jeszcze zdaze

zdaze jeszcze zlozyc Wam zyczenia:) 

 

Zdrowych, blogoslawionych i radosnych Swiat Wielkanocnych! 

 

 

 

kartki w tym roku zadnej nie wyslalam – leza w szufladzie, kupione, niewypisane. nie wyrobilam sie. po raz pierwszy w zyciu. i mam nadzieje, ze ostatni;) dlatego przepraszam tych, ktorzy jak zwykle o mnie pamietali, a o ktorych ja tez pamietalam, ale ktorym zyczen droga pocztowa nie wyslalam.

sesja druga

przebieglam sie po domu aparatem, bo jak juz dokumentowac, to na calego. o to wyniki mojego biegu:

 1. Oto luk, jeden z bardzo niewielu elementow, ktore zdecydowalismy sie zachowac. ba, zawalczyc o niego. 

bo nie bylo osoby, ktora by pod czas remontu nie spytala: a ten luk to tez do zbicia?

NIE – twardo z luby obstawalismy za lukiem. i zostal. 

 

 

a taki mam widok z kuchni: ogrod, w ciagu dnia pelen slonca, bo skierowany na poludniowy wschod. tak wyglada kolo 20.00.

musze przyznac, ze piekny mi ogrod zostawila poprzednia wlascicielka: juz od konca lutego zawsze cos w nim kwitnie:

a to przebisniegi, pozniej krokusy, teraz chiacynty, tulipany i… nie wiem, co to za krzew, ten zolty, ktory widac na zdjeciu.

z tylu, u sasiadow magnolia: piekna, duza, okazala. 

 

a taki widok, na niebo, korony drzew i dwa wiezowce ma Bizon, gdy lezy w swoim pilkarskim lozku:) krolestwo Bizona znajduje sie na drugim pietrze. gdy wyjrzy przez okno, widzi rzad ogrodow: nasz i po bokach sasiadow.

 

jak juz sie wczlapalam na gore, to pokaze Wam moj fitness, ktory dopiero powoli urzadzam. fitness znajduje sie w prawym skrzydle strychu.

do rowerku dojdzie bieznia (dla mnie) i rowing (=kajak???) dla lubego.

 

tu stanie moje biurko do pracy. na razie stoi balagan i polki, ktorych miejscem docelowym jest piwnica.

 

a w lewym skrzydle strychu mamy legoland. dzis wyjatkowo ”schludny”:D

 

schodami ide w dol: mijam pierwsze pietro, sypialnie nasza, Szkraba i goscinna, lazienke i pralnie i schodze na sam dol, 

do wc, gdzie czeka na mnie… wspomnienie z Wenecji:

 

 

biegi koncze w wypoczynkowym, gdzie czeka na mnie kochana Blondi:

 

Na koniec dodam jeszcze, ze nasz dom pprzypomina architektura domy z lat 20-30-tych. czerwona cegla, duze okna, wysokie sufity. dlatego zdziwilam sie bardzo, gdy w dokumentach wyczytalam, ze dom wybudowano w latach 50-tych, kiedy to juz styl sie zmienil i zaczeto budowac domki ”kwadraciki”, ktore generalnie nam sie z lubym nie bardzo podobaja: za niskie, za kwadratowe, bez klimatu, bez fantazji. a nasz dom jest inny;) doweidzialam sie przzypadkiem od sasiada: plany naszego domu i innych domow na naszej ulicy zostaly wykonane tuz przed wybuchem II wojny swiatowej. domu przed wojna nie zdazono wybudowac, ale plany zachowano i wykorzystano w latach 50-tych. i tym oto sposobem mamy dom w klimacie lat 30-tych, za to 20 lat mlodszy:)

zaczne od wejscia:)

Krysiu, na Twoje zyczenie; zaczynam od przedpokoju i ganka:

Pojechalismy tylko po kafelki na podloge, ale Szkrab wypatrzyl takie kafelki na sciane w ganku; pan majster musi jeszce fugi mi ladnie pouzupelniac, bo mnie rowki wnerwiaja;)

A to te moje wymarzone kafelki:) kosztowaly nas troche nerwow, bo ich kladzenie poszlo inaczej niz mialo byc, ale w koncu sa;) jako ze zdjecia robilam o 22.00, przy swietle lampy, kafelki sa bardziej kremowe i mniej czarne niz w swietle dziennym. uwielbiam na nie patrzyc:DDD 

a sciana jest, az trudno w to uwierzyc, gdy patrze na zdjecia, rozowo-metalowa. 

 

znalazlam!

nasze laptopy:) ktos, i z pewnoscia nie ja i nie luby, ukryl je na samej gorze jednej z szaf… mysle, ze tesc, bo tam prosilam, zeby postawil tymczasowo drukarke. drukarke juz dawno temu przenieslismy na  ”swoje” miesjce, a laptopy… utknely pod workiem z letnimi ubraniami. i tak mnie jakos od kilku dni cos kusilo, zeby zajrzec pod ten worek, ale nie chcialo mi sie isc na dol po taboret. dzis jednak zmobilizowalam sie i rzeczucie mnie nie pomylilo.

cieszy mnie to, bo koncu bede mogla spokojnie robote podgonic wieczorem;) i jakis nowych przepisow poszukac na wielkanoc, i… diet;) bo jako ze ostatnio nie docieram na fitnes, boczki mi sie rozrosly. wypowiadam im walke! 

maz bujajacy w oblokach…

wczoraj luby mial ‚wazny dzien’. wieczorem, przed tym ‚waznym dniem’mowie mu, ze wypadaloby sie uroczyscie ubrac. no tak, ciezko wzdycha luby, bo garnitury, marynarki i buty pasujace do nich to nie sa przyjaciele lubego. rano luby znalazl jakims cudem i koszule, i marynarke, i spodnie pasujace do tejze marynarki, i nawet, ku mojemu zdziwieniu, buty ‚garniturowe’! tak, zdziwilam sie bardzo, bo normalnie luby nie umie znalezc rzeczy, ktorych na codzien nie nosi. a tu tak sie szybko zebral, wyprasowal… dojechalismy do szpitala, kazde z nas poszlo do swojego biura, po chwili telefon… luby dzwoni, zeby mnie poinformowac, ze gdzies podeszwe zgubil!!! 

i taki to jest wlasnie luby. jak mozna nie zalozyc buta i nie zauwazyc, ze sie rozkleil. i zgubic podeszwe!!!

dobrze, ze wazny moment byl po poludniu, to jeszcze luby zdazyl skoczyc do miasta kupic nowe buty garniturowe. 

na nowym

jest nam tu dobrze. z remontu jestem zadowolona tak w 90% – sa rzeczy do poprawki i jeszcze do wykonczenia, np. listwy scienne w przedpokoju. ale to ma poczekac, bo musze zregenerowac sily i zdrowie. bo po remoncie i przeprowadzce zaczelo mnie lapac wszystko, i grypa, i zatoki, i gardlo, i opryszczka. ale to nic. zregeneruje sily i pozwole ekipie znow wkroczyc do akcji. ekipa chyba sie zdziwila, bo kiedy z taka niesmialoscia wspomnieli o wakacjach, ja bardzo ochoczo sie na nie zgodzilam – byle miec pusty dom. bo dom pelen ludzi nadwyreza nie tylko ma psychike, ale i Szkraba, dla ktorego przeprowadzka i wciaz krecacy sie ludzie po naszym domu bylo bardzo wnerwiajace. ale Szkrab juz sie uspokaja, normalnieje. Co prawda od pn pojdzie do nowej szkoly, wiec znow bedzie nerwowo, ale jakos i to przzyjemy.

Mamy milych sasiadow, jedni juz w dniu przeprowadzki przyniesli kwiaty, inni wino. Raz spotkalismy sie na kawie i ciescie, milo pogadalismy i od tego czasu w ogole sie nie widujemy. i tak wlasnie lubie;)

Jedyne czego mi brakuje to fitnessclubu w okolicy. Do starego za daleko na pedalowanie na rowerze, wiec wbrew swojej sportowej filozofii, ze do fitness clubu nie jezdzi sie samochodem, jednak chyba w sobote pojade samochodem, a nie rowerem, jak to dotychczas robilam.

Wiele jeszcze musimy do naszego nowego domu dokupic, bo jednak dom jest duzo wiekszy niz poprzednie mieszkanie…. Ale powolutku wszystko sobie skompletujemy.

Oby do wiosny. Bo ostatnie trzy dni nic tylko leje….

nie 13-sty, ale prawie feralny…

dzis zaczal nam sie przebojowo. ekipa budowlana jeszcze sie nie wyrobila, co bylo do przewidzenia  – maja kilkudniowy poslizg – wybaczam im, bo pracuja swietnie. ale dzis przyjechali Niemcy instalowac kuchnie. wczoraj pol dnia sprzatalismy z lubym dol, zeby Niemcy mogli wkroczyc. i co? po 15 minutach Niemcy, a wlasciwie jeden, jakis choleryk, powiedzial, ze on w takich warunkach pracowac nie bedzie i ze on wraca do Niemiec. w takich warunkach, tzn. jakich??? ze kreca sie tu ludzie (nie gryza, nie klna, nie krzycza… bardzo spokojnych mam panow pracownikow), maluja (nie w kuchni!!!), ze jakies manele porozstawiane (manele = sprzet naszych polskich pracownikow, nie w kuchni, ale w pokoju wypoczynkowym, gdzie kuchni nie mieli instalowac…). najlepsze jest to, ze dopiero w drodze zadzownili do lubego, ktory wyszedl z zalozenia, ze na dzien dobry nie musi tam byc. a ja bylam w pracy… i cale szczescie nie przeczytalam wiadomosci od Macka, ktora brzmiala ”kuchni dzis nie bedzie; Niemcy wracaja do domu”. dopiero pozniej, jak luby zadzwonil, dowiedzialam sie o akcji ”zawroc Niemca”;) bo luby zadzwonil do szefa firmy i panu Niemcowi-cholerykowi kazano wrocic. jak wrocil to luby z tesciem juz czekali. tesciu cynicznie dopiekl panu, no i pan troszke spokornial. 

ja za to  miedzy czasie kazalam skuc jedna sciane kafelkow w lazience, bo jednak logika Macka nie pokryla sie moim gustem i fuga szla w bardzo dziwnym miejscu. Maciek szczesliwy nie mial, bo juz mial dzis lazienke skonczyc. ja tez nie bylam, bo przeciez jutro sie wprowadzamy! ale przeciez na ta lazienke bede patrzec codziennie przez najblizsze conajmniej 10 lat.

do tego nagle Niemcy poinformowali nas, ze jutro musimy im gotowka zaplacic!!! eeee?????? mamy XXI wiek, jaka gotowka??? my nawet takiej kwoty na raz z bankomatu wyjac nie mozemy! znow luby zadzownil do szefa – zgodzil sie na przelew…

Szkrab najwyrazniej przezywa przeprowadzke i dal glos… Bizonowi za to humor dopisuje: ”mamo cos sie zle czuje” – mowi i lapie sie teatralnie za brzuch, a oczka sie smieja:DDD bo wie, ze nie dam sie nabrac;)

ostatnia noc w naszym mieszkaniu…. ciagle to jeszcze do mnie nie dociera… 

prymitywne odruchy

wczoraj zmienialam pas uliczny i kiedy bylam w polowie samochodu po prawej stronie, ten nagle tez chcial wjechac na moj pas… pan najwyrazniej nie uzyl lusterka bocznego. dalam wiec gazu, zeby mnie nie huknal i udalo sie. co na to pan? zatrabil i palec srodkowy mi pokazal! to ja jemu tez!

i kurcze, glupio mi! ja, 40-latka, dac sie sprowokowac malolatowi… no ale tak wlasnie sie czasami funkcjonuje: odruch, impuls, bez pomyslunku. a do tego mialam jeszcze ochote zafundowac mu rozrywke z Jasia Fasoli: stac tak dlugo na zielonym swietle, az zrobi sie pomaranczowe i w ostatniej chwili przejechac, a jego zostawic;) ale sie zromilam w duchu – nie jestem burakiem;) 

jechalam odebrac Bizona z proby orkiestry smyczkowej. proby te obywaja sie w domu starcow, na peryferiach naszego miasta. i przyznam, ze choc dom starcow wyglada jak hotel wielogwiazdkowy, atmosfera jest w nim przygnebiajaca. weszlam i prawe czulam sie winna, ze jestem jeszcze mloda, sprawna, samodzielna, ze moge sama wejsc, wyjsc… nie umiem zwerbalizowac swoich odczuc, ale co mnie m.in. uderzylo to zero usmiechu, ci ludzie snuja sie ze swoimi balkonikami, patrza pusto przed siebie… z zewnatrz ladna otoczka: schludni, zadbane fryzurki, bizuteria… i co z tego jak radosci tam nie czuc.

powiedzialam o tym lubemu, on ma podobne spostrzezenia. i dlatego obiecalam lubemu, ze jesli jego rodzice beda potrzebowali opieki, jesli tylko ja bede zdrowa, a tesciowie nie zdemencieja tak, ze nam gaz beda odkrecac, moga u nas mieszkac. nie chce umieszczac nikogo z naszej rodziny w takim miejscu. bo waruki tam sa idealne, ale co z tego, kiedy wdycha sie tam przygnebienie? tesc potrafi byc upierdliwy, ale nie wyobrazam jego sobie wsrod tych ludzi, ktorych wczoraj widzialam. 

moi rodzice w zyciu by do Holandii na stale nie przyjechali – mam nadzieje, ze nie skoncza w takim wlasnie domu, bo bedzie to moj wielki wyrzut sumienia. i choc nie chcialabym byc ciezarem dla moich dzieci, sama tez nie marze o starosci w domu starcow – nawet takim luksusowym.