to byl dobry pomysl

ciesze, ze wrocilismy kilka dni wczesniej do domu, zeby w nim po prostu pobyc. dzieciom tez to wychodzi na dobre – juz dzis sobie zaprosili kolegow i fajnie spedzili czas. my z kolei powoli odhaczamy formalnosci, ktorych lista byla dluga i w ciagu dwoch dni prawie sie skurczyla. 

dzis mroznie, ale slonecznie – taka pogode uwielbiam. w taka pogode fruwam po domu, latam na rowerze i ciesze sie zyciem – zwlaszcza, gdy nic nie musze. no w sumie musze… jeszcze kilka drobiazgow do nowego domu zaplanowac, poobliczac, pomyslec, jakby co ustawic, wstawic, zmiescic… ale jutro tez moge;)

wpadlismy tez do ikei – nie lubie tego sklepu, ale mialam tam upatrzone kinkiety do lazienki, a przy okazji chlopcy sobie wyszukal nowe lampy do pokojow, to troche obciachowo, zeby nasz 10-latek mial nadal lampe samolocik;) jak Bizon nowa lampe, to i Szkrab, nie ma zmiluj sie. rzucilismy tez okiem na lozka dla Bizona, bo biedaczek spi w lozeczku, ktore kupilismy mu jak mial… 1.5 roku:DDD na dlugosc sie miesci, chudzinka jest, wiec lozko wytrzymuje, ale juz wypadalo mu kupic cos doroslejszego. wybral sobie lozko w ksztalcie… bramki do nogi. a niech mu bedzie… 

jutro przyjedzie szwagierka – pojdzie z chlopakami na lyzwy, a ja bede miala 3 godzinki swietego spokoju. tzn… na to licze;)

najlepszy numer z samochodem. kilka tygodni temu tesciu stuknal nam samochod i nietety, spore wgiecie w karoserii, a na dodatek w miejscu gdzie jest sensor cofania, wiec sensor wyje, jak sie tylko wsteczny wrzuci. luby zadzwonildo ubezpieczalni, a tam powiedziano mu, ze jesli samochod bezie naprawiony w Tilburgu (jakies 3 godziny drogi od nas – tam samochod kupilismy), to ubezpieczalnia pokryje koszty naprawy bez konsekwencji. ale jesli samochod naprawimy gdzie indziej, np. w naszym miescie, to tesciow ubezpieczenie wzrosnie… mowie do lubego: dzwon do ojca i spytac, czy pojedzie do Tilburga zawiezc i odebrac samochod (=czy chce zaoszczedzic na ubezpieczeniu), czy mamy samochod zawiesc do bliskiego mechanika. Tesc mial sobie sprawe przemyslec. I cisza… mysli juz caly dzien. No coz, nabroil, to niech placi. Troche dziwne, ze zawodowy kierowca i w bialy dzien, wycofujac swoje male autko, nie zauwazyl, ze nasz samochod z tylu stoi… 

a z Bizonem zawarlam umowe dotyczaca (nie)obgryzania paznokcji. bo Bizonowi marzy sie iPhone. kupie mu; pod warunkiem, ze nie bedzie obgryzal paznokci. dzis zrobilismy zdjecie jego paznokci i mamy porownac je ze zdjeciem, ktore zrobimy za tydzien. wiem, jakie to trudne, bo sama latami obgryzalam… teraz juz tylko skubie skorki;) pomysl zaczerpnelam od tesciowej, ktora 10-letniemu lubemu, ktory ssal kciuka, obiecala nowiusienkie lyzwy – luby kciuka przestal ssac, a ze Bizon ma silny charakter, wierze, ze i on z obgryzaniem paznokcie wygra. pytanie, na jak dlugo;) nalog to nalog…

 

Jeszcze trzy dni laby i kolowrotek znow sie zacznie…. ach… ale ja tak lubie;)

i juz w domu

jestesmy juz w Holandii. troche skrocilismy nasz pobyt w Polsce, bo… ja juz po scianach chodzilam;) im jestem starsza, tym gorzej znosze zycie stadne i wnerwia mnie kult jedzenia.

przyzwyczailam sie, ze jak ide do kogos na kawe, to bedzie kawa i moze jakies ciasteczko, czy pralinka i to wszystko. jak do mnie przychodza goscie na kawe, to tez, jest kawa i na ogol staram sie upiec domowe ciasto. a jak na obiad, to jest obiad i deser, ale nie otwieram restauracji z cala gama potraw. a moi rodzice tak nie potrafia. i ciagle zastanawiam sie, czy to roznica pokolen, czy roznica miedzy krajami? czy moje (i mlodsze) pokolenie Polakow tez zastawia stol jedzeniem tak, ze sie szklanka sie ledwo miesci? 

nie moge na ten kult jedzenia patrzec, bo mama, zamiast wypoczac, posiedziec z nami, pogadac, ciagle tylko w kuchni, widac, ze zmeczona, tato jej chce pomagac, a mama fuczy, bo ciagle nie po jej mysli, ja tylko kuchnie w przerwac miedzy gotowaniem sprzatalam… 

dostalismy pod choinke piekne prezenty, m.in. serie masazy u lokalnej masazystki. swietnie masuje, znow moge ruszac szyja – niesamowite, jak czlowiek potrafi oswoic bol: dopiero jak bol odszedl, zorientowalam sie, ze ja unikam ruchow szyja, zeby nie bolala… chcialabym znalezc tutaj tak dobra masazystke, zeby nie wlaczala zadnych ”energii”, cwiczenia oddechu i nie dorabiala filozofii do fizjologii, bo ja zbyt racjonalna jestem… do tej pory bylasm w Holandii u dwoch fizjoterapeutek od kregoslupa i i jedna, i druga, zaczynala od bzdetow typu, zeby mniej stresu, zeby sie wyciszyc, zeby nie gonic, zeby byc soba. a jak im mowilam, ze z natury jestem osoba goniaca i ze dzialalabym wbrew sobie wyciszajac sie, to slyszalam, ze tak mi sie tylko wydaje:DDD no, po takich ”diagnozach” zamiast profesjonalnego masazu zwiewalam gdzie pieprz rosnie. 

oprocz tego… dostalismy prezent ”dofinansowanie kafelkow” – czyli… beda kafelki marokanskie badz hiszpanskie w korytarzu – jeszcze nie zdecydowalismy sie, jakie.

od brata dostalam m.in. plyte Kongos –  cieszylam swe uszy w samochodzie podczas podrozy. przywiozlam stosik ksiazek, ale nie wiem, kiedy ja je przeczytam… zaczynam sie zamieniac kolekcjonera ksiazek: kupuje, wacham, ogladam, skanuje i…. odkladam na polke wciaz jeszcze wierzac, ze wkrotce przeczytam;)

ulga

dzis mama dostala wynik: nie ma raka. ulga.

wyszla tez ta sprzeczna natura mojej mamy: nie lamentowala, nie panikowala. bo umrzec kazdy musi, bo dzieci ma odchowane, bo wiele marzen juz spelnila. no ale problem miala inny: bo z tym naswietlaniem tyle zachodu, bo trzeba bedzie dojezdzac, a to tyle czasu kosztuje… nic nie mowilam, ale sobie myslalam: ja bym sie cieszyla, ze jest mozliwosc leczenia, bo jeszcze 20-30 lat temu takich mozliwosci jak dzis nie bylo. no ale taka jest wlasnie moja mama;)

 

a ja… juz tesknie za domem. jednak w swoich katach wypoczywam najlepiej. i dlatego tez juz od poczatku mowilam, ze wyjedziemy troche wczesniej – mam dobry pretekst: ktos musi dogladac remontu. no musi, musi.

wizyta

pojechalam po pracy do naszego ”nowego” domu. a tam… szkielet domu; dom jak po wojnie: poharatane mury, sufity, gole deski na podlodze, wszedzie gruz, pozbijane kafelki… tak mnie zatkalo, ze niby do Szkraba, alle bardziej do siebie powiedzialam: patrz Szkrabie, dom nam rozwalili! wiedzialam, ze tak bedzie, ale jednak nie bylam gotowa na taki widok;) poznalam brygade, jedni mili, inni mniej, ale to akurat najmniej wazne, grunt, zeby robota byla dobrze wykonana.

jeden z panow mowi: sasiadka sie na razie ciagle tylko usmiecha. drugi: zobaczymy jak dlugo;) my sasiadow uprzedzilismy i z gory za niedogodnosci przeprosilismy… a jak sie obraza… no trudno.

ze smutnych wiadomosci… u mamy podejrzewaja raka piersi. na razie nie dopuszczam tej mysli. byla biopsja, przed swietami, czyli lada dzien, ma byc wynik. od niego bedzie zalezec atmosfera swiateczna i co dalej. moja mama jest twarda osoba, nie lamentuje: co ma byc, to bedzie. ja tez tak mowie, ale ja pomysle, co by ewentualnie moglo byc, szkla mi sie oczy. 

robocza sobota

wczoraj dostalismy klucze do naszego nowego, choc starego domu. poznalismy u notariusza byla wlascicielke (bo wczesniej mielismy kontakt z jej dziecmi – nastarszy syn w wieku mojego taty). pani roczik 1927  – blyskotliwa, z poczuciem humoru i bardzo energiczna, tylko, ze niestety cialo jej odmawia posluszenstwa, wiosna zlamale reke, i od tej pory ma ja niewladna i dlatego musiala isc do domu starcow. przyznam, ze patrze na takie starsze osoby i mysle sobie, ze po pierwsze wzielabym do nas tesciowa, zeby z nami mieszkala, gdyby przyplataly sie taki fizyczne problemy, a po drugie, chcialabym bym byc tak psychicznie sprawna w wieku prawie 90-lat… 

podpisanie aktow notarialnych bylo dosc emocjonalne dla starszej pani, ktora w tym domu przezyla 66 lat, urodzila w nim dzieci, wlasciwie spedzila wiekszosc swojego zycia. 

a my dzis wkroczylismy zdzierac tapety, usuwac szafy wnekowe. luby i tesc usuneli tez sufity (plyty). w miedzyczasie kilka razy wysadzilismy korki;) bo jak sie sciaga tapety to sie nie patrzy gdzie sie chlapie – a jak sie zachlapie gniazdko elektryczne, to ciach, i swiatla nie ma;) 

jutro pojedziemy jeszcze posprzatac, bo resztki tapet leza na podlodze, ale juz dzis nie chcialo nam sie ich sprzatac. dzieci tez dzielnie pomagaly: Bizon ze Szwagierka usunal tapety w swoim pokoju i w naszej sypialni, Szkrab z tesciowa w swojej sypialni. ja sie zabralam za przedpokoj i schody  – tu tapety byly nawet na suficie:DDD

my kupilsmy plyn do usuwania tapet, ale tesciowie tez obiecali jakies pozostalosci po ich remoncie. okazalo sie jednak, ze tesc przez pomylke wzial ”fiksator”, a nie zmywacz. o czym nikt mnie nie poinformowal. kiedy skonczyl sie nasz plyn, wlalam sobie plyn o tesciow. moje szczescie, a pech lubego, ze ktos cos ode mnie chcial i luby sobie wzial pod moja nieuwage moje wiaderko i zabral sie do ”malowania” tapet, zeby je zmoczyc i sciagac.  po jakimss czasie luby pyta mnie, ile to trzeba czekac, zeby te tapety zaczely odlazic, bo jemu cos nie dziala;) patrze i mowie, ze chyba jakis dziwny klej pod tymi tapetami siedzi, bo mi schodzilo od razu. wszyscy siei zeszli, debatujemy, w koncu mowie, ze trzeba po prostu dolac tego plynu, bo moze stezenie jest za niskie. wzielam wiec opakowanie, patrze, a tam” fiksator do tapet”. ide z tym do lubego, a on sie lapie za glowe, ze zapomnial mi powiedziec, ze tesc nie zmywac, ale fiksator do tappet przywiozl… luby tapety idealnie zafiksowal. trzeba sie bylo porzadnie namordowac, zeby je zdrapac;)

w poniedzialek wkracza polska ekipa!

kafelkowy monthy python:)

wczoraj dostalam e-maila, ze jedne kafelki beda przywiezione dzis, drugie jutro. przeslalam to Mackowi, ktory jest w drodze do Wroclawia, do swoich tesciow, na ktorych adres kafelki mi Maciek kazal zamowic. 

dzis Maciek dzwoni i stremowany mowi: czipsie, podaj mi linka na kuriera od tych plytek… a co sie stalo, pytam. okazalo sie, ze tesciowa nie powiedziala tesciowi, ze kafelki maja przyjsc. kurier przywiozl kafelki, tesc spojrzal na moje imie i nazwisko i odmowil przyjecia przesylki. Maciek w adresie tesciowej nie podal mi jej imienia i nazwiska, wiec wpisalam moje. grunt, ze adres dobry. pech chcial, ze tesciowa Macka akurat gdzies poszla, gdy kafelki przyjechaly…

Maciek dodzwonil sie do kuriera i umowil, ze jutro kafelki jeszcze raz beda przywiezione. Oj wisze mu i jego tesciom jakies wino:)

Jako, ze nadszedl nieoczekiwany przyplyw gotowki, wybralam sie w tango, na zakupy swiateczne. Bratu, jak co roku, zaplanowalam kupic bluzo-sweter. Kupilam XL, jak kazal. Luby przymierza, w ramionach ledwo-ledwo… a moj brat bardziej barczysty niz luby… czyli XXL. poszukalam swetra na internecie i szczeka mi opadla… 40 euro tanszy!!! taki sam sweter. juz sie nie dziwie ludziom, ze ida do sklepu ciucha przymierzyc, a pozniej przez internet zamawiaja. to jest zdzierstwo. jutro nasz sklep dostanie swoj sweterek z poworotem i nie zarobi na mnie ani centa.

Dzieciom kupilam nowe bluzy, bo nagle, nie wiem kiedy, tak jakby w ciagu dnia, rekawy sie zrobily za krotkie, plecy gole wychodza… Bluzy na 134 sa juz na styk, wiec kupilam rozmiar… 146… trudno mi w to uwierzyc, ze tak juz urosli. Jeszcze spodnie dresowe musze dokupic, bo lydki wychodza. 

Bylam tez u fryzjera… pogapilam sie w lustro i walcze ze soba. wstrzykiwac kwas czy nie… ciagna mi sie pione bruzdy wokol nosa i strasznie, ale to strasznie ich nie lubie… mam jednak opory moralne. czy to w porzadku wydawac tyle kasy na upiekszanie starzejacej sie geby, kiedy ludzie z glodu umieraja? moje sumienie mowi mi, ze nie. 

 

 

 

rece opadaja…

jesli ktos kiedykolwiek bedzie pial nad holenderskim systemem edukacji, to niech sie w glowe puknie. 

jakis czas temu wszedl przepis, ze jesli jakis nauczyciel z grupy tzw. ”nauczycieli na zastepstwa” zostanie przez dana szkole 3 razy zatrudniony w ciagu roku szkolnego, to dyrektor jest zobowiazany zatrudnic go na stale. poniewaz nauczycieli na zastepstwa wielu nie ma, latwo dojsc do trzech razy, za to trudno kogos zatrudnic, jesli nie ma miejsca pracy.  

w taki to wlasnie sposob Bizon w tym roku szkolnym stracil jakies 5 dni, bo albo nauczyciel byl chory, albo teraz ma pogrzeb tescia, wiec do konca tygodnia pani nie bedzie. wczoraj wieczorem Bizon nas informuje: jutro mam wolne. zostalam z nim do 10.00, pozniej zostawilam go samego, o 14.00 Bizon poszedl sam do swietlicy – zadzwonilam, zeby sie upewnic, czy dotarl – dotarl. dzis po obiedzie Bizon mowi: mamo, nie bedziesz zadowolona z tego co ci powiem: jutro znow mam wolne… 

no szlag by to trafil!!! to juz nie chodzi o opieke, bo moglabym Bizona nawet zawiesc do tesciow, ale tu chodzi i nauke! w styczniu testy ogolnokrajowe, a oceny z dwoch ostatnich lat podstawowki brane sa pod uwage przy wybiorze szkoly sredniej. jak Bizon ma te testy dobrze rozwiazac, jesli w pierwszych trzech miesiacach poniedzialeki wtorek byly zmarnowane, bo byl nauczyciel, ktory sobie z klasa nie radzil i dzieci tak rozrabialy, ze Bizon sie skarzyl, ze nie moze sie skupic i cwiczen na czas skonczyc. pozniej przyszla nauczycielka na zastepstwo i po tych trzech razach zdecydowano przyjac ja, zamiast pana nauczyciela. ale w miedzyczasie byl mikolaj, nauczycielka srodowo-czwartkowa byla chora, teraz zajmuje sie organizowaniem pogrzebu…

ja rozumiem, ze ludzie choruja, ze maja pogrzeby w rodzinie, ale od tego jest dyrektor, zeby jakos te problemy z nieobecnymi nauczycielami rozwiazac, a nie informowac rodzicow, ze dzieci maja wolne. podzielic klase na pol, jedna polowe poslac do ”drugiej lokacji” (bo nasza szkola sklada sie z dwoch budynkow – tak jak klasy 1a, 1b), a druga polowe do klasy rok nizszej, zeby dzieci jednak przerabialy ten material, a nie siedzialy w domu przed playstation. albo niech sam dyrektor sie pofatyguje i lekcje przez jeden dzien poprowadzi. szkola sie nie zawali, jak jeden dzien dyrektor poswieci jednej klasie. albo, jak tak trudno z zastepstawi, niech sie ”zjednocza” z innymi szkolami i umowia, ze w razie problemu, moga porozsylac dzieci do innych szkol. albo w koncu niech zaczna protestowac! to mnie u Holendrow strasznie wkurza: biernosc. oni nie potrafia walczyc o swoje. ponarzekaja, ponarzekaja i nic nie zrobia. juz dawno szkoly powinny byly petycje napisac w sprawie zastepstw, pozbierac podpisy od rodzicow, wyslac do rzadu. bo jest to ustawa krzywdzaca cale szkolnictwo: i nauczycieli, ktorzy nie smia brac chorobowego, i uczniow, ktorzy traca lekcje. 

rozpisalam sie, bo dzis mnie nerw podwojny wzial. na szkole, ale i na swietlice. bo zadzwonil pan ze swietlicy, zebym jak najszybciej przyszla odebrac Szkraba. wystraszylam sie, ze cos mu sie stalo, cisnienie mi w ciagu sekundy w gore poszlo, pytam drazcym glosem co sie stalo, a pan mi mowi, ze Szkrab cala swietlice do dory nogami postawil, tak sie zle zachowuje. no to mi cisnienie jeszcze bardziej skoczylo: co takiego on robi? nie chce przyjsc do nauczyciela, jak ten go wola. i to jest powod, zeby do mnie do pracy dzwonic??? wkurzylam sie i bardzo aroganckim tonem odrzeklam, ze to niesamowite, ze jeden 8-latek potrafi do gory nogami lad w swietlicy wywrocic. i bardzo ostatentacyjnie odrzeklam, ze ja nie moge ot tak sobie z pracy wyjsc, bo Szkrab nie chce podejsc do nauczyciela. zadzwonilam do lubego i poszlismy razem odebrac Szkraba, zeby porozmawiac o sytuacji. okazalo sie, ze cala grupa dala dzis do wiwatu, kazdy dostal jakas tam kare, a Szkrab nie chcial podejsc do… nauczycielki zastepczej, ktora okazala sie nasza stara niania, niejaka Nynke, z ktora Szkrab sie nienawidzil, i ktora uwazam za osobe niezrownowazona. bo jest to panienka, ktora do moich dzieci mowila np., ze sa glupie. wczoraj tez byla (stad Szkrab juz od rana lamentowal, ze nie chce isc do swietlicy) i kiedy postraszylagrupe dzieci, ze bedzie je ze szkoly do swietlicy prowadzic na smyczy, a Bizon smial zwrocic jej uwage, ze to jest uznawane za przemoc i jej tego nie wolno robic, naskarzyla, ze Bizon pyskowal. olalam to, choc mialam ochote powiedziec, ze Bizon ma racje, a ona jest glupa, zeby takie rzeczy mowic. dzis z kolei powiedzila do Szkraba, ze jak mama przyjdzie to da mu taka kare, ze Szkrab popamieta i ze za tydzien ma jej powiedziec, jaka kare ode mnie dostal. sama jej to powiem: zadna. powiem, jesli ona jeszcze tam bedzie. bo od Bizona dowiedzialam sie tez, ze szarpala mlodsze dziecko i krzyczala na nie tak, ze sie dziecko poplakalo. luby powiedzial do nauczyciela, ze mamy zle doswiadczenia z ta zastepcza pania nauczycielka i ze chce miec spotkanie z managerka, bo obawia sie, ze nastepny wtorek sytuacja sie powtorzy, jesli Nynke tam nadal bedzie.

ja wiem, ze Szkrab aniolkiem nie jest, ale wiem tez, ze nie jest potowrem, ktory potrafi (i chce) sterroryzowac swietlice. wrecz przeciwnie, jesmu bardzo zalezy na akceptacji, zeby byc lubianym. i do tej pory zadnych, ale to zadnych skarg nie bylo – ani ze szkoly, ani ze swietlicy. dziwny to wiec przypadek, ze odkad pojawila sie Nynke, Szkrab nie chce chodzic do swietlicy, a dzis dal czadu. choc w sumie… kto dal czadu? raczej wychowaca niz Szkrab, ktory chcial sie po prostu zaszyc w kacie, zeby przeczekac tam burze.  

halogenowy kompromis

luby lubi halogeny. a ja nie. zgodzilam sie na halogeny w lazience i w kuchni i basta. lubie normalne lampy, z mlecznym, cieplym swiatlem. a nade wszystko oryginalne klosze, ktore moga byc przepiekna dekoracja mieszkania, ktore wnosza klimat do mieszkania. tak wiec, chociaz groszem nie smierdze, ogladam sobie lampy, wybieram ”na pozniej” i wiem, ze jeszcze przede mna rozmowy z moim Mackiem od budowy, ktory tez lubi halogeny i pewnie planuje mi je zalozyc w  korytarzu… nie, nie, w korytarzu bede miala dwie zlote kule. nie wiem kiedy, ale beda. i kafelki ”wschodnie”. mialy byc wloskie, ale w koncu jednak chyba beda marokanskie;) moze latem? szukam jeszcze ladnej latarenki wiszacej przed dom. dwa miesiace i bedziemy w nowym domu!!! jakos to abstrakcyjne brzmi.

W piatek odbieramy klucze i roznosimy ulotki po sasiadach, zeby ich uprzedzic o czekajacych ich halasach remontowych. w sobote bedziemy zdzierac tapety i dowiemy sie kogo Maciek I i Maciek II zaprosili do wspolpracy, bo panowie juz w sobote zaczna demolke – rozwala szafy wnekowe, beda wybijac scine do kuchni, usuwac kaloryfery, ryc w scianach, zeby polozyc kable elektryczne. strrrrrasznie jestem podekscytowana:D czuje sie jakbym prawie dom budowala. w sobote sasiedzi beda mieli tez okazje wpasc, zeby sie z nami zapoznac. 

W miedzyczasie ubiegamy sie o subsydium, bo nasz remont jest ”energio-przyjazny” i mozemy troche kasy zaoszczedzic na oknach i izolacjach – znow papirologia sie klania. Powolenia na rozbudowe dachu jeszcze nie mamy… znow trzeba bedzie dzwonic, na jakim etapie jest gmina. 

A najlepszy numer z kafelkami. jesli w koncu wszystko pojdzie dobrze, kafelki przyjada w niedziele z Macikiem I z Polski. Nie wiem, czy mam pecha, ale zamowienia internetowe w Polsce do tej pory kiepsko dzialaja:/ zamowilam kafelki w jednym sklepie. zaplacilam. na drugi dzien dostaje e-maila, ze 1/3 kolekcji nie ma. Napisalam, zeby w takim razie zwrocili mi pieniadze za te 1/3 kolekcji, a reszte niech wysla. Kilka dni temu zwrocili mi wszystko, co do cencika. Znow e-mail: skoro cala kwote dostalam z powrotem, a nie 1/3, to czy zamowienie zostalo anulowane? Tak. Czyli musze zlozyc zamowienie od nowa? Tak… Zlozylam, zaplacilam. Dzis dostaje e-maila, ze listw dekoracyjnych nie ma… eeeeeeeeeeeeeeeeeeeee….no ale jak to tak??? no nie ma. nie ma na magazynie, nie ma u producenta. a czemu sa w ofercie sklepu internetowego? dobra, wyslijcie wszystko co jest, zeby do soboty doszlo, a listwy pozniej doslijcie, jak beda. a jak nie to jakies inne wybiore. Brakujaca 1/3 plytek zamowilam w innym sklepie – w piatek. I cisza.. dzwonie dzis, pytam, czy kafelki sa dostepne – beda w czwartek, ale czy kurier dowiezie je do soboty, tego pani nie wie. A na stronach internetowych obu sklepow stoi jak wol: dostawa w ciagu 2-4 dni roboczych!!!

Znow widze, jak rozne ludzie maja priorytety – nawet przy remoncie domu. mowie szefowi, ze kuchnie i lazienke mam miec idealna a reszta bedzie stopniowo optymalizowana. szef pyta o rozne gadzety elektorniczne, a ja mowie, ze nie, ze zadnych gadzetow (jedyny gadzet to bedzie koker), zadnych mikrofalowek, zadnych plyt indukcyjnych, zwykly piekarnik stojacy na ziemi. widze, ze szef mysli: no to na czym ta idealnosc twojej kuchni polega? no na tym, ze bedzie piekna, funkcjonalna i pojemna; ze bede miala glebokie szuflady na garnki, zamiast ”karuzeli”, ktora mnie do szalu doprowadza w obecnej kuchni:D ze bede miala barek, przy ktorym dzieci beda sniadaniowac, dzieki czemu, kiedy bede przygotowywac im walowke do szkoly, bede blisko nich i bede mogla z nimi pokonwersowac (=odganiac od czytania i poganiac do jedzenia).  

Chlopcy wybrali juz sobie kolory scian, a ja dopiero w sobote zaczne myslec czy i jesli tk, to gdzie ozywic moja ukochana biel. Mam tez inne zadanie na sobote: zaznaczyc na scianach, gdzie chce kontakty i ilu gniazdkowe. 

A na wiosne zabiore sie za ogrodek. Pierwsze co to trampoline dzieciom wstawie:D A sobie stolik i krzeselko, i kawe, i wtedy zabiore sie do edukacji: bede czytac o pielegnacji roz. 

bez grosza przy duszy;)

zamowilam kafelki, kaloryfery dizajerskie do salonu i jadalni, okna, kuchnie, zaplacilismy za plan rozbudowy dachu, za pozwolenie na rozbudowe dachu, za drzwi i… przyszedl rachunek od notariusza. zaplacilismy i jestesmy bez grosza przy duszy. tzn. mamy na jedzenie do konca miesiaca. dziwne uczucie, ktorego jeszcze nigdy nie doswiadczylismy. zeby nie robic debetow odwolalam fryzjera dzieciom i moje wyjscie do restauracji z kolezanka. i paznokci tez sobie nie zrobie;) i co? i nic. nie martwie sie. bo na jedzenie mamy. bo zdrowi jestesmy, mamy prace, wiec i wyplata za dwa tygodnie bedzie. byle jakis inny rachunek do konca tego miesiaca nie przyszedl;)