narysowac ptaka

ogladalam dzis prace Szkraba przyniesione przed wakacjami ze szkoly. na jednym z rysynkow pelno ptakow. takich ptakow, jak sie czasami cos odhacza, podobnych do litery V, ale lekko asymetrycznej, z zawinietymi koncami. od razu wiedzialam, ze to stado ptakow. Szkrab sie zdziwil, ze wiedzialam, bo jego nauczyciel na poczatku nie wiedzial, ze to ptaki, a pozniej pochwlil kreatywnosc Szkraba, ktory zamiast jednego ptaka ”ze wszystkimi detalami” narysowal niebo pelne ptakow widzianych z ziemi, z daleka.

a skad ja wiedzialam? bo jakies 33 lata temu, kiedy chodzilam do zerowki narysowalam dokladnie taki sam obrazek. tematem pracy tez mial byc ptak, a ze ja doszlam do wniosku, ze narysowac calego ptaka to zbyt trudne, narysowalam cale niebo z literkami V: stado ptakow odelatujacych na zime. zgarnelam za to ochrzan od nauczycielki i musialam od nowa rysowac: PTAKA, a nie takie BAZGROLY!

pamietam wciaz jak bylo mi przykro, gdy nauczycielka tak okreslila moj rysunek. ciesze sie, ze Szkrab ma madrzejszego nauczyciela. i ciesze sie, bo przyjemnie zobaczyc w swoim dziecku siebie samego, sprzed 33 lat…

wakacje;)

jako ze oficjalnie do 19 listopada siedze na bezrobotnym, bez poczucia winy postanowilam wziac wolne podczas waakcji jesiennych, ktore rozpoczely sie wczoraj.

ale… wczoraj wybieralismy pielegniarki… wiec pol dnia bylam w pracy. 

w czwartek zebranie komisji etyki… nasz projekt bedzie omawiany i mamy 15 minutowa szanse na rozwianie ewentualnych watpliwosci; szef ma operacje, studentka praktyki, wiec kto musi isc? ja. 

w piatek kolejne wywiady z kandydatkami na pielegniarke… za rok biore normalne wakacje: wybywam z domu. zeby nikt nic ode mnie nie chcial, zebym byla poza zasiegiem.

 

kregoslup dalej boli jak cholera, schylic sie nie moge, wyspac sie nie moge, od czesci ledzwiowej promieniuje we wszystkie strony, wiec przy okazji boli mnie tez glowa, sasiadka gra na calego szlagiery, ktore mnie wnerwiaja, jej dziecko drze sie w nieboglosy, biega po domu w butach, wiec mimo ze mieszkaja pod nami, czuje, jakby mi ktos po glowie tupal, i jeszcze sie drze. normalnie, idzie zwariwoac. zwlaszcza, jak czlowieka cos boli…

jutro jedziemy kupic zone dla Snoepje. 

a po jutrze znow do Niemiec, bo w zeszla sobote wszystkie sklepy byly pozamykane cztery spusty. 

lubimy normalne

luby ujal mnie prawie 14 lat temu tym, ze byl taki… normalny. nie silil sie, nie spinal, nie skakal, nie robil podchodow, za to jasno komunikowal, ze wpadlam mu w oko.

kiedy po jakism czasie, jak juz bylismy razem, spytal, co mi sie w nim spodobalo, powiedzialam mu to: bo byles taki normalny. to byl komplement, bo wczesniej mialam chlopakow albo supernadambitnych (nie, zeby luby nie byl ambitny, ale jest tak po prostu, normalnie ambitny;)), sknerusow liczacych kazdego zarobionego/wydanego grosza, maniakow planujacych wydarzenia z rocznym wyprzedzeniem, byl jeden przeromantyczny romantyk, od ktorego XXXL-romantyzmu mnie mdlilo (a teraz, po latach jestem prawie pewna, ze schowane bylo za tym.. gejostwo…), byl tez natchniony artysta-architekt, ktory smial komentowa moj makijaz (jak on smial;)), itd… same oryginaly. a tu nagle trafl mi sie taki normalny luby… ktory swoja normalnoscia zachwyca mnie juz od tylu lat…

rozmawiam rano z majstrami. koniecznie chca mi do lazienki wrzucic dwa zlewy. a ja nie chce. po co? pytam? skoro od 11 lat dziele z mezem jeden zlew, skoro dzieci potrafia zlew podczas mycia zebow dzielic, to po co mi dwa zlewy (i krany) – zeby miec wiecej do pucowania??? ja chce miec normalna lazienke! funkcjonalna i normalna. 

ogladam kuchnie… a tam wyspy z kuchenkami na tych wyspach. wyspe, ktora ja normalnie barem zwe, chce. bo bedzie to nasz kuchenny stol, przy ktorym bede z chlopakami sniadanowac. ale zadnych kuchenek tam nie chce – bo po pierwsze nie chce pryskac tluszczem po calej chalupie, a bar bedzie oddzielal jadalnie od kuchni, a po drugie, nie uwazam garow za jakas wyjatkowa dekoracje kuchni, nawet jak sa nowe i ladne. do tego piekarniki wbudowane gdzies wysoko w sciane kuchenna… i co, ja mam sie do tego piekarnika wdrapywac? po schodkach? nie, ja chce normalny piekarnik: stojacy na ziemi. z kuchenka i wentylatorem. normalnym. 

majster pyta, jakie beda sciany. gladkie i biale, mowie. a schody? gladkie i biale. a drzwi? gladkie i biale:D 

dzis wpadla kolezanka. przyniosla pyszny sernik. dyniowy. ja fanka dyni nie jestem, ale sernik byl smaczny, bo korzenny. bo to jest moj ”problem” z dynia – jak dla mnie to dynia nie ma smaku, wiec potrawy z dynia rozpoznaje tylko po kolorze, a nie smaku. sernik byl pomaranczowy, wiec zgadlam ,ze dyniowy, ale czulam w nim cynamon, gozdziki i galke muszkatolowa. do tego polewa ”krowkowa” – jak dla mnie:pycha. chwale wiec jej sernik a na mowi, ale ten twoj, co ostatnio dla mnie dalas, byl o niebo pyszniejszy. dziwie sie, bo zwykly, tradycyjny sernik upieklam, a kolezanka mowi: no wlasnie, taki byl normalny, domowy, jak mama zawsze piekla… kolezanka poszla, a chlopaki, ktore sernika dyniowego nie dokonczyly, stwierdzily, ze serniki to oni lubia takie normalne, biale, a nie udziwnione:DDD

i tacy to my normalni jestesmy:D

choc moja mama czasami z przekasem twierdzi, zesmy oryginaly;)

 

jakie tam zimno?

wszyscy wokol nagle zaczeli narzekac na zimno. Holendrzy! a ja sie dziwie, bo poki nie pada i nie wieje, to mi ‚znosnie’, a juz nie widze powodu do narzekania. zadzwiam wiec holederskich wspolpracownikow i znajomych mowiac ‚grunt, ze sucho!’:) i obym nie wykrakala;)

w sobote na bootcampie cos mi w krzyzu strzelilo. jako ze w weekend pilam (wino;)), nie chcialam brac ibuprofenu. ale dzis juz wymieklam. bo juz mnie pogielo z bolu. smialam sie z dziecmi, ze jutro o lasce do szkoly przyjde, bo wyprostowac mi sie trudno… tak wiec podwojna dawka znieczulacza i cwiczenia miednica – ‚bardzo zachecajaco to wyglada” – podsumowal luby;) w pracy po kryjomu, w laziece, krecilam miednica / tylkiem, zeby co nieco rozluznic… ech, jeden gwaltowny ruch i tyle ceregieli.

w srode jade z majstrami wymierzyc dom, zeby wiedzec, jaka kuchnie planowac, ile kafli kupic, ile i jak duzych grzejnikow, jaka wanna nam sie zmiesci, itd…

 

wymarzony dom

czy istnieje dom idealny? chyba nie;) o ile sie go samemu nie zbuduje, choc pewnie jak sie buduje dom po raz pierwszy, to tez nie mozna wszystkiego sobie wyobrazic i idealnie z gory zaplanowac. 

mysmy znalezli dom prawie wymarzony. nasze marzenia byly weryfikowane przez ostatnie kilka miesiecy, bo domy o ktorych wydawalo nam sie, ze marzymy, jednak nie okazaly sie wystarczajaco dobre.

zacznijmy od tego, ze luby wlasciwie to nie bardzo mial ochote sie gdziekolwiek przeprowadzac, bo jemu u nas dobrze… mi w sumie tez dobrze, bardzo lubie nasze mieszkanie, ale stalo sie one za male i niepraktyczne. bo mi sie marzylo conajmniej piec sypialni… ludzie pukali sie w czolo, po co mi tyle sypialni dla nas trojga, a szybko wyjasnialam: 3 sypialnie dla nas, jedna goscinna, jedna, zebym miala gabinet do pracy ze stalym komputerem, a nie ciagle bawila sie migrowanie z laptopem po domu w poszukiwaniu cichego kata (w ostatni weekend pracowalam z laptopem na kolanach, w sypialni, bo dzieci sie w najlepsze bawily w chowanego po calym domu…) i w sumie to jeszcze jedna sypialnia, szosta, przydalaby mi sie na garderobe, gdzie nie tylko ubrania by byly, ale poduszki, koldry walizki, posciel, wszystkie buty, itd… no i w sumie, jeszcze pokoj na bieznie (dla mnie) i ”rawing” (dla lubego)… gdyby gabinet do pracy byl wystarczajaco duzy, to tam moglby stac nasz sprzet do fintess, ale jako ze sypialnie w domach holenderskich stojacych blisko centrum miasta rzadko sa olbrzymie, wiedzialam, ze trudno bedzie znalezc taki duzy gabinet, zeby polaczyc go z fitnessem. do tego jeszcze marzyl mi sie kat z fotelem, gdzie moglabym sie czasami odizolowac od rodziny i poczytac na spokojnie ksiazke. ale to tez daloby sie polaczyc z gabinetem. znalezmy jeden dom, ktory odpowiadal mojemu marzeniu. piekny, wyremontowany dom, w idealnej lokalizacji.. jednak cena nas wystraszyla – z dwoch obecnych pensji moglibysmy go splacic, ale co, jesli za dwa lata nie bedzie kasy na moj projekt? 

w koncu znalezlismy TEN dom. nie pokrywa sie on w 100% z moimi oryginalnymi marzeniami, ale TEN dom ma w sobie to COS. to, czego sie nie wie, zanim sie nie wejdzie do srodka, zanim marzenia sa tylko teoretyczne. do tego domu, ktory wybralismy, weszlismy i… od razu wiedzialam, gdzie co bedzie i jak bedzie. ten dom ma niby ”tylko” cztery sypialnie (dla nas i goscinna), ale ma tez olbrzymi, wysoki strych, z ktorego (w przyszlosci) mozna zrobic dwa pokoje. na dzien dobry strych podzielimy na trzy strefy: legolandia dla dzieci, kat do pracy, z dwoma miejscami pracy (bo wizje mam taka, ze jesli dzieci w szkole sredniej beda musialy robic projekty na komputerze, to nie beda sie zaszywac z komputerm w swoim pokoju, ale beda siedziec z nami w ramie w ramie: dziecko bedzie pisac np. esej, a ja artykul;)) i fitness, a moze nawet jeszcze zmiesci sie tam jakas szafa na tekstylia. 

TEN dom musi byc wyremontowany od podszewki; wszystko: elektrycznosc, grzejniki, sufity, schody, okna (na szczescie tylko od strony ogrodu), kuchnia, lazienka, ubikacje (dwie!!! w koncu nie bedzie kolejek!!!). tylko piwinica nie musi by remontowana! tak, bo jest tez ”dwupokojowa” piwnica:D na poczatku bylam bardzo zniechecona do tego remontu. liczylam, ze kase, jaka wydamy na remont, mozna by wydac na po prostu drozszy dom, w lepszej kondycji. ale po obejrzeniu kilku takich domow zrozumialam, ze… TEN dom, to moja szansa na zrobienie wszystkiego po swojemu: od poczatku do konca. ludzie buduja domy, zeby miec wszystko na swoja modle – ja tego nie smie robic od podstaw, z reszta i tak bym gruntu poblizu centrum naszego miasta nie dostala, my sciany,, podlogi i fundamenty mamy, a cala reszte mozemy wypelnic tak, jak nam sie to podoba. to jest to!!! bo co z tego, ze w innym domu lazienka byla prawie nowa, skoro mi sie ona zupelnie nie podobala? to samo z kuchnia… 

co wazne, lubemu ten dom tez sie od samego poczatku bardzo spodobal! wiec go kupilismy. 

tak wiec siedze, planuje, ogladam zdjecia TEGO domu, zdjecia roznych lazienek, kuchni sypiali i planuje, planuje, planuje. i licze;) 

i jestem bardzo podekscytowana! 

w piatek siedzialam w ogrodzie TEGO domu, bo firma od azbestu sprawdzala dom. zajelo im to 1.5h, ale na szczescie wynik byl dosc przyjazny, bo tylko kilka rur jest azbestowych i moze azbest jest w ramach okienych, ale okna zamierzamy w calosci wyjac i ”wyrzucic”. kiedy tak siedzialam w tymze ogrodzie zobaczylam to, co zawsze mialam w moich marzeniach ”ogrodowych”: roze (obecnie niekwitnace, ma sie rozumiec) pnace sie po metalowym luku. i wtedy to uczucie sie podwoilo: to jest TEN dom:)

czytanie w szpitalu

moje dzieci maja szlachety, choc czasami upierdliwy, nawyk czytania wszystkiego co im wpadnie w rece, niezaleznie od miejsca, w ktorym sie znajduja badz sytuacji. upierdliwie jest rano, kiedy trzeba sie skupic na ubieraniu, bo bywa tak, ze dziecko zalozy jedna skarpetke i odplynie w czytanie…, po moich pokrzykiwaniach zalozy druga skarpetke i znow cisza… czyta, i tak sie moje dzieci potrafia ubierac pol godziny… pozniej to samo przy sniadaniu, myciu zebow, zakladaniu butow… czasami wyciagam im ksiazke z reki i mowie, ze oddam, jak wykonaja dana czynnosc. ale zanim do tego dojdzie, to oni juz po inna ksiazke zdaza siegnac…

 dzis poszlismy do szpitala na kontrole zlamanego lokcia Bizona. a tam w poczekalni stosik Donald Duck… dzieci zaczely czytac, ale po chwili zawolal nas ”nielekarz” (w sumie, to nawet nie wiem kto… pielegniarz… asystent? nie mial opisanej funkcji na karcie). na szczescie dzieci odlozyly gazetki bez huku. wiadomosc byla wspaniala: Bizon moze grac w noge i jezdzic na rowerze! wychodzimy z gabinetu, a dzieci zgodnie, bez slowa siadaja przy stosiku z Donald Duck i zamierzaja kontynuowac lekture!!! mowie im, ze nie bedziemy tu siedziec, bo jeszcze ktos pomysli, ze czekamy na wizyte. ale dzieci zaczely protestowac.

w koncu wpadlam na pomysl, ze wyjdziemy z gazetkami z poczekalni na glowny korytarz i dzieci dokoncza tam swoja lekture, a ja przeczytam artykul, ktory mi szef podeslal. posiedzielismy jakies 15 minut, dzieci sie zsynchronizowaly i prawie jednoczesnie gazetki przeczytaly, odnieslismy je z powrotem do poczekalni i tak to sobie poczytalismy w szpitalu:)

cuda, dziwy

moja studetka opowiedziala taka histore: ktoregos ranka, kolo 6.00, jej tato patrzy przez okno, a tam wielblad idzie srodkiem ulicy. zadzwonil na policje, a ci… nie uwierzyli mu:D nie dziwie im sie;) pewne pomysleli, ze pan za duzo wypil.

ale kilka dni pozniej tato studetki dowiedzial sie, ze niedaleko ich domu cyrk rozbil namioty i jednemu wielbladowi udalo sie uciec:) 

wychodzi na moje;)

dzis Bizon mowi: mamo, nie musisz instalowac tego klasowego What’sapp-a, nie chce z tego korzystac. zdziwiona pytam dlaczego i slysze, ze ostatnio tyle jadu i przeklenstw bylo na klasowym ”appie”, ze Bizon stracil na to ochote. w srode mam wywiadowke ‚osobista’ (sam na sam z nauczycielka), to podpytam.

dom prawie kupilismy, ale jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, to wprowadzimy sie pewnie dopiero gdzies w styczniu…

wczoraj zaliczylam z nasza grupa studentow i szefem laser games – dawno sie tak nie usmialam:D a upocilam sie bardziej niz na fitnessie;)

wybrac pielegniarke

nasz pielegniarka, ktora zalicza burn out, nie dostala nowego kontraktu. za to my dostalismy pieniadze z departamentu na jeszcze jedna pielegniarke. i szukamy. oferta byla dostepna na internecie przez dwa tygodnie, przyszlo sporo podan; kilka osob zadzwonilo do mnie z roznymi pytaniami, zanim zlozylo podanie. z niektorymi osobami rozmawialo mi sie latwo, a z innymi jakos tak dziwnie… bo jesli ktos dzwonil i mowil, ze widzial oferte i ze ma kilka pytan, to ja pytalam ”jakie sa Pani pytania”. moze moj akcent niektorych zaskoczyl, nie wiem, ale niektore z kobiet (bo tylko kobiety sie zglosily! – gdzie ten gender?!?!?!?!) nie umialy zadac konkretnego pytania, tylko stekaly cos ogolnikowo do sluchawki. a ja strasznie nie lubie takich niekonkretnych ludzi. masz pytanie, to zapisz je sobie i pytaj. z kilkoma osobami bardzo przyjemnie mi sie rozmawialo, czulam ten ”klik”, mimo ze je tylko slyszalam. u tych osob slyszalam energie w glosie, silny charakter, zdecydowanie, motywacje do nauki czegos nowego. 

w czasie rozmowow, robilam sobie notatki.

dzis przegladalismy z szefem podania, zeby wybrac kandydatki do pierwszej rundy. i okazalo sie, ze moje odczucia po rozmowie telefonicznej pokryly sie z odczuciami po przeczytaniu CV i listu motywacyjnego, i z preferencjami szefa. bo niezaleznie od siebie stawialismy + i  – przy osobach, ktore chcemy lub nie chcemy zaprosic na rozmowe i tylko w jednym przypadku nasze preferencje sie roznily. 

za tydzien runda nr.1. jeszcze nigdy nie siedzialam w komisji rekruacyjnej… i z jednej strony mam na to wielka ochote, czuje dreszczyk podniecenia, a z drugiej strony czuje sie troche stremowana!

nasz kibic

dzis Bizon poszedl na nasz ”20-sto tysieczny” stadion na mecz FC-Groningen z Heraclesem. wyjscie zorganizowala szkola. majac w pamieci klimaty panujace na polskich meczach, polskich kiboli, troche sie lekalam… jakie zdziwienie, kiedy wszyscy rozeszli sie w pokojowej atmosferze do domu. moze dlatego, ze w koncu bylo 0-0;)

odprowadzilam naszego Bizona na 17.30 na stadion, stanal wsrod kolegow i… najmniejszy, no kruszynka. ale to nie problem. ciesze sie, ze nasz Bizon, mimo ze kruszynka o 1-2 glowy nizsza od kolegow z klasy, nie ma zadnych kompleksow, nikt go nie wysmiewa, jest bardzo towarzyski i jest dosc pewny siebie. 

odebralam go o 20.30 – bylo juz ciemno. i pomyslalam: zaczelo sie! Bizon zaczyna byc nastolatkiem. zaniedlugo bedziemy go odbierac z imprez… zacznie sie szoferka. i bede to robic, czy mi sie to bedzie podobac czy nie, byle nasz kontakt pozostal tak dobry jak jest.

a Szkrab… zagral dzis swoj pierwsze mecz. i jego druzyna wygrala 8:1, wiec wrocil do domu bardzo dumny.

slucham footballowych opowiesci, rozmow moich chlopakow z lubym i… ucze sie;) bo do niedawna football mnie nie interesowal, ale skoro chcialam miec synow, skoro mam tych synow, i to synow, ktorzy ciagle tylko o nodze rozmawiaja, to wypadaloby sie tez troche podedukowac:)