no i jednak nie wytrzymalam

i napisalam pani projektantce, co mysle o jej stylu pracy. w piatek dostalam wiadomosc, ze jutro jedzie na wakacje… i dawajze, na wariackich papierach projektowac mi lazienke. bez dokladnego wczytania sie, co ja bym chciala. a juz w pierszym e-mailu napisalam, ze lubie prostote, ze fiolet ma byl tylko elementem ozywczym, ze nie lubie kafelkow blyszczacych, ze chce brodzik… pierwszy projekt to bylo 80% fioletu, jeden 3D, drugi blysk, do tego biale blyszczace plytki, tak, ze juz lustra bym nie potrzebowala, bo plytkach bym sie mogla przejrzec. i jeszcze do tego inne biale plytki z lisciowym motywem – piekne, bardzo piekne, ale co za duzo to nie zdrowo… i do tego jeszcze bezowa podloza ze struktura. drugi projekt juz byl lepszy, trzeci, ktory dzis dostalam po poludniu, juz prawie, prawie piekny, ale byly jeszcze szczegoly, ktore mnie mierzily, np. wzorek nr. na wannie (ktory juz wczesniej zglaszalam, zeby usnac), wzorek nr. na sasiadujacej scianie i wzorek nr. 3 na podlodze. wszystko w trzech roznych kolorach. pstrokacizna. jeden pas fioletowy wsuniety w sciane, drugi wysuniety… a pisalam, zeby ten drug pas tez ”wyciagnela” w postaci gzymsu….

ale dobra, projekt to jest kwestia gustu, a ten kazdy ma inny, wiec cierpiliwie szlifowalam te szczegoly… ale forma wspolpracy: pani sie bardzo spieszy, bo praca, bo wakacje, bo inne projekty. w koncu nie wytrzymalam i napisam, ze nie obchodzi mnie jej zycie prywatne; ja jej napisalam na kiedy projekt potrzebuje, ona wie, ile czasu jej na projekt potrzeba, wiec jesli wie, ze sie wybiera na wakacje i ze ciezko jej sie bedzie wyrobic, nie powinna projektu brac.

ojej… ale sie pani oburzyla. ze przeciez projekt dostalam, a ona nie ma obowiazku informowac mnie o swoich wakacjach. alez ma! z kim i gdzie jedzie, nie musi mi mowic, ale o okresie wakacji na ogol sie zlecodwace, ktory buli, informuje. a przede wszystkim mowi sie ”nie wyrobie sie, prosze isc do kogos innego”.

no, i tyle. lazienke dopracuje sobie sama. 

MOJE swinie:)

po swince, ktora uspilismy mam schize zebowa – ciagle obserwuje, czy swinki jedza sianko, czy nie traca na wadze, czy maja ”normalne” kupy i czy oczka zdrowe, bo okazuje sie, ze ropiejace oczka tez moga byc od przerosnietych zebow. ostatnio Snoepje zaczal miec troche oblepione oczka, a poza tym cos sie za czesto drapie, wiec podejrzewalam, ze Blondie jakies insekty przywiozla ze schroniska. Pojechalam wiec do polskiego weterynarza. Stawiam jedna swinke na stol, a ta dyla, w moja strone i juz sie wspinado mnie na rece. W koncu musialam ja ja trzymac, zeby weterynarz mogl ja obejrzec. Stawiam druga swinke na stole, to samo, odwraca sie od weterynarza, dyn dyn i chyc na moj brzuch. Weterynarz sie zaczal sie smiac, ze swinki do mnie sa przywiazane (a mialy byc dla dzieci…). Ale nie, one juz sa moje… ja jestem do nich przywiazana, a one do mnie:)

Weterynarzowi bardzo sie nasza Blondie spodobala, pozachwycal sie nia, a ja mowie, ladna, ale charakterna, bo zdominowala naszego Snoepje – weterynarz parsknal smiechem: jak kazda kobieta:DDD no cos w tym jest;) moze nie kazda, ale chyba jednak wiekszosc:) a ze zone weterynarza troche znam, to wiem, ze i ona z charakterkiem jest;)

wyspana!

spalam dzis prawie 13 godzin. i pewnie spalabym dluzej, gdyby luby nie przyszedl sprawdziec, czy zyje;)

ostatnie tygodnie migaja niczym blyskwica, sprzedawnie mieszkania, ktore niby sprzedaje nam makler, ale to my musimy je codziennie pucowac, planowanie przebudowy nowego domu, zalatwianie nowej hipoteki, kiedy ja teoretycznie jestem do 19 listopada na bezrobotnym, zalatwienie tysiaca roznorakich dokumentow, dyskusje z biurem bezrobocia o moim pobycie za granica (za 5 dni pobytu na kongresie, w sprawach zawodowych, ktore przypadly na okres mojego bezrobocia, musze zwrocic pieniadze, bo bezrobotnym nie wolno byc za granica! i nie wazne, ze robilam to na zlecenie mojego przyszlego pracodwacy!), dyskusje z gmina co do nadbudowki na strychu w nowym domu – musimy zlozyc wniosek o pozwolenie, ale wniosku nie mozemy zlozyc, dopoki nie mamy oficjalnie kluczy do domu, a z budowa chcemy wystartowac w dniu, kiedy dostaniemy klucze…, do tego treningi i zawody pilkarskie, festiwal skrzypcowy Bizona, proby przed festiwalem, pilowanie w domu i jeszcze  bol kregoslupa, ktory uniemozliwia moj fitness i wyskakanie napiecia… nie, nie narzekam, lubie jak zycie tak gna, tylko moje cialo za umyslem nie nadaza, co dzis mi oznajmilo;)

 

wczoraj wieczorem siadlam i zaczelem poprawiac projekt lazienki. na papierze. wymierzylam, wyrysowalam, pokolorowalam kredkami, wyliczylam, ile kafelkow. rysowalam 4 godziny. ale chyba mam to co chcialam. wysle to projektantce, niech sprawdzi, czy gdzies sie nie machnelam, niech wprowadzi to do swojego 3D programu, bo w to juz mi sie nie chce bawic. pokazalam rysunki lubemu, a ten stwierdzil, ze patrzac na ten i na pozostale projekty innych pomieszczen naszego domu, patrzac na moj entuzjazm i radosc, z jaka rysuje i planuje, chyba minelam sie z powolaniem:) a ja wiem, ze dla siebie lubie to robic, ale dla kogos innego w zyciu bym nie chciala.

pozartowac czy pogderac?

pogderalam na projektantke lazienki, ale wcielo mi wpis, wiec uznaje to za znak, zeby napisac cos weselszego:)

w naszym szpitalu jest jedna winda-niespodzianka. pracownicy wiedza, juz jak ja uzywac, zeby ruszyla, a nie otwierala/zamykala w nieksonczonosc drzwi, ale pacjenci czy goscie tego nie wiedza… i jest tak:

wsiadamy: pracownicy i ludzie z zewnatrz: pracownicy wciskaja guzik z pietrem, na ktore jada i zastygaja w bezruchu. bo wiedza, ze jesli wcisna guzik ”zamknij drzwi”, to z jednej strony sie zamkna, ale z dugiej otworza:) a jak sie wcisnie guzik z drugiej strony winy ”zamknij drzwi”, to drzwi sie zamkna, ale otworza znowu z tej drugiej strony (bo wina ma drzwi ”z tylu” i z ”przodu” – mozna do niej wejsc z dwoch roznych korytarzy). do tego, nie nalezy stac blisko drzwi, bo reaguja na najmniejszy ruch i winda sie zatrzymuje albo, jesli jeszcze nie ruszyla, drzwi sie znow otwieraja. ci, ktorym sie spieszy, irytuja sie, ci, ktorym sie mniej spieszy, zartuja sobie, a ci, ktorzy windy nie znaja, stoja oglupieni, o co w tym wszystkim chodzi;) 

na ogol ci, ktorzy sie spiesza, krzycza od razu, zeby nie wciskac zadnych guzikow, ale pacjenci nie czaja o co chodzi:) i tak to jezedze sobie wesola winda do mojego pokoju ba 5-tym pietrze. kiedy nie mam obcasow, ide na piechote, ale na obcasach mi sie nie chce zasuwac w gore, wiec tylko schodze po schodach, zeby kosci rozruszac;)

 

a po edycji, jednak ponarzekam. byli chetni na kupno naszego mieszkania, oferowali swietna cene. i co? i nasza sasiadka, a raczej jej gosc, wystraszyli chetnych. makler wlasnie dzwonil, ze gdy wychodzil z chetnymi, z mieszkania sasiadki wytoczyl sie olbrzymi murzyn, ktory palil trawke. i co? i chetni zaczeli wypytywac, kto tu mieszka pod nami, i w koncu sie wycofali. tak, Holendrzy sa bardzo tolerancyjni, wszystkich toleruja, marichuane maja zalegalizowana, i co? i nikt norlamny nie chce miec za sasiada kobiete, ktora przyjmuje murzynow i pali z nimi trawe. proste. 

sprzedawanie mieszkania

od poniedzialku przez nasze mieszkanie przewijaja sie ludzie. nasz makler jest bardzo zadowolony, bo zainteresowanie jest olbrzymie. my tez, bo chcemy jak najwszybciej sprzedac, a przy okazji cene ladnie podobic i jak do tej pory, wszystko zmierza w tym kierunku. 

zeby wpuscic ludzi wiadomo, ze dom musi lsnic czystoscia. co rano wstajemy wiec z lubym troche wczesniej, zeby ogarnac dom i przygotowac go na wizyty. dzieci juz torche maja dosc, mimo ze to dopiero cztery dni, bo tresujemy, zeby nie robily balaganu;)

w poniedzialek zawiozlam dzieci do szkoly i wrocilam, zeby jeszcze smieci wyrzucic. wchodze do ogrodeczka, a tam kot. siedzi i je…. glowe ryby!!! wzielam patyk, glowe ryby przez krzaki przepchenlam do sasiedniego ogrodka, kotek sie przeniosl z degustacja i po sprawie.

cale szczescie, ze jeszcze wrocilam, bo piekna by to byla wizytowka dla naszego domu, gdyby przed wejsciem lezala najedzona glowa od ryby;) 

 

nasz naiwny Bizonek

nasze dzieci ciagle jeszcze wierza w sw. Mikolaja i Zwarte Piety (pomocnicy sw. Mikolaja)….Szkrab, ok, ma 8 lat, ale Bizon… 10-latek… o naiwnosci! co niektorzy znajomi i czlonkowie rodziny mowia, ze moze on wie o co chodzi, tylko sie nie przynaje. wiec postanowilam wyczaic, jak bardzo swiadom jest Bizon. wczoraja mialam ku temu okazje, bo dzieci rysowaly listy do sw. Mikolaja i kladly, jak co roku, na parapetach. Szkrab byl juz pod prysznicem, kiedy Bizon spytal, jak Zwarte Pieten zabieraja te listy, skoro okna sa pozamykane. myslalam, ze Bizon chce mnie podejsc i pytam jak mysli. a on mysli, ze jak mama otwiera okno, zeby przewietrzyc, to wtedy jest ten moment, kiedy listy sa zabierane…. eeeee… patrze na tego mojego 10-latka i pytam podejrzliwie: tak myslisz???? Bizon, strasznie logiczny czlowiek, obruszyl sie i mowi: ”no a jak inaczej”??? Stweirdzilam, ze nadszedl ten moment, zeby dziecko uswiadomic i mowie: jesli obiecasz mi, ze nie wypaplasz Szkrabowi, to ci powiem. ale Bizon mruga oczkami zdzwioniony:” a co, to Ty dajesz Zwarte Pietom te listy, sama?!?!??!”. i peklam. nie umialam mu powiedziec! tak Bizonku, to ja daje te listy… o jak sie Bizon ucieszyl, ze rozgryzl tajemnice… ”bo ja widzialem kiedys dwa Zwarte Pieten, tak wczesnie rano, jak wy jeszcze spaliscie, jechaly na rowerze i taki pan ich zaczepil i z nimi rozmawial – pewnie to byl czyis tata i pewnie dawal im list od swojego dziecka”. pewnie tak… szkoda mi bylo powiedziec mu, to przebierancy, ze sw. Mikolaj nie istnieje tu na ziemi, ze to rodzice, rodzina…. nie umialam.

przy okazji pytam Bizona, czy mieli w szkole juz lekcje, skad sie biora dzieci… tyle sie mowi, jak to na zachodzie sa lekcje z eukacji seksualnej…. no coz, moj 10-latek, w kotrego klasie sa tez dzieci 11-12 letnie nie mial edukacji seksualnej. i na moje pytanie odrzekl: no, jak to skad: z brzucha!  no wlasnie.

czego nauczyl mnie Szkrab?

wielu rzeczy, m.in. cierpliwosci;) ale dzis nauczyl mnie grac w szachy:DDD

pamietam, jak jakies 15 lat kolega, ktorego zupelnie przypadkowo spotkalam w Londynie, probowal mnie w jedno popoludnie nauczyc tej gry. mylily mi sie wszystkie ruchy i w koncu sie nie nauczylam. a Szkrab mowi np. tak: patrz mamo, ten konik rusza sie jak konik ”chyc, chyc, w przod, i chyc w bok i tylko on potrafi przeskoczyc przez swoich, jak to konik”. Szkrab nie tylko zademonstrowal mi ruch kazdej figury, ale tez slownie zilustrowal, dzieki czemu od razu zapamietalam – na zasadzie skojarzen. przez pierwsza rundke prowadzil mnie za raczke i nie probowal oszukiwac, czego na ogol probuje;)

ciesze sie jak dziecko, bo szachy zawsze mi sie takie nieosiagalne wydawaly, skoro nawet ruchow nie bylam w stanie zapamietac;) a jednoczesnie ciagnely mnie, bo podoba mi sie to, ze kazda figura porusza sie w inny sposob, a nie tak monotonnie jak w warcabach.

a jutro ludziska przychodza ogladac nasze mieszkanie. w ciagu dwoch dni od wystawienia naszego domu na internecie, zglosilo sie 16 chetnych. ponoc to olbrzymia liczba…. oby to dobrze wrozylo… makler cene zanizona podal, zeby zwabic chetnych. ciekawe, ile zdola podbic…

swinki wsadzilam do jednej klatki. najpierw wsadzilam dwa domki, zeby mieli sie gdzie przed soba schowac, ale po dniu zauwazylam, ze harmonia jest. od czasu do czasu groznie na siebie pofukaja, ale juz spia w jednym domku, juz sie oswoili. wiec jedna klatka w domu mniej:) cale szczescie, bo swinki na trzy dni musza z domu wybyc, bo ogladajacy dom maja swonek nie widziec, zarzadzila pani stylistka, naslana przez maklera.. wywioze je jutro do kolezanki.

placzacy nauczyciel

dzis nauczyciel Bizon poplakal sie na lekcji, tak mu starsi uczniowie przeszkadzali w prowadzeniu tejze lekcji. mlody nauczyciel, ktory dopiero co zaczal… 11-sto i 12-sto letni chlopcy przerosli go. 

rozne sprzeczne mysli mi przechodza przez glowe… z jednej strony bardzo wspolczuje temu naczycielowi. z drugiej strony mysle sobie, chlopie, starsze dzieci 13-14 latki uczone sa przez drobniutka blondyneczke i ona sobie z nimi radzi. klasa Bizona od srody do piatku tez ma mloda pania filigranowej postawy i sam Bizon stwierdzil, ze u tej pani nie ma zartow. wiec czemu facet sobie nie radzi z klasa? nie wiem. wiem, ze juz po drugim dniu z tym nauczycielem Bizon przyszedl zly do domu, bo nie mogl spokojnie rozwiazywac cwiczen, bo nie mogl sie skupic na lekcji, bo tak starsi chlopcy przeszkadzali.

 

w naszej szkole przerabiany jest program ‚anty-pesten”. nie ma chyba w j.polskim jednego slowa, ktore w pelni przetlumaczyloby holenderskie ”pesten”, ale generalnie chodzi o dokuczanie, wysmiewanie, nekanie. szkola jest bardzo dumna z powodu tegoz programu… i co z tego, kiedy program to teoria a zycie przynosi cos innego. i tu mnie nerw bierze… bo tyle gledzenia o czyms, co jest nieskuteczne… dzieci czuja sie bezkarne. dzieci nie czuja szacunku do nauczyciela, nie ma hierarchii, nie ma autorytetow. dlaczego???

pierwsze co mi przyszlo do glowy to forma zwracania sie do nauczycieli – dzieci sa z nauczycielami na ty. z tego co szlysze, to norma w wiekszosci holendrskich szkol. z jednej strony mowi o nauczycielach ”nauczycielka X, nauczyciel Y”, czyli w trzeciej osobie pojawia sie slowo ”nauczyciel”, ale po pierwsze idzie za nim imie, a nie nazwisko nauczyciela (nie wiem jak jest teraz w Polsce, ale 30 lat temu byla ”pani Kowalska”, a nie ”pani Ania”), a w drugiej osobie jest juz niderlandzkie ”je”, czyli ”ty”… jesli nie ma dystansu miedzy uczniem a nauczycielem, czy da sie zbudowac szacunek, autorytet? 

druga sprawa to rodzice… dzieci z ”dobrych domow” nie dokuczaja… czy dlatego, ze w tym domach uczy sie szacunku do drugiego czlowieka? czy dlatego, ze w tych domach jest dyscyplina? nie wiem. u nas przede wszystkim jest szacunek dla nauczyciela. zdazylo mi sie powiedziec przy dzieciach, czemu nie zgadzam sie z jakims nauczycielem, ale jednoczesnie uczylam, ze jak jest ”sprawa” to nalezy ja grzecznie przedyskutowac i dojsc do porozumienia i to nie dziecko, ale rodzic i nauczyciel to ma przegadac, a dziecko ma sluchac.

pomyslalam tez o biciu. nie chcialabym, zeby kto kolowiek dotknal moje dziecko. a jednoczesnie… czasami mysle, ze jakby taki X oberwal po tylku od dyrektora, to wiecej nie smial by sie smiac za jego plecami. bo tak wlasnie dzis bylo: placzacy nauczyciel poszedl na skarge do dyrektora. ten przyszedl do klasy i zaczal bla-bla-bla o tym, jak to nauczyciel sie stara, ciezko pracuje, przygotowuje sie do lekcji, a wy, niewdziecznicy tacy jestescie niedobrzy. pytam Bizona, co na to dzieci: ci co dokuczali nauczycielowi, smiali sie do rozpuku za plecami dyrektora… no wlasnie. i jak to slysze, to maja szczescie ci chlopcy (i ja tez), ze nie ja w tej szkole nie pracuje – bo bym im sprala tylki (i wyleciala z pracy). 

znow sprawdza sie to, co moja mama za czasow dyrektorowania szkola powtarzala: szkola i rodzice musza wspolpracowac. dziecka nie wychowa szkola. i rodzic, ktory od rana do wieczora jest w pracy tez sam dziecka nie wychowa. to jest wspolpraca szkoly z rodzicem. ale jesli rodzic ma w nosie szkole, jesli dla niego centrum zycia jest bezrobotne, papieros, kawa i marihuana, to o czym tu mowic, o jakiej wspolpracy i szacunku do nauczyciela?

przyszlo mi tez do glowy to co moja mama tez skrytykowala: klasy laczone. w klasie Bizona sa dzieci 10, 11 i 12-sto letnie. Najstarsza dziewczynka jest mojego wzrostu i piersi tez ma wielkosci moich;) najstarszy chlopiec jest conajmniej mojej wagi, jak nie ciezszy… ja jestem zaskoczona, ze nasz 26kg-mowy Bizon, nicale 140cm wzrostu wsrod takich wyrosnietych nastolatkow funkcjonuje. bo jeden z lepszych kolegow Bizona, Jesse, o glowe od Bizona wyzszy, jest przesladowany… bo ma ADHD… wyzywaja go od polglowkow, od adhd-przyglupow, smieja sie ”hej adhd, polknales juz swoja pigulke”? ciesze sie, ze ja nie mam takiego problemu z Bizonem. i jednoczesnie przygotowuje sie na przeniesienie go do nowej szkoly…  bo jak sie przeprowadzimy do nowego domu, to bedziemy w innym regonie, wiec bede miala swietny powod, zeby zerwac z tym patologicznym srodowiskiem dzieci, ktore chodza do klasy Bizona.

swinki i telefon

jako ze swinki grzecznie sie na dywanie bawia, wsadzilam je do jednej klatki. blad. Snoepje zaczal warczec, Blondie sie wkurzyla i zaczely sie gryzc. ganialy sie w kolko, kwiczaly i gryzyly – wszystko w takim tempie, ze nie wiedzialam jak je rozdzielic… w koncu Blodi zwiala na dach domku i wtedy udalo mi sie zlapac spanikowanego Snoepje. alez mu serce walilo. poogladalam swinki z kazdej strony, sladu krwi nie ma… wyglaskalam, wycalowalam, dalam cos smacznego na zab i teraz mysle, jakby te swinie jednak przekonac do pokojowego dzielenia klatki.

 

przedwczoraj wieczorem zostawilam telefon, jak zwykle na stole, obok naszej sypialni. i o 20.00 poszlam spac – wirus mnie powalil. rano sie zdziwilam, bo telefon lezal kolo TV, w drugim pokoju. ale nic, wzielam go, wsadzilam do torby i poszlam do pracy. i od tej pory juz telefonu nie widzialam… mowie lubemu, ze telefon zgubilam albo mi ktos ukradl, a on mowi, ze polozyl kolo TV, bo bal sie, ze jak ktos by dzwonil, to by mnie obudzil… no super, ale ja telefon kolo TV znalazlam… i wydawalo mi sie, ze schowalam do torby… przeszukalam cale biurko w pracy (=posprzatalam papiery), podloge, pozniej caly dom i nic – telefon wsiakl.

ide dzis rano do pracy i nieszczesliwa oswajam sie z mysla, ze musze kupic nowy telefon. i ze bede musiala znow nowe funcje obczaic i nowe adresy powprowadzac, i kalendarz (nie wiem jak) ”odbudowac”… wchodze do biura, a tam, na parapecie, laduje sie moj telefon!!! malo go nie wycalowalam, tak sie ucieszylam:D ponoc z kim sie zadajesz, takim sie stajesz… tylko czemu to ja do lubego sie upodabniam, a nie on do mnie;)?

Blondy i Cukiereczek

dzis przywiezlismy zone dla naszego Snoepje, czyli cukiereczka. mimo ze zona oryginalnie nazwana zostala ‚Perkusja”, Bizon postanowil nazwac ja Blondy. Perkusja, czy Blondy, jak zwal tak zwal, ozywila naszego Soepje. jeszcze nigdy go nie widzialam tak ozywionego, zaskoczonego, oglupialego, zazdrosnego, szczesliwego, popadajacego ze skrajnosci w skrajnosc, od euforii to paniki;) jeszcze nigdy nie slyszalam tylu dzwiekow w wydaniu naszego Snoepje. gosc nie wie co ze soba zrobic (wlasnie gryzie sobie domek…)

 

za to zona, tzn. Blondy, super blondyna, z dlugim bialym wlosem i ruda grzywa, czerwonymi oczkami, w ogole sie nie boi, jest bardzo ciekawska, troche jeszcze oniesmielona, ale juz ja widze ten blysk w oku. juz ona sie naszym Snoepje zaopiekuje. 

na razie swinki mieszkaja w dwoch osobnych klatkach – podwojne bezpieczenstwo: zeby sie przypadkiem nie poklocily, i zeby nie zaciazyly, bo Snoepie byl wykastrowany 4 tygodnie temu. wachaja sie wiec, Snoepje nawoluje, ale Blondy nie reaguje, siedzi sobie w domku. spotkania organizujemy na dywanie, zeby miec oko na to co swinki wyprawiaja. 

mamy radoche, a ja oczywiscie, najwieksza:) w koncu jestem corka lesnika;)