zosia samosia!

przeprowadzka zbliza sie wielkimi krokami. wiec pakuje, sprzatam, segreguje, znow sprzatam… tesciowa miala ochote jutro przyjechac, zeby mi pomoc. ale w czym??? mysle sobie??? ja mam jutro urwanie glowy, kupe jezdzenia, m.in zawiezc i odebrac Bizona na probe orkiestry, Szkraba na religie, zawiezc ubrania do sklepu z uzywana odzieza, bo w tygodniu uzbieralo mi sie kilka toreb, wywiezc szklo, ugotowac obiad dla 9-chlopa, bo jutro oficjalnie wiekszosc brygady konczy prace i chce im na pozegnania taki wlasnie obiad zrobic… po co mi tesciowa? dzieci mi nie porozwozi, bo nie wie gdzie, pakowac mnie nie bedzie, bo ja pakujac nadal robie selekcje, wiem, co wyrzuce, co oddam, co do ktorego pudla ma isc… jedyna pomoc, to gdyby mi tak ktos wiecej energii dal, bo cos kiepska jestem ostatnio… 

we wtorek mi sie tesciowa przyda – jak juz wszystko wyjedzie, bo trzeba bedzie posprzatac nasze mieszkanie, a ja sie nie rozdwoje – nie moge byc i tu, w obecnym mieszkaniu, i tam, rozpakowywac pudel. ale to dopiero we wtorek. to kazala powtorzyc lubemu, do ktorego dzwonila tesciowa. a luby mi tlumaczy, ze przeciez jego mama chcialaby tu po prostu byc. o ludzie swiata, to niech sobie bedzie, tylko, ze szybko jej sie znudzi, bo mnie nie bedzie;) a luby z tesciem jutro podlogi klada, wiec tez ich nie bedzie. no, w koncu tesciowa orzekla, ze nie przyjedzie.

otwieram przed chwila emaila: szwagierka pyta czy ma przyjechac w srode nam pomoc. ale po co? ja w srode bede caly dzien w pracy.. przeprowadzka jest we wtorek, ale i wtedy, jak juz tesciowa przyjedzie posprzatac, to szwagierka mi tylko bedzie przeszkadzac, bo przeciez nie potrzebuje jej towarzystwa przy rozpakowywaniu pudel, a jednoczenie nie chce mi sie dyrygowac, gdzie co ma byc, to dla mnie to bardziej meczace niz samej sobie wszystko poukladac, tam gdzie mi sie to wydaje sluszne… 

tyle o pomocy. jak jej potrzebuje, to wolam. a jak nie wolam, to znaczy, ze ja sama!

moja mama? glupia baba?;)

lezymy sobie ze Szkrabem wieczorem i jak zwykle przed jego snem pogadujemy troche ”glebiej”. dzis bylo o lubieniu i nielubieniu, bo Szkrab doszedl do wniosku, ze na pewna osobe to stara sie nawet nie patrzec, bo ta osoba ma taka buzie jakby ciagle byla zla i juz za to jak ona patrzy Szkrab jej nie lubi. powiedzial to jakby z wyrzutem sumienia… a ja mu tlumacze, ze to norma, ze kogos sie nie lubi, ze nas pewnie tez jakies osoby nie lubia i trzeba sie z tym pogodzic, ale najwazniejsze, zeby nawet tym sobom, ktorych nie lubimy nie sprawiac przykrosci, ze lepiej rzeczywiscie na nie nie patrzec, zeby nas nie denerwowaly, lepiej je omijac, niz sie z nimi wdawac w sprzeczki, ale jednoczesnie nie wolno ich obrazac, obmawic, nie robic im na zlosc. Szkrab sie dziwi: naprawde myslisz, ze ktos nas nie lubi??? tak, odpowiadam, jestem pewna, ze w szpitalu a osoby, ktore jak mnie widza, mysla ‚o, idzie ta glupia baba” – tak mi sie chlapnelo… Szkrab zaniemowil. A po chwili dopytuje: ”ale to o TOBIE tak mysla????” – zapytal z takim niedowierzeniem, ze az mi sie smiac zachcialo. tak, Szkrabusiu, pewnie tak – i na ogol jest tak, ze jak nas ktos irytuje, to i ta osoba do nas sympatia nie pala… tak juz jest. Szkrabowi jednak w glowie nie moglo sie pomiescic, ze ktos moglby nie lubic jego mamy i myslec o niej jak o glupiej babie;)

prostolinijnosc dzieci

dzis kolega Jan opowiedzial mi o swojej 4-letniej wnuczce, ktora ma holenerskiego dziadka zwanego opa (jest nim Jan) i dziadka zagranicznego, ktorego zwa ”nono”. Corka Jana zadzwonila rano do szkoly, w obecnosci swojej corki, czyli wnuczki Jana, ze po dziecko do szkoly przyjdzie opa. Miala na mysli wloskiego dziadka, czyli nono, ale rozmawiajac z nauczycielka uzyla niderlandzkiego slowa. dziecko uslyszalo opa i bylo przekonane, ze przyjdzie po nie… holenderski dziadek! 

po szkole dziecko nie widzi opa, tylko nono i mowi do nauczycielki: to nie jest moj opa!!! do tego wloski opa, czy raczej nono, ponoc bardzo oryginalnie sie nosi, wiec nauczycielka zwatplila i zadzwonila do corki Jana, ze jakis pan podaje sie za dziadka jej coreczki, ale ze dziecko twierdzi, ze to nie jest jej dziadek. no nie, bo to byl nono:D

pakowanie

powoli zaczynamy pakowanie. wczoraj z lubym spakowalismy zastawe ”goscinna”, obrazy, swieczniki i fotografie, dzis z Bizonem prawie caly jego pokoj. przy okazji przejrzelismy rzeczy i spakowalismy trzy worki smieci… starych zeszytow, lamoglowek, zepsutych zabawek. i torbe ubran do oddania i ksiazek w bdb stanie, z ktorych dzieci juz ”wyrosly” – tez do oddania. Bizon rozstal sie z wszystkim bez zalu. cale szczescie Szkrab w tym czasie pomagal lubemu naprawiac swoje lozko (bo jakis czas temu tak skoczyl, ze czesc lozka odpadla…), bo jak wkroczyl na sam koniec i zaczal po workach ze smieciami buszowac, to zaczal wyciagac zabawki twierdzac, ze mimo ze zepsute, to on sie nimi bedzie bawil. i ja, i Bizon sie sprzeciwilismy, Szkrab sie poawanturowal i zapowiedzial, ze z jego pokoju NiC nie wyrzucimy! 

i znow wychodza rozne charaktery naszych dzieci… Bizon konkretny facet – bez sentymentow. Szkrab emocjonalny, przywiazany do klockow duplo, za zadne skarby nie chce sie z nimi rozstac, mimo ze tyle ma klockow lego, ze duplo mogloby juz powedrowac do mlodszego pokolenia. tak wiec jutro czeka mnie ciezka przeprawa ze Szkrabem…

dzis uzmyslowilam sobie, ze luby i ja zostaniemy bez szafy. bo nasza szafa jest zbudowana na konkretny wymiar, jest prawie ze wbudowana w sciane, drzwi na szynach sa za waskie do naszej nowej sypialni… bedzie bieda, bo na nowa szafe, o ktorej marze, na zamowienie, od podlogi do sufity, bede musiala troche poczekac… dlatego wpadlam na pomysl, ze na razie kupie tylko palak na wieszaki i kilka szafek ikeowskich, ktore w przyszlosci pojda do piwnicy, gzie sobie szykuje spizarke, a na dzien dobry beda dla nas polkami na ubrania. dobrze, ze chlopcy maja ”normalne” szafy, ktore mozemy wziac. 

zamowilam wiec w ikei tez szafki, a przy okazji ”owcza” skore dla Szkraba, bo strasznie o niej marzy;) 

szef nie wierzy, ze panowie w dwa dni zrobia nam pokoj na strychu (=rozbuduja nam dach i wstawia nowe okno). az mnie korci, zeby mu wyslac zdjecie;) bo zrobili. Maciek mowi dzis do mnie: jak wczoraj wieczorem siadlem w fotelu, tak dzis sie w nim obudzilem. wierze, ze taka praca moze wymeczyc.  

________________

Bizon dalej chce walczyc o nieobgryzanie paznokci. niestety, paznokcie znikaja, choc Bizon twierdzi, ze ”tylko troszke” obgryza. podejrzewam, ze obgryza je zupelnie nieswiadomie, bo nic nie urosly, ani troszke. spytalam, czy chcialby gorzki lakier, ktorego smak uswiadmialby mu, ze wsadza palce do buzi. Bizonowi bardzo sie ten pomysl spodobal, wiec dzis kupilam mu te lakier, pomalowalam resztki paznokci i zapomnialam o sprawie. nagle Bizon jeczy, krzywi sie, bo wsadzil palce do buzi;) usmialismy sie obydwoje. mam nadzieje, ze lakier mu pomoze w walce z nalogiem:)

ostatni tydzien

to bedzie ostatni tydzien w naszym mieszkaniu. 31-go przeprowadzka. z jednej strony wielka radosc, ze w koncu wprowadzimy sie do naszego domu, ktory od podszewki sobie wyremontowalismy, wg naszego uznania a nie holenderskich standardow, a z drugiej strony, jak pomysle, ze juz nigdy naszego obecnego mieszkania nie zobaczymy, jakis sentyment lapie mnie za gardlo i oczy sie szkla. prawie 13 lat przezylismy w obecnym mieszkaniu i jestesmy do niego przywiazani. na szczescie nasz nowy tak cieszy oko, ze przyglusza sentymentalny zal.

 

elektryka zrobiona, centralne tez, dom mamy ocieplony z kazdej strony, od podlogi do strychu, nowe okna wstawione, dach rozbudowany,  sciany juz prawie wszedzie wygladzone, schna i czekaja na malowanie, podlogi w drodze, kafelki tez juz czekaja… a za tydzien kuchnia przyjedzie. sporo czasu, energii i nerwow kosztowalo nas, zeby wszystko zorganizowac, ale oplacalo sie:)

 

pospalismy;)

luby jest budzikowym i tylko, gdy ja mam zamiar wczesniej niz zwykle zaczac prace przestawiam budzik na moje potrzeby. ale wczoraj budzikowy zapomnial o swej funkcji… rano wiec slysze malego sasiada awanturujacego sie na dole, otwieram jedno oko i cos mi nie pasuje: szaro. otwieram drugie oko i juz wiem: 8.11. wyskoczylam z lozka, luby tez, ja pod prysznic, on do kuchni: jak wyszlam spod prysznica dzieci juz byly ubrane, luby przygotowal wikt do szkoly, ja dalam dzieciom po biszkopcie na sniadanie i… dzieci o 8.30 stawily sie pod szkola:) ja do pracy wkroczylam 15 min pozniej. a efekty wyspania sie o ponad godzine dluzej czuje do tej pory.

w pracy skupienie na maxa:) tak bardzo, ze jak wyszlam do toalety, zamknelam kolege na klucz w naszym biurze;) ucieszyl sie, ze nie mam problemow z prostata i tak szybko wrocilam:)

dzis o Macku II

pierwszym, oficjalnym szefem budowy jest Maciek I. a drugim Maciek, ktorego zwiemy II. bardzo konkretny, zorganizowany typ: malo mowi, ale na temat. troche mrukowaty – moj typ:) i kocha halogeny. i choc mi tak wprost tych halogenow nie narzucal, to widzialam, ze zal mu bylo, ze ich nie chcialam. w zeszlym tygodniu dowiedzialam sie dlaczego: bo on lubi sie wyzyc artystycznie:D wyszlo szydlo z worka, gdy mu pokazalam, jakie kafelki chce w przedpokoju: oczy mu sie zaswiecily! a ja sie martwilam, ze bedzie marudzil, ze tyle ”zabawy”. bardzo sie ucieszyl i zapalil do roboty. w sobote siedlismy i jeszcze dopracowalismy kafelki w lazience – lekcja na przyszlosc: lazienke projektowac nie z projektantka wnetrz, co projekty wrzuca w komputer, tylko z tym, co je bedzie kladl. bo facet, ktory ma doswiadczenie w praktyce, lepiej wie jak te kafelki rozplanowac, jak je rozlozyc na danej przestrzeni. Maciek II rzucil raz okiem na te nie do konca dopracowane projekty pani projektantki, pozniej na moje rysunki i mowi: to wyglada ladnie na papierze, ale popatrz tu: i przyklada mi kafelki, i juz wiem, w czym rzecz… zanim zaczelam sie martwic jak rozwiazac problem, a Maciek II mowi, ze trzeba albo tak, albo tak, albo jeszcze tak, zalezy co mi sie podoba. wybralam jedna opcje i juz, lazienka omowiona. 

Do toalety kupilam sobie dwa kafelki ”zdjecia” z Wenecja. kafelki te maja inny rozmiar niz kafelki, ktore pojda na tlo. Myslalam, ze Maciek bedzie sie krzywil, ze to trzeba taki sam rozmiar kupowac, ze teraz bedzie mial ciecia… a on znow ucieszyl sie, ze w koncu jakies oryginalne kafelki, bo tu, w Holandii ciagle tylko te szare kladzie; to i ja sie ucieszylam. obiecalam mu, ze za rok na balkonie mi jeszcze jakies ladne kafle polozy:)

przyznam, ze po doswiadczeniach moich rodzicow z panami co to co drugie slowo na k, co wiecznie przychodzili spoznieni, albo wczesniej wychodzili, zostawiali po sobie jeden wielki balagan, jestem pod wielkim wrazeniem brygady moich dwoch Mackow: zwolali sobie chlopakow z rzeszowskiego (!!!), bardzo uprzejmych i… czystych. kiedy wpadamy wieczorem na ogledziny wszystko jest pozamiatane, sprzet poodkladany na bok, mozna spokojnie przejsc i popodziwiac postepy danego dnia. a postepy sa. olbrzymie. wszystko dokumentuje:) 

zawsze zarzekalam sie, ze nie chce budowac domu, bo nie wierzylam, ze sobie z tym moge poradzic. z ta ekipa moglabym dom budowac. 

 

mentalnosc pracownika i Szkot w rodzinie;)

moj szef awansowal niedawno na szefem chirurgii dzieciecej, co wyciska z niego wiecej potu niz bycie ”tylko” chirurgiem – nie musi mi o tym mowic, widze, ze jest bardziej zakrecony i zmeczony niz zawsze. wiem, ze on sie na funkcje swietnie nadaje, ale wiem tez, ze zanim pociag wskoczy na dobre tory, to trzeba w to wlozyc pracy i energii. Dlatego nie zawracam gitary szefowi, robie co do mnie nalezy i tylko pojedynczymi zdaniami albo i polzdaniami sie porozumiewamy – po ponad dwoch latach znamy sie na tyle, ze wiemy, o co chodzi bez zbednych slow.

wczoraj szef wpadl na sekunde i mowi: ty lobuzie, przeciez wiesz, ze moja doba ma 24 godziny i nie zdaze przygotowac ”tego i owego” na piatkowy (dzisiejszy) deadline – rzucil to dosc lekkim tonem i pobiegl dalej. ok, rozumiem. w ogole nie poczulam sie tym ”lobuzem” dotknieta. szef pobiegl dalej, ja o sprawie zapomnialam. dzis rano wpada szef i… mnie przeprasza za wczoraj, tlumaczy, ze taki mial zakrecony dzien, ze ta nowa funkcja wiaze sie ze stresami – eeee… tlumaczyl mi sie! az sie dziwnie poczulam, bo ja nie potrzebuje glaskania w pracy. lubie konkretne komunikaty: nie zdaze i juz. a to, ze zostalam nazwana lobuzem… no coz, wiedzialam, ze szef zajety, a jednak wcisnelam mu zadanie;) bo taka juz jestem: nawet jak wyglada na to, ze sie nie da, to i tak probuje. no okazalo sie, ze jakas operacje szefa przejal kolega, a szef wywiazal sie z zadania, ktore mu wcisnelam, bo a noz sie uda;) i udalo sie. i to sie liczy. a przeprosiny szefa… no szczeka mi opadla;)

a wczoraj wieczorem dostalam od Macka zdjecie termometra, na ktorym bylo 37.7C z podpisem, ze nie wie, czy bedzie mogl dzis pracowac. na poczatku nie zajarzylam o co chodzi z tym termometrem, bo dla mnie temp. nizsza niz 38 C jest ok, i chyba zaden z Holendrow nie nazwalby tego goraczka. ale, nawet jakbym miala 40C nie przyszloby mi do glowy robic zdjecia termometrowi i wysylania go spracodawcy. glupio by mi bylo. albo jestem chora i informuje, ze nie przyjde, albo biore paracetamol i po prostu ide do pracy. tacy sa moi rodzice, moj szef, taki jest luby – cos w tym jest, ze swoj do swojego ciagnie;)

a teraz o Szkocie;) jest nim nasz Bizonek;) dostal od mojego brata banknot. Szkrab tez. kiedy skonczyly sie fajerwerki, Bizon prosi wujka: wujku, podjedz do sklepu dokupic fajerwerki. moj brat zartuje: daj kase to pojade. nie, Bizon nie da. Szkrab, ktory przysluchowal sie rozmwowie pobiegl do domu, przyniosl kase i mowi do wujka: ”prosze, wez moje”. ja sie nie zdziwilam, luby tez nie, za to mojemu bratu kopara opadla (i w nagrode zasponsorowal Szkrabowi pakiet fajerwerkow:D). 

Dzis Bizon poprosil, zebym mu zamowila ksiazke przez internet. Za ksiazke mi zaplacil, ale jeszcze byly kosty przesylki: 1.89. Pol zartem, pol serio mowie do Bizona, zeby mi jeszcze 2 euro doplacil za koszty przesylki. Bizon najpierw sie probowal migac, az w koncu sie poddal i zapalcil mi dokladnie 1.89!!! Ty Szkocie, mowie, matce zalujesz! A on sie smieje;) Tak, Bizon nad kazdym cencikiem sie zastanawia, zanim go wyda, ze to Szkrab… grosz sie go nie trzyma;)

urzednicza pomoc…

gdy bylismy w Polsce spacerowalismy po lesie i zauwazylam, ze stoi tam buda ogrodzona siatka, a wokol budy biegaja trzy mlode psy. wtedy jeszcze mrozow nie bylo, ale pomyslalam sobie, czy aby nie za zimno na pozostawienie psow tak samopas, z buda, ktora nie wiem czy bylam ocieplana czy nie… psy na wyglodzone nie wygladaly, wiec wrocilam do domu i prawie o nich zapomnialam. prawie, bo gdy przeczytalam o mrozach, ktore przyszly do Polski, to od razu pomyslalam o tych psach. Nawet jesli buda ocieplana, to przy -27C psy by nadal tam marzly. Napisalam wiec do jednego osrodka, dostalam odpowiedz, ze to nie ich teren, zebym napisala do powiatowego osrodka z naszego regionu. Napisalam, i znow pytania, znow odsylanie… a psy siedza i marzna. O ile jeszcze nie zamarzly. W kocu wkurzylam sie i napisalam co sadze o takim odsylaniu mnie od jednego urzednika do drugiego  – skoro ich praca jest zwalczanie krzywdy zwierzat, to powinni sie ze soba kontaktowac, jeden do drugiego zadzwonic. Ale im sie nie chce. Postraszylam pania z inspektoratu, ze zglosze sprawe do mediow i przesle im wszystkie e-maile, ktore wyslalam, lacznie z jej nazwiskiem – bo media sie tym z pewnoscia lepiej zajma niz urzednicy.

 

Nie wiem, jak ludzie moga spokojnie spac, jesc, funkcjonowac, jak mozna zyc w takiej znieczulicy. I dziwic sie, ze dzieci sa zakatowywane na smierc – w mediach ludzie sie dziwia, ze sasiedzi nie zglosili, ze dzieci placza. A oni albo tacy sami menele, albo zglaszaja, ale sa odsylani tak jak jak teraz, w sprawie psow.  

wymarzone;)

wlasnie rozrysowuje swoje wymarzone kafelki do ganku i przedpokoju. w koncu beda portugalskie, cos w tym stylu:

http://www.castelo.nl , seria couleur (bo te slimaki na pierwszej stronie w ogole mi sie nie widza;))

jako ze moim ulubionym kolorem jest granat, a za pastelami nie przepadam… bedzie granat. sciany biale, schody biale… chyba nie bedzie za ciemno…

 

Maciek II sie zalamie jak to zobaczy – bo jeszcze nie wie…