slabe i mocne strony pracownika

moj szef powiedzial kiedys, ze najwazniejsze, zeby ludzmi w ‚druzynie’ klikalo, a pozniej to juz trzeba umiec wykrzystywac te silne strony pracownika, przymykac oczy na slabe strony i jedoczesnie probowac te slabe strony stopniowo wzmacniac. 

tak wlasnie probuje postepowac z moimi studentami, z moimi dziecmi, z ludzimi, z ktorymi mam nacodzien kontakt. bo wiadomo, ze nikt nie jest dobry we wszystkim. ale po co klasc nacisk na wady, skoro mozna go klasc na te silne strony (ktore tez kazdy ma). 

ale wczoraj ogarnela mnie rozpacz i niemoc…  resztkami sil zachowalam pokerowa twarz. chodzilo o naszego znajomego od remontow. w zeszlym roku bylam z niego BARDZO zadowolona. choc juz wtedy zauwazylam, ze z planowaniem jest on na bakier: w kosztorysie wyliczyl, ze potrzebuje tydzien na remont a robil go dwa tygodnie, co oczywiscie podnioslo koszty. ale w zeszlym roku jakos mnie to nie ruszylo, bo remont az tak wielki nie byl. a miedzy nami klikalo! ja mowilam, on sluchal i robil dokladnie to o co mi chodzilo. 

wczoraj zas szlo o remont calego domu, ktory sobie upatrzylismy. szlo o remont kapitalny, z wymiana elektrycznosci, nowymi kaloryferami, izolacja dachu, wymiana okien od ogrodowej strony domu, nowa lazienka, kuchnia i schodami. do tego gladz, malowanie i panele podlogowe. nasz znajomy obejrzal dom, spisal co trzeba wyremontowac, co ja bym chciala (np. usunac jedna sciane, a zamurowac inna  albo podlaczenie do pralki w lazience a nie w kuchni) i mial nam wczoraj przedstawic ogolny kosztorys i ile czasu by mu to zajelo…

siedzielismy z nim dwie godziny i w koncu my, w jego obecnosci, zrobilismy kosztorys, ktory byl z pewnoscia bardziej realny ten, z ktorym przyjechal. w sumie, to przyjechal bez kosztorysu…. bo on ciagle powtarzal, ze to zalezy, np. ile chcemy miec gniazdek, czy np. ubikacje, wanne, itp. kupimy w Polsce czy w Holandii, bo w Polsce niby taniej… ale mowie, ze przeciez transport wanny z Polski za darmo nie bedzie, czy wie ile to by kosztowalo… no nie wie… no wlasnie… a jak by trzeba bylo cos reklamowac, to kto mi te wanne do Polski z powrotem zawiezie… no… nie wiadomo. no wlasnie. wiec ja w Polsce to sobie obraz na sicane moge kupic, ale nie wanny, prysznice, ubikacje i okna. ale ani do polskiej, ani do holendrskiej opcji nasz majster nie umial zrobic kosztorysu. on planowal od razu jak on by to zrobil, jakby druciki poprowadzil, jak by to zrobil, zebysmy przy takim remoncie mogli w miare normalnie funkcjonowac… 

tlumacze mu, ze zanim zacznie planowac szczegoly, my musimy wiedziec, ile to wszystko moze kosztowac. i ile by taki remont trwal…: bo jesli trzy miesiace, to ja przezyje, ale jesli rok, to zwariuje. no to sie majster tak tych trzech miesiecy uczepil, jakby to bylo swiete… a ja mu tlumacze, ze te trzy miesiace dlaam jako przyklad, ale to on musi oszacowac, jakie sa realne szanse…. 

probowalam mu pomoc konkretnymi pytaniami: ile czasu lazienka, ile czasu kuchnia, ile czasu dach… ale u niego wszystko jest ”to zalezy od…” ja wiem, ze to zalezy, ale przeciez tu chodzi o generalne okreslenie, oparte na doswiadczeniu. ja wiem, ile czasu zejdzie mi ze swiezym studentem, zeby nauczyc go analizy, a ile ze studentem, ktory juz ma jakies doswiadczenie… ja wiem, ile czasu potrzebuje na zorganizowanie i wykonanie eksperymentu z komorkami, a ile na badania, ktore prowadzone sa z udzialem pacjentow, bo juz iles tam przeprowadzilam.

no to majster tez powinien umiec okreslic ile bedzie trwac np. remont lazienki… 

ale nasz majster nie umial. 

i sie poddalismy. dom na ktory juz sie nastawilismy, chyba jednak nie bedzie nasz. bo nie wiem, czy nas stac na jego remont: nie tylko finansowo, ale i psychicznie;) bo dzis musielismy podjac decyzje i nie mamy czasu o proszenie innego majstra o nowy kosztorys…

natretctwa, dziwactwa…

jest taki kawal: co pierwsze robi urzednik, gdy wchodzi do biura? odp.: nastawia czajnik na herbate. 

a u mnie jest tak: co pierwsze robi czips, gdy dostaje jakikolwiek tekst do korekty od swoich studentow? odp.: wciska ikone ”wyrownaj tekst”. – nie jestem w stanie przeczytac pierwszego zdania, jesli tekst jest ”w zabki”.  najpierw musze go wyrownac. a studenci jakos nie!!! chyba nie zdarzylo sie do tej pory, zeby ktorys student przyslal mi cos bez ”zabkow” po porawej stronie tekstu. na szczescie luby i szef maja to samo, tez wyrownuja;)

kolejny punkt to czcionka: nie znosze times new roman. od razu zmieniam na ariala albo calibri. najlepiej z 1.5-przerwa miedzy liniami;)

 

no i na fitnessie… tego to juz sie wstydze, ale sie przyznam… moja mata MUSI lezec rownolegle do stepu i linii na parkiecie. inaczej cwieczenie mnie denerwuje i podwojnie meczy. zdazylo sie, ze podczas cwiczen mata mi sie przesunela, ale jako ze wstydze sie swoich natrectw, nie zatrzymalam sie, zeby poprawic mate – ale mnie to denerwowalo… czulam sie tak, jakbym spala na pomarszczonym przescieradle… bo przeciez na takim nie zmruze oka;)

no i jeszcze moj granatowy kubek do kawy, w zlote esy-floresy i czerwone pawie: jest moj i tylko moj, i z nikim sie nim nie dziele – jest to tak oczywiste dla otoczenia, ze nikt nie smie go uzyc:D 

czy Wy tez tak macie???????

niedziela we trojke

luby w podrozy sluzbowej i przez cztery dni jestem ‚samotna’ matka. a chlopaki maja okropna faze w swoich stosunkach. ciagle sie podjudzaja, ciagle do siebie warcza, Bizon wysmiewa Szkraba, Szkrab rzuca takim bluzgiem, ze az wstyd, az w koncu do rekoczynow dochodzi:/ nie zeby bronic, ale widze, ze Szkrab staje sie okropnym upierdliwcem podczas roku szkolnego – gdy mamy wakacje, gdy nic nie musimy, to jest inne dziecko… ale coz, do szkoly trzeba chodzic i ciesze sie, ze Szkrab ma nauczyciela, ktory jakos go rozumie i potrafi z nim tak postepowac, ze zadnych skarg, z obu stron, nie slysze. Bzion z kolei… niby dzielnie znosi gips, nie jeczy, nie narzeka, ale jednak brak ruchu, codziennej pilki noznej, jazdy na rowerze, zle wplywa na jego psychike: nadrabia ruchami szczeki – nie, nie je wiecej (wrecz przeciwnie: mniej sie rusza, wiec i apetyt mu spadl…): wiecej pyszczy. glownie do Szkraba, ale i do mnie. 

dlatego postanowilam tak zorganizowac weekend, zeby nie dac dzieciom zbyt wielu okazji do klotni. i wczoraj, i dzis pozwolilam im zaczac dzien od kina domowego – zeby miec czas dla ‚siebie’ – wczoraj na ogarnicie domu, dzis na spokojny prysznic, kawe i ugotowanie pomidorowki. wczoraj zaliczylismy razem zakupy, biblioteke, spacer, wizyte tesciow, a dzis po filmie i brunchu pojechalismy na dosc odlegly plac zabaw – odlegly, ale taki, ze dzieci potrafia sie tam zgodzie przez pol dnia bawic. bo jest woda, pompa, piasek, ‚otwarte’ rurociagi, drzewo wokol ktorego zbudowane sa kladki i male domki drewniane, tak ze mozna sie dosc wysoko wdrapac. niestety, nie wiedzialam, ze ten plac zabaw jest otwarty od 13.00… wiec skoczylismy na lody/kawe i jak wrocilismy plac zabaw byl juz otwarty. i… sami tatusiowie! oprocz mnie byla tam jeszcze jedna mama z dziecmi, a tak to sami ojcowie!!! mamy pewnie sprzataly;) wygrzalam sie w sloncu, dzieci na bosaka pobiegaly, ani jednej klotni nie bylo, az do 16.00, kiedy to zarzadzilam powrot, bo jeszcze nas msza wieczorna czekala. i znow zaczely sprzeczki… ech… dobrze, ze jutro ide do pracy, to sobie w ciszy posiedze. 

jutro przychodzi te fotograf, zeby porobic zdjecia naszego mieszkania, zeby wszsytko bylo gotowe pod sprzedaz, gdybysmy w koncu upatrzyli domek dla nas… ja mam upatrzony, ale lubemu sie nie podoba. jednak musze z nim na powaznie pogadac, ze juz do starosci serce stracilam i ze zadne domy z poczatku XIX wieku nie wchodza w gre. i luby musi sie z tym pogodzic. 

pozar w klubie

dzis Szkrab mial zagrac swoj pierwszy mecz – sciagnelam chlopcow raniutenko z lozek, 8.15 podjechalismy pod klub sportowy a tam… wozy strazackie, gapie, fotoreporterzy… ktos zauwazyl o 6.30, ze klub sie pali, wiec jak przyjechalismy to juz ‚tylko’ dym lecial. przyczyny pozaru nie sa jeszcze znane. na szczescie Szkrab jakos za bardzo nie rozpaczal. wrocilismy do domu, chlopcom pozwolilam obejrzec film na domowym kinie Pathe, a sama zabralam sie za porzadki i pieczenie muffinow.

nawet szybko sie uwinelam i pojechalam na targ. podchodze do kramu z pieczywem, a wlasciciel smieje sie, ze cos dzis wczesnie przyszlam. pusto jeszcze bylo, nie mial innych klietnow, wiec chwile pogadalismy, opowiedzialam mu o podpalonym klubie, ze dzieci z lozek wczesnie po nic wyciagnelam… pozniej pojechalam jeszcze raz ze Szkrabem po mieso. przechodzmy kolo kramu z pieczywem, a pan wola do Szkraba: i co nie pograles dziesiaj?!?! mama cie tak wczesnie z lozka wyciagnela, a meczu nie bylo, he? ale sie Szkrab zdziwil;) nie wiedzial, ze ja wczesniej z tym panem rozmawialam.

luby dzwonil z Izreala…. stresuje sie biedaczek, bo ma jutro intensywne spotkanie… jako ze w Izraelu sobota jest dniem wolnym od pracy, dzis mial dzien wolny, a jutro czeka go ciezka praca…

a ja zgarnelam pochwale od szefa – milo byc dowartosciowanym:) 

o sympatii

wczoraj bedac w szpitalu znow bylam pod wrazeniem sympatii Holendrow. jest to dla mnie zagwozdzka… bo z jednej strony Holendrzy wydaja sie byc narodem dosc zimnym, na dystans, nie sa zbyt wylewni, a z drugiej strony… jak porownam moje doswiadczenia z instytucjami w Polsce i w Holandii to jednak 3:0 dla Holandii: trzy bo porwnac moge sytuacje w banku, w gminie i w szpitalu. moze w Polsce mialam pecha, a w Holandii do tej pory nie… oby. 

wczoraj nasza lekarka rodzinna, za ktora jakos nigdy nie przepadalam, specjalnie dla Bizona, zawrocila do szpitala z wizyt domowych. wyslala skierowanie na radiologie, ale jednoczesnie zadzwonila, zeby nas jak najszybciej przyjeli. jak tylko doszlismy na radiologie, zawolano Bizona, w ciagu 10 minut zdjecie zostalo obejrzane i jako ze radiolog mial watpliwosci, zadzwonil do kolegi chirurga, zeby jeszcze to zdjecie raz obejrzal. jako ze w pracy uzywam nazwiska panienskiego, dzieci maja inne nazwisko niz ja, wiec znajomosci nie wchodzily w gre;) podczas zakladania gipsu, pan-gipsiarz taka mial fantazje, ze Bizon, ktorego lokiec bardzo bolal, miedzy syczeniem z bolu, smial sie do rozpuku. i kolor gipsu mogl sobie wybrac:)

wyszlismy z chirurgii, poszlismy w szpitalu na lody – idziemy z lodami, a tu idzie pani, ktora robila zdjecie Bizonowi – juz w ‚cywilu’, pewnie juz szla do domu. ale przyuwazyla, ze Bizon ma gips i macha do nas – dogonila nas i mowi ‚i co, jednak chirurg kazal zalozyc gips?”, i o lody zapytala czy smaczne, i jeszcze raz opowiedziala mi co widzieli na zdjeciu (bo zlamania na poczatku nie bylo wyraznie widac, ale byly inne znaki swiadczace o zlamaniu). poglaskala dzieci po glowce, zyczyla ”sterkte” i poszla. 

dzis zawiozlam Szkraba na noge, Bizon tez chcial pojechac, zeby choc popatrzec. idzie jeden chlopczyk: o Bizonku, co ci stalo??? o, jaki pech. Idzie drugi chlopczyk: o Bizonku, miales wypadek, ale szkoda, nie bedziesz mogl grac w sobote… Bylam zaskoczona, bo ci chlopcy widzieli Bizona do tej pory raz w zyciu: we wtorek na treningu. trener tez podszedl i zaczal wypytywac- i co mnie zawsze pozytywne zaskakuje: pamietal imie – ja nie wiem, jak oni te imiona zapamietuja…

wracamy z treningu, a w drzwiach kartka z sercem: ”tesknimy za Toba”. obok kartki pistolet wodny, ktory Bizon wczoraj wzial ze soba nad jezioro. ktos ze szkoly podrzucil po poludniu kartke i pistolet pod drzwi! jak milo!

to sa takie drobiazgi. w sumie wydawaloby sie normalne. ale nie zawsze tak jest. nie wszedzie tak jest. a jak wazne sa te drobiazgi przekonalam sie wczoraj. ta sympatia, zainteresowanie druga osoba, pytanie czy boli, jak to sie stalo, stwierdzenie, jaki pech.. to nic nie kosztuje, a jak wiele znaczy.

w szpitalu docenilam jeszcze jedno: stoliki z darmowa woda. kiedy wpadlam z dziecmi do szpitala, wszyscy troje bylismy spragnieni, bo wedrowalismy ze szkoly do szpitala w upale. wchodzimy, a tu zimna woda na stoliku… i znow: to tlyko woda, a jak sie dzieci ucieszyly… ja z reszta tez:) nie raz mijalam te stoliki obojetnie, bo jak sie siedzi w klimatyzowanym pokoju, to sie nawet nie wie, ze na zewnatrz jest upal. wczoraj nie przeszlam obojetnie;) 

lokciowe fatum

kilka dni temu Bizon rozbil lokiec podczas gry w noge. paskudna rana, lokiec obity, Bizon obolaly, ale na drugi dzien juz bylo lepiej. pomyslalam, ze cale szczescie, ze nic sobie nie zlamal. wczoraj Bizon przyszedl z wiadomoscia, ze dzis jada nad jezioro, bo taka piekna pogoda, ze nauczyciele najstarszych grup zdecudowali, ze trzeba wykorzystac te ostatnie dni lata w przyjemny sposob. z jednej strony ucieszylam sie, ze szkola tak dzieciom przyjazda, z drugiej strony troche sie balam, bo mieli jechac nad to jezioro na rowerach (4 km) cala gromada: 3 klasy, czyli ponad 60 uczniow i 3 nauczycieli. no i jednak woda to zywiol… no ale nie mozna sie ciagle trzasc i wymyslac czarnych scenariuszy. przykazalam wiec tylko Bizonowi, zeby za daleko nie odplywal, nie nurkowal i nie skakal na glowke i pojechalam najpierw do pracy, a pozniej ze swinka do kastracji. jak odbieralam swinke ktos zadzwonil, ale ze akurat rozmawialam z weterynarzem, nie odebralam telefonu. swinka wygladala dosc zalosnie, wiec zupelnie zapomnialam, zeby oddzwonic. w domu dzwonie na ten nieznany numer, a nauczycielka mowi, ze Bizon mial wypadek… i ze konserwator po niego pojechal i wiezie go do szkoly, bo Bizon nie jest w stanie wrocic na rowerze…

pognalam wiec pod szkole, konserwator przywiozl Biozona, zgarnelam Szkraba i pojechalismy do lekarza. lekarz oczywiscie X-raya w oczach nie ma, wiec wyslal nas na radiologie, zrobiono zdjecie i… reka zlamana w lokciu. a to oznacza gips na calej dlugosci ramienia: od samej gory, do palcow:( Biedny Bizon, upal taki, w domu mamy 27C, a on taki gips musi dzwigac. na szczescie gips mu odjal bolu.

Bylam pewna, ze wypadek byl na rowerze, ale nie, okazalo sie, ze kolega popchnal Bizona w wodzie (wyglupiali sie…) i Bizon tak upadl ze sie podparl cala dlonia… caly ciezar ciala runal na to chudziutkie ramionko, wiec chrupnelo…

obdzwonilam nauczycielke od skrzypiec, trenera od nogi, studentki, ktore musialam odwolac w ostatniej chwili i… poszlam na fitness – zeby odpoczac po tej gonitwie.  

polowicznie odszczekuje;)

ciazyla mi ta niefajna sytuacja z naszym polskim ksiedzem… wiec, jak zwykle, gdy mam problem, westchnelam glebiej do Pana Boga. 

przed chwila zadzwonil ksiadz:D przemyslal sobie sytuacje i zrobi lekcje religii na pierwszej lekcji, bez obowiazku zapisywania dzieci do polskiej szkoly, tak zeby dzieci takie jak moje nie musialy szukac innego rozwiazania co do I komunii sw. 

ciesze sie, bo nie lubie zatargow.

z sasiadka tez nam sie stosunki poprawily – tez przyjemniej sie wychodzi na balkon;)

teraz jeszcze musze powzdychac do Pana Boga, zebysmy dom znalezli… ale to juz mniej wazne, wiec pewnie dluzej bede musiala wzdychac;)

_____________

a moje chlopaki zaliczyly dzis pierwsze treningi w noge – bardzo zadowoleni, choc Szkrab… matko, do tego dziecka to trzeba miec cierpliwosc… przyszedl do domu i zaczal jeczec, ze nie byl dobry, ze byl najgorszy, ze ani jednego gola nie strzelil i na taka modle zawodzil. w koncu ryknelam na niego, zeby przestal zawodzic, bo pilkarze tak nie robia. czasami juz nie mam sily do tych jego negatywnych emocji. 

rzadko, ale czasami lapie mnie dol…

i dzis mnie zlapal.

wczoraj mialam niefajna sytuacje z naszym ksiedzem… otworzyl polska szkole i tylko dzieci, ktore do tejze szkoly sa zapisane beda przygotowywane do I Komunii Sw…. a ja moich chlopakow do polskiej szkoly zapisywac nie mam zamiaru, bo swietnie po polsku mowia, z czytaniem tez nie maja wiekszych problemow, jedynie ortografia jest taka sobie, ale mi na tym nie zalezy. poprosilam ksiedza o swiadectwo chrztu Szkraba, bo chce go w takiej sytuacji wyslac do komunii w holenderskiej parafii. mysle, ze bardzo niefajnie go zaskoczylam. no coz, ja sie z nikim klocic nie bede, ale swoj rozum mam i nikt nie bedzie mnie zmuszal/ szantazowal do zapisywania dzieci do polskiej szkoly. 

ksiadz to jedno, ale moja dosc bliska, zaufana kolezanka wnerwila mnie jeszcze bardziej, bo… od miesiecy psioczy, ze ta szkola to poroniony pomysl (bo mamy juz jakis 10 lat polska szkole w naszym miescie i ta szkola swietnie funkcjonuje!), ze to nie wypali, nagadala sie, nagadala i… potulnie syneczka do szkoy zapisala – ”ale tylko na rok” – zeby do komunii zostal przygotowany. pytam ja, dlaczego nie zapisze Milana na holederska religie i slysze ”bo holenderski to taki specyfiiczny jezyk”. jaki specyficzny??? przeciez jej syn chodzi do holenderskiej szkoly, j. niderlandzki jest jego pierwszym jezykiem! no tak, ale w kosciele on nic nie rozumie… ????????????????? dziwne… bo tam po niderlandzku mowia, nie po chinsku:/ hipokrytka.

 

a dzis na dokladke dobil mnie ogladany przez nas dom. ja sie jednak do starych domow nie nadaje. niech ludzie mowia o ”klimacie”, a ja nie moge: stare domy smierdza:/ moze po remoncie cos by sie zmienilo… moze tak, moze nie – jak mury wilgoscia przesmierdly, to ja nie wiem czy cokolwiek ten zapaszek wykurzy. znalazlam duze, nowe domy stylizowane na stare, w centrum naszego miasta i bede przekonywac lubego, zebysmy jednak cos nowego kupili. Dom, ktory dzis ogladalismy, mimo pieknych, olbrzymich okien (w gornej czesci z witrazami…) byl ciemny. ogrodeczek symboliczny, tak, ze trampolina byl 1/3 zapelnila. a ja chce, zeby chlopaki mialy miejsce do biegania, gry w pilke… do tego pokoje o dziwnych ksztaltach  rozmiarach – w jednym nawet lozko by sie nie zmiescilo – trzeba by walic sciany i od poczatku robic podzial pomieszczen. nie, dziekuje, to nie dla mnie. jutro idziemy obejrzec jeszcze jedna staroc, ale cos czuje, ze nic z tego nie bedzie. 

do tego obydwaj chlopcy mieli dzis pechowy dzien; Szkrab mnie wystraszyl, bo jechal za mna na rowerze, obok Szkraba kolega i nagle slysze rumor… ogladam sie, a Szkrab lezy na srodku ulicy.. kolega go wyprzedzal z prawej strony, Szkrab tego nie widzial, zjechal w prawo, prosto w kolege… poobijal sie porzadnie:/ a Bizon otlukl lokiec i kolano podczas gry w pilke – lokiec nie tylko poobdzierany, ale i obtluczony – tak wiec gra na skrzypcach odpada… jako ze lokiec bardzo krwawil, nauczyciel przykleil sporty opatrunek. opatrunek przykleil sie do rany, wiec woeczorem byla akcja pod prysznicem: odklejanie opatrunku – az sie spocilam:/ optrunek odkleilam (polewalam woda, az sie wszystko poluzowalo), ale wtedy rana zaczela krwawic. tak wiec jutro bedzie pranie poscieli;) mam tylko nadzieje, ze sie ten lokiec do poscieli nie przyklei, bo znow bedzie rozpacz… ech…

a na srode umowilam Snoepje do kastracji  – i tez mnie to troche doluje, bo mi go szkoda: raz ze to operacja pod narkoza, a dwa, ze jednak niefajna ingerencja. Szkrab protestuje, Bizon sie zlosliwie cieszy, a ja sie martwie, zeby wszystko sie dobrze zagoilo, to kupimy zone dla Snoepje, zeby nie byl samotny. zeby tylko sie nam jakas zolza nie trafila;)

fitnessowo-grillowe emocje

poszlam wczoraj na bootcamp. ucieszylam sie, bo moja ulubiona instruktorka wrocila z macierzynskiego. przyuwazylm jedna nowa dziewczyne – popatrzylam na nia i od razu mi cos nie pasowalo. w trakcie lekcji dziewczyna… siedziala na stepie albo sobie stala z przesadziscie dramatycznym wyrazem twarzy, ktory od czasu do czasu rozswietlal szalony usmiech. dziewczyna byla psychicznie chora:( nie wiem, kto ja na ta lekcje wyslal, czy sama wpadla na ten pomysl – moze ze dwa razy podskoczyla, moze ze trzy razy machnela ciezarkami i to wszystko. dziewczyny kolo mnie chyba nie rozpoznaly szalenstwa w jej oczach i chcialy jej pomoc – ale ta zaczela machac rekami jakby sie od owadow odpedzala… dziwna byla atmosfera – instruktorka troche stremowana, bo nie wiadomo co takiej osobie moze do glowy strzelic… ale do konca lekcji bylo spokojnie. choc kazdy chyba czul sie nieswojo

a po lekcji pedaluje w strone domu – patrze, a tu tato Jessego jedzie na rowerze. wiem, ze tez przynalezy do ‚mojego’ fitness clubu, wiec macham do niego radosnie… facet tak niemrawo mi odmachal i… nie skrecil w kieruku fitness clubu. eeee…. to nie byl tato Jessego;) ale obciach…. 

a po poludniu pojechalismy na grilla do teciow, bo tesc swietowal urodziny. tesciowa podkreslala, zebysmy byli ”na czas” bo mialam zrobic dwie salatki. na czas, czyli kolo 17.00. przybylismy o 16.50. salatki postawilam w chatce, tam gdzie zwykle, szwagierka dostawila swoje dwie, pieczywo, oliwki i…. do 18.30 siedzielismy o tych salatkach. goscie siedzieli glodni, luby sie wnerwial, bo tez mu kiszki marsza graly, chlopaki biegaly i ciagle dopytywaly, kiedy bedzie ten grill, a tesc… powiedzial, zeby goscie zaczeli od salatek. porazka:/ luby twierdzi, ze tesciowi na starosc cos odbija… do tej pory probowalam tescia bronic, ze tak zle nie jest, ale wczoraj przeszedl samego siebie. i nie rozumiem, dlaczego ani tesciowa, ani szwagierka nic mu nie powiedza. luby kilka razy zasugerowal, ze ludzie glodni siedza, ale tesc odpowiedzial, ze przeciez sa salatki i pieczywo! zazartowalam, ze tesc tak ekonomiczne chce te urodziny wyprawic: niech sie goscie zapchaja chlebem i warzywkami, to mniej miesa zjedza;) trzeba bedzie jakis dobitny prezent na mikolaja wymyslec.

moi sportowcy

dzis zapisalismy chlopcow na pilke nozna. znow zacznie sie wozenie… we wtorek i czwartek na 18.00, w soboty roznie, czasem na 8.00, czasem na 10.00… wczesniej umawialismy sie z lubym, ze w sobote on bedzie wozil dzieci na sport, bo ja mam o 10.00 bootcamp. ale jesli zajecia beda sie zaczynac o 8.00, to pewnie luby bedzie prosil, zebym czasami to ja wstala wczesnie z rana… 

a pozniej pojechalam do Gosi zrobic paznokcie – polubilam ten twardy lakier, ktorego niz nie rusza:) a jak paznokcie ladne, to i skorek nie skubie i od razu piekniej sie czuje.

czytalam dzis o kuracji drozdzowej, ze ponoc wzmacnia wlosy, pazokcie, polepsza cere i zmniejsza apetyt na slodycze (a ten ostatnio mam, oj mam… zima idzie;)).

jeszcze jutro i weekend… niestety, znow zajety: tesc ma urodziny. a ja mam ochote nie robic nic… tydzien temu szwagierka organizowala grilla z okazji swoich urodzin i wynudzilam sie – nie umiem i nie lubie gadac o niczym. wole pogaduszki ‚sam na sam’, tak jak dzis z Gosia – robila mi paznokcie, a przy okazji, tak, od serca, na spokojnie sobie pogadalysmy… bez alkoholu, kaw, ciast, salatek – ot, przy szklace wody:)