biegi

 Od jakiegos czasu ”chodzimy” z Bizonem na bieganie. Bizon jak sarenka, chyc, chyc, ja… chcialabym jak lania, ale roznie to bywa;) prawda jest taka, ze moje prawie 11-lenie dziecko potrafi biegac szybciej niz ja. ale dzieki temu, ze Bizona ‚spowalniam’ biegamy co raz dluzsze dystanse. wczoraj zaliczylismy 4 km.

Bizon, owszem, byl w polowie trasy zmeczony i pod koniec widzialam, ze lewo ciagnie, ale on by sie w zyciu nie poddal. jego biegi jednak mnie nie zadziwiaja: on po prostu lubi biegac. ja zadziwiam sama siebie. jak to do wszystkiego trzeba dorosnac. jako dziecko biegow nienawidzilam. pozniej probowalam: dla zdrowia, kondycji, figury, ale dalej biegac nie lubilam. teraz lubie, chce mi sie biegac, sprawia mi to przyjemnosc. przez to, ze w pracy siedzie do bolu tylka, po pracy wysiedziec nie moge. wiec biegam.

a wczoraj zaliczylam dwie lekcje hiszpanskiego. pierwsze lekcje sa na ogol dosc latwe, ale juz od pierwszego slowa ”Hola” wiedzialam, ze jest to jezyk bardziej przyjazny niz niderlandzki;) no i brzmi o wiele ladniej.

szafa kontra cieple kraje

marzyla mi sie szafa na zamowienie. i marzyly mi sie jesienne wakacje w sloncu. nie dalo sie tych dwoje polaczyc. wiec wybralam wakacje w sloncu. pod koniec pazdziernika dzieci maja wakacje jesienne i tym razem nie bede siedziec w Holandii i patrzec na deszcz, tylko wsiadamy w samolot i lecimy na wyspy kanaryjskie. i juz!

a szafa? a stoi pax. nie jest to idealne rozwiazanie, zostalo mi jakies 65-70 cm niewykorzystanej przestrzeni, wiec tak czy siak bede panow wolac, zeby mi chociaz tam jakas szafke na rozmiar sprawili. ale reszta sciany jest juz zastawiona. o rownouprawnieniu damsko-meskim mowy nie ma: luby ma szafe 1×75 cm, ja 2×100 cm:DDD 

pax nie jest idealny, bo ja skladam bluzki na szerokosc  okolo 30 cm, a szuflady w paxie sa na 50, 75 lub 100 cm… jak zrobie dwa stosiki, to wiem co bedzie: stosiki sie beda kiwac i niczym karty podczas tasowania, bluzki beda jedna w druga wchodzic i sie mieszac. tak wiec mysle o jakis przegrodkach, zeby w szufladkach wyznaczyc granice miedzy stosikami bluzek.

tak, mamy paxa. jest maj. zimno, szaro, deszczowo. w piatek wracalam z pracy w czapce, szaliku i rekawiczkach. dlatego marze juz o pazdzierniku i slonecznych wyspach kanaryjskich.

_______________

dopadl mnie jakis wirus. czulam to juz w czwartek, gdy poszlam do pobiegac i walczylam o przezycie. do domu wrocilam zlana potem – a ja sie tal latwo nie poce. w piatek wyskoczyla mi opryszczka na wardze. mowie do Szkraba na dobranoc, ze nie dam mu buzi, bo nie chce go zarazic opryszczka. Szkrab pyta, a gdzie ta opryszczka moze urosnac? Na ogol na wardze, ale mialam kolezanke, ktora miala opryszczke nawet na nosie. Wow, a to pech – westchnal Szkrab. w sobote tez mialam pecha: wyskoczyla mi druga opryszczka, u nasady nosa….

Karolek i alimenty

Kilka lat temu pomgolam niejakiemu Karolkowi zalatwiec splacanie zaleglych alimentow na raty. Dzis telefon, czy moglabym mu pomoc z listem, bo mama ich 18-letniego syna chce, zeby nadal placic alimenty, bo syn nadal sie uczy. A Karolek nie chce.

Powiedzialam mu uczciwie, ze z takim listem to ja mu nie pomoge, bo jest wbrem moim przekonaniom. Bo ojcostwo jest na cale zycie a nie do 18-roku zycia. I jak syn chce sie uczyc, to powinien go w tym wspierac a nie migac sie: najpierw od normalnych alimentow, a teraz od dodatkowych.

No…. ale oni sie z synem umowili, ze bedzie mu placil z okazji urodzin i swiat, wiec juz alimentow nie chce… No tak Karolku, ale tylko patologiczni rodzice nie daja dzieciom prezentow z okazji urodzin i swiat, wiec nawet sie nie chwal, ze tak sie z synem umowiles, bo to powinienes po prostu tak od siebie dawac, a nie po ”umowach”. Nie dosc, ze Karolek nie byl obecny w zyciu syna, to nawet go finansowo nie chce wesprzec.

Karolek sie tlumaczy, tlumaczy, a tu nie ma co sie tlumaczyc. Trzeba wziac odpowiedzialnosc za swoje czyny. Jak sie dziecko spodzilo, to niech i konsekwencje beda. Dlaczego tylko matka ma te konsekwencje ponosic – to pytanie zadalam Karolkowi. Matka dziecko wychowala, chodzila z nim do lekarzy, brala na wakacje, prowadzila do szkoly, karmila, opierala i jeszcze o ”pomoc”’finansowa musiala walczyc, bo Karolek sie migal od placenia alimentow.  

Nie Karolku, nie pomoge ci, bo trzymam z matka twojego syna i wspolczuje synowi takiego ojca. 

Nie trawie facetow, ktorzy spladza dziecko, a pozniej sie migaja od przynajmniej finansowej odpowiedzialnosci. Choc to tylko mala czastka konsekwencji bycia rodzicem….

nietolerancja vs alergia

od jakiegos czasu podejrzewalam, ze na stare lata rozwinelam nietolerancje laktozy. bo z szefem pochlaniamy duze ilosci cappuccino, gdzie wiadomo, mleko dominuje. za czesto bolal mnie brzuch, po kawie, zamiast ozyc, to ja przysypialam… czulam sie zle. 

poprosilam panow, ktorzy kawe przygotowuja i ktorzy juz na pamiec wiedza, co bierze szef, co biore ja, zeby przygotowywali mnie cappucinoo z melkiem sojowym. i od razu poczulam ulge w brzuchu. a po jakims czasie… poprawe cery! moje krostki zniknely! jako ze cappuccino z mlekiem sojowym nie bardzo mi podchodzilo, poprosilam o kolejna zmiane, na ”mleko bezlaktozowe”. to okazalo sie smaczniejsze.

ostatnio naszla mnie ochota nas kefir. a jak ja mam na cos ochote, to nie symbolicznie, tylko ide na calego:) i poszlam. przez kilka dni pilam po jednym 500 ml kartonie fefiru. pierwsze co to zauwazylam, ze brzuch nagle zrobil sie jak balon. ale to nic. jakos bole brzucha mnie nie powalaja. za to… zaczely swedziec mnie dlonie i po kilku dniach pojawila sie egzema na placach, na nadgrastku, wewnatrz dloni, wlasciwie cale dlonie mam rozognione. a na twarzy… pryszcze – paskudne opuchniete krosty, z ktorych nic sie nie da wycisnac, ale sa i bola. pryszcze. ktore jedna lekarka uznala sa tradzik rozowaty, a druga za tradzik ”vulgaris”. no coz… okazuje sie, ze moja polska kosmetyczka byla najblizej: caly czas alarmowala, ze to jakas reakcja alergiczna, tyle, ze ona zwalala wine na kawe. 

a ja juz wiem, ze mam alergie na nabial…. i nie ”tylko” nietolerancje, ale alergie, bo egzemy mnie tym razem potwornie zaatakowaly. 

i jeszcze o szafie

nadal nie mamy szafy i zaczyna mi to doskwierac. tzn mamy, szafe Szkraba, ktora jest dla nas za mala, a Szkrab ma szafe z wczesnego dziecinstwa i ta szafa tez jest juz dla niego za mala;) tak wiec czas najwyzszy zajac sie nasza szafa, dla mnie i lubego. szafa idealna… bo marzy mi sie szafa z polkami o szerokosci m.in 35-40 cm (na t-shirty, podkoszulki, cienkie bluzki, ktore jak sie zlozy w kostke zajmuja malo miejsca) i 25 cm na buty. 

kolezanki – milosniczki ikei radza mi Paxa. majstrzy radza mi Paxa. a ja mam problem. bo w Paxie sa szafy o szerokosci 50 cm, 75 cm i 100 cm. i jak tu zrobic z tego szafy o szerokosci 40 cm? pomyslalam, ze jak kupimy szafe 75 cm, to ja moglabym podzielic jakas pionowa sciana na np. 40 i 35…. ale nie wiem czy tak sie da. musze spytac majstrow czy maja na to jakis pomysl. na dodatek sciana, na ktorej chce wbudowac te szafe ma dlugosc 344 cm. szkoda mi zostawic 44 cm wolnej sciany, a 50-tki tam nie wcisne;)

dlatego zaczelam rozgladac sie za ”szafami na rozmiar”. ale i tam widze gotowe ”bloki” o konkretnych szerokosciach i nie sa to szerokosci 35 cm… 

no wiec chodze, mierze, mysle, rysuje, licze i kombinuje. a zamiast tego powinnam zadzwonic do Macka i spytac sie czy mi podzieli Paxa;) 

rozne logiki

pisalismy razem z szefem projekt – on poprawial moja pierwsza wersje, a ja jego poprawki. nie raz nie zgadzam sie z jego logika, a on probuje mi wmawiac, ze to przez to, ze niderlandzki nie jest moim rodzimym jezykiem. owszem, nie lubie tego jezyka, ale go rozumiem;) i pierwszy raz wdalam sie z szefem w dosc krytyczna dyskusje….

bo szef mowi, ze ”bedziemy badac ilu osobom przeszkadza ich ”inkontynencja (= nietrzymanie stolca)”. ja zdanie zmienilam na ”bedziemy badac ile pacjentow jest inkontynentnych” i tlumacze szefowi, ze po pierwsze w naszych badaniach nie zadajemy pytan w stylu ”czy przeszkadza pani/panu panska inkontynencja”, tylko diagnozujemy te chorobe badamy jej przyczyny. a po drugie… nie wyobrazam sobie, zeby komus nie przeszkadzalo to, ze mu cos wypada do majtek… czy to male ilosci, czy duze, czy tylko gazy, musi to byc upierdliwe. na to szef: aaaa, no jak tak to rozumiesz, to masz racje. nie wiem, jak mozna to inaczej rozumiec, juz mi sie nie chcialo szefa pytac jak on to rozumie. 

byla to jednak droga przez meke. nie znosze pisac z szefem, bo ma pokretna logike i czasami tak pokretnie ”upraszcza” sprawy, ze az chce sie spytac co ma piernik do wiatraka. czesto w naszych badaniach piernik ma cos do wiatraka, ale trzeba ten link wytlumaczyc. a szef stawia na ”prostote”… i dlatego uzywajac mojego spolszczonego niderlandzkiego ja tlumacze holenderskim studentom co holenderski szef mial na mysli… 

ech, ciesze sie, ze mam 4 dni wakacji. jutro wyruszamy do Scheveningen. nad morze:)

natura w miescie:)

gdy ogrodu nie mialam, czesto slyszalam, ze by mi sie przydal ”dla dzieci”. ogrod mam, i owszem, dzieci od czasu do czasu zagraja w nim w pilke, ale prawda jest taka, ze ten ogrod to jednak dla mnie: codziennie sie zachwycam fauna i flora, jaka mnie ten ogrodek zaskakuje i zachwyca.

pisalam juz chyba, ze poprzednia wlascicielka domu tak zaplanowala roslinnosc, ze zawsze cos kwitnie. i tak na codzien patrze sobie z kuchni na jakies zoltciotenkie kwiatki na krzewach rozsnacych wzdluz plotu. a plot mam niczym u Kargula, tylko garnkow na nim brakuje:DDD trzeba go bedzie kiedys ulepszyc. przed krzewami cos zaczyna kwitnac, ale jeszcze nie wiem co – liscie jak u tulipanow, ale tulipany juz prawie przekwitaja. tulipany podziwiam w weekendy, bo wtedy jestem w poludnie w domu i widze, jak te kwiatki sie pieknie otwieraja w kierunku slonca; po poludniu powolutki skladaja platki, zamykaja kielichy, jakby wiedzialy, ze juz ciepla nie bedzie. ja jak te tulipany, jak tylko slonko wyjdzie, wyskakuje na chwilke z kawa, zeby sie wystawic do slonka. niestety, taki luksus tylko w weekendy.

ptaki okoliczne juz wiedza, ze u nas jadlodajnia. bo jak juz chleb troche podeschnie albo dzieci wszystkiego nie zjedza, klade resztki pieczywa w ogrodzie. do tej pory przyuwazylam pare golebi, wroble, sroki, szpaki i gawrony. latwo je zauwazyc, bo 2/3 sciany od ogrodu jest oszklone. patrze na te ptaszki i nawet u nich widac roznice charakterow: sroka zlapie i ucieknie, jak zlodziejka;) wrobelki beztrosko podskakuja i czestuja sie na podworku, szpaki za to sa mniej ufne, ciagle popatruja w drzwi od kuchni, czy sie nie zblizam – jeden gwaltowny ruch i uciekaja. golebie to aroganciki – chodza po ogrodzie, jak u siebie… czy jedza, czy nie, spaceruja sobie. gawrony mnie zachwycaja swoja czernia: jak czarne charaktery pojawiaja sie i znikaja.

wroble przychodza tez na piaskowe kapiele:D pod sciana, pod balkonem jest mala dziura, w ktorje lezy piasek – tuz pod domem, tak, ze latwo je obserwowac: wpadaja do dziury i kreca kuperkami, skrzydelkami i kapia sie. za to jeden kos przylatywal zbierac materialy na gniazdko: przez kilka dni, co rano, kiedy robilam sniadanie dzieciom, on przylatywal i zbieral w dziubek drobne galazki, puszek z krzewow. 

i zabka tez juz kilka razy przekicala po krzakach:)

i tak to prawie ze w centrum miasta mam taka przyrode. zielen, cisze przerywana cwiekaniem ptakow. 

kiedy mieskzalismy w starym mieszkaniu myslalam, ze przeprowadzka bedzie dla mnie bolesna – bo przeciez z tamtym mieszkaniem laczylo nas tyle przezyc: slub, narodziny dzieci, obrony doktoratow… a jednak nie: bardzo rzadko wspominam tamto mieszkanie, a tu, w tym naszym nowym domu, czuje sie, jakbym od zawsze mieszkala. choc jeszcze jest troche rzeczy do urzadzenia….

wakacje majowe w kwietniu

od poniedzialku dzieci zaczynaja tygodniowe wakacje, tzw. wakacje majowe… ktore juz od trzech lat wypadaja w kwietniu. a to mnie wnerwia, bo w maju byloby cieplej. zarezerwowalam dwa noclegi w Scheveningen, nadmorskiej dzielnicy Hagi, zeby sie troche odprezyc. ale jak pomysle o tym wietrze i zimnie, jakie jeszcze u nas panuje, to troche zaluje – trzeba bylo albo zostac w domu albo jechac do cieplych krajow. na cieple kraje jednak za krotko, bo calego tygodnia wolnego nie moge sobie wziac… ale juz na wakacje jesienne mysle nad czyms cieplym. 

oj te swinie…

Blondi od kilku dni czasami dziwnie popiskiwala. ale jako ze sama od piatku walcze z grypa, nie zbyt uwaznie jej sie przygladalam. wczoraj zauwazylam, ze jej krew z ”pupy” wychodzi – skad dokladnie nie wiedzialam, bo futerko miala ubrudzone… pomyslalam, ze moze okres ma, ale nie, dzis przeczytalam, ze swinki nie maja okresu… a krew leci i to bardziej. przyuwazylam, ze ile razy swinka pojdzie w kacik do ”wc”, tyle razy piszczy. zadzwonilam do znajomego weterynarza, Polaka, ma sie rozumiec, ktory orzekl zapalenie pecherza badz cewki moczowej. chcial jechac do lecznicy po antybiotyk, ale mnie olsnilo, ze przewczoraj wyrzucilam do smieci antybiotyk, ktory Blodni w styczniu na zapalenie oskrzeli dostawala. na szczescie luby smieci nie wyniosl! przynioslam je i zaczelam grzebac;) i gdzies polowie, miedzy skorupkami jaj i innymi lepkimi ustrojstwami znalazlam: strzykawke, butelke i nawet papierowe opakowanie. strzykawke zdezynfekowalam, butelke z antybiotykiem porzadnie wypucowalam, z opakowania tylko dawke przeczytalam i wywalilam i zawalaczylam z Blodni – bo ta oczywiscie zadnego antybiotyku jesc nie bedzie;)

jakbym wiedziala, ze tyle cyrkow z tymi swiniami bedzie, w zyciu bym ich nie kupila. i nikomu nie polecam… choc te nasze swinki… kocham strasznie:DDD