gdy ogrodu nie mialam, czesto slyszalam, ze by mi sie przydal ”dla dzieci”. ogrod mam, i owszem, dzieci od czasu do czasu zagraja w nim w pilke, ale prawda jest taka, ze ten ogrod to jednak dla mnie: codziennie sie zachwycam fauna i flora, jaka mnie ten ogrodek zaskakuje i zachwyca.
pisalam juz chyba, ze poprzednia wlascicielka domu tak zaplanowala roslinnosc, ze zawsze cos kwitnie. i tak na codzien patrze sobie z kuchni na jakies zoltciotenkie kwiatki na krzewach rozsnacych wzdluz plotu. a plot mam niczym u Kargula, tylko garnkow na nim brakuje:DDD trzeba go bedzie kiedys ulepszyc. przed krzewami cos zaczyna kwitnac, ale jeszcze nie wiem co – liscie jak u tulipanow, ale tulipany juz prawie przekwitaja. tulipany podziwiam w weekendy, bo wtedy jestem w poludnie w domu i widze, jak te kwiatki sie pieknie otwieraja w kierunku slonca; po poludniu powolutki skladaja platki, zamykaja kielichy, jakby wiedzialy, ze juz ciepla nie bedzie. ja jak te tulipany, jak tylko slonko wyjdzie, wyskakuje na chwilke z kawa, zeby sie wystawic do slonka. niestety, taki luksus tylko w weekendy.
ptaki okoliczne juz wiedza, ze u nas jadlodajnia. bo jak juz chleb troche podeschnie albo dzieci wszystkiego nie zjedza, klade resztki pieczywa w ogrodzie. do tej pory przyuwazylam pare golebi, wroble, sroki, szpaki i gawrony. latwo je zauwazyc, bo 2/3 sciany od ogrodu jest oszklone. patrze na te ptaszki i nawet u nich widac roznice charakterow: sroka zlapie i ucieknie, jak zlodziejka;) wrobelki beztrosko podskakuja i czestuja sie na podworku, szpaki za to sa mniej ufne, ciagle popatruja w drzwi od kuchni, czy sie nie zblizam – jeden gwaltowny ruch i uciekaja. golebie to aroganciki – chodza po ogrodzie, jak u siebie… czy jedza, czy nie, spaceruja sobie. gawrony mnie zachwycaja swoja czernia: jak czarne charaktery pojawiaja sie i znikaja.
wroble przychodza tez na piaskowe kapiele:D pod sciana, pod balkonem jest mala dziura, w ktorje lezy piasek – tuz pod domem, tak, ze latwo je obserwowac: wpadaja do dziury i kreca kuperkami, skrzydelkami i kapia sie. za to jeden kos przylatywal zbierac materialy na gniazdko: przez kilka dni, co rano, kiedy robilam sniadanie dzieciom, on przylatywal i zbieral w dziubek drobne galazki, puszek z krzewow.
i zabka tez juz kilka razy przekicala po krzakach:)
i tak to prawie ze w centrum miasta mam taka przyrode. zielen, cisze przerywana cwiekaniem ptakow.
kiedy mieskzalismy w starym mieszkaniu myslalam, ze przeprowadzka bedzie dla mnie bolesna – bo przeciez z tamtym mieszkaniem laczylo nas tyle przezyc: slub, narodziny dzieci, obrony doktoratow… a jednak nie: bardzo rzadko wspominam tamto mieszkanie, a tu, w tym naszym nowym domu, czuje sie, jakbym od zawsze mieszkala. choc jeszcze jest troche rzeczy do urzadzenia….