i po biegu

No i zaliczylismy nasz pierwszy oficjaly bieg ”4 mile”. Bieglo nam sie bardzo fajnie, bez zadyszki, bez wiekszego zmeczenia, muzyka i ludzie kibicujacy na poboczach bardzo pomagaly. Ja skonczylam bieg z czasem 36:44, a Bizon 36:31 – na koniec zaliczyl sprinta:D

pogoda idealna, 16C, slonce, lekki wiaterek. opalilam sie nawet:)

juz za tydzien

za tydzien, 8/10 biegniemy z Bizonem. nie moge sie doczekac:D szalu czasowego nie bedzie – Bizon, ktory w sprincie bije mnie na glowe, na dluzszym dystansie nie jest juz tak dobry jak matka seniorka;) w zeszlym tygodniu razem przebieglismy 4 mile w ciagu 41 minut. Bizon byl zadowolony z czasu. ja z czasu tak srednio, ale nic nie mowilam, bo po prostu ciesze sie, ze sie tak z Bioznem dobralismy, ze tak nam sie fajnie razem biega. biegnac z nim, moge spokojnie rozmwawiac, a to ponoc jest to ”zdrowe” tempo. jak biegne sama, dysze;)

zeby tylko pogoda dopisala. i… zdrowie, bo Szkrab juz zasmarkany:/ u mnie katar = zatoki = bol glowy, a wtedy bieganie nie jest fajne…

co jest najwazniejsze: moje kolano juz sie pogodzilo z biegami;)

twarde ladowanie

jade sobie do pracy, spiesze sie jak zywkle, mysle o wszystkim na raz, planuje, pedaluje jak najszybciej moge i nagle hop: ladowanie na masce samochodu. zdziwienie. jak to sie stalo? jakos tak. ulamek sekundy, samochod wyskoczyl nagle, a ja wymusilam pierwszenstwo. cale szczescie, ze samochod jechal wolno, to tylko sie na nim ”polozylam”. razem z rowerem;) kilka siniakow, troche adrenaliny. cale szczescie, ze samochodu nie zniszczylam kobiecie… bo by nam ubezpieczenie w gore poszlo;)

przyszlo i do Bizona

jeszcze do niedawna Bizon zakladal, co mu kupilam, prosil zebym mu rano ubranka przygotowywala, do fryzury w ogole nie przwyiazywal uwagi. a tu, a od jakiesgos czasu zelu mi ubywa szybciej niz zwykle. myje dzis zeby, Bion wchodzi do lazienki, bierze moj zel i grzywke sobie uklada. a co ty robisz – pytam: grzywke sobie ukladam, odpowiada spokojnie Bizon i glaszcze sie po grzywce przyklejonej do glowy zelem. lizak! do tego stal sie nagle wielkim fanem odziezy sportowej. dzinsy??? nosic je to kara. dresy, i to tylko z nike! buty tez nike-owskie musza byc. nie wiem skad ta nagla milosc do nike’a – podejrzewam, ze ze szkoly. grunt, ze to firma, na ktorej nie zbankrutuje.

za 2 tygodnie biegniemy z Bizonem 4 mile. jako ze wszystkie moje koszulki sprane, a ja najbardziej lubie czarne koszulki sportowe, a nie sprane-czarne, kupilam sobie nowa. przpadkiem wybraln nike, bo w serek, co mi szyje wydluza;) Bizon patrzy i zaczyna: znowu czarna???? i nagle zmienia plyte: ”o nike!!!!”. no, i juz jestem cool;)

wrzesniowy knockout

wirus mnie na dwa dni z zycia wylaczyl. rzadko miewam goraczke, a jak juz mam, znaczy, ze jestem bardzo chora;) i wtedy jestem dla siebie dobra. i NIC nie robie. dzis przespalam prawie caly dzien.
za to wczoraj jeszcze sie oszukiwalam. odebralam nowe skrzypce Bizona, zawiozlam Szkraba na noge, a gdy wrocilam i wlasnie mialam wejsc do domu, zeby pasc na kanape, sasiadka, ktora wlasnie mijala nasz dom spytala, czy nie ide na zebranie. zebranie???? byla 19.25 i wtorek… – jakie zebranie??!?!?!! okazalo sie, ze u Bizona, zebranie klasowe. otworzylam Szkrabowi drzwi, a sama potruchtalam do szkoly. w drodze sms do lubego ”jestem w szkole” – luby, dowcipnis, odpisal ”czego sie zamierzasz uczyc?”. czego, a m.in. systemu edukacji na poziomie szkol srednich. bo, choc trudno w to uwierzyc, nasz Bizon za rok idzie do szkoly sredniej! do 15 marca musimy go zapisac do szkoly, ale najpierw ja musimy wybrac. no coz, we wtorek dowiemy sie, do jakiej szkoly nauczyciel Bizona by go wyslal – dostaniemy tzw. ”prognoze”. my szkole mamy juz upatrzona;) – liceum, ktore znajduje sie najblizej naszego domu, 5 min na piechote. liceum motessorri… tak jak podstawowke z tymze systemem omijalabym szerokim lukiem, tak liceum, zwlaszcza w wypadku naszego bardzo zdycyplinowanego Bizona, wydaje mi sie dobrym pomyslem.

bo Bizon jest tak zdyscyplinowanym dzieckiem, ze wczoraj, kiedy tez byl chory, gdy zaproponowalam mu, zeby zostal ze mna w domu, odrzekl, ze nie, bo pozniej bedzie mial strasznie duzo do nadrobienia. ale gdy juz sie ubral, skubnal sniadanie, padl. legl na kanapie i juz nie wstal;) dzis przyniosl ksiazki, zeszyty, zeby w weekend nadgonic wczorajszy dzien. moj 11-letni chlopczyk:)

”lepsza” szkola

nowa szkola moich dzieci jest lepsza, bo… rodzice (i ich dzieci) sa lepsi. a nie dlatego, ze nauczyciele lepiej funcjonuja, czy sa madrzejsi. dzis sie o tym przekonalam na zebraniu klasowym u Szkraba.

panie nauczycielki, bo jest ich dwie (jedna pracuje dwa dni w tygodniu, druga trzy dni) mowily duzo,ale nic z tego nie rozumialam – najpierw myslalam, ze to moj niderlandzki cos szwankuje, ale okazalo sie, ze i inni rodzice nie bardzo kumali o czym mowia panie, zaczeli zadawac pytania, ktore mi tez cisnely sie do glowy. jako ze nie pochodze z tego kraju, nadal bywam niepewna, z wlaszcza w nowym towarzystwie i nie smie pytac, zeby nie wyjsc na idiotke. jednak dzis padly pytania, ktore mi cisnely sie na jezyk. bo np. panie nauczycielki mowia, ze w tym roku maja nowe podreczniki, wiec dzieci sie musza przyzwyczaic. no ale jak, przeciez co roku sa nowe podreczniki… pomyslalam, ze moze nowa metoda nauczania – to pytanie zadala jedna z matek, i dodala, czy one sie roznia do starych. nauczycielka przyznala, ze nie wie. bylam zniesmaczona. zeby to byla nauczycielka swiezo po szkole, ale obydwie panie sa po 50-stce!!! po ilus tam latach doswiadczenia powinny wiedziec co bylo w starych podrecznikach, a po obejrzeniu nowych, zorientowac sie, jaka jest roznica. jedna z mam spytala, czy bedziemy informowani na biezaca jakie bloki tematyczne dzieci zaczynaja. bo w Holandii dzieci ksiazek i zeszytow do domu nie nosza, wiec rodzice zyja w ”blogiej” nieswiadomosci, co ich dzieci w szkole przerabiaja. blogosc rozwiewa sie, gdy przychodzi do testow panstwowych, bo nagle wtedy okazuje sie, ze np. dziecko ma problemy z odczytywaniem godziny. na szczescie u nas takich niespodzianek nie bylo, ale przyznam, ze co roku sciska mnie w zoladku ”jakie beda oceny” -bo nie wiem jak moje dzieci funkcjonuja na codzien. gdy nie pracowalam szlam od czasu do podpytac;) ale teraz, kiedy tylko dwa dni w tygodniu odbieram dzieci, po to by szybko zjesc zupe i gnac na zajecia poza szkolne, nie bardzo mam kiedy. widac, nie tylko ja mialam takie odczucia, bo rodzice z tejze klasy poprosili, zeby nauczycielki informowaly o nowym bloku tematycznym zanim go zaczna, a nie jak juz go zakoncza. no prosze, myslalam, ze tylko mi tej wiedzy brakowalo. myslalam tez, ze tylko ja mam dzieci, ktore na pytanie ”czego sie dzis uczyliscie” odpowiadaja, ‚no tego co zwykle: liczenia, jezyka…”. nie, inne dzieci albo juz zdaza zapomniec, jak wroca do domu albo wlasnie tak zdawkowo odpowiadaja. panie nauczycielki probowaly sie wymigac – bo to dodatkowa praca, bo jak one to zaczna robic, to inni nauczyciele tez tak beda musieli i beda mieli im za zle! ale rodzice nie ustapili: jesli rodzice innych klas tez to uwazaja za potrzebne, to dlaczego mieliby na taka informacje nie zaslugiwac? to chyba dobrze, ze rodzic chce wiedziec, czego uczy sie jego dziecko, a nie czego sie uczylo i nie wiadomo czy sie nauczylo czy nie… no i w koncu odwazylam sie ja zadac pytanie. a dotyczylo ono prezentacji. bo dzieci maja dac trzy prezentacje w semestrze. w power pointcie. wiec spytalam, czy dzieci w szkole sa uczone power pointa. nie, nie sa. no to skoro nie sa to jak maja je samodzielnie przygotowac? bo Szkrab siedzial pol soboty przed komputerem, bardzo sie denerwowal bo to jego pierwszy program, ktory obsluguje, a ja z kolei nie chcialam mu prezentacji robic, a jednoczesnie nie mialam czasu, zeby kilka godzin uczyc Szkraba obslugi power pointa. koniec koncow, Szkrab napisal na papierze co w prezentacji ma byc, wybral zdjecia, ktorymi chcial prezentacje ubarwic, a ja to wszystko zorganizowalam mu w power pointcie. widzialam jak inni rodzice kiwali glowami – widac u nich byla podobna sytuacja. na to pani nauczycielka mowi, ze to nie jest wymagane, zeby prezentacja byla w power pointcie. na to ja, ze jak jedno dziecko ma prezentacje w power poincie to inne tez tak chca, wiec to ona nauczycielka powinna wziac pod uwage mozliwosci komputerowe i techniczne dzieci i jasno zdecydowac w jakiej formie ma byc prezentacja. inni rodzice mnie poparli. ale wszytkie uwagi, pytania byly przez nauczycielki jakby negowane, rozplywaly sie. w koncu jeden z ojcow powi: no dobrze, to czas odsumowac co zostalo postanowione:D i zostalo. ze bedziemy informowani o nowych blokach tematycznych, a prezentacje maja byc technicznie wspierane przez rodzicow. wszystkich, a nie tylko tych ”nadopiekunczych” – zeby bylo sprawiedliwie dla kazdego dziecka.
bylo wiecej takich pytan i migajacych odpowiedzi. ja wyszlam podirytowana brakiem profesjonalizmu, luby ubawiony. co cie tak ubawilo, pytam. te panie to jak ”Sasiedzi” (pamietacie, z czeskiej bajki)… no… dobrze je podumowal. tylko czy sasiedzi nadawali by sie na nauczycieli???…

zapachnialo zima…

zaprosilam spontanicznie na obiad pewna Gosie. fajnie nam sie gadalo, ale kilka minut temu Gosia wsiadla na rumaka i odjechala. zanim odjechala, wyszlam z nia przed dom i… mrozno! zapachnalo zima…niby jest 10C na termometrze, ale i Gosia potwierdzila: czuc zima.
a niech bedzie i zima, byle nie padalo…

odkryc siebie

ciagle nie wiem, czy to inny kraj, czy po prostu latka zmieniaja ma osobowosc tak bardzo, ze i luby sie dziwi, i ja sama. ja siebie zadziwiam bieganiem – ja, ktora biegania nienawidzila, uzaleznila sie od niego;) lubego zas zaskakuje moj renesans podrozniczy. bo kiedys podrozowalam sporo, ale luby wtedy mnie nie znal. luby nie znal tez moich marzan, ktore we mnie drzemaly, gdy dzieci byly male i zwyczajnie nie chcialo mi sie ich pakowac i po swiecie wloczyc. no i oczywiscie finansowe mozliwosci byly inne, gdy nie pracowalam. ale marzenia byly. i nadal sa. nie neca mnie kraje egzotyczne, zadne Chiny czy Taiwany, Wietnamy czy Tailandie nie wchodza w gre. W gre wchodzi(la) Europa, a w niej cieple kraje. az do dzis. Bo dzis mialam facetimea z kuzynka z Egiptu. Mieszka sobie ona tam juz 7 lat, z powolowie Egipcjaninem, w polowie Austraikiem, od miesiaca jest jego zona i… zaprasza nas do Kairu… jechac-nie jechac, o to jest pytanie. wg kuzynki, w Kairze jest bezpiecznie. sprawdzam samoloty – ceny w zakresie naszych mozliwosci. Morze Czerwone… kusi;) domek nad tymze morzem tez:D mowie kuzynce, w tym roku Kanary, ale za rok… kto wie, moze Ci zlecimy na kark:D

siedzie i czytam. czytam o Kairze, o tamtejszej kulturze, o sytuacji politycznej i… w te deszczowe, wietrzne i depresyjne dni nic mnie tak nie kusi jak slonce. a luby siedzi obok i sie smieje:D

zakrecenie i wina

wracam ze spotkania, wchodze do pokoju, a Jan pyta: czy ty wiesz, ze znowu mnie zamknelas na klucz? ??????????????? no nie…. wybacz Janie, odbija mi. nie wiedzialam. na szczescie Jan moze otworzyc drzwi od wewnatrz, ale i tak, glupio mi bylo. na szczescie Jan sie posmial i tyle.

__________________________________________________________________________________________________________________________

a pozniej rozmawialismy o deszczu, nie-bieganiu, zmierzchu o zaczynajacym sie juz kolo 20.00 i winie – ”nie-winie” kobiet zgwalconych. a po kolei bylo to tak: pozalilam sie, ze znow dzis nie pobiegam, bo znow zapowiadaja wieczorem ulewe. wczoraj nie pobieglam, bo padac przestalo dopiero kolo 20.30, a ja po ciemku nie smie. Jan mowi, ze rozumie, ze tez by nie chcial, zeby jego (dorosle juz) corki biegaly po ciemku, zeby niepotrzebnie nie narazaly sie na niebezpieczenstwo. i tak doszlimy do winy. winy za bycie napadnieta. bo to, ze kobieta zostanie napadnieta, zgwalcona nie jest jej wina, winny jest przestepca. ale… przeciez kobieta rozumna wie, ze bieganie po parku w ciemnosci to wywolywanie wilka z lasu. winna jest wiec wystawiania sie na niebezpieczenstwo. tak oczywiscie nie powinno byc, bieganie po parku zawsze powinno byc bezpieczne, ale nie jest. i kazdy to (chyba?) wie. no wlasnie… obmyslam gdzie i kiedy bede biegac, zeby biegac bezpiecznie, gdy zmrok bedzie zapadal juz o 16.30…glowna ulica? czy tylko w weekendy?

a dzis pobieglam. przebieglam wyjatkowo wolnym tempem 3.4 mili. z tego jakies 2/3pod wiatr! zakwasy juz mam: miedzy nogami:D

tylko dla doroslych;)

jakis czas temu luby mowi, ze ”cos” go tam miedzy nogami boli. moze moge Ci wieczorem pomoc;) – odpowiadam kuszaco. obietnice spelnilam. kilka dni temu jedziemy skas na rowerach, a luby cos tak sie kreci wierci na siodelku. pytam (juz tak na serio, bo zaczelam sie martwic) ”dalej cie boli?”, luby juz mial powiedziec, ze nie, ale w ostatniej chwili blysk w oku, szelmowski usmiech i ‚taaaaak, boliiii”:DDD to i ja szelmowski usmiech wdzialam i mowie ”wiesz, umowie cie do mojego fizjoterapety, powbija ci kilka igiel i bol minie”:DDD usmialismy sie do lez:)
__________________________________________________________________________________________________________________________a moj fizjoterapeuta…. az szkoda, ze kolano coraz mniej boli;) tak mi nogi wymasowal, rozmasowal, ze szkoda sie rozstawac. no coz, szyja nadal boli, ale tam, zamiast masazy, igly mi wbija!