracznie, ze Willem Wilmink, ktory od kilku lat juz nie zyje, ma prawo sie w grobie przewracac… ale moze mi te profanacje wybaczy, bo przeciez ja poetka nie jestem… (oryginal zamieszczam na koncu wpisu).

Snilo mi sie, ze nie spalem
Moj ojciec na sobie mial dziwny plaszcz
Ten sen, ze strachu obudzilem sie,
A wtedy stal tam juz inny pan. 
Czy to ty tato? Jestes tam?
Lecz to byl znow tylko sen, znow przewidzenie.
Ze snu, w sen… przechodze.
Teraz juz nie spie, tak mi sie przynajmiej wydaje
Mam nadzieje, ze ten wiersz nie jest tylko snem,
wiec daje go do przeczytania. 

 

Szkrab za to wybral najpierw wiersz „Catastrofa” (Cat = kot), ze wzgledu na tytul, ktory jest gra slow, a te Szkrab uwielbia (ostatnio wrocil z wiadomoscia, ze spotkal chlopca, ktory nazywa sie Idioot – chlopiec zalazl Szkrabowi za skore, a ze mial na imie Ido… zostal przechrzczony w ”Ido-jot”, co Szkrab wymawia jak idioot… – oczywiscie przykazalam, zeby sie Szkrab z dzieci nie nasmiewal, ale nie umialam sie powstrzymac od smiechu).  Jednak wiersz byl tak dlugi, ze w koncu podsunelam Szkrabowi dowcipny wiersz o panu, ktory mial 60-te urodziny i jako prezent chcial byc przez jeden dzien niemowleciem. wiersz jest o tym, jak to sasiadka wsadzila pana do wozka, jak to pan udawal dziedziusia, dostal smoczka, butelke, jak to mu sie odbilo, jak dal glos, jak sasiadka sie wstydzila, ale reszta sasiadow wsparla akcje, itd. itd. Na pierwszy rzut oka prosty wiersz. Ale kiedy spytalam Szkraba, co mysli o tym wierszu, czy tylko napisano go dla zartu Szkrab stwierdzil, ze nie, ze kazdy chyba chcialby byc czasami znow dzidziusiem! zrozumial, skubany:)

 

Ik droomde dat ik wakker was.
Mijn vader had een rare jas.

Die droom daar schrok ik wakker van,
toen stond er weer een andere man.

Ben jij dat vader? Ben je daar?
’t Was weer een droom. ’t was weer niet waar.

Droom uit, droom in ben ik gegaan,
nu ben ik wakker, neem ik aan.

Ik hoop dat dit gedicht bestaat,
vandaar dat ik het lezen laat.

tesknota za domem;)

dzis kolezanka spytala, czy pojde z nia na koncert naszej jazzowej znajomej. w sobote, za miesiac. nie chce mi sie. ale przeciez tak nie odpowiem;) zastanowilam sie wiec glebiej, dlaczego mi sie nie chce. i juz wiem: tak rzadko bywam w domu, ze za nim tesknie! a do tego, staje sie nadwrazliwa na dzwieki – nerwica jakas czy co…. w kazdym razie jak sobie tylko pomysle, ze mialam bym sluchac jazzu na zywo, gdzie naglosnienie wali po uszach, to juz obgryzam policzki. wneria mnie luby skrzypiacy kanapa, jak sie na niej kokosi, wnerwia mnie kolega w pracy, ktory nie umie jesc bez mlaskania, szeleszczenia i chrumania i po co sie jeszcze jazzem wnerwiac;) juz mialam to kolezance wszystko wytlumaczyc, ale nagle uswiadomilam sobie, ze w te sobote, kiedy jest koncert jazzowy naszej znajomej, mam inna juz muzyczna ”rozrywke”: Bizon bedzie gral na festiwalu muzycznym. i znow nie pobede w domu, i znow nie odetne sie od dzwiekow…

polskie nazwisko

zamowilam w sobote nowy rower. ale pan nie zapisal sobie moich danych, tylko sam nr telefonu. dzwoni dzis i prosi o dane, m.in. nazwisko. literuje wiec mu moje panienskie nazwisko, ktore figuruje w paszporcie i prawie jazdy. pan zapisal. za chwile znow dzwoni: czy moze mi pani przeliterowac to nazwisko, bo zona mowi, ze z pewnowscia zle je zapisalem. literuje wiec uzywajac imion: teodor, romana, zygmunt, peter, irene, stefan. pan wykrzykuje: a jednak dobrze je zapisalem! i wiem co bedzie zaraz: a wlasciwie, to jak sie to nazwisko wymawia???:DDD no coz, jest ono nie do wymowienia;) dlatego na codzien posluguje sie nazwiskiem meza;) 

klotnie

kloca sie moje dzieci, kloca sie swinki…

wzialam swinie na rece, bo luby stwierdzil, ze jak je wezme, to on wyczysci klatke (luby swinek nie lubi, jest o nie zazdrosny, bo je glaszcze, a nie lubego, bo do nich czule przemawiam, itd…., ale jak trzeba, to i do weterynarza zawiezie, i klatke posprzata:)). wzielam wiec gady, glaszcze, tule, a tu nagle Snoepje chce zmienic pozycje. zeby nie zlecial na podloge, podparlam go, ale nie chcacy pociagnelam Blondi za futro. ale sie wsciekla! na Snoepje!!! najwyrazniej pomyslala (jesli ona w ogole mysli), ze to on jej cos zrobil gdy sie kokosil. jak na niego najechala, jak zaczela szczekac zebami…. a Snoepie skulil sie, wlepil we mnie czarne galy i nie wie o co tej babie chodzi?!?!?! w koncu ja udobruchalam, a jednoczesnie sie usmialam. glupie te swinki, ale smieszne i kochane.