kurcze pieczone, dzis poczulam sie stara i nieporadna! kupilam bilet do Amsterdamu – nauczona grudniowym doswiadczeniem, wiedzialam, ze zanim wsiade do pociagu musze jeszcze bilet ‚skasowac’, doslownie to ‚check in”. bo w grudniu tego nie wiedzialam i dopiero, gdy siedzialam w pociagu i maszynista przez megafon przypominal, zeby nie zapomniec o ”check in”, zaczelam sie zastanawiac o co chodzi i nie przyszlo mi do glowy, ze jak juz bilet (jednorazowy, w jedna strone, z wypisana nazwa miejscowosci i wydrukowana data podrozy!) kupilam, to jeszcze trzeba go skasowac. na szczescie konduktor byl przyjazny cudzoziemcom i gdy wyjasnilam, ze od lat nie jezdzilam pociagiem w Holandii i nie zrozumialam komunikatu, przymknal oczy i nie wlepil mi kary.
dzis ”sie skasowalam” i wiedzialam, ze musze sie tez ”wymeldowac”, czyli ”check out”. jakiez bylo moje zdziwienie, gdy dotarlam na dworzec w Amsterdamie Poludniowym, a tam… okazalo sie, ze jestem uwieziona:D sa tam szklane bramki, ktore otwieraja sie tylko gdy sie czlowiek wymelduje. a mnie nie chcialo wymeldowac! utknelam wiec na peronie, przed szklanymi drzwiami… poczulam sie jak lew w klatce: wsciekla i bezsilna. i znikad pomocy.. wszyscy sobie poszli… w koncu przyuwazylam guziczek z ”info” – wcisnelam, na szczescie ktos sie odezwal, wiec wyjasnilam, ze ”siedze w klatce”, ze tak ”zameldowalam sie’ na stacji, ze teraz nie moge sie wymeldowac, ze konduktor w pociagu bilet widzial, wiec z pewnoscia sie zameldowalam zanim wsiadlam do pociagu… ”info-glos” mnie wypuscil. uff… poszlam do informacji, zeby obejrzeli ten moj bilet, zeby uniknac problemu z ”check in” w drodze powrotnej. okazalo sie, ze ja sie zameldowalam w firmie X, a jechalam pociagiem firmy Y, i na tej stacji, gdzie wysiadlam tylko Y-ki jezdza i dlatego nie moglam sie wydostac zza szklanych drzwi… dziwne, ze konduktor tego nie zauwazyl… no i znow, skad ja to mialam wiedziec? stoi slupek, gdzie ludzie sie ”check in-uja” i skad ja mam wiedziec, ktory slupek jest dla X, a ktory dla Y??? ponoc jest tam napisane. bede musiala sie lepiej przyjzec, bo dzis ani X, ani Y nie przyuwazylam. na bilecie tez zadna firma nie wyskoczyla, tylko data check-in-u…
pozniej kolejne wyzwanie – kupic bilet na tramwaj! to, ze w kioskach sie ich nie kupuje to wiedzialam. wiec szukalam automatu. znalazlam, ale tylko z kartami: na caly dzien, na miesiac, anonimowymi, na nazwisko, a ja chcialam tylko dwa bilety kupic: do konsulatu i z powrotem. poszlam na przystanek i pytam mlodych dziewczyn, czy u kierowcy da sie kupic bilet. bo w autobusie sie da, ale ze tramwaje w naszym miescie nie jezdza, to nie wiedzialam jakie sa zwyczaje w amsterdamskich tramwajach. dziewczynki mowia, ze w nowym tramwajach sie nie da, bo kierowca jest ”zamkniety”, a w starych sie da… a skad ja wiem, jaki tramwaj podjedzie? wrocilam do automatu i kupilam calodniowa karte. wchodze do tramwaju i widze, ze ludzie sie znow ”melduja”, wiec i ja ”check in” zrobilam, choc nie wiedzialam, czy na karte dniowa to jest potrzebne, czy nie…
na szczescie stare zdolnosci, czyli spacer z mapa jeszcze w mozgu siedza, wiec konsulat znalazlam bez problemu. w konsulacie spedzilam 2.5 godziny… najpierw kolejka, zeby zlozyc papiery, pozniej ”przesluchanie”. przesluchujacy orzekl, ze wize dostane. mam ja odebrac w piatek. normalnie wysylaja, ale my wyjezdzamy do Polski w piatek w nocy i bez paszportu to chyba przestepstwo;) wiec w piatek moge odebrac osobiscie paszport w wiza.
wrocilam bez przygod. no prawie… bo juz w naszym miescie nie moglam znallezc swojego roweru – ubzduralam sobie, ze zostawilam go na parkingu pod numerem 125, ale pod 125 byl inny rower. wiec sobie pospacerowalam wzdluz kilku rzedow i znalazlam swoj rower pod numerem 125, ale w innym sektorze. znow, nie wiedzialam, ze oprocz numerow parkingowych, sa jeszcze sektory oznaczone literami….
dodam jeszcze, ze w pociagu wymeczyly mnie zapachy i rozmowy – baby gadajace o dupie marynie, o tym co powiedzialy dziecku, mezowi, tesciowej, a co oni odpowiedzieli… myslalam, ze poczytam ksiazke, ale ksiazka pozostala nietknieta.
wrocilam padnieta… tyle wrazen:DDD
na pocieche opilam sie mojej ulubionej kawy Illy – az trzy kafejki w okolicy konsulatu i na dworcu tez serwowaly te kawe. najlepsza! wiec sobie nie zalowalam. bo bez dobrej kawy to bym tych nowosci dotyczacych srodku transportu miejskiego nie przezyla;)
starosc nieradosc. ale ja sie nie poddam. filizanka kawy i mozg na bacznosc:)