stypendia doktoranckie – punkt widzenia…

kiedys przyjechalam do Holandii na wymiane studencka, nie wiedzialam, ze w Holandii doktoratem mozna byc na roznie sposoby. Np. mozna byc zatrudnionym na uniwerystecie, dzieki czemu dostaje sie trzynastki, ”wakacyjne” (70% poborow na cele wakacyjne), przysluguje macierzynskie i odklada sie emeryture. Mozna tez byc na stypendium, gdzie sie powyzszych ”przywilejow” nie ma. Ja bylam na stypendium i dopiero po jakims czasie zorientowalam sie, ze pracuje na ”gorszych” warunkach niz pozostali doktoranci w mojej grupie. jednak nie mialam zalu, pretensji – bo po pierwsze niczego mi nie brakowalo, a wrecz przeciwnie uwazalam, ze moja sytuacja finansowa jest luksusowa. Pza tym nie moglam byc zatrudniona jako pracownik, bo wtedy Polska nie byla jeszcze w Unii. Tak wiec, cieszylam sie, ze bylo takie stypendium i nigdy nie mialam do nikogo o nic zalu, nigdy nie uwazalam, ze to jest niesprawiedliwe. 

dzis luby dostal petycje do podpisania – petycje, w ktorej studenci (holederscy) buntuja sie przeciwko takiemu systemowi, bo to niesprawiedliwe. co prawda, nowe stypendia sa na trzy lata, a ja mialam na cztery lata, co jest ogromna roznica, gdy prowadzi sie badania naukowe i wyniki eksperymentow na ogol splywaja wlasnie w trzecim roku, a jeszcze trzeba miec rok, zeby to wszystko opublikowac… wiec skrocony czas jest rzeczywiscie bardzo niekorzystny, ale… w takim razie niech studenci protestuja przeciwko skroconemu czasowi doktoratu, a nie calemu systemowi stypendialnemu.

bo dla wielu zagranicznych studentow to jest jedyna szansa, zeby tu zrobic doktorat. gdyby nie to stypendium, zostalabym w Polsce – i nie, nic zlego w Polsce nie jest, dlugo ludzilam sie, ze ja po doktoracie do Polski wroce, nigdy nie marzylam o emigracji i mezu-Holendrze, ale badania naukowe tutaj a w Polsce…. niestety, jest przepasc finansowa: tutaj juz jako studentka mialam wolnosc, moglam sobie eksperymentowac, uczyc sie na wlasnych bledach. w Polsce nie bylo na to kasy. 

i dlatego kategorycznie zabronilam lubemu podpisywanie tejze petycji;) wrecz kazalam mu jeszcze kolegow poinformowac, ze gdyby nie to stypedium, to ja bym w zyciu tu na doktorat nie przyjechala i luby w zyciu by takiej zony sobie nie znalazl;)

to stypendium moze sie wydawac nie-fair holenderskim studentom, ktorzy sa… rozpieszczeni przez dobrobyt. ludziom ze wschodniej Europy tez system nadal moze pomoc. i tak to punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia.

__________________

a Bizon dzis sie poplakal pod szkola… dzis wyjatkowo odprowadzalam dzieci do szkoly i nagle patrze, a on lzy przelyka… pytam, czemu placze, a on sie rozkleil i szlocha, ze nie chce, zeby Snoetje umarl… o matko, ale mnie scisnelo… ja myslalam, ze jego to nie rusza, ze taki malo-emocjonalny, a jednak wzielo go… moze dlatego, ze jak wciskam jedzenie w Snoetje, to mamrocze ciagle cos w stylu ”no, jedz maly, bo jak nie bedziesz jadl, to koniec”…? ja to sobie mamrocze do zwierzatka, a dzieci sluchaja… musze przestac tak gadac… ja mamrocze, wpycham jedzenie, masuje szczeke, w miedzyczasie zastanawiam sie, czy mi sie juz we lbie pomerdalo, bo to ”tylko glupia swinka”, a ja dla niej sen zarywam juz od kilku tygodni… no ale swinka patrzy i jakby rozumiala, co do niej mowie… wpycham jej sianko miedzy zebami, ona sie buntuje, a pozniej polsusznie zuje, patrzy sie na mnie i zuje, zuje, zuje… zmuszam ja do tego zucia, zeby szczeke rozruszala… strasznie juz jestem tym zmeczona i znuzona… a nie umiem sie poddac i ot tak swinke uspic… no kurcze, nie umiem.

nie chce zapeszac, ale wlasnie swinka zaczela samodzielnie jesc…

high wine

w zeszla srode mielismy wyjscie z nasza grupa naukowa – jedna ze studetek wpadla na pomysl by pojsc na ”high wine”, czyli degustacje win. pomysl wydawal nam sie dobry, ale jednak okazalo sie, ze nie dla nas siedzacy tryb zycia;) cala impreza sie nam po prostu troche dluzyla. wyprobowalismy wino rozowe, trzy biale i dwa czerwone. niestety, nikt z nas nie byl w stanie zapamietac nazw tych win… ja jednak musze wziac do reki butelke, poczytac i wtedy zapamietam, co pilam. ale znow doszlam do wniosku, ze ani biale, ani rozowe wino mi juz nie smakuje. tylko czerwone moze pic. 

na drugi dzien ledwo funkcjonowalam… niestety, takie ilosci alkoholu to nie dla mnie. zwlaszcza przy zbyt krotkiej nocy. 

w sobote bylismy na imprezie znajomych: on skonczyl 50 lat, syn 18, corka 16 (w Holandii 16-stka to taka prawie 18-stka – do niedawna 16-latki mogly kupowac alkohol) i stuknelo im 25-lecie slubu. wiec zrbili wspola impreze. 

w piatek czeka mnie babska impreza, ale… chyba sie nie stawie, bo w sobote urodziny tesciowej i mam… przesyt bycia towarzyska;) ja, ktora kiedys tylko imprezowac chciala… mysle, ze nasze codzienne tempo zycia, to, ze  cale dnie bywamy poza domem tak na mnie wplywa – lubie pobyc sama z soba i gadki szmatki i kulinaria w stylu ”przerost formy nad trescia” juz mnie nuza. 

nawet swinka lubi slodycze;)

jakis czas temu kupilam ”cukierki” witaminowe dla swinek, zeby chora swinke dowitaminizowac. no i posmakowaly jej – sa na tyle miekkie, ze moze je gryzc, a przy okazji cwiczyc szczeke. bo doszlam do wniosku, ze takie karmienie  strzykawka, to wegetacja. zaczelam wpychac swince do pyska kawaleczki jedzenia i sianko – zeby rozruszac szczeke. czesc wypluwa, ale troch gryzie i przelyka. widze, ze zucie bardzo ja meczy… szczeka pewnie ja bol, choc daje jej srodek przeciwbolowy. 

swinka sie tak ze mna zzyla, ze cukierki je mi z reki, a przed choroba nigdy nie chciala z reki jesc i… strzla sobie drzemki w moich ramionach…

ja tez sie przez te ostatnie kilka tygodni bardzo do niej przwiazalam – bezbronnosc, czy to dzieci, czy zwierzat, bardzo wplywa na moje emocje…

z bolem oswajam sie z mysla, ze moge dac swnce niecale trzy tygodnie na zupelne wyzdrowienie. jesli  nie zacznie calkowicie samodzielnie jesc, bede musiala ja uspic, bo na wakacje nie mamy ja jak wziac, a nikt obcy nie bedzie sie ”bawil” w to co ja teraz robie…

trzy tygodnie…

flegmatycy….

nie znosze pracowac flegmatykami. w tym tygodniu pracuje ze studentka, ktora wolno mowi, wolno dziala, wolno mysli, no taka jest wolna, ze jak tylko sobie o niej przypomne, to mnie w zoladku sciska. mimo ze studetka probuje wszystko dokladnie i rzetelnie wykonywac, i jest bardzo upprzejma, kiwa glowka, przytakuje, to strasznie mnie drazni i ciesze sie, ze juz jutro ja pozegnam.

za to lubie z flegmatykami wypoczywac;) ale tylko z takimi co maja cos ciekawego do powiedzienia. i smiesznego mam taka dobra kolezanke ze studiow, cedzi slowa, jest taka misiowata i uwielbiam ja sluchac. przy niej moge odpoczac, posiedziec, odprezyc sie.

bo ja jestem jednak zywiol, wscikus i tylko na plazy i w towarzystwie flegmatyka potrafiie siasic spokojnie na tylku i wyhamowac mozg, mysli, plany i czyny.

zaskoczona swinka

ja monotematycznie – o swince;) ale tym razem o tej zdrowej. zdrowa swinka, ktora zawsze poznawalismy po tym, ze jest mniejsza od obecnie chorej i obecnie bardzo chudej spasla sie tak, ze jest dwa razy wieksza od tej chorej. i zaczela jej dokuczac, np skakac jej na glowe. w koncu zaczelam podejrzewac, ze odsuwa chora swinke od jedzenia i zdecydowalam ich rozdzielic do swoch osobnych klatek i tylko maja widzenia w mojej obecnosci, jakies 5 minut na dzien – malo… zdrowy brat siedzi najwyrazniej smutny – teskni!!! wiec wsadzilam go do klatki chorego brata, siedze, patrze i sie zasmiewam. 

zdrowa swinka strzelila zdziwko. jeszcze go takiego nie widzialam: szeroko toworzyl oczy i nie wiedzial o co chodzi. zaczal chodzic, wachac, wszedl do domku, ktory Szkrab z pudelka na buty wycial dla tego chorowitka, wszedl na schodki, ktore Szkrab z duplo zbudowal, obwachal brata, kat, do ktorego sie brat zalatwia, podskoczyl, no i jak na goscia wypadlo, poczestowal sie siankem. jest tak zadowolony, ze az mi go szkoda przenosic do jego klatki… ale na noc tak zrobie, bo jednak maly kwiczy – a ja nie wiem, czy tak sobie kwiczy, czy z radosci, czy ze bolu, jak mu grubszy brat dokucza.

takie glupie zwierzatka, a jednak za soba tesknily… zdrowy siedzial w domku, w ogole sie przed nami ukryl. a tu nagle odzyl, jak go wzielam w gosci do braciszka:) braciszek, mimo ze chory (w piatek jedziemy na stepienie zebow… to juz ostatnia jego szansa…) tez sie ozywil i nawet probowal pojsc w slady brata – cos tam zaczal zuc…. 

oj, co ja mam z tymi swinkami….

o czym mysli Szkrab…

Szkrab oznajmia:

– a jak umre, to chce w mojej trumnie pingu, pieska i misia.

 

Szkrab, ktory twierdzi, ze sie czesto w nocy boi, stwierdza ku naszemu zdumieniu:

– lubie spac, bo w nocy ma sie sny. i nawet koszmary sie kiedys koncza.

 

______________ 

dzis znow bylismy u weterynarza… bo swinka, ktora juz sie lepiej miala znow nie je. bo znow jej zeby zarosly. bo szczeka nadal nie wskoczyla na swoje miejsce, wiec swinka je warzywa, owoce, ale nie je sianka, ktore sciera zeby. swinka jeszcze bardziej schudla. weterynarz mowi, ze moze warto sie zastanowic nad ‚jakoscia jej zycia” – widze, ze polski weterynarz nauczyl sie holenderskich wyrazen… jednak weterynarz ma racje…. swinka cierpi, chodzi glodna i zaczynam tracic nadzieje, czy z tego wyjdzie. powiedzialam, ze daje swince czas do wakacji, a jak nie wydobrzeje, to trzeba bedzie ja uspic, bo raz, ze rzeczywiscie cierpi, a dwa, kto sie bedzie bawil w karmienie i ‚tracil” dwie godziny dziennie na swinke morska? tylko ja mam tak nierowno pod sufitem, zeby rano wczesniej wstawac, zeby karmic swinke strzykawka, a pozniej jeszcze wieczorem dwa razy zaliczac z nia sesje, ktore latwe nie sa, bo swinka papki nie lubi…

wsiadamy do samochodu, a Szkrab zaczyna plakac… on nie chce, zeby Snoetje uspic… tlumacze mu, ze swinka cierpi, a pan weterynarz nie umie jej pomoc, bo szczeki nie da sie nastawic, ze szczeka sama musi wskoczyc w dobra pozycje, ale jakos nie wskakuje….  Szkrab dalej placze… mi tez smutno. bo podczas tego karmienia nawiazala sie miedzy nami wiez… swinka wie, ze to dla jej dobra i juz po karmieniu wtula mi sie w szyje, i mruczy… traca mnie noskiem, jakby chciala mi buzi dac;) nie chce, zeby cierpiala i w koncu z wycienczenia zdechla, wiec daje jej jeszcze jedna szanse, jeszcze jedno scieranie zebow i mam nadzieje, ze szczeka w koncu wskoczy na wlasciwe tory i cierpienie sie skonczy. jak nie, to niestety, musimy cierpienie skonczyc w inny sposob.

panowie juz mnie przejrzeli:)

gdy rankiem w pracy wyciagam owoc, Jan pyta: a ty znowu na diecie?

dzis rano jem jogurt z owsianka, luby pyta: dieta?

szef czestuje mnie ciastkiem, ale ja odmawam: chyba nie jestes na diecie?

 

a ja… tak sobie gadam o tej diecie, od kazdej soboty sie odchudzam i… jakos nie chudne;) ale i nie tyje. i niech tak zostanie:)

zeby ciagle nie narzekac;)

takei te moje ostatnie wpisy negatywne, wiec zeby byla rownowaga, teraz weselej.

wczoraj nasza grupa organizowala druga czesc oficjalnego otwarcia naszego centrum/laboratorium. znow fekwencja nas pozytywnie zaskoczyla i znow uslyszelismy, ze np. fizjoterapeuci maja wielu pacjentow, ktorzy nie trzymaja stolca albo moczu i nie wiadomo co z nimi robic: jest problem, a nie wiadomo skad on pochodzi…

prezentowalismy wyniki naszych badan, ale zaprosilismy tez duet ”psycholog dzieciecy i pediatra”, ktorzy probuja leczyc dzieci we wspolpracy, bo niestety, czesto inkontynencja dzieci ma podloze psychologiczne…. duet opisal kilka przykladow ich pacjentow, momentami szokujace – np. ze niektorzy rodzice wstawiaja dziecko, ktore ”znow narobilo w majtki” pod zimy prysznic – za kare… takie okrucienstwo w glowie sie nie miesci i wlasnie dlatego pediatra chce miec u swojego boku psychologa, ktory pomaga nie tylko dzieciom, ale przy okazji probuje zmienic rodzicow… wiadomo, roznie to bywa, niektrych rodzicow nie da sie zmienic, ale bywaja i happy endy. ci dwaj lekarze zaprosili nas do ”zabawy”, zebysmy poczuli to, co czuje dziecko, ktore wychowuje sie w rodzinie, gdzie nie ma poczucia bezpieczenstwa. psycholog poprosila, zebysmy zemkneli oczy, zrelaksowali sie, rozluznili miesnie (to jest czesc terapii dla pacjentow, ktorzy cierpia np. na zatwardzenia – rozluznic wszystkie miesnie) i poinformowala nas, ze w tym czasie pediatra przejdzie sie z nadmuchanym balonikiem wsrod publicznosci i przekluje go kolo dobrowolnie wybranej osoby… no i co? i nici z relkasu, odprezenia, rozluznienia miesni. kazdy tylko nasluchiwal, gdzie  znajduje sie pediatra, czy balonik juz pekl i mozna odetchanc z ulga, czy jeszcze nie…. w koncu pekl, ktos krzyknal, podskoczyl, a reszta publiki odetchnela z ulga. tak wlasnie czuje sie dziecko, ktorego rodzice np. sie kloca… skad to wiem, bo tak wlasnie sie czulam, gdy bylam dzieckiem… i niestety, widze, ze mimo ze luby i ja w sumie sie nie klocimy (no, raz na rok daje czadu, jak juz luby przechodzi samego siebie w nieudzielaniu sie w zyciu domowym), to widze, ze nasze dzieci tez tak czuja, bo… same sie awanturuja… nasz Szkrab jest bardzo wybuchowy i czesto krzyczy i prowokuje awantury przy stole, a jednoczesnie potrafi sie rozplakac, gdy np. podniose glos na Bizona, ze juz po raz 150 prosilam, zeby pozbieral brudne ubrania spod lozka…. i w sumie do tej pory wychodzilam z zalozenia, ze z tego wyrosniemy… ale wczoraj postanowilam, ze jednak czas cos z tym zrobic, bo… Szkrab majac 8 lat nadal sika do lozka i niestety, idziemy na latwizne, i zakladamy mu na noc pieluche. on sie tego bardzo wstydzi, wiec o tym prawie nie rozmawiamy. probowalismy go wybudzac kolo ponocy, zeby poszedl siku, ale spi tak gleboko, ze w koncu wisi nad ubikacja, my go potrzymujemy, a on nie sika, tylko jeczy, ze chec do lozka. na drugi dzien nic nie pamieta… wczoraj uslyszalam, ze to nie gleboki sen,, ale niespokojny sen… i rzeczywiscie, Szkrab spi bardzo niespokojnie. i wlasnie dlatego w przerwie podeszlam do pediatry, strescilam nasz ”problem’, a on kazal mi przyjechac ze Szkrabem. i pojade, bo choc wiem, ze wiele dzieci w tym wieku jeszcze sika w nocy do lozka, to chce, zeby ktos sie przyjrzal tez emocjom Szkraba – bo te mnie czasami niepokoja.

zdarzyla sie tez zabawna sytuacja. na koncu ja mialam wyglosic prezentacje. w pewnym momencie dostaje ”list” od szefa ”heb je je paartje bij je”? = ”czy masz przy sobie konika”? co prawda konik pisze sie przez ”d” a nie ”t”, ale szef dyslektyk, wiec jedyne co mi do glowy przyszlo to ten konik… eeeeeeee????????????????????? o co chodzi???????????? myslalam, ze nie rozumiem jezyka. wiec pytam studentki, ktora obok mnie siedziala ”co to znaczy?” ona tez nie wie o co chodzi. w koncu mnie olsnilo, ze szef przekrecil litery i chodzilo mu o ”praatje” = prezentacje. odszukalam szefa wzrokiem – nie, nie mam przy sobie, bo dzien wczesniej wstawilam wszystkie prezentacje do naszej wspolnej mapy, tak jak to zawsze robimy, a szef mial WSZYSTKIE prezentacje zainstalowac na laptopie przed sympozjum. niestety, o mojej zapomnial…. wiec biegiem wypadlismy z sali, bo za jakies 10 minut ja mialam prezentowac. pobieglismy na 4 pietro, skopiowalam prezentacje na pendriva, biegiem wrocilismy do sali sympozyjnej i wlasnie byl czas, zebym wkroczylal do akcji:) studenci mieli ubaw, my w sumie tez;)

a kartke ‚ czy mam konika” zachowam na pamiatke – moze sie na jakis jubileusz przyda:)

zwyczajnie, do przodu…

dzis rano zadzwonila do mnie nasza pielegniarka, ze ma wypalenie i nie wie kiedy wroci do pracy.

i jestem zla. z jedej strony, wiem, ze choroby psychiczne, bo do tych zalicza sie (chyba?) wypalenie, nie sa wina pacjenta, ale mam wrazenie, ze w Holandii wyjatkowo duzo osob zglasza te przypadlosc. a juz w przypadku naszej pielegniarki nie wiem, skad to sie moglo wziac, bo pracuje ona raptem dwa dni w tygodniu i szef jest dla niej bardzo wyrozumialy – jak dziecko ma wycieczke, pielegniarka po prostu moze sobie zamienic dni pracy i zamiast np. we wtorek moze przyjsc w srode. 

gdy nasze dzieci byly male, marzylam o takiej wlasnie pracy: 2-3 dni w tygodniu… zeby sie oderwac od codziennego kolowrotka. ale takiej pracy nie bylo. 

zla jestem, bo nie mamy zadnej innej pielegniarki, bo chirurgia uwaza, ze to co bada szef nie jest chirurgiczne. co ciekawe, koledzy szefa podsylaja mu swoich pacjentow, a szef ich bada, bo pozniej my te dane mozemy uzyc do naszych badan naukowych. technika, ktora poslugujemy sie w naszym centrum nie jest latwa, to nie jest pobranie krwi, czy zrobienie zastrzyku, tylko cos, czego obecna pielegniarka uczyla sie przez dwa miesiace od szefa. 

jestem zla, bo jesli ona rzeczywiscie ma to wypalenie (mam lekkie watpliwosci…) to jest to spowodowane jej sytuacja rodzinna: jej maz nie robi w domu nic (a maja dwoje dzieci), a na dodatek ona ma ojca chorego na raka, przy ktorym pomaga. ma siostre, brata, ale tylko ona ciagle tam pomaga, jest szoferem, bo ani mama, ani siostra nie maja prawa jazdy, a jej brat… ma prace na pelny etat, wiec on nie moze zawiezc ojca do szpitala, na terapie. nasza pielegnarka jezdzi do ojca codziennie, bo reszta rodziny jakby rak nie miala… z jedne storny rozumiem, ze skoro ojciec jest umierajacy, to corka chce go czesto widziec, ale przeciez od tego i dwoch dni pracy nie dostaje sie wypalenia… przynajmniej tak mi sie wydaje…

czesto mam wrazenie, ze ludzie w ”bogatych” krajach, czesto nie maja tej mobilizacji, ktora maja np. Polacy, ktorym grozi bezrobocie, a z zasilku nie da sie zyc. tutaj z dwoch zasilkow i swiadczen socjalnych ludzie zyja sobie spokojnie – owszem, w luksusy nie oplywaja, ale na rachunki, jedzenie i ubranie pieniadza dostaja. w krajach wschodzniej Europy czy Ameryce, wypalenia zaliczaja ludzie, ktorzy naprawde na pelnych obrotach zasuwaja w korporacjach, pracuje po godzinach, zyja w ciaglym napieciu, stresie (czesto na swoje zyczenie)… ale dwa dni pracy i wypalenie… nie pojmuje tego, bo bylam wychowana w domu, gdzie czy sie wali, czy sie pali, idzie sie zwyczajnie, do przodu, nawet jak sie nam wydaje, ze juz sie nie da.

hipochondryczka…

tak sobie mysle, ze moja lekarka to mnie wkrotce do psychologa badz psychiatry wysle;) bo ja najwyrazniej hipochondryczka jestem. bo macica czysta… tylko czemu mam te problemy, ktore mam??? przeciez sobie ich nie wymyslam:/

mowie ginekologowi, ze moj pms trwa 2 tygodnie, ze mam nieregularne krawienia, ze boli mnie brzuch, pecherz, ze latam ciagle sikac i nie dlatego, ze mam zapalenie pecherza, tylko czuje, ze cos uciska… nie ma miesniakow, nie ma problemu. a to o czym mowie mozna wyleczyc pigulka antykoncepcyjna…

ale to jest leczenie symptomatyczne i ono mi nie odpowiada, bo jak przestane brac pigulke, to moje bole znow wroca. a nie chce brac pigulki przez nastepne 10 lat. ja chce, zeby znaleziono przyczyne moich problemow. pan ginekolog mowi, ze przyczyna sa horomony. no to, czemu nie wysle mnie do endokrynologa?  bo jeden dzien stresu moze miec wplyw na gospodarke hormonalna u kobiet, wiec takie badania nie maja sensu.

czasami opadaja mi rece. mam wrazenie, ze wielu lekarzy nauczylo sie w ksiazce ze problem X to badanie Y, choroba Z, pigulka S (na symptom) i gotowe. a jak pacjent nie pasuje do schematu, to tez pigulka S, byle mu cos dac na ten symptom. jedynym lekarzem, ktorego tutaj znam i ktory drazy temat, broni pacjentow przed operacjami i pigulkami dopoki nie znajdzie przyczyny obserwowanych symptomow jest… moj szef. wrdo kolegow ma opinie dziwaka, bo co to za chirurg, ktory nie chce na dzien dobry operowac? a ja widze czesto, ze niektore operacje pomagaja na krotka mete, a pozniej pacjenci wracaja z niefajnymi konsekwencjami tychze operacji….

jest u nas polska pani ginekolog, sprobuje sie z nia umowic i zobacze… moze ja rzeczywiscie sobie cos uroilam;)