szkola w Holandii

dzis Bizon oznajmil, ze jutro maja wolne. jak to wolne – zdziwilam sie, bo w piatek tez maja wolne. i w zeszly wtorek tez mieli wolne…

jutro dzieci maja wolne, bo nauczycielka Bizona pojechala na wycieczke z dziecmi z dwoch starszych klas, ”bo przeciez nauczycielka nie mogla sama z tymi klasami jechac” – zacytowal dyrektora Bizon. ale czemu to wasza nauczycielka jedzie z obca klasa na wycieczke? niech jedzie ktos z rodzicow, pan dyrektor, niech jedzie kto inny. a jesli juz to ta nauczycielka musi jechac, to niech zalatwia zastepstwo, a nie ot tak sobie informuja, ze dzieci maja wolne.

w plecaku Bizona list, ze szkola przeprasza, ze jesli ktos nie ma z kim zostawic dziecka, to moze je przyprowadzic do szkoly i dziecko zostanie wyslane do innej klasy… co w przypadku Bizona oznaczaloby, ze poszedlby do ktorejs z mlodszych klas (bo starsze sa na wycieczce) i nie mialby lekcji, tylko by wegetowal przez 5.5 godziny. 

doszlismy z lubym do wniosku, ze zostawimy Bizona samego w domu. ma 10 lat, jest dosc powaznym dzieckiem, wiec, nic glupiego nie powinno mu strzelic do glowy. a o 14.00 ma pojsc do swietlicy – sam. Bizon bardzo sie ucieszyl. ale ja zamierzam pogadac z dyrektorem. bo gdyby to byl tylko ten jeden raz, to ok, przelknelabym, ale takie akcje w tym roku szkolnym byly juz dwie – dzien przed dowiadywalam sie, ze nie ma nauczyciela i dzieci sa po prostu wolne! a ze w szkole 90% matek albo nie pracuje, albo pracuje 2-3 dni w tygodniu, to nie maja problemu…

do tego dochodza tzw. marge-dni, kiedy to nauczyciele maja kursy – w ciagu tygodnia. taki marge-dzien byl w zeszlym tygodniu we wtorek, w tym tygodniu bedzie w piatek, miesiac temu byly dwa – tak na oko, w ciagu calego roku szkolengo jest okolo 10 takich dni – porozstrzelanych po roznych dniach tygodnia.

do tego dwa miesiace temu ”nasza szkola”, a tak konkretnie to pan dyrektor z trzema nauczycielkami pojechali na ”wymiane” do Tajlandii, bo nasza szkola ma ”wspolprace” z tamtejsza szkola. nauczycielka Bizona byla nieobecna przez tydzien, nauczyciel Szkraba poszedl na zastepstwo do klasy Bizona, a Szkrab przez tydzien mial lekcje z obcymi nauczycielami ”na zawolanie” – w Holandii jest biuro, do ktorego zglaszaja sie nauczyciele ”na zastepstwa”, co oznacza, ze w razie choroby nauczyciela dyrektor moze zadzwonic do takiego biura, zeby dostac kogos na zastepstwo. jedno wielke zamieszanie: Szkrab w ciagu tygodnia mial zajecia z dwoma roznymi nauczycielkami, ktore nie maja pojecia, jaki program jest przerabiany w klasie, nie zna dzieci, nie wie, czego od niech wymagac, jakie maja charaktery. Szkrab byl niezadowolony i ja to doskonale rozumiem, bo tez nie lubie pracowac z zupelnie obcymi ludzimi – lubie kogos pozanc, dotrzec sie, zeby wiedziec, czego sie po kim spodziewac. dzieci tez tak maja. jedne mniej, drugie bardziej, ale generalnie wiadomo, ze maluchy lubia miec swojego stalego nauczyciela, ale dwoch roznych w ciagu jednego tygodnia. i dlaczego? bo szkola ma jakas wymiane. a ja sie pytam, co moje dzieci maja z tej wymiany? dyrektor i nauczyciele pojechali sobie na wycieszke do Tajladnii pod pieknym haslem ”wspolpracy z krajami trzeciego swiata” i tyle. nie wiem tez co tamte dzieci mialy z tej wizyty, oprocz tego, ze szkola dostala pilke od holenderskich gosci… jak pan dyrektor chce dzialac charytatywnie, niech to robi w swoim wolnym czasie, np. podczas wakacji a nie kosztem moich dzieci.

niechby moj szef tak sobie nie przyszedl do pracy, bo dzieci maja wolne…to by sie posypaly skargi pacjentow. niechbym ja tak, za kazdym razem jak dzieci maja wolne w szkole, tez brala sobie wolny dzien – to by sie szef ”cieszyl”. niechby pociagi stanely, bo kolejarze jada na wymiane do innego kraju… to by byl skandal. a szkola, o tak informuje, ze dzieci maja wolne, bo nauczycielka jedzie sobie z inna klasa na wycieczke.

i tu dochadza moje refleksje nad iloscia kobiet w polityce, kobiet robiacych kariery naukowe. bo w Holandii regularnie pojawiaja sie artykuly i debaty, dlaczego tak malo jest kobiet profesorow – przeciez nie sa glupsze od mezczyzn. no nie, ale tak juz jest, ze panstwo kobietom nie pomaga laczyc macierzynstwa z kariera… ja mam to szczecie, ze luby ma na tyle fleksybilna prace, ze czasami moze wziac wolny dzien. ale moj szef nie moze: sa zaplanowane operacje, ma stale godziny przyjec pacjentow i nie moze ot tak brac wolnego. jego zona, ktora jest fizjoterapetuka tez ma stale godziny przyjmowania pacjentow i tez nie moze ot tak odwolac pacjentow. i niby maja dwie stale nianki, ale na ogol tak jest, ze wtedy kiedy ich potrzebuja nianki nie moga przyjsc, wiec… zona szefa bierze dzieci ze soba i dzieci siedza sekretariacie przed komputerem… takich dzieci, z rodzin ”szpitalnych”, ludzi z wyzszym wyksztalceniem, ktorzy mogliby isc w kierunku profesury, jest wiecej – ich dzeci przesiaduja w sekretariatach, a niankami, przed komputerami i bezmyslnie zabijaja czas… natomiast rodzice, ktorzy nie maja wyzszego wyksztalcenia, czyli do profesury sie nie kwalifikuja, na ogol pracuja 2-4 dni w tygodniu, ojcowie 3-4 dni, wiec pokrywaja tydzien i ich dzieci po prostu zostaja sobie w domu. niestety, profesura wymaga wiekszej ilosci czasu niz praca 2-4 dni w tygodniu, na ogol wiecej niz pelny etatu… i tak to mozna sobie marzyc o profesurze…. (nie zebym marzyla;)).

urodziny zaliczone

nie pojmuje czemu, ale luby co roku stresuje sie impreza urodzinowa naszych dzieci. ja, odkad imprezy organizujemy w placowkach, w ogole nie mam stresiora, bo nic nie musze przygotowywac, tylko siasc i patrzec. a luby czyms sie stresuje…

co prawda, ludzie sa dziwni i niektorzy rodzice potrafia zawiesc… jeden chlopiec nie mogl przyjsc, bo… jego mama sie na mnie obrazila… i nie wazne, ze chlopcy w szkole sie przyjaznia – dziecko nie przyjdzie, bo… ”bo”. inny chlopiec jeszcze wczoraj do lubego z radoscia wolal, ze bardzo sie cieszy, ze przyjdzie na urodziny do Bizona, dzis… sie nie pojawil. na zaproszeniu byla prosba, ze jak ktos nie moze przyjsc, zeby nas poinformowal, bo zalezalo nam na parzystej ilosci dzieci, bo m.in. dzieci mialy grac w kregle w dwoch druzynach. jako ze rok temu mama chlopca pytala, czy mozemy go odebrac z domu, bo im sie samochod zepsul, luby pomyslal, ze moze tez maja problem z transportem, wiec pojechal do nich… drzwi otworzyla starsza siostra kolegi i powiedziala, ze rodzice z kolega sa w miescie na zakupach….

i tym sie strsuje luby;) a ja nie. dzieci bawily sie wysmienicie i w ogole nie martwily sie, ze jedna druzyna sklada sie tylko z trzech osob.

a ja w piatek zaliczylam polska impreze doktorancka. znajoma Polka obronila doktorat i impreze, wbrew tutejszej tradycji zorgaznizowala w domu. choc w sumie, mozna powiedziec, ze udostepnila dom na impreze, bo cala reszte przygotowalismy my, Polacy – umowilismy sie, ze kazdy cos przygotuje do jedzenia. pogadalam z polskimi kolezankami, z jedna umowilam sie na zrobienie paznokci, z druga na babski wieczor, a z trzecia na bieganie. mimo ze nie pilysmy alkoholu, bosmy zmotoryzowane byly, wesolo nam bylo. 

kolezanka, z ktora w srode mam biegac spytala czy chce rano czy wieczorem. wieczorem, bo rano, to ja co innego mam na glowie. druga kolezanka sie smieje i mowi, ze mam racje, bo jak ona sie umowila na rano, to ta, z ktora mam biegac, zaspala… rano sms-a wyslala: biegamy, a 10 minut pozniej zasnela;) tak wiec wieczorem bedzie bezpieczniej.

awantura z niczego

poszlam dzis odebrac dzieci ze szkoly, siadlam na laweczce, pogadywalam z jedna z zaprzyjaznionych matek, a chlopaki sie bawily z kolegami. nagle zauwazylam, ze Szkrab najwyrazniej sie z jednym chlopcem o cos spieral. siedzialam i obserwowalam. co Szkrab sie odsunal, chlopiec do niego zygal, najwyrazniej nie chcial sie od Szkraba odczepic. podeszlam wiec i bardzo spokojnie powiedzialam do Szkraba, zeby siadl sobie ze mna na lawce i opowiedzial, jak dzis bylo w szkole. na chlopca nawet nie spojrzalam. objelam Szkraba ramieniem i szlismy sobie w strone lawki. a tu nagla mama chlopca krzyczy do mnie (Turczynka – nie umie mowic, zawsze krzyczy), ze Szkrab za moimi plecami pokazuje srodkowy palec. nawet sie nie zastanowilam komu on ten palec pokazuje, czy mi, czy jej, czy jej dziecku, jakos mnie to nie zainteresowalo i wzruszylam ramionami.

jak sie ta matka wsciekla…. przyleciala z rozdziawiona paszcza, ze moje dziecko pokazuje srodkowy palec, a ja wzruszam ramionami, a ja nie reaguje, a ja nic nie robie!!! ona sie drze, a ja pytam, gdzie byla, gdy jej syn dokuczal mojemu. a ona dalej swoje. a ja dalej swoje. w koncu mowie: niech kazdy zajmie sie swoim dzieckiem. no tak, ale ja sie swoim nie zajmuje, bo jak pokazuje srodkowy palec, to wzruszam ramionami. z bardzo zblazowana mina stwierdzilam, ze nie reaguje, bo mnie srodkowy palec nie rusza. o matko, jak ona sie darla, a ja dalej swoja spiewke, ze niech ona zajmie sie wychowywaniem swojego dziecka, a moje zostawi w spokoju. ze ja do jej syna nie szlam, jak dokuczal mojemu, wiec niech i ona moje dziecko zostawi w spokoju,  itd. itd.

w koncu odeszla.

juz prawie odjezdzalismy spod szkoly, gdy podbiegl do mnie nauczyciel Szkraba i spytal, czy tamta matka na mnie napadla. ja opowiedzialam co sie stalo, nauczyciel przyznal, ze obserwowal sytuacje przez okno i ze zamierza to zglosic dyrektorowi. troche sie zdziwilam, bo nie chcialam tego rozdmuchiwac, wiec odpowiedzialam, ze moze jej trudno, bo samotnie wychowuje dwoje, niezbyt latwych, dzieci… ale nauczyciel mial juz chyba dosc tej matki, bo wg lubego, prawie codziennie rano ona przychodzi do tego nauczyciela z wiecznymi skargami…

pozniej jeszcze dostalam sms-a od matki kolegi Bizona, ze swietnie sobie z ta kobieta poradzilam, ze tak na spokojnie potrafilam jej stawic czola – na spokojnie… w srodku dygotalam. bo to nie pierwszy raz, kiedy widze, ze kobieta pczepia sie cudzych dzieci, zamiast okielznac swojego synka. sama siedzi, gapi sie w smartfona albo wydzwania nie wiadomo do kogo, a pozniej pretnesje do calego swiata, bo Szkrab za moimi plecami pokazal srodkowy palec…

ech……

10 lat!

dzis Bizon skonczyl 10 lat!

pamietam dzien jego narodzin, jakby to bylo wczoraj – niesamowite, jak zmienilo sie nasze zycie, priorytety, podejscie do zycia. niesamowite, ze taki 52 cm maluszek w ciagu kilku minut potrafi dodac tyle nowych, nieznanych dotad emocji.

jaki jest ten moj 10-latek? jak typowy facet: konkretny, dosc malomowny, za to obsesyjnie kocha pilke nozna: uwielbia grac w noge i ogladac mecze – dzis czeka nas wspolne ogladanie, bo Polska gra:) oprocz pilki noznej uwielbia ksiazki.

zdrowia i spelnienia marzen, moj synku!!!

nasza biblioteka

prawie co sobote chodzimy z dziecmi do biblioteki – wypozyczmay ksiazki, czasami film na dvd, zeby razem w niedziele posiedziec na kanapie i obejrzec ”niebelkot”, ale cos w rodzaju kina familijnego. przed wyjazdem na wakacje wypozyczamy tez audiobooki, zeby sluchac w czasie podrozy. biblioteka jest skomputeryzowana i ksiazki kladzie sie na tasme, ktora zasysa ksiazki do okienka, a przy okazji skanuje oddawane ksiazki, filmy, czy audiobooki i na ekranie pokazuje sie status konta. dzis na okrenia wyswietlil sie napis, ze u portiera czeka na nas CD. zdzwieni poszlismy do poortiera, a ten oddaje nam… polski audiobook ”Wyspa skarbow”. Prawdopodobnie w drodze z Francji, kiedy to sluchalismy roznych audiobookow, wsadzilam ja czy luby nasze CD do pudelka z CD z biblioteki.

taka mala rzecz, a bylam pod wrazeniem, ze ktos kto plyty segreguje nie olal sprawy, nie wyrzucil plyty do kosza, tylko zadal sobie trud, zeby odszukac, kto ostatnio mial dane CD i zostawil dla nas wiadomosc.

wariatkowo…

jako ze swinka znow wczoraj niewesolo wygladala, siana nadal nie je (a u swinek to podstawa) i choc niby zainteresowana jedzeniem, to kiepsko je, umowilam swinke znowu do polskiego weterynarza – na 18.00. luby wie, ze nie lubie jezdzic naszym samochodem, a zwlaszcza w godzinach szczytu, wiec zaproponowal, ze pojdziemy razem. bardzo sie ucieszylam, ale to oznaczalo, ze dzieci trzeba jeszcze ze swietlicy odebrac. a dzieci ze swietlicy wchodza zawsze strasznie glodne…. 

jako ze w szpitalu mamy kilka restauracyjek, a w jednej serwuja swieza pizze, kupilam jedna na wynos – ale sie chlopaki, lacznie z lubym, ucieszyly! ja bylam twarda i tylko troszke sera skubnelam, bo serowi, szczegolnie roztopionemu oprzec sie (jeszcze) nie potrafie.

podjezdzam pod swietlice, a tam pustka. dzieci poszly na jakies rozgrywki. no kurcze pieczone, a czemu nikt mnie o tym nie poinformowal??? spytalam gdzie dzieci sa, to podjade je stamtad odebrac – dowiedzialam sie gdzie poszly, ale ze juz sa w drodze powrotnej. no to ciach na rower i jade w tamtym kierunku, ale nikgo nie ma. wracam inna droga, tez nikogo nie widac… najwyrazniej dzieci jeszcze nie wyruszyly w droge powrotna! ide znow do tej jedynej opiekunki, ktora zostala z najmlodszymi, ona twierdzi, ze dzieci SA juz w drodze powrotnej, ja mowie, ze nie… robi sie nerwowo, bo pani ma wszystko w nosie i nie wie, ze ja mam byc w innym miescie za 20 minut! luby wydzawania, dzieci nie ma, czas leci i pizza stygnie…w koncu przyszli. o 17.50, kiedy to juz grupka zirytowanych rodzicow sie zebrala. 

zadzwonilam do weterynarza, czy moge sie spoznic czy juz w ogole w droge nie wyruszac – na szczescie moglam przyjechac. jedziemy, a tu most otwarty…. dla lodzi. dla nas zamkniety, kolejne 5 minut stracone… cale szczescie, ze dzieci paszcze mialy zatkane pizza i sie nie klocily.

w koncu dojechalismy. dzieci zostaly z lubym przed praktyka. ja weszlam ze swinka do srodka, Szkrab zaczal sie bawic kamyczkami, patyczkami, cos tam do siebie gadac, a pies, ktory siedzial w srodku strasznie sie zaczal denerwowac, warczec i szczekac… na to kot, ktory ponoc juz i tak byl podminowany i zestresowany zaczal syczec, no to i nasz Snoetje dolaczyl i zaczal groznie mruczec. wlasciciele zwierzat sie posmiali, ale w koncu warczaco-mialczace zwierzeta zaczely byc meczace. wyszlam wiec i tlumacze Szkrabowi, ze psa denerwuje. Szkrab patrzy na mnie jakbym z choinki sie urwala – jak to on psa denerwuje???;) w koncu sie przesunal dalej, pies juz Szkraba nie slyszal i sie uspokoil, to i reszta towarzystwa ucichla.

a swinka… najprawdopodniej jej zoladek sie zbuntowal na ibuprofen i antybiotyk i zwyczajnie ma odruch wymiotny na jedzenie…. niby chce jesc, a jak powacha, to ja mdli i koniec z jedzeniem. dostala lek przeciw mdlosciom, ibuprofen odstawiamy i jeszcze tylko 2 dni antybiotyk… jestem juz padnieta, bo 3x dziennie siedze po pol godziny ze swinka i wtlaczam w nia papke…. a swinka jej wcale nie chce polykac – chodze wiec uswiniona papka, non stop piore, bo zapach papki nie jest zbyt mily, do tego papka jak wyschnie, to sie kruszy, wiec na podlodze wszystko zgrzyta…. niechze juz ta swinka wyzdrowieje…

jak dobrze, ze jutro nie ma skrzypiec… siade i bede siedziec.

ostatni raz…

dzis nasz dobry znajomy bys swiadkiem smiertelnego wypadku… jechal za samochodem, ktory nagle zaczal powoli zjezdzac na lewa strone. znajomy byl zdziwiony i zaczal sie zastanawiac, czy osoba jadaca przed nim sms-uje, czy moze zasnela… nie wiem, jak dlugo to trwalo, ale na tyle dlugo, ze znajomy przyhamowal, oddalil sie od tego samochodu, bo zauwazyl, ze z naprzeciwka nadjezdza tir… sekunda i po samochodzie… i po 27-letniej dziewczynie…. smierc na miejscu.

nie wiem, jak to wszystko wygladalo, ale pierwsze co mi przyszlo do glowy, to czemu nasz znajomy nie trabil??? moze by uslyszala na czas? a moze to dzialo sie za szybko? nie wiem, luby z nim rozmawial… pozniej policja do niego dzwonila, zeby go przesluchac. malo brakowalo, a nasz znajomy tez uczestniczylby w tym wypadku, bo fragmenty zmiazdzonego samochodu fruwaly w powietrzu…. na szczescie tuz obok wypadku byl zjazd i znajomy na niego zboczyl…. 

i tak to nie znamy dnia ani godziny… mloda dziewczyna, wyjechala z domu do pracy, a moze wracala z nocnej zmiany nad ranem do domu, miala plany, pelny kalendarz, i…. koniec. ot tak, w ciagu sekundy. nasz znajomy bardzo to przezyl. a ja mysle tez o kierowcy tira, jak on sie musi czuc… a rodzina tej dziewczyny…

zagdka

kto to jest: nie jest dentysta, a leczy zeby? odp. bedzie jasna po przeczytaniu wpisu

mimo ze wczoraj swinke probowalam faszerowac jedzeniem z torebki, swinka nadal apatyczna, a co mnie najbardziej zdziwilo, ze po dawce swinkowego odpowiednika ibuprofenu, po kilku ml papki, swinka wykazuje zainteresowanie jedzeniem, podchodzi do miski, wacha, chce cos wziac i… nie udaje jej sie. 

jakis czas temu mialam kolezanke, ktorej maz po stuiach weterynaryjnych w Polsce, praktykowal u weterynarza tutaj, w naszym miescie. jakims cudem przypomnialam sobie nazwisko, wygooglowalam i co sie okazuje – maz kolezanki ma praktyke weterynaryjna pod naszym miastem. godziny otwarcia od pn-pt, a dzis sobota, ale co mi tam, sprobowac mozna. i pan weterynarz, niejaki Robert, telefon odebral i bez ceregieli kazal ze swinka przyjechac. mimo ze to sobota i teoretycznie mial wolny dzien. obejrzal swinke i szybko znalazl przyczyne, czemu swinka nie moze jesc – tak jej zeby przerosly, ze nie dosc, ze byla w stanie zamknac paszczy, zeby zuc, to jeszcze sie gryzla w jezyk. i dlatego nawet listka nie mogla zlapac. strzelil jej narkoze, spilowal zeby pilniczkiem elektrycznym, az dym szedl z paszczy, a ja… asystowalam;) tzn. swince glowe do gory trzymalam, wiec cala procedure sobie obejrzalam. dostalam dla swinki antybiotyk, bo smrod z paszczy byl oczywiscie spowodowany jakas infekcja bakteryjna. 

nie wiem, czemu holenderski weterynarz nie zobaczyl tych zebow, czemu nie dal antybiotyku.. bal sie, ze jest za slaba, zeby ja wziac pod narkoze, a polskiemu weterynarzowi sie to udalo – po prostu dal slaba narkoze – zabieg nie byl bolesny i chodzilo tylko o to, zeby swinke ”oglupic” a nie jak do operacji totalnie uspic (a i tak po tej niskiej dawce padla jak martwa….)

teraz juz wiecie, co kim jest bohater zagadki;) weterynarz – pieknie zabki naszej swinki spilowal. 

spytalam go, czy zawsze w weekendy odbiera telefon, czy po prostu mialam szczescie. a on mowi, ze zawsze, nawet w nocy czasami dzwonia ludzie, bo wiedza, ze do niego mozna. wczoraj o 22.00 zadzwonila pani, ktorej pies pozarl… tabletki moczopedne;) weterynarz sie smial, ze jak psy maja jesc tabletki, bo choruja, to sa cyrki, bo lekarstw psy oczywiscie nie lubia. a tu sam sie obsluzyl i wlascicielce tabletki wyjadl – i to jakie;)

a swinka… nadal slaba, chyba obolala, jeszcze troche oglupiala po narkozie, ale mam nadzieje, ze skoro przyczyna jej choroby zostala usunieta, to powinna powoli do siebie dochodzic. a pn zadzwonie do tej pierwszej praktyki i powiem, ze niedokladnie wywiazli sie ze swojego obowiazku i wypisze swinki z tejze przychodni. 

_________________

a moj dziwny okres… zastanawiam sie, czy to nie jest poronienie…. bo takie mam bolesne skurcze, obficie krwawie i czuje bardzo slabo… nie mam ochoty leciec do lekarza, zobacze, jak dlugo to bedzie trwac, jak intensywnie… bo sumie, chyba nie chce miec tej pewnosci, ze to rzeczywiscie poronienie.

przygnebiajacy dzien

po trzytygodniowej przerwie Bizon mial lekcje skrzypiec. nauczycielke tak bardzo boli kregoslup, ze musi brac silne srodki przeciwbolowe, a te… otepiaja… srodki nie do konca eliminuja bol, wiec nauczycielka ledwo chodzi, utyka i widac, ze kazdy krok sprawia jej bol. a to z kolei obniza prog cierpliwosci… na szczescie Bizon na ogol bywa na tyle dobrze przygotowany do lekcji, wiec nie bylo jakis uszczypliwosci, ale widzialam, ze to nie ta sama osoba, tryskajaca humorem, dowcipem i radoscia zycia. podczas lekcji a to telefon wypadl jej z reki, a to sms od pewnej matki wkurzyl tak, ze nauczycielka malo sie nie poplakala i wsyzstko mi opowiedziala, jak to matka ma w nosie to, ze dziecko ma zdolnosci, ze dziecko pilnie cwiczy, ze ma za tydzien zadawac egzaminy do tutejszej orkiestry mlodziezowej, ze ojcie na glowie staje, zeby dziewczynke na czas dowiezc na lekcje, a matka ciagle jakies klody rzuca, bo matka jest pepkiem swiata, ma nowego ”boyfrienda” i tylko to sie dla niej liczy… z nauczycielka Bizona mamy bardzo przyjacielska relacje, wiec moze dlatego pozwolila sobie na wylewnosc, emocje, uzalanie sie… troche mi bylo szkoda Bizona, bo jak wyszlismy stwierdzil smutno, ze nauczycielka sie zmienila… wytlumaczylam mu, ze to te leki, stres, bol, ze to minie – o ile leki wyhamowujace raka zadzialaja… Bizon wyszedl jakby przytloczony z tej lekcji, i ja tez…. bo rozwniez fizycznie nauczycielka jakby sie o 10 lat postrzala, zapadla sie na buzi, znikl blysk w oku… bardzo smutne doswiadczenie.

gdy wrocilismy do domu, postanowilam posprzatac swinkom klatke. wyjelam je i widze, ze Snoetje, ten, ktory zawsze byl o wiele wiekszy od brata, strasznie schudl i jest od brata… chudszy! rzeczywiscie, od kilku dni go obserwowalam, bo mialam wrazenie, ze slabo je, a poza tym smierdzial… wczoraj go wykapalam, bo myslalam, ze to smrodek wyeliminuje. jednak po kapieli nadal smierdzial… choroba:/ rano dalam marcherwke, nawet nie podszedl do niej, wiec juz wiedzialam, ze cos mu dolega. chcialam go przez weekend pobserwowac, ale jak zobaczylam, ze tak schudl, od razu zadzwonilam do weterynarza. jak powiedzialam, ze dzis chyba nic nie jadl, od razu mi kazano przyjechac. i okazalo sie, ze cos sie z zabkami zlego dzieje, zapalenie dziasla sie przyplatalo… i to tak strasznie smierdzialo. Snoetje dostal zastrzyk przeciwbolowy i przeciwzapalny, lekarstwo przeciwbolowe do domu i papke do podawania przez strzykawke… z papka ceregiele, bo sie strzykawka zatyka, Snoetje sie denerwuje i w momencie gdy jedzenie wychodzi ze strzykawki, on ucieka glowa w bok, wiec smiedzaca papka laduje na moich spodniach, podlodze, krzeslach…. ale to nic, najwazniejsze, zeby nie cierpial i nie glodowal… taki biedny lezal w tej klatce, ze mimo ze to glupie zwierze, strasznie mi go zal. mam go obserwowac czy zaczyna jesc i jutro zadzwonic ze spprawozdaniem do weterynarza… tylko, ze jutro musze byc do pozna w pracy… ech….