nawet zwierze…

nawet zwierze potrzebuje byc przytulone, poglaskane, dotkniete…

moi rodzice dali mi bardzo duzo, ale dotyku dali mi za malo. gdy bylam malym dzieckiem nie zdawalam sobie z tego sprawy, ale zawsze mi czegos brakowalo – calusa na dobranoc, przytulanca, wziecia za reke… mysle, ze moi rodzice tez nie do konca zdawali sobie sprawe, ze czegos mi daja za malo… i czasami, w takie dni jak dzis, dziwie sie, ze im te nasze cielesne kontakty tak latwo umknely. u mnie byl jakis instynkt, ktory wrecz zmuszal mnie do ciaglego calowania, tulenia, glaskania moich dzieci – gdy byly male najchetniej nosilam je na rekach;) teraz tez nie wyobrazam sobie wyjscia do pracy bez przytulenia dzieci, nadal lubie je dotykac, obejmowac i… wachac jak spia lub gdy sie przebudza. 

w tytule zwierze… bo dzis znow zauwazylam jak fakt, ze codziennie biore nasza swinke na rece, zmienia ja – widze, jak lgnie do mnie. dzis szlam z dziecmi na plac zabaw, wzielam wiec i swinke – posadzilam na trawie, swinka sie popasla i… spojrzala na mnie, podczlapala, polozyla przednie lapki na moich kolanach i zaczela sie mozolnie na mnie wdrapywac. nie poszla do dzieci, nie poszla w krzaki, tylko do mnie:) juz w drodze na plac zabaw pomrukiwala zadowolona, bo wdrapala mi sie w zaglebienie szyi – to jej ulubione miejsce – tam siedzi i kwiczy:D a mi jest cieplo. nawet zwierze potrzebuje dotyku… skad wiec ten cielesny chlod w pokoleniu naszych rodzicow? – nie wszystkich, wiem, ze i 30-40 lat temu istnieli czuli rodzice, ale jednak, gdy rozmawiam z rowiesnikami, czesto potwierdzaja, ze rodzice zaniedbali ich dotykowo. 

wciaz pamietam, gdy pierwszy raz pojechalam z lubym do jego rodzicow i on, 20-sto paroletni chlop wpadl w ramiona mamy i przytulil sie do niej! bylam pod wrazeniem, bo moi rodzice mnie tak nigdy nie przytulali, wiec i ja nie smialabym sie tak do nich przykleic. 

trzeba sie przytulac. inaczej jest smutno i zimno. dlatego wlasnie lubie spac z lubym – klade swoje lodowate stopy na jego zawsze cieplych lydkach, wtulam zimny nos w jego cieple plecy, zmarzniete rece wkladam mu pod ramiona i tak potrafie zasnac w 2 minuty:) za tydzien luby znow leci do Izraela… i znow bede sie martwic:/ dostalam zaproszenie, zeby leciec z nim… ale stchorzylam. nadal boje sie lotu samolotem i dlatego mowie, ze albo wszyscy czworo razem albo luby i ja osobno – zeby w razie czego, dzieci nie zostaly sierotami;) no tak mam i co zrobic…

szkola mnie zalamuje…

bylam dzis na wieczorze informacyjnym w ‚naszej’ szkole. i z kazdym rokiem ta szkola coraz mniej mi sie podoba… nauczyciele sa w porzadku, bardzo przyjazni dzieciom, nie faworyzuja tylko tych lepszych uczniow, widac, ze wszystkich po rowno traktuja, nawet tych ‚trudniejszych’ co to usiedziec nie potrafia, czy jak nasz Szkrab, z humorkami… nauczyciele maja poczucie humoru, sa mili, otwarci i trudno ich nie lubic. 

ale zalamuje mnie ‚postepowosc’ technologiczna tejze szkoly. juz kilka lat temu pisalam o tablicach interaktywnych – siedza te dzieci caly boozy dzien prpzed ekranem (=tablica), po ktorej stuka sie (=pisze) plastikowym kolkiem (=kreda). to oznacza, ze moje dziecko siedzi przed ekranem jakies 4-5 godzin dziennie. a jak nie przed tablica interaktywna, to przed komputerem. uwazam, ze to za duzo jak na 8-10 letnie dzieci. a lekcji w-f maja… 1.5 godziny tygodniowo… owszem, w czasie przerwy jest mozliwosc pogrania w noge, ale nie jest to przymusowe. wiec ci szczupli biegaja za pilka i szczuplymi pozostana (przynajmniej do 40-stki;)), a ci co powinni sie ruszasz, bo maja nadwage nie biegaja, tylko siedza na laweczce i pitu, pitu. ale to nic nowego. tak jest juz od kilku lat.

dzis na spotkaniu zrobilo mi sie zal Bizona i poczulam sie jak najsurowsza matka na swiecie. a poszlo o tel komorkowy. bo klasa ma what’s-app… i dzieci what’s-appuja… nauczycielka what’s-appuje. tylko Bizon nie ma komorki i nie appuje. po spotkaniu podeszlam do nauczycieli (Bizon ma dwoch wychowawcow) i zaczelam wypytywac, ze po co to appowanie, czy wszystkie dzieci w tym uczestnicza, kiedy to sie odbywa, w jakim celu. no wlasnie, bo dla mnie wszystko musi miec cel;) nawet rozmowa. nie znosze rozmow o niczym. dowiedzialam sie, ze nie wszystkie dzieci maja komorki, ze glownie dotyczy to grupy 8 (Bizon jest w klasie laczonej: 7+8). ze appujac dzieci moga spytac nauczycielke np. o zadanie domowe, jesli nie sa czegos pewne, moga sie umawiac, zeby do siebie wpasc, moga sobie grupowo rozmawiac. zdazylo sie, ze nauczycielke obudzil app o polnocy i wtedy reagowala, zeby dzieci szly spac… ze jak???? nauczycielka reaguje, zeby dzieci o polnocy nie appowaly??? no tak, jak rodzice juz spia, to dzieci appuja. jakby nie mialy komorek, to by smacznie spaly, a tak appuja… i nauczycielke budza (swoja droga… moj smartphon ze mna nie spi… jakos nie mam potrzeby klasc go kolo mojego lozka;)). 

i znow, dzieci zamiast biegac, rysowac, czytac, grac w gry planszowe, isc do biblioteki, parku, siedza z komorka w rece i appuja. 

do czego to prowadzi? dlaczego dzieci nie pytaja o zadanie domowe w szkole? czy gdybym byla nauczycielka bylabym zadowolona, ze ktos neka mnie pytaniami o zadanie domowe, gdy ja mam weekend czy wlasnie sie relaksuje? raczej nie. jako nauczycielka chcialabym, zeby dzieci dobrze wysluchaly co im zadaje i od razu zadaly pytania, albo po szkole, albo na nastepny dzien – bo jeszcze nie zadazylo sie, zeby Bizon mial zadanie domowe z dnia na dzien. na ogol ma kilka dni na jego wykonanie. dlaczego dzieci nie moga umowic sie co do wizyty pod szkola? a poza tym, ja wcale nie chce, zeby Bizon sie umawial z kims bez uzgodnienia tego ze mna, bo nie raz mam ‚nagle’ plany. 

powiedzialam nauczycielom, ze dla mnie ta sytuacja sprzyja dyskryminacji dzieci – te co nie maja komorek i nie what’s-appuja sa w pewnym sensie wylaczone z zycia klasowego. a to z kolei zmusza nas, rodzicow, to postepowania wbrew naszym przekonaniom, a mianowicie, ze telefon kupimy dziecku wtedy, gdy bedzie mialo potrzeb telefonowania, czyli, gdy juz bedzie samodzielnie dojezdzac do szkoly i na zajecia poza szkolne. 

nie dosc, ze musimy ‚walczyc’ z dziecmi, bo najchetniej codziennie gralyby na X-boxie, komputerze, smartfonie (szwagierki, gdy ja tylko dorwa) lub siedzialy przed youtubem, to jeszcze szkola nam noge podstawia i ‚zmusza’ poniekad do zakupu komorki dziecku. 

w koncu doszlismy do wniosku, ze ‚podziele sie’ z Bizonem moim smartphonem – zainstaluje klasowego what’s appa i wieczorem Bizon bedzie mogl chwile (15 minut) ”poappowac”… 

obejrze 24 filmy;)

jest moda na zobowiazywanie sie do przeczytaia ilustam ksiazek w ciagu roku. a ja sie zobowiazalam sie potajemnie do obejrzenia 24 filmow rocznie;) bo od kilku lat bardzo kuleje jesli chodzi o kino. w samolocie obejrzalam ”Gone girl”, ”The Danish girl”, ”Mothers day”  i ”Boulevard” (i tylko ten pierwszy film mi sie spodobal… gdybym trzy ozostale zaczela ogladac w domu, nie zmeczylabym…). przed wyjazdem do SF obejrzelam ”Room” (polecam, choc to zadna nowosc i pewnie kazdy juz to widzial;)) a teraz skonczylam ogladac francuska komedie ”Bon dieu” – mozna sie posmiac OK;)

i tak oto nadrabiam pierwsze polrocze, w ktorym nie obejrzalam prawie nic…. no z wyjatkiem serialu pt. Grand Hotel, ktory byl bardzo wciagajcy, ale trudno go zaliczyc do filmow, bo to raczej opera mydlana byla.

zmuszam sie do ogladania filmow, bo… trudno mi trafic na ciekawy film. a jeszcze trudniej na taki, zeby i mnie i lubemu sie podobal.

zamarzyc

dzis dowiedzialam sie, ze jeden z ‚naszych’ chirurgow jedzie z rodzina na wakacje do Kalifornii na 3 tygodnie – zaczyna od San Francisco… i poczulam cos, czego sie po sobie nie spodziewalam: uklucie zazdrosci! przyznam, ze gdyby nie ta podroz przez ocean, to Kalifornie odwiedzalabym wczesniej. spedzilam tam kilka dni… i chcialabym tam wrocic.

pierwsze co zauwazylam podczas pobytu w San Francisco to fakt, ze ani razu nie bolala mnie glowa! moim holenderskim towarzyszom ciagle bylo zimno, a mi nie! czyli to moj klimat: mgle uwielbiam, za to nie bylo wiatru, deszczu i ja nie czulam zadnej wilgoci, choc teoretycznie klimat jest wilgotny. w Holandii regularnie boli mnie glowa i czuje sie senna, bo cisnienie spada bardzo szybko i niestety moja glowa tego nie lubi. tak wiec mimo bardzo intensywnego trybu zycia w San Francisco, mimo innej sfery czasowej i dlugiej podrozy ja w San Francisco czulam sie wypoczeta i tryskalam energia.

i pewnie dlatego, gdy uslyszalam, ze kolega sie tam wybiera poczulam zal, ze ja tak nie moge. nie moge? teraz nie, ale moze za rok??? zaczelam szperac po internecie i znalazlam: http://www.banita.travel.pl/road-trip-usa-21-dni-kalifornia-nevad-porady/

da sie, da, tylko trzeba troche kasy odlozyc i jaks dluzszy urlop skombinowac… i lubego przekonac;) bo dzieci na to jak na lato – zwlaszcza, gdy uslyszaly o ekranach na siedzeniach i mozliwosci gier komputerowych przez 13 godzin w samolocie;)

jak pomysle o 21 dniach bez deszczu i bolu glowy, o kanionach i wybrzezu nad Pacyfikiem, to jestem gotowa nie kupic sobie przez najblizszy rok zadnego ciucha, byle miec na bilety dla naszej czteroosobowej zalogi;)

roznice kulturowe

ostatnio mialam sporo okazji do rozmow na roznorakie tematy z naszymi studentami i z szefem. oczywiscie zeszlo na rozne kultury, zwyczaje – czasami bywalo smiesznie, np. gdy opowiedzialam, ze w Polsce jakies 40 lat temu kawalerowie po 25 roku zycia musieli placic tzw. ”bykowe”. wtedy studentka, ktora niedawno byla w Indonezjii opowiedziala, ze kobiety wspolczuly jej, ze ona, 21-letnia kobieta, nie ma meza i dzieci. no sie zaczelo mniej smiesznie: ze biedne sa takie kobiety, co to w wieku 20 lat wychodza za maz, rodza dzieci, ale to wszystko wina mezczyzn, islamu, zacofania, religii itd… i najgorsze to, ze taka kobieta bez meza jest w tych krajach trzeciego swiata uwazana za gorsza… tu sie wlaczylam do dyskusji, ze nie tylko w krajach trzeciego swiata tak jest, ze w Holandii tez sie takie sytuacje trafiaja, ze sama znam dziewczyne, ktorej ”nikt” nie chcial i sama stwierdzila, ze wszyscy na nia patrza jak na jakas inna, dziwna i ze co z nia nie tak, ze nikt jej nie chce (moja szwagierka….). co zlego jest w tym, ze 21-letnia kobieta zostaje zona i urodzi dzieci – jesli nie jest to wbrew jej woli, to wiek nie ma znaczenia… nie, no 21 lat to stanowczo za wczesnie! – uslyszalam – bo nie ma szans na kariere, samorozwoj… no ale przeciez nie kazdy o tej karierze marzy! nie kazdy zamierza (i moze) studiowac medycyne. ktos musi stac na kasie, prowadzic autobus czy sprzatac biura…  – nie lubie takiego wspolczucia na sile – kazdy ma inne zycie, inne marzenia i mozliwosci. ja, gdybym miala do wyboru zostac 21-letnia mezatka badz ”stara panna”, wolalabym te pierwsza opcje, bo zawsze wiedzialam, ze chce zalozyc rodzine. 

byly tez rozmowy o jedzeniu – ze Amerykanie nie maja zadnych tradycjonalych potraw… jak nie maja? a hot-dogi, hamburgery? moze jedzenie jest smieciowe, ale pochodzi z Ameryki! Jaka swiatowa ‚restauracja’ odniosla taki sukces jak McDonald? no tak, mowia studenci, ale to nie jedzenie….  no dobrze, mowie, a jaka kuchnie tradycyjna ma Holandia – oprocz stampota, ktory jest przeciez zwyklymi gniecionymi ziemniakami z dodatkiem jakiegos warzywa i sztucznej kielbaski? no wlasnie… nie ma. i stampot nie jest potrawa znana na calym swiecie;) owszem Holandia ma swietne sery, ma stroopwafels, ale tradycyjna holenderska potrawa tez nie jest gornolotna! co Holendrzy jedza na codzien: chinszczyzne, roznego rodzaju pasty, indonezyjskie miksy (na ogol z polproduktow) i rozgotowane warzywa – bo surowki to raczej rzadkosc na holenderskich stolach. 

pozniej zaczela sie krytyka zapachow kuchni wschodniej – wszystko tak smierdzi, ze jak sie wchodzi do knajpy, to nie da sie wytrzymac… a moze pachnie? spytalam. bo znow, zapachy kulinarne to kwestia przyzywczajen, skojarzen… ja uwielbiam gdy moja mama gotuje bigos i zapach kapusty czuc juz przed drzwiami wejsciowymi, podczas lubemu to smierdzi… ja z kolei nie znosze zapachu po smazeniu nalesnikow – zawsze otwieram drzwi balkonowe na osciez, bo nie chce zeby dom smierdzial. a dzieci wracajac do domu wolaja: o, jak ladnie pachnie nalesnikami!!! podejrzewam, ze Azjatom ”ichniejsze” zapachy kulinarne nie smierdza, a wrecz przeciwnie, moze im pachna dziecinstwem, potrawami przygotowywanymi przez babcie, mame?

lubie porownywac zwyczaje, kulture, ale nie lubie wywyzszania sie ponad inne narody. nie znosze, gdy Polacy mowia, ze Holendrzy nie maja tradycji – a wlasnie, ze maja, tylko zeby je poznac, trzeba troche w tym kraju pobyc. tak samo nie lubie litosci dla kobiet, ktore wczesnie wychodza za maz, czy decyduja sie nie pracowac zawodowo – kto wie, czy im i ich rodzinom to na dobre nie wychodzi bo nam, rodzinie, to wychodzilo na dobre, gdy nie pracowalam… 

byla tez rozmowa o tym, ze polskie kobiety sa takie tradycjonalne. zasmialam sie i mowie takie ”tradycjonalne”, ze Polki nie porzucaly pracy zawodowej, gdy rodzily dzieci, tak jak to robilo wiekszosc Holenderek w latach powojennych, w latach 70-tych. teraz tez wiekszosc Polek pracuje na pelne etaty (jesli maja prace), podczas gdy w Holandii kobiety majace dzieci na ogol nie pracuja wiecej niz 3-4 dni tygodniowo… tak, fajnie rozmawiac o innych krajach, kulturach, zwyczajach, gdy sie je tylko zna z mediow i opowiadan.

i znow w Europie

wczoraj wrocilam z San Francisco. Spodobalo mi sie to miasto – albo nowoczesne budynki -”szklane”, ale nie tak wysokie i dominujace w Nowym Jorku, albo betonowe, lecz stylizowane na starsze. zwiedzilismy wiezienie Alcatraz, przeszlismy przez most Golden Gate (ponad 2.7 km dlugosci!), weszlismy na wieze widowiskowa, ktora od wewnatrz ozdobiona byla roznorakimi malowidlami, przejechalismy sie slawna kolejka (tramwajem) i tak to w ciagu czterech dni zaliczylismy najwazniejsze atrakcje turystyczne. objrzelismy tez mecz Giants na stadionie mieszczacym 40.000 kibicow. stadion mnie zachwycil nie ogromem, ale lokalizcja: z tylu, za ogromnym bimerem plywaly sobie… zaglowki po zatoce. a ze mecz zaczal sie o 19.15, to towarzyszyl mu zachod slonca: nowoczesny stadion i ekran na tle zatoki, zaglowek i zachodzacego slonca, mieniacego sie  wodzie – piekny i rzadki widok. niezapomnianym doswiadczeniem byla jazda taksowkami po miescie: jazda jak w rollercoasterze: pod gorke i stromo w dol, w gore, w dol, w gore w dol: tak stromo, ze az dech zapieralo, gdy sie spojrzalo przez przednia szybe:)

wyjazd byl udany nie tylko ze wzgledu na lokalizacje konferencji ale tez dzieki ludziom, z jakich sklada sie nasza grupa: kazdy jest inny, ale tak, ze pasujemy do siebie i nadajemy na tych samych falach, mimo ze szef jest ode mnie starszy o ponad 15 lat, a ja z kolei jestem o 15-17 lat starsza od naszych studentow.

czasami wychodzily roznice pokoleniowe: studenci na mecz zakupili czapeczki Giantsow, zeby wygladac jak 100% kibice, raz zorganizowali wyprawe do klubu, gdzie bylo tak tloczno, duszno i glosno, ze… ja i szef nie wytrzymalismy i po jakis 30 minutach udalismy sie w kierunku hotelu, zeby usiasc w glebokoch, miekkich fotelach i w ciszy napic sie wina i pogadac.

Amerykanie pozytywnie zaskoczyli mnie serdecznoscia. Wiem, ze to serdecznosc powierzchowna, ale nie mozna sie spodziewac usmiechu z glebi serca od kierowcy autobusu;) jeden z kierowcow wpuscil nas do autobusu na… czerwonym swietle. inna pasazerka wychodzac z autobusu pomachala do nas i poslala nam buziaki;) dosc czesto ludzie pytali w jakim jezyku rozmawiamy, bo nie mogli skojarzyc naszego ”chrumkania” z zadnym z popularnych jezykow europejskich.

Podczas jednej z podrozy autobusem usmialismy sie do lez z kierowca, bo szef zakupil bilet w dane miesjce i zaplacil dolara. Ja poprosilam o ten sam bilet, daje kierowcy dolara, a ten mowi: 2.26! ja na to, ze przeciez to taki sam bilet jaki zakupil moj szef. na to kierowca: ale ty jestes mlodsza! zaczelam sie smiac i mowie, zeby sobie nie robil ze mnie zartow. kierowca tez sie zaczal smiac i mowi, ze nie robi sobie zartow, ze bilet dla seniorow kosztuje mniej niz dla osob mlodych! ale stwierdzil, ze tak go rozbawilam, ze mi sprzeda ten bilet za 2 dolary. studenci tez zaplacili po 2 dolce. szef podsumowal, ze ja wiekowo w kategorii studentow zostalam ujeta;)

Rozczarowalo mnie jedzenie – wiedzialam, ze latwo nie bedzie, ale nie spodziewalam sie, ze w luksusowym hotelu na sniadanie pojawia sie… slodkie wypieki, typu muffiny, a obok nich maslo i jajka… jakos wizja jedzenia muffinki z maslem i jajkiem nie bardzo mi podeszla. dlatego pierwsze sesje prezentacji zaliczalam o kawie, a pozniej wymykalam sie z szefem do Starbucksa, gdzie mozna bylo zjesc razowego wrapa z feta i szpinakiem, czy jogurt. tak wiec ja, Polka, doszlam do wniosku, ze wszystko bylo super, ale brakowalo mi niemieckiego pieczywa (ktore kupuje w Holandii na cosobotnim targu) i holenderskiego sera. tak, uzmyslowilam sobie, ze ser kocham juz nie na rowni z czekolada, ale nawet bardziej;) a po klasycznym cappuccino z mlekiem rozbolal mnie zoladek, wiec juz wiem na 100%, ze od krowiego mleka musze sie trzymac z daleka. niestety, gdy poprosilam o cappuccino z mlekiem sojowym okazalo sie, ze maja tylko slodkie mleko sojowe o smaku waniliowym, a ja za slodka kawa nie przepadam… ale nic to, przezylam;) i wspomnienia bede miala bardzo mile. 

lojalnosc… wobec kogo?

dzis znalazlam sie miedzy mlotem a kowadlem. wobec kogo byc lojalnym: wobec szefa, ktory o malo nie popelnil bledu, czy wobec pielegniarki, z ktora bylam w bliskim kontakcie…

w czerwcu nasza pielegniarka zglosila wypalenie (burn out). juz wczesniej sygnalizowala mi, ze ta praca jej nie lezy, ze jest nia zestresowana, ze wolalaby co innego, ale ze czuje sie winna, bo wie, ze jak odejdzie, to nasz szef nie dostanie kasy na kogos innego, ze nie bedzie jej, zeby wprowadzic te nowa pielegniarke – i tak, za kazdym razem, gdy sie spotkalysmy w naszym laboratorium, narzekala… a to lista pacjetnow czekaajacych na badania ja stresowala, a to fakt, ze sprzet, ktory testowalismy nie dzialal jak nalezy i trzbea bylo zdrowych ochotnikow odwolywac… no coz, na tym polegaja badania naukowe: czasem cos dziala, czasem nie dziala… a roznaca lista pacjentow to nie jej problem, tylko szefa… ale ona ciagle stesowala sie nie tym co trzeba, nie potrafila zaakceptowac faktu, ze nie da sie wszystkegi dzis zalatwic, ze na pewne sprawy trzeba czasu… do tego ojciec chory na raka, male dzieci i ”przyjaciel” wieczenie lezacy przed tv…. ja, w swojej naiwnej lojalnosci, myslalam, ze ona tylko do mnie tak strasznie narzekala… a tu kilka dni temu dowiaduje sie, ze rowniej do naszej studentki szly potoki skarg i narzekan… studentka sama przyznala, ze czula sie niekofortowo, bo co na moze zrobic… ona jest tylko pionkiem – sama sie tak wyrazila…

dzis wychodzilam juz z pracy, ale jeszcze zajrzalam do szefa, zeby sie pozegnac przed nasza jutrzejsza podroza (do San Franacisco lecimy roznymi samolotami) i z jego twarzy widze, ze jest cos, co jeszcze chcialby ze mna omowic. pytam wiec, o co chodzi. on sie ucieszyl, ze jednak jeszcze na chwile z nim siade i wyslucham jesgo rozterek. bo szef dostal z chirugii kase na dwie pielegniarki i dreczy sie, czy naszej peielgniarce, tej z bunt-outem kontrakt przedluzyc, czy nie… bo jest madra, bo potrafi myslec i bardzo rzetelnie robila pomiary, ktore wymagaja pomyslunku i doswiadczenia. ale problem w tym, ze skoro ona ma burn out, to nie wiadomo, kiedy wroci – moze za pol roku… a kasa bedzie szla… 

z wielkim wyrzutem sumienia powrotorzylam szefowi to co mi powiedziala studentka… szef sie zdenerwowal i podziekowal, ze pomoglam mu podjac decyzje. pobieglismy do naszego managera i szef powtorzyl, co mi studentka powiedziala i stwierdzil, ze w tej sytuacji on naszej chorej pielegniarce kontraktu nie chce odnawiac. 

no i tak to przyczynilam sie do bezrobocia naszej chorej pielegniarki. pielegniarki, ktora bardzo lubilam – przyznajmniej na poczatku, zanim zaczela narzekac. niefajnie sie czuje, bo nie raz tak szczerze, od serca, sobe pogadywalysmy…. a teraz ja wkopalam. ale z drugiej strony, jesli jej ta robota nie lezy, to lepiej niech szuka takiej, co jej bedzie pasowac, zamiast chorowac na koszt chirurgii…. 

smieszna (?) starosc

skonczylam ksiazke, ktora ponoc byla hitem w Holandii (ponoc – luby, ktory ciagle cos czyta jakos o niej nie slyszal;)). pamietniki starszego pana, mieszkajacego w domu opieki/omu starcow. dzien w dzien robil zapiski dotyczace swoich przemyslen, sytuacji, dialogow, zdarzen. ksiazka taka sobie – latwo sie ja czyta i w sumie… nie sklonila mnie do jakis nowych refleksji. ale zaskoczyly mnie recenzje na okladce tejze ksiazki: mialo byc smiesznie, recenzenci dawno sie tak nie usmiali (i to do lez), nie ubawili.

a ja nie. owszem, bylo kilka zabawnych sytuacji, ale zeby sie zasmiewac do lez… czy fakt, ze starszy pan opisuje panie na albo patykowatych nogach albo tlustych noga, paradujace w legginsach na gimnastyke jest smieszny? taka jest starosc – rzeczywiscie, u starszych ludzi miesnie wiotczeja, czesto powoli zanikaja, wiec maja patykowate nogi, gdy dbaja o linie, albo tlusciutkie, gdy nie dbaja o to co jedza… starszy pan chcial byc dowcipny i pisal, ze majac takie towarzyszki na gimnastyce, odechciewa mu sie… a jakby tak na siebie krytycznie spojrzal? – suwak! suwak popuszczajcy w gacie. ale mi atrakcja! nie widze w tym nic smiesznego.

mnie te pamietniki raczej predzej sklonily do zadumy nad staroscia, ze bywa niewdzieczna. ze chcialabym zyc tak dlugo jak bede sprawna: fizycznie i psychicznie. ale to nic nowego, takiego przemyslenia;) co nowego mi przyszlo do glowy, ze chcialabym od czasu do czasu udzielic sie w takim domu starcow – poczytac ksiazke lezacemu staruszkowi, czy wziac na spacer babcie na wozku… i nie sama, ale z dziecmi. zeby oswajaly sie ze staroscia i faktem, ze zyjemy dla innych, a nie tylko dla siebie. musze troche wiecej pomyslec, jakby tu wygospodarowac wiecej czasu w weekendy, zeby tak np. w co druga niedziele umilic popoludnie jakiemus samotnemu staruszkowi.

rodzicow do nas na starosc raczej nie wezme – byliby na obczyznie nieszczesliwi – tak mi sie przynajmniej wydaje, ale kto to wie – moja mama juz tyle razy u nas byla, ze moze by sie zgodzila? tesciowa, gdyby owdowiala, gdyby sobie sama w domu nie radzila, z checia bym do nas ”wprowadzila”, ale tescia juz nie… bo na dystans mily, ale nacodzien upierdliwy;) i jak to luby, jego siostra i tesciowa stwierdzili, upierdliwosci tescia nasilaja sie z wiekiem.

no i dalej nie wiem, z czego recenzencji tak bardzo sie usmiali… 

towarzystwo dla swinki

dochodze do wniosku, ze swince trzeba ”dokupic” druga swinke. z tego co czytam, to swinki cierpia z samotnosci, gdy nie maja towarzystwa, i w sumie, nie dziwi mnie to… caly dzien siedzi w klatce i tylko rano jakies 10 miniut ja poglaszczemy, wieczorem z godzinke… a ze swinka sama tez o uwage nie zabiega, nie kwiczy, nie prosi sie, jak np. chomiki ”tanczac” po klatce, to tez dzieci nie rwa sie do zabawy z nia. i siedzi taka apatyczna…

wczoraj zaczelam poszukiwania i nadal nie wiem, jakiego ”przyjaciela” naszej swince wybrac… czy wysterylizowana samiczke, czy wykastrowanego samca? czy jak przyjaciel bedzie ”czysty”, to czy nasza swinke tez trzeba kastrowac… 

do tego wiek: z jednej strony nie chce zbyt mlodej swinki, zeby nasza nie zaczela panowac i sie nad nia pastwic, z drugiej strony, nie wiem, czy to ma znaczenie, czy moze to raczej charakter swinki ma wplyw na to, kto rzadzi w klatce…

czytam na internecie jak bardzo interaktywnymi zwierzetami sa swinki i dziwie sie… bo nasze takie nie byly. nigdy nas o uwage nie prosily, jedna, ta co zyje, zawsze przed nami zmykala do klatki, ta, ktora uspilismy tylko przy misce warowala, zeby cos smacznego zjesc… jak dla mnie (i dla moich dzieci tez), te swinki sa trasznie nudnymi zwierzetami.

ale coz, jak juz ta swinke mamy, to chce, zeby miala ”mile” zycie i zadbac o nia jak najlepiej. 

byc sama

od niedzieli jestem sama w domu. i jest dobrze. lubie byc sama, lubie ten spokoj, cisze, porzadek. a jednak, po kilku dniach czegos zaczyna brakowac. dla siebie samej nie chce mi sie gotowac – a lubie gotowac! mam ochote upiec ciasto, ale nie ma dla kogo… moglabym zaprosic znajomych, ale jakos mi sie nie chce, a poza tym najblizsze kolezanki sa jeszcze na wakacjach. wczoraj wpadl znajomy, zeby cos zasilikonowac na balkonie i mowi, ze leci na grilla.. zachcialo mi sie grilla – ale nie samej! ze zdziwiniem dochodze do wniosku, ze mi, matce-kwoce, bardziej brakuje lubego niz dzieci;) 

wczoraj wyskoczylam na zakupy, bo moj stary plecak juz niezbyt ladnie sie prezentowal, a na wyjazd do San Francisco wole plecak niz torbe. przy okazji upatrzylam ladny ”uniformek” (marynarke z stojka – grantowa – ma sie rozumiec;))  i piekny (w moim mniemaniu) welniany sweter. kupilam, przyjechalam do domu i… przydalby sie luby, bo jednak fajnie komus zakupy pokazac.

ale… jednoczesnie widze, jak przy lubym sie technicznie rozleniwilam – a to jest niebezpieczne, bo czlowiek z czasem glupieje;) bo odkad przeszlismy telewizje interaktywna, ciagle miewam problemy, zeby sobie uruchomic TV, przelaczyc siena DVD badz internet. zniechecona kilkoma porazkami, ostatnimi czasy prosilam lubego, zeby mi wlaczyl co trzeba. jednoczesnie nerw mnie bral, ze tak zglupialam, ze sobie TV nie umiem wlaczyc. nie umiem? umiem! wystarczylo siasc i pobawic sie pilotami. 

jutro wracaja chlopaki. ale w niedziele wieczorem zawozimy dzieci na tydzien do tesciow… ostatni tydzien wakacji szkolnych. nadchodzace trzy miesiace beda fajne, bo od dzis jestem na bezrobotnym. bede wiec sobie wychodzic z biurao 14.00 i codziennie odbierac dzieci ze szkoly:D 

i jeszcze chcialam dodac, ze na bolesne z powodu pms-a piersi dzialaja tabletki usuwajace nadmiar wody z organizmu:-) proste i logiczne, prawda? tylko czemu nikt mi tego nigdy nie powiedzial? nie wiem, jak dlugo takie tabletki mozna brac i jak dlugo dzialaja, ale na razie ciesze sie, ze nic mnie nie boli (wiec i nie wnerwia;)). nie mam ociezalego uczucia, nie mam obrzmialego brzucha i bolacych piersi – jedna mala tableteczka i problem rozwiazany. i jeszcze 2kg mniej!!!