byc docenionym

dzis mialam luzna rozmowe z szefem o naszej ”relacji”. i szef, ktory jest dosc sucha osoba, stwierdzil, ze bardzo jest z naszej wspolpracy zadowolony, ze taka wlasnie mial wizje gdy mnie zatrudnial. to mnie cieszy i bardzo motywuje do pracy. 

taka pozytywna ocena po tym jak dzis… zaspalam. dokladni o 9.55 slonce mnie obudzilo. budzik nastawilam na 6.30, bo chcialam wczesnie dzis zaczac, ale zapomnialam, ze telefon mam wlaczony na wibracje. wiec telefon sobie o 6.30 wibrowal, a ja… spalam. gdy otworzylam oczy zdziwilam sie bardzo, ze o 6.30 slonce tak mocno swieci. dopiero, gdy spojrzalam na zegar… wyskoczylam jak oparzona i pierwsze co zrozbilam to zadzwonilamdo szefa, bo bylam pewna, ze juz mnie szukal, zeby wspolnie wypic kawe;) szef sie usmial i kiedy pol godziny pozniej wkroczylam do szpitala, szef od razu wzial mnie kawe:) smial sie, ze dzieci nie ma, to i naturalnego budzika brak;)

i w domu

luby pozostal z dziecmi w Polsce, a ja juz w Holandii. pierwsze co zrobilam, to odebralam swinke:) i najwyrazniej Snoepje ucieszyl sie jak go wzielam na rece, a gdy przyszlismy do domu, to nawet pokwikiwal radosnie. cos mi sie wydaje, ze kupie mala klatke a podroze i swinka bedzie podrozowac z nami;)

podroz minela spokojnie. oczywiscie trafila mi sie wygodnisia, ktora na noc opuscila sobie siedzenie na moje kolana, ale szybko sie zbuntowalam – w miare grzecznie poprosilam o przestrzen na kolana. ja nie smialam obnizac swojego oparcia – po prostu nie umiem byc wygodna czyims kosztem, a niestety, tak to wlasnie wyglada – siedzenia sa za blisko, zeby bez szkoda dla osoby siedzacej za siedzeniem opuszczac oparcie. w Hanowerze przesiadka i tu juz mialam dwa siedzenia dla siebie, wiec sie ulozylam do snu:)

dziwnie tak wejsc do pustego domu. w ogole dziwne te najblizsze tygodnie beda… luby wroci z chlopcami za tydzien w sobote. 6 dni bede sama! w nastepna niedziele wieziemy chlopcow na 5 dni do tesciow. w tym tygodniu, gdy dzieci beda u tesciow, w czwartek, ja wylatuje do Stanow. wracam w poniedzialek, w pierwszy dzien szkoly… ciekawe, czy zdaze odbrac dzieci. 18-go ide na bezrobotne, na 3 miesiace i 1 dzien, ale tak jak pisalam bede chodzic do pracy, do 14.00 – zeby zachowac ciaglac, nie narobic zbyt wielkich zaleglosci, a jednoczesnie, zeby sobie odbierac dzieci ze szkoly i nie skazywac ich na swietlice. 

po naszych biegach z Bizonem, stwierdzilam, ze w tym roku pozwole mu uczestniczyc w biegu na 4 mile. w poprzednich latach nie pozwalam, bo Bizon czasami skarzyl sie na bol w kolanach, ale teraz, gdy bieglalismy nic nie czul. nawet zakwasow nie mial, w przeciwienstwie do mnie;) kupimy mu dobre amortyzujace buty i bedziemy biegac, zeby przygotowac go do biegu, ktory odbywa sie jesienia. 

odpoczelam, ale druga polowa sierpnia zapowiada sie bardzo intensywnie… oby do wakacji jesiennych;)

nieambitne wakacje:)

naszym wakacjom przyswieca haslo ”wylenic sie”. i tak sie wlasnie lenimy od prawie dwoch tygodni. w tym roku zauwazylam, ze dzieci nam sie zmienily – dojrzaly i usamodzielnily sie:-) i tak np. rano, w Chlapowie, dzieci raniutko ubieraly sie, szly sie bawic na podworko, a ja kolo 9.00 otwieralam wyspane oczy. znow doszlam do wniosku, ze na ym etapie rodzicielstwa, na ktorym jestesmy, najlepiej jest wynajac domek w sasiedztwie kilku (4-5) domkow, ogrodzonych,, z zamykana brama, tak, zeby byla szansa, ze dzieci znajda towarzystwo, a jednoczesnie, miec je na widoku. w tym roku byl tylko sy gospodarzy, ale przez to ze gospodarze mieli jeszcze malutka corke, bardzo pilnowali, zeby brama zawsze byla zamknieta. dzieki temu rano moglam pospac…

jedyne, czego mi brakowalo, to tej ”wczesno” poranej kawy, choc, jak sie pozniej przekonalam, trzeba sobie bylo parzyc kawe po turecku, bo przeciez na niej siei wychowalam i aromat tak wspanialy, ze bym swoj mozg uspokoila;) 

nie robilismy zadnych ambitnych wypadow, grzalismy sie w sloncu, spacerki a plaze, biegi z Bizonem, raz nawet dolaczyl Szkrab… byly nawet ambitne podejscia, ale korki do Pucka, a wlasciwie juz linia samochodow we Wladyslawowie skutecznie nas zniechecil. tak wiec zwiedzilismy ”tylko” Szybmark z domem do gory nogami.  

za to odwiedzilismy Kasie/Akasze z rodzina na dzialce:) i to jest wlasnie to: siasc, pogadac, w spokojnej i serdecznej atmosferze. dzieci sie wybiegaly, wypluskaly i jak to na ogol jest, koncowka byla najlepsza:) pisze, ze ‚to jest to’… bo mam zaproszenie na wesele od kuzynki. wesele za rok. w Kazimierzu, ma byc z pompa, wieloma goscmi, wlasciwie marzeniem kuzynki jest, zeby zorganizowac cos jakby spotkanie calej rodziny, ktora sie po swiecie rozjechala. a mi sie nie chce. i tylko moja mama (i luby, ooczywiscie) mnie rozumie… bo ja nie lube pomp, wesel, glosnej muzyki, wujkow ”wyrwi-raczek”, rewii mody i urody, wodki i dwudniowej biesiady. bo ja lubie pogadac w cztery oczy, na spokojnie, najchetniej w cichym, przytulnym ogrodzie… tak jak to bylo u Akaszy.

a teraz jestesmy u rodzicow… zaliczylam kosmetyczke, ktora mnie wypiescila i kaze organizm odkwaszac, laryngologa, od ktorego w koncu dowiedzialam sie, o co chodzi z tymi moimi zatokami, ginekologa, ktory w 3 minuty odktyl zrodlo moich dziwnych krwawien, ksiazek nakupilam, sernika pojadlam i jeszcze tylko hak do samochodu chcemy zainstalowac, zebysmy na nastepne wakacje rowery juz mogli ze soba wziac. 

jeszcze kilka dni i wracam do Holandii. sama. bo luby z dziecmi jeszcze tydzien zostana u moich rodzicow:) mama dumna, ze ziec tak sie dobrze u niej czuje;) a ja sie ciesze, ze bede miala spokojny tydzien w domu, bo w pracy spokojnie nie bedzie… przez dwa tygodnie tyle sie zaleglosci nazbieralo, ze bedzie bardzo intesywnie. ale to dobrze, bo tak juz jest, ze wtedy pracuje efektywniej i szybciej widze efekty mojej pracy:)

relaks i… uzaleznienie

wczoraj dojechalismy do Chlapowa. piekna jest Polska, krajobrazy, Polki, ale drogi… niestety, ciagle jeszcze sa nieprzystosowane do ilosci samochodow… przez Holandie i Niemcy mknie sie z przyjemnoscia po 3 i 4-o pasmowkach. w Polsce… na przejechanie 370 km potrzebowalismy ponad 7 godzin! korki. 

ale okolic mamy piekne. domek jest na uboczu, wiec zadne tlumy tu nie docieraja. luby byl zaskoczony tlumami we Wladyslawowie – a dla mnie to taka sentymentala podroz w dziecinstwo. 

dzis rano wyszlam z lozka, wyspana, wypoczeta i… czegos mi sie strasznie chcialo. kawy. nie moglam o niiczym innym myslec, jak o kawie! zjadlam jagody, wypilam kefir, zaczelam czytac gazety, ale ciagle czulam niedosyt. rozpuszczalnej nie kupilam, zaparzacza do normalnej kawy nie ma, po turecku juz sie odzwyczailam pic… a ze poranek byl leniwy i powolny, a my na odludziu, to szansy na zamowienie kawy nie bylo. kolo 11.00 zaczala mnie bolec glowa. poszlismy do kosciola, siadlam sobie, myslalam, ze glowa ”przejdzie”. ale nie, swider z tylu glowy wiercil coraz bardziej. skad ten bol glowy, zastanawialam sie… po mszy poszlismy do kawiarni. dzieci lody, luby i ja kawa – bol glowy zaczal przechodzic! luby mowi: ty zwyczajnie na glodzie kofeinowym jestes! wypij jeszcze jedna kawe – poradzil. wypilam. i nagle swiat sie stal piekniejszy, glowa jakby nie istniala, zero bolu, lekka jak gdyby jeszcze pol godziny wczesniej mi jej nie rozlupywalo. tak. jestem tak potwornie uzalezniona od kawy – nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. nie zdawalam sobie z tego sprawy. nie jest to jakis potworny nalog, ale fakt bycia uzaleznionym, od czegokolwiek, nie jest dobry. przynajmniej ja sie nie czuje dobrze, gdy ”cos” ma nade mna kontrole… ale… kawy nie rzuce. i nie, nie zredukuje ilosci wypitych kaw, ani ich mocy. lubie mocna kawe z mlekiem albo cappucino, najbardziej illy, i juz – kazdy ma ”cos” na sumieniu;) ale przyznam, ze bylam bardzo zaskoczona reakcja mojego organizmu. nie spodziewalam sie az takiego glodu.

a wieczorem wybralam sie z Bizonem na jogging. jakies 15 minut, najpierw lekko, z gorki, pozniej ciezej, pod gorke. cudowne uczucie. choc ja urodzonym biegaczem nie jestem. gdy bylam dzieckiem, bylam dobra na krotkie dystanse, uwielbialam sprinty, za to dlugie dystanse byly dla mnie zmora. biegne kolo Bizona i podziwiam jego lekkosc biegu. tempo mamy identyczne, choc przeciez jego nozki sa krotsze od moich! on jak sarenka, chyc, chyc, leciutko, zwinnie, bez wysilku. niesamowite dziecko:) od malego mial swietna kondycje… wrocilismy: Bizon na koniec jeszcze sprinta wykonal, siedlismy, a Bizon mowi: jutro powtorka, co?;) pewnie, ze tak, Bizonku:D

co roku odnotowuje roznice miedzy moimi dwoma ojczyznami. dzis kolejna. juz nie raz zdarzylo sie tak, ze dania nie podawane sa jednoczesnie: wczoraj dzieci dostaly pizze i zaczely uczte, a luby i ja czekalismy… po jakis 10 minutach luby dostal swoja pizze, a ja dalej nic. jak juz i dzieci, i luby oproznili talerze i byli gotowi do wyjscia, ja dostalam swojego sandacza…. niefajnie. pewnie w jakis eleganckich restauracjach jest inaczej, ale my na wakacjach nie mamy ochoty na szukanie i bywanie w eleganckich restauracjach. wolimy cos na luzie, gdzie mozna wejsc w kortkich spodenkach, z umorusanymi dziecmi i nie oczekujemy luksusow, ale przyjemniej byloby zaczac jedzenie razem. 

”operki” i inne

zamiast pakowac walizy, robie wszystko, byle sie nie pakowac;) jem prince, pije wino, po poludniu mialam goscia na obiedzie, luby wpadl, zjadl, pojechal do fryzjera i wrocil do pracy, w ktorej jeszcze siedzi, bo konczy review na ostatnia chwile… tak, u nas czesto wszystko jest na ostatnia chwile;) lacznie z moja wiza do stanow.

ale mialam napisac o ”operkach”, czyli au-pair. kilka miesiecy temu zaczelo za mna chodzic trzecie dziecko. bo to ostatni dzwonek, bo chlopaki juz duze (=latwe). wyleczylam sie z tejze checi, gdy nabralam podejrzen, ze jestem w ciazy;) nagle sie przerazilam. bo jak to, mam fajna prace, ale bardzo intensywna, ktorej nie da sie skrocic do pol etatu, a z kolei nie wyobrazam sobie oddawac niemowlecia na cale dnie do zlobka. pomyslalam najpierw o niani-seniorce, a pozniej przez glowe przeszla mi operka… bo w sumie zajelaby sie nie tylko malenstwem, ale i oko na chlopcow by miala. a oni na nia;)

zaczelam szukac opinii i bylam bardzo zaskoczona, bo latwo bylo znalezc opinie napisane przez au-pair, a trudniej przez rodziny goszczace au-pair… co jeszcze bardziej mnie zaskoczylo, to historie opisywane przez dziewczyny, jak to byly wykorzystywane – nie tylko do opieki nad dziecmi, ale i prac domowych, jak to nie mialy tv w swoim pokoju, ani wlasnej lazienki…. eeee…..

ja nie wiem, moze to jestem taka minimalistka, ktora zmywarki do naczyn nie potrzebuje, przed mikrofalowka sie broni i na dodatek nie widzi potrzeby posiadania dwoch lazienek, czy tv w sypialni…. moze dlatego zdziwily mnie takie wymagania. bo ja, majac te 20-pare lat, cieszylabym sie, gdyby gospodarze byli dla mnie mili i gdybym dostala schludny, przyjemny (i cieply!;)) pokoik. czytalam tez jak nalezy sie au-pairka zaopiekowac… ze dobrze byloby ja zabierac na imprezy rodzinne, na wycieczki weekendowe, a nawet na wakacje… hm…. moze ja jakas zimna jestem, ale dla mnie au-pairka nie jest czlonkiem rodziny, przyjaciolka czy corka przyjciolki, ktorej jestem winna rozrywki. co innego oplacenie kursu, wyzywienie, kieszonkowe, a co innego ”bratanie sie”. tym bardziej, ze jesli juz moje dzieci mialby spedzac z dziewczyna kazdy dzien w tygodniu, to czemu jeszcze mialyby spedzac z nia uroczystosci rodzinne, czy podczas np. wypadu do lasu. mloda dziewczyna, ktora idzie na kurs jezyka, spotka tam znajomych w swoim wieku, z ktorymi moze fajnie spedzic czas – tak mi sie przynajmniej wydaje… gdy pojechalam do Londynu szkolic jezyk w tamtejszej szkole, od razu znalazlam znajomych, z ktorymi wloczylam sie po miescie. to samo w Holandii – na kursie jezyka poznalam super fajnych ludzi i z jedna osoba do dzis utrzymujemy kontakt. 

po lekturze historii rozczarowanych au-pairek doszlam do wniosku, ze u nas au-pairka by nie byla szczesliwa… luby i ja lubimy ciche wieczory, spokojne weekendy, za to nasze dzieci sa glosne, donosne, energiczne, maja silne charaktery i nie ukrywaja, gdy kogos nie lubia. a ze Szkrab lubi… tylko mame… to au-pairka by miala od pierwszego dnia przekichane;)

co do lubienia mamy… dzis wracam z dziecmi z placu zabaw, a byl u nas jeszcze Esteban, kolega Szkraba. chlopaki ida za mna i slysze jak Szkrab pyta Estebana: kogo bardziej lubisz: mame, czy tate? Esteban: tate. Szkrab bardzo zdzwiony pyta: tate??? tak, tate i babcie, odpowiada Esteban. Szkrab na to: a ja moja mame!  och, jak cudownie:)

i tak mi sie przypomnialo… jakis czas temu, o poranku, Szkrab byl o cos wsciekly. wstal lewa noga i wszystko bylo nie tak. wiec i ja uslyszalam, ze Szkrab mnie nienawidzi… olalam, zeby jeszcze nie pogarszac sytuacji, ale pprzykro mi bylo. pod szkola Szkrab podchodzi, obejmuje mnie, przytula sie, caluje i mowi: calus dla najukochanszej mamy na calym swiecie… taki wlasnie jest Szkrab: ze skrajnosci w skrajnosc…

ech… a teraz… ide sie pakowac.

 

stara i nieporadna? – nie dam sie!

kurcze pieczone, dzis poczulam sie stara i nieporadna! kupilam bilet do Amsterdamu – nauczona grudniowym doswiadczeniem, wiedzialam, ze zanim wsiade do pociagu musze jeszcze bilet ‚skasowac’, doslownie to ‚check in”. bo w grudniu tego nie wiedzialam i dopiero, gdy siedzialam w pociagu i maszynista przez megafon przypominal, zeby nie zapomniec o ”check in”, zaczelam sie zastanawiac o co chodzi i nie przyszlo mi do glowy, ze jak juz bilet (jednorazowy, w jedna strone, z wypisana nazwa miejscowosci i wydrukowana data podrozy!) kupilam, to jeszcze trzeba go skasowac. na szczescie konduktor byl przyjazny cudzoziemcom i gdy wyjasnilam, ze od lat nie jezdzilam pociagiem w Holandii i nie zrozumialam komunikatu, przymknal oczy i nie wlepil mi kary.

dzis ”sie skasowalam” i wiedzialam, ze musze sie tez ”wymeldowac”, czyli ”check out”. jakiez bylo moje zdziwienie, gdy dotarlam na dworzec w Amsterdamie Poludniowym, a tam… okazalo sie, ze jestem uwieziona:D sa tam szklane bramki, ktore otwieraja sie tylko gdy sie czlowiek wymelduje. a mnie nie chcialo wymeldowac! utknelam wiec na peronie, przed szklanymi drzwiami… poczulam sie jak lew w klatce: wsciekla i bezsilna. i znikad pomocy.. wszyscy sobie poszli… w koncu przyuwazylam guziczek z ”info” – wcisnelam, na szczescie ktos sie odezwal, wiec wyjasnilam, ze ”siedze w klatce”, ze tak ”zameldowalam sie’ na stacji, ze teraz nie moge sie wymeldowac, ze konduktor w pociagu bilet widzial, wiec z pewnoscia sie zameldowalam zanim wsiadlam do pociagu… ”info-glos” mnie wypuscil. uff… poszlam do informacji, zeby obejrzeli ten moj bilet, zeby uniknac problemu z ”check in” w drodze powrotnej. okazalo sie, ze ja sie zameldowalam w firmie X, a jechalam pociagiem firmy Y, i na tej stacji, gdzie wysiadlam tylko Y-ki jezdza i dlatego nie moglam sie wydostac zza szklanych drzwi… dziwne, ze konduktor tego nie zauwazyl… no i znow, skad ja to mialam wiedziec? stoi slupek, gdzie ludzie sie ”check in-uja” i skad ja mam wiedziec, ktory slupek jest dla X, a ktory dla Y??? ponoc jest tam napisane. bede musiala sie lepiej przyjzec, bo dzis ani X, ani Y nie przyuwazylam. na bilecie tez zadna firma nie wyskoczyla, tylko data check-in-u…

pozniej kolejne wyzwanie – kupic bilet na tramwaj! to, ze w kioskach sie ich nie kupuje to wiedzialam. wiec szukalam automatu. znalazlam, ale tylko z kartami: na caly dzien, na miesiac, anonimowymi, na nazwisko, a ja chcialam tylko dwa bilety kupic: do konsulatu i z powrotem. poszlam na przystanek i pytam mlodych dziewczyn, czy u kierowcy da sie kupic bilet. bo w autobusie sie da, ale ze tramwaje w naszym miescie nie jezdza, to nie wiedzialam jakie sa zwyczaje w amsterdamskich tramwajach. dziewczynki mowia, ze w nowym tramwajach sie nie da, bo kierowca jest ”zamkniety”, a w starych sie da… a skad ja wiem, jaki tramwaj podjedzie? wrocilam do automatu i kupilam calodniowa karte. wchodze do tramwaju i widze, ze ludzie sie znow ”melduja”, wiec i ja ”check in” zrobilam, choc nie wiedzialam, czy na karte dniowa to jest potrzebne, czy nie…

na szczescie stare zdolnosci, czyli spacer z mapa jeszcze w mozgu siedza, wiec konsulat znalazlam bez problemu. w konsulacie spedzilam 2.5 godziny… najpierw kolejka, zeby zlozyc papiery, pozniej ”przesluchanie”. przesluchujacy orzekl, ze wize dostane. mam ja odebrac w piatek. normalnie wysylaja, ale my wyjezdzamy do Polski w piatek w nocy i bez paszportu to chyba przestepstwo;) wiec w piatek moge odebrac osobiscie paszport w wiza.

wrocilam bez przygod. no prawie… bo juz w naszym miescie nie moglam znallezc swojego roweru – ubzduralam sobie, ze zostawilam go na parkingu pod numerem 125, ale pod 125 byl inny rower. wiec sobie pospacerowalam wzdluz kilku rzedow i znalazlam swoj rower pod numerem 125, ale w innym sektorze. znow, nie wiedzialam, ze oprocz numerow parkingowych, sa jeszcze sektory oznaczone literami….

dodam jeszcze, ze w pociagu wymeczyly mnie zapachy i rozmowy – baby gadajace o dupie marynie, o tym co powiedzialy dziecku, mezowi, tesciowej, a co oni odpowiedzieli… myslalam, ze poczytam ksiazke, ale ksiazka pozostala nietknieta.

wrocilam padnieta… tyle wrazen:DDD 

na pocieche opilam sie mojej ulubionej kawy Illy – az trzy kafejki w okolicy konsulatu i na dworcu tez serwowaly te kawe. najlepsza! wiec sobie nie zalowalam. bo bez dobrej kawy to bym tych nowosci dotyczacych srodku transportu miejskiego nie przezyla;)

starosc nieradosc. ale ja sie nie poddam. filizanka kawy i mozg na bacznosc:)

wiza!

jutro jade do Amsterdamu odebrac wize. zawsze myslalam, ze to Haga jest ”urzednicza stolica” Holandii, ale jednak wize dostane w Amsterdamie.  przyznam, ze po ostatnich, codziennych wiadomosciach o zamachach, mam troche stresa… z jednej strony nie mozna sie dac zastraszyc, z drugiej strony… strach to przeciez normalna reakcja na agresje, niepewnosc.

mam nadzieje, ze i wize bez problemu dostane… dzis zrobilam zdjecia do wizy: kwadratowe! 

luby oczywiscie zapomnial… trzy razy mu mowilam, ze w srode mnie nie bedzie, ze albo sam musi zostac z dziecmi, albo musi kogos zorganizowac… pokazuje mu zdjecia, a on sie spanikowany za glowe lapie, oczy wytrzeszcza, bo jutro szef zorganizowal spotkanie, bo obiecal mu probke krwi od jakiegos ”specjalnego” pacjenta, bla, bla, bla… juz nawet tego nie slucham, ucze sie izolowac od jego zyciowego ”zagubienia”. co w sumie mnie martwi, bo zbudowac mur latwo… tylko jak funkcjonuje malzenstwo z takim murem? czy funkcjonuje i jak dlugo? czasami mysle sobie, ze nasze malzenstwo bylo udane, bo gdy dzieci byly malutkie, to ja nie pracowalam i nie bylo problemow typu kto zostaje z chorym dzieckiem… a szczescie chlopaki rzadko choruja…

 

 

tydzien w domu

to byl swietny pomysl, zeby zostac tydzien z dziecmi po prostu w domu a nie od razu wyjezdzac do Polski. znow mamy spokojne poranki, pozne sniadania, nalesniki na lunch, place zabaw i czas na spokojna zabawe.

a przy okazji zalatwiamy sprawy… nowe struny do skrzypiec, fryzjer, biblioteka, zakup sandalow, wymiana szkiel w okularach Bizona, a w czasie czekania podwojne lody dla dzieci i kawa dla mnie. wloczymy sie po placach zabaw, wzielismy swinke na spacer, a pogoda nas rozpieszcza – 25-27C, od czasu do czasu deszczyk ochlodzi powietrze… idealny poczatek wakacji.

szczera do bolu – nie umiem, nie chce…

mimo ogolnej opinii, ze klamstwo ma krotkie nogi, ja nadal uwierze, ze jednak biale klamstwa bywaja lepsze niz prawda. bo prawda potrafi zranic, cos zepsuc, zamiast cos poprawic, naprawic. ociero sie to czesto o hipokryzje, falsz, a mimo to ja wole czasami sklamac, zamiast urazic, przez bycie szczera do bolu. bo po co ranic prawda, skoro to i tak nic nie da?

pod nami mieszka mloda kobieta z 5-letnim synkiem. gdy synek byl maly, uwielbialam go – fajny, rezolutny chlopczyk; nawet sie kilka razy nim opiekowalam, gdy jeszcze nie pracowalam. chlopiec ten jest bardzo towarzyski, smialy, wygadany i… coraz bardziej agresywny, a coraz mniej wychowany. jest to wina sasiadki, o ktorej rozpisywac sie nie bede. chlopiec jest do tego stopnia niefajny, ze moje dzieci nie chca sie z nim bawic, co rzadko sie zdaza – jak juz kogos znaja, to wszystko zrobia by kolege zaprosic albo do niego pojsc. a do sasiada isc nie chca. mimo ze u sasiada trampolina, fanta, zelki, lody wodno-farbkowe i tv non-stop (=w tle) – wszystko to, czego u nas nie ma;)

sama bylam swiadkiem, jak maly sasiad niefajnie zaczepial/prowokowal Bizona (ktory jest od sasiada o 5 lat starszy!), jak niemilo go chcial zastraszyc, jak z kijem na Bizona biegl (i zdziwil sie, gdy wyszlam niespodziewanie zza zywoloplotu…) i spytalam, czemu tak robi. kilka razy byl u nas w mieszkaniu i tez nie bylo zabawy, tylko niszczenie zabawek, a raz chcial Bizona dusic, a gdy ten zastosowal samoobronny zamach, ktorego nauczyl sie na taekwonodo, sasiad zaczal z siebie robic ofiare, zeby to Bizon zostal ukarany… wiele takich sytuacji zaistnialo przy sasiadce, ktora nigdy jakos kategorycznie nie przystopowala dziecka, nie ukarala go… i dlatego moi chlopcy unikaja sasiada. a maly sasiad…. jak tylko uslyszy, ze jestesmy w domu, dzwoni do drzwi, zeby sie wprosic albo zwabic chlopcow do siebie. chlopcy, jak wiedza, ze to on, od razu mowia, zebym go nie wpuszczala…

no i ja mam troche zgryz: bo nie, nie mam ochoty go goscic. ale jak wytlumaczyc 5-latkowi, ze go nie lubimy? wiec wymyslam, ze mamy gosci, ze boli mnie glowa, ze Bizon teraz czyta ksiazke… dzis znow maly sasiad chcial sie bawic z chlopakami… ale na szczescie wybieralismy sie do miasta. wracalam do domu i myslalam, co wymyslic, jak maly uslyszy, ze wrocilismy i znow bedzie nas napastowal…

nie chce sie sklocac z sasiadka, a do tego by doszlo, gdybym jej powiedziala, ze moje dzieci nie chca sie bawic z jej synkiem, bo wiadomo, dla kazdej matko to cios. wiec drazylaby dlaczego… i pewnie, moglabym jej powiedziec to co tu napisalam, ale przeciez ona byla swiadkiem tych agresji. wiec jesli to jej nie dalo do myslenia, to czy moje slowa cos zmienia? nic. jedynie bedzie miedzy nami smrod. 

marze, zeby sie juz stad wyprowadzic. coraz mniej lubie sasiadke, ktora sprowadza afroamerykanskich kolezkow, ktory mowia bardzo donosnym glosem, pala u niej w ogrodzie haszysz i smieja sie glupkowatym smiechem. gdyby to bylo raz na miesiac, ok, ale to zaczyna byc juz codziennoscia… cowieczornym rytualem. dochodzi to tego, ze jak wyjezdzamy na weekend, chowamy rowery do sieni, zakluczamy drzwi na wszystkie zamki, jakie mamy, tak jakbysmy wyjezdzali na 3-tygodniowe wakacje.

tylko, ze dom, ktorego szukamy… trzeba bedzie miec szczescie, zeby go znalezc;)

juz wiedza

dzieci wrocily, po jakims czasie Bizo podszedl do klatki i spytal mnie jak tam Snoetje… nie ma juz Snoetje, mowie…. dzieci zrozumialy. zaczelam im opowiadac jak to bylo, jak rozmawialam z weterynarzem, jak sie swinka meczyla, jak pod narkoza obejrzelismy zabki, ze szczeka nadal sie nie nastawila, ze swinka nadal by cierpiala, opowiedzialam, jak spokojnie zasnal, ze nic go to nie bolalo… 

Szkrab zaczal szklochac, a Bizon lamiacym sie glosikiem powiedzial, ze o tam chcial byc, przy swince, gdy ja usypialam… ze chcial jej pogrzeb wyprawic… i ten pogrzeb i brak mozliwosci pozegnania swiki najbardziej zabolala Bizona. ale wytumaczylam mu, ze nie mamy swojego ogrodu, a jak bysmy pogrzebali swinke gdzies w parku, to by koty przyszly, wyczuly i grob rozgrzebaly i jeszcze by swinke zjadly, a przeciez nie chcemy, zeby nasza swinke jakies koty jadly.. mowilam i zastanawialam sie, czy to nie zbyt okrutne, ale nie, Bizon jest bardzo racjonalny i wlasnie ten argument go uspokoil. dodalam, ze swinke skremowano, ze jej proch jest teraz w jakims ogrodku i rosna na nim kwiatki… i to Bizonowi wystarczylo. moze pozniej kilka lez w lozku uronil… nie wiem, bo musialam sie zajac Szkrabem.

bo Szkrab, gdy juz sie polozyl do lozka, zaczal strasznie lamentowac… tak zalosnie plakal, tak mowil o swoim bolu, takie pytania zadawal, tak zalosnie skomlal, ze serce mi sie kroilo. z godzine wyl… az koncu zaczelam go pytac o… gry komputerowe, ktore widzial u kolegi. i jakos sie uspokoil… zasnal zmeczony tym placzem.

dzis juz ani slowa o swince.

a dla zdrowej swinki znalazlam opieke u mlodej dziewczyny, dobrej znajomej naszego dobrego znajomego z kosciola. z checia sie swinka zaopiekuje. z pewnoscia bedzie swince lepiej u niej niz w szopie tescia, w izolacji.