matkowac chlopakom

toz to same atrakcje… 

rano: chlopcy zejdzcie na dol i odpinajcie rowery, ja tylko dam sianko swinkom. wychodze na balkon po siano, karmie swinie, jak na naukowca przystalo, a chlopcy na dole sie po lbach plecakami okladaja i od dupkow na cale gardlo wyzywaja. ale to nic nowego. zamknelam dom, wsiadlam na rower, rzucilam haslo ”jedziemy”, chlopakom szczeki opadly, ze nawet im szansy nie dalam na zwalanie winy i wysluchiwanie co kto powiedzial, kto krzywo spojrzal, a kto mial usmiech nie taki jak trzeba. pojechali za mna potulnie niczym kaczuszki za matka-kaczka. 

wieczorem: zawiozlam chlopcow na noge. 2 minuty przed koncem meczu Bizon zostal kontuzjowany. wzielam mojego 10-latka na rece, zanioslam do samochoduu i pojechalam na ostry dyzur, bo tak sie huknal w kolano, ze wyl z bolu i nie mogl chodzic. a Bizon jest twardziel i jak placze, to juz nie przelewki… szczescie w nieszczesciu: jako ze padalo, po raz pierwszy pojechalam na trening samochodem; dzieki temu nie bylo problemu z Bizonem, bo na rowerze daleko by nie zajechal. luby mial obiad z ludzmi z pracy i jak to luby, telefon gdzies ma, ale gdzie… kto to wie. i tak cud, ze nie rozladowany, to mu sms-a wyslalam, ze jade na ostry dyzur z Bizonem, a Szkraba zabiera mama kolegi, zeby z nami nie musial w szpitalu czekac. luby przycztal sms-a przy okazji wizyty w wc, wiec o 21.00 odebral Szkraba od kolegi. 

a ja wrocilam o 21.30 z ostrego dyzuru: kolano obite, ale nie pocharatane.

ile jeszcze atrakcji przede mna… 

slucham sobie Kongos i mysle, ile ich mama miala takich akcji z czterema chlopaczyskami… choc, to chyba nie od plci zalezy, tylko od temperamentu;) bo ze mna mama czesciej musiala na zszywanie jezdzic niz z bratem;) i blizn tez mam wiecej niz moj flegmatyczny braciszek.

Kongos

przez ostatnie lata troche zaniedbalam sie muzycznie. choc moze zaniedbalam, to za duze slowo, bo jak pomysle, ze ile sie nauczylam przy Bizonie, podczas jego lekcji skrzypiec… tak z teorii duzo sie nauczylam, choc dzwieku wyprodukowac nadal nie potrafie;) zaniedbalam sie, jesli chodzi o odkrycia muzyczne, bo sluchalam komercyjnej papki, czyli co w radiu podali.

w zeszlym tygodniu odkrylam braci Kongos. i nie moge sie od nich odczepic. ich rytmy i dzwieki mnie maltretuja, siedza w glowie i pozbyc sie ich nie moge. dawno nie znalazlam takiego wykonawcy, zeby mnie zafascynowal wiecej niz jedna piosenka. a tu… dwie (prawie cale) plyty mnie zniewolily. zamowienie do polskiego mikolaja juz poszlo:)

butowy zwierzyniec

stoimy z szefem w kolejce (!) po kawe. podchodzi kolega szefa: kozaczki w tygrysie paski. podchodzi kolezanka szefa: trzewiki-panterki. dochodzi najmlodszy chirurg…. trampki (!) we wzorek zebry. i konwersuja jakgdyby nigdy nic. szef i ja spojrzelismy na siebie i parsknelismy smiechem. szef mowi: a, wy co, koledzy chirurdzy, z zoo uciekliscie? 

najlepsze jest to, ze szef i ja ryczelismy ze smiechu caly dzien, na wspomnienie tego przypadkowego zwierzynca butowego, podczas, gdy ”koledzy-chirurdzy” nie bardzo lapali klimaty;)

na koniec dnia szef kuknal jeszcze przez uchylone drzwi i silac sie na powage mowi: zastanawiam sie jaki zwierzecy wzorek sobie strzelic, zeby pasowac do druzyny;) 

byc naj…

odnajmlodszych lat siedzi w czlowieku pycha, chec bycia naj. rano dzieci wstaly w humorkach ”ja wiem lepiej”. najpierw licytacje przy stole: czyja swieczka jest wyzsza, czy dolny pasek jest ciemnozielony czy niebieski, czy swieczka z wyzszym ogniem pali sie szybciej. pozniej licytacja o snieg: Szkrab sie upiera, ze na dworze jest snieg, Bizon mowi, ze to szron: snieg, szron, snieg, szron,SNIEG!, SZRON!, SNIEGSNIEGSNIEGSNIEGSNIEGSNIEG!!!! SZRONSZRONSZRONSZRONSZRONSZRONSZRON!!!! Mamoooooo, a to na drzworze to nie jest snieeeeg??????!!?!??! a wlasnie , ze jest!!?!?!?!?!?!??!!

poszly dzieci, zostaly swinki. tak, srod swinek tez musi byc ten ”madrzejszy”,czy raczej sliniejszy: pani zona: ”grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr”, Snoepje ”’grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr”,w koncu piszcza, ganiaja sie po klatce, ja patrze: dojdzie do zeboczynow, czy nie. dalam siana i sie towarzystwo wyciszylo…

 

odmozdzam sie

moje choroby zawsze poprzedzone sa atakami glodu w stylu bulimii – jem wszystko, wrzucam wrecz, tyle, ze nie wymiotuje. taki napad glodu mialam wczoraj i juz wiedzialam: albo bedzie okres, albo choroba. to drugie. w nocy sie o tym przekonalam. 

zostalam wiec w domu z abmicjami, ze bede poprawiac kolezance jej wniosek do komisji etyki. poprawiam, ale wolno mi to idzie, bo w miedzyczasie regularnie odwiedzam wc, co wybija mnie z rytmu pracy i w ramach relaksu wc-wstrzasach ogladam cos odmozdzajacego, mianowicie Azja Express… i tak jak pani Lisowej nigdy nie lubilam, i dalej nie lubie, to do Rozenkowej zaczelam czuc cos jakby sympatie;) zwlaszcza jak uslyszalam jak mowi do Radzia: nie mow do mnie TERAZ! no… to mamy wspolne;) bo ja do lubego tez tak mowie:) jak jestem zdenerwowana, zmeczona, zabiegana, jak cos wlasnie w glowie organizuje, planuje i analizuje, a  luby zaczyna, mowie: nie mow do mnie TERAZ. a pozniej, jak juz ochlone, czy skoncze plany, oznajmiam: a teraz mozesz mi powiedziec! 

wczesniej, na poczatku malzenstwa dodawalam jeszcze ”i niedotykaj mnie!”, bo przytulance lubie tylko jak jest mi dobrze. a jak jest mi zle, to zadnego kontaktu cielesnego nie toleruje. teraz juz to luby wie i tylko musze go, niczym Rozenkowa, od czasu do czasu uswiadomic, zeby TERAZ do mnie nie mowil;)

no, a teraz wracam do powazniejszych spraw, czyli wniosku do szanownej komisji medycznej etyki;)

przedswiatecznie

najpierw mialam sobie zrobic wieniec adwentowy, pozniej juz tylko kupic, ale w koncu ani jedno ani drugie nie wypalilo. zakupy mikolajkowe zajely mi wiecej czasu niz myslalam, a ja nie wiem, czy z powodu zblizajacej sie 40-tki, czy z powodu szalenstwa zwiazanego ze zakupem i remontem nowego domu i sprzedarza starego domu, jakos spowolnialam, a jednoczesnie przyczepila sie do mnie nieco olewajaca postawa: czy ten wieniec adwentowy jest mi rzeczywiscie do czegos potrzebny. w sumie, to nie…

pozne popoludnie spedzilam na robienie Sponge-Bobowego opakowania na prezent mikolajkowy dla Bizona szkolnego kolegi – niestety, Bizon wdal sie w lubego – zero kreatywnosci… na internecie wyszukal, ze chcialby opakowac prezent w SpongeBoba, ale jak to zrobic, mamooooo… mama wie;) a Bizon byl moim pomocnikiem: wycinal z papieru kolorowego elementy, ktore narysowalam, naklejal i zrobil konczyny.

Pozniej luby mial pomoc Bizonowi ulozyc wierszyk do tego prezentu, ale w koncu ja zaczelam strzelac rymami, bo panowie juz sie zaczynali klocic: luby sie irytowal, ze Bizonowi nie szlo ukladanie rymowanych zdan… no nie szlo i juz. Bizon sie irytowal z tego samego powodu i z powodu irytacji lubego;) no przeciez nie kazdy urodzil sie wierszokleta… wiec w koncu ja przejelam paleczke: ja rymowalam, Bizon korygowal moje bledy jezykowe, luby tez pare groszy wtracil i wierszyk ulozylismy:)

przeprosic…

nie jestem skora do przeprosin… nawet jak ja zawinie, z trudnem przychodzi mi przyznac sie do winy, bledu… dlatego ludzie, ktorzy to potrafia, rosna w moich oczach.

 

w niedziele dostalam niefajnego e-maila od studentki. odpowiedzialam jej w dosc chlodnym, oficjalnym tonie; wyjasnilam jej dlaczego to co napisala, jest bez sensu, a zale jakie ma, nieuzasadnione. wyjaasnilam jej, w jaki sposob pracuje, zeby zrozumiala, ze jak sie czegos samemu nie robi, to mozna bardzo bledne wnioski powyciagac… 

dzis dostalam e-maila z przeprosinami, przyznaniem, ze dziewczyna ze zmeczenia zbyt dramatycznie podeszla do sprawy. od razu zrobila plan, zebym wiedziala jak szybko jej badania moga sie posuwac, kiedy i jak moge ja wesprzec – piekny, przejrzysty schemat. zeby nie bylo nieporozumien. i urosla w moich oczach. 

a jednoczesnie kamien mi spadl z serca, bo ja bardzo tych swoich studentow lubie i zabolaly mnie jej slowa z pierwszego e-maila. jednoczesnie napisalam, zeby na nastepny raz, jak je frustracje siegna zenitu, po prostu do mnie zadzownila, nawet poza godzinami pracy, bo niestety, w e-mailach latwo zejsc na nieprzyjazne tony.

konik, krzyz i sny

zaczne od konika.dawno temu, gdy Szkrab mial jakies 2-3 latka mielismy konika na biegunach. takiego ”nowoczesnego”, ze jak sie ucho uszczypnelo, to konik ruszal mordka i wydawal koniopodobny glos. ktorejs nocy Szkrab sie obudzil i plakal, ze sie boi konia, bo ten kon w nocy ozywa. od tej pory konic na noc zawsze musial byc wyprowadzony z pokoju Szkraba. na nic zdaly sie tlumaczenia, ze konik jest niezywy, ze Szkrabowi sie tylko przysnilo, ze konik sie poruszyl: nie, konik w nocy ozywa i koniec.

 

dzis w kosciele czytanie dotyczylo smierci krzyzowej Jezusa. w holenderskim kosciele dzieci w trakcie ewangelii i kazania wychodza na katecheze, gdzie pani czyta im dziecica wersje danego czytania z Biblii i omawia to z nimi. Wieczorem, polozylam sie kolo Szkraba i pytam o czym mowili na katechezie: o tych niedobrych panach co wisieli kolo Pana Jezusa. troche o tym pogadalismy i jakos miedzy wierszami padlo, ze kazdy czlowiek ma jakis swoj krzyz, jedni chorobe, inne niedobrego meza, Szkrab strzelal przykladami… w koncu mowi: a jaki ja mam krzyz??? Nie wiem, odpowiadam, moze jeszcze nie masz? Szkrab sie zastanowil: a moze to, ze ja widze rzeczy, ktorych inni niewidza? Az mnie ciarki przeszly: a jakie Ty rzeczy widzisz, ktorych inni nie widza Szkrabusiu? No, np. ze ten kon w nocy ozywal… O malo nie parsknelam smiechem:DDD

do lasu!

kiedy nie pracowalam, calymidniami wloczylam sie z dziecmi po swiezym powietrzu, a jak padalo to szlismy albo do biblioteki, albo na jakies inne zadaszone atrakcje. bo trudno mi bylo usiedziec w domu. teraz tez tak mam, choc w soboty, po calym tygodniu wydaje mi sie, ze jak juz siade, to bede siedziec i nigdzie sie nie rusze. wieczorami mi sie to udaje, ale za dnia, nie da rady. musze gdzies isc, pozalatwiac, obejrzec… za to luby… moglby siedziec, wlasciwie to lezec na kanapie, dzien i noc. dzieci tez mi sie rozleniwily odkad poszlam do pracy i tez coraz trudniej je gdzies wyciagnac, z wyjatkiem pilki noznej, na ktora zawsze maja ochote.

tak wiec towarzystwa na spacery mi brak… lubego strasze, ze sobie psa kupie, jak nie bedzie ze mna spacerowal, a dzieci zartobliwie strasze otyloscia. 

kiedy pogoda w niedziele dopisuje mobilizuje rodzine, zebysmy poszli rano do kosciola, zeby pozniej cos aktywnego zrobic: pojechac (rowerami;)) nad jezioro, do parku, czy do lasu. a jak pogoda nie dopisuje, to sie lenimy w domu i do kosciola idziemy na 17.00.

ostatnim razem, gdy pojechalismy do lasu, Szkrab caly czas marudzil, ze nie ma ochoty isc, ze nie ma sily, tak, ze juz mi sie lasu i rodziny odechcialo.

dzis rano leje jak z cebra, zimno, ale mowie do dzieci, zeby sie ubieraly, bo zaraz idziemy do kosciola, a Bizon na to: no tak, idziemy rano, wiec mama pewnie znowu jakis wyjazd wymyslia! tak, mowie, do lasu! Bizon zalapal zart i zaczal sie smiac do rozpuku, a Szkrab zaczal lamentowac… 

w taka pogode jak dzis, nigdzie mi sie nie jechac. mam ksiazki, mam kawe i tylko wieczoremtrzeba rundke po domu zrobic, bo jutro znowu potencjalni kupcy przychodza.

mniej snu,wiecej prawdy;)

ostatnio kiepsko i za krotko spie. jako ze wieczorami zajmuje sie przygotowaniami do remontu domu, glowy nie mam zresetowanej i gdy klade sie spac, mysli wciaz galopuje mi przez glowe. a do tego wczoraj doszly dwa dziwne telefony, ktore mnie zestresowaly. dzwonily do mnie panie z pewnej organizacji charytatywnej, ktora od czasu do czasu wspieram finansowo. z pierwsza troche pogadalam, milo, serdecznie, az do momentu, nawet zgodzilam sie kolejna pomoc finansowa, ale pod warunkiem, ze dostane przekaz do domu, a nie zgodzilam sie na podawanie mojego numeru konta telefonicznie. z druga pania szybko zakonczylam rozmowe, zadalam jej kilka pytan, pani sie zaplatala, co utwierdzilo mnie w przekonaniu, ze dzwonily do mnie naciagaczki. zdenerwowalam sie, zaczelam analizowac, co tej pierwszej naopowiadalam, ale luby stwierdzil, ze jesli nie podalam numeru mojego konta ani karty kredytowej, to nie powinnam sie denerwowac… 

ja jednak napisalam emaila do tejze organizacji, zeby spytac, czy rzeczywiscie dzwonia do ludzi i prosza o ich numer konta, a jesli nie, to zeby ostrzegli ludzi. 

jakiez bylo moje zdziwienie dzis, gdy dostalam odpowiedz, ze tak, oni dzwonia do ludzi, i robia tak od lat, bo jak wysylaja przekazy, to nikt im nie placi. no coz, znalazlam strone dotyczaca oszustw finansowych i tam bardzo jasno jest napisane: nigdy, ale to nigdy nie podawaj swojego numeru konta ani karty kredytowej. wyslalam linka do tej strony w odpowiedzi i szczerze napisalam, ze nie popieram takiej akcji, ze sa inne sposoby na zbieranie pieniedzy i ze uwaza, ze niepotrzebnie narazaja ludzi na bycie oszukanymi, bo przeciez ktos ot tak sobie moze zadzwonic i powiedziec, ze jest z tejze organizacji.

jak juz sie uspokoilam, doszlam do wniosku, ze brak snu czyni mnie bardzo prawdomowna: najpierw najpierw pani projektantce wygarnelam co mysle o systemie jej pracy, dzis organizacji charytatywnej. a normalnie az taka prawdomowna nie jestem;) chyba czas sie wyspac. tylko kiedy, jak dzis nowe papiery z gminy przyszly do wypelnienia….