obrazila sie na nas studentka. bo szef w BARDZO przyjazny sposob raczyl jej zwrocic uwage, ze za duzo ”fruwa”, a za malo wysilku wklada w prace naukowa. w zeszlym roku studentka zawalila polrocze i oswiadczyla, ze przez 6 miesiecy bedzie sie poswiecac w 100% badaniom naukowym w naszej grupie. po jakims tygodniu przyznala sie, ze zalatwila sobie prace (na pelny etat!). spytalam ja, czy w takim razie rzeczywiscie bedzie sie mogla poswicic badaniom na pelny etat: tak, oczywiscie.
pod koniec marca oznajmila, ze jedzie na miesiac do NY, do swojego chlopaka…. a project? – spytalam. ona tam, w NY bedzie miala kupe czasu, bo jej chlopak w ciagu dnia tez badania naukowe prowadzi, wiec go nie bedzie i ona bedzie sie w 100% poswiecac projektowi… chciala wiec, zebysmy jej zasponsorowali dostep do naszej sieci szpitalnej, zeby ona w tym NY mogla pracowac. ale za to trzeba sporo zaplacic. doszlismy do wniosku, ze lepiej zeby ona w ciagu tego miesiaca napisala wniosek o zaakceptowanie jej tematu pracy magisterskiej (2xA4). po trzech tygodniach spytalam, czy juz napisala ten wniosek – tak, prawie. dwa dni przed powrotem do Holandii dostalam od niej pierwsza wersje. poprawilam, odeslalam – jest koniec maja, a ja jeszcze nie dostalam wersji ostatecznej. w miedzyczasie zalatwilam dla niej daze banych, zalatwilam, ze kwestonariusz jest online, sprawdzilam, ja on dziala, wylapalam kupe bledow, udalo mi sie porozumiec z programista, ktory znany jest z tego, ze z nim sie nie mozna dogadac, uregulowalam prawne aspekty jej projektu i co?… nic.
donioslam szefowi, ze sie martwie – najwurazniej to ja czuje sie odpowiedzialan za progres jej badan, a nie ona. szef stwierdzil, ze rzeczywiscie, dwa lata w sumie minely, odkad dolaczyla do naszej grupy i…. nic. co spotkanie slyszymy, ze juz prawie cos tam skonczyla, ze tamto juz prawie skonczyla, ale tak wlasciwie, czego ja nie skonczylam, nie dopielam na ostatni guzik, to ona nic nie zrobila. no, listy do pacjentoow wyslala, ktora ja ulozylam, szef sprawdzil, a sekretarka wydrukowala….
szef bardzo przyjaznie z nia porozmawial, zeby pomyslala, gdzie jakie ma priorytety, ze moze czas ograniczyc multi-zajecia i skupic sie na studiach, bo jesli w ciagu miesiaca nie napisala 2 stronicowego wniosku, to jak ona napisze w ciagu 2 miesiecy prace magisterska?
ale studentka nie widzi w sobie winy. szef poprosil, zeby pomyslala, gdzie lezy przyczyna jej powolnego tempa i ze jeszcze raz porozmawiamy, zeby jej pomoc ten projekt dokonczyc.
a dzis szef dostal e-maila, ze ona nie zgadza sie z krytyka szefa i ze w sumie to ten project nie bardzo jej tematycznie pasuje i ze ona to rzuca. w sumie dobrze, bo nie fajnie miec w grupie taka osobe bez motywacji. ale szefa bardzo zabolalo to, ze on sie stara, zeby wszyscy w jego grupie dobrze sie czuli, organizujemy wyjscia, zeby studenci sie zgrali i w sumie wszyscy sie zgrywaja oprocz tej dziewczyny.
akurat bylam w domu, gdy szef przeslal mi e-maila od tej studentki. odpisalam, ze oczom nie wierze. a szef, widzac, zem ”wolna” od razu zadzwonil – tak go zabolala ta sytuacja. pogadalismy chwile, czulam, ze az kipi, a jednoczesnie obawial sie, ze moze byl za ostry. ale nie, ja bylam podczas tej rozmowy nie byl za ostry. owszem, ja mam gruba skore, ale tez bardzo uwazam, zeby kogos nie urazic i czesto owijam w bawelne, choc tego nie znosze i wole, zeby w stosunku do mnie ludzie byli bezposredni, bo podtekstow przez bawelnie nic nie widze. szef sie troche pocieszyl.
ja zas, wieczorem, jak juz luby przyszedl do domu i odprawilam obiad, wrocilam do szpitala, by kontynuowac swoja prace. spotkalam w windzie kolege, ktory sie zdziwil widzac mnie o 19.00 idaca w kierunku biura. myslal, ze czegos zapomnialam. nie, mowie, mialam wolne popludnie, wiec teraz chce nadgonic prace. bo przeciez mam placone za pelny etat! dla mnie to oczywiste, ze godziny musze nadgonic – kiedy? to juz szefa nie interesuje – jego interesuje, zeby wszystko bylo rzetelnie i na czas przygotowane. i ja tak wlasnie staram sie wykonywac swoja prace.
moje priorytety to rodzina i praca. a inne sprawy typu sport, imprezy, hobby, ksiazki, filmy, podroze… lubie, ale nie naleza do moich priorytetow. jak mam czas (i sile), to ktoras z tych pozycji wybieram, ale najpierw dom, pozniej praca, a dopiero wtedy reszta. nie wiem, czy to dobrze, moze mozna inaczej, moze powinno sie inaczej, ale ja tak zostalam wychowana: szacunek dla blizniego i pracy.
i mam nadzieje, ze tak mi sie uda wychowac moje dzieci. choc trudne to zadanie…