a czy to jest

dzis przyszla studentka, ktora prowadzi badania nad nietrzymaniem moczu. jedno z badan, jakie bedzie wykonywac to electrostymulacja cewki moczowej. jako ze to ona zaniedlugo bedzie lekarzem, pytam, czy wprowadzenie sprzetu do elektrostymulacji bez znieczulenia nie bedzie bolesne. a studentka sie smieje i mowi, nie takie rzeczy ludzie sobie wkladaja do cewki (chodzi nie tylko o kobiety, ale i panow). w zeszly weekend mieli pacjenta, ktory druciki sobie do penisa powsadzal, tak dla przyjemnosci, tylko juz wyjac ich nie potrafil… a kilka tygodni mieli pacjenta z baklazanem w odbycie… studentka opowiada to ze usmiechelm od ucha do ucha… a ja sobie mysle, ze o tym z usmiechem mozna opowiadac, a o panu w sukience juz nie… a przeciez to nas nie powinno interesic, co kto i gdzie sobie wsadza, zwlaszcza, gdy nie robi tego w miejscu publicznym.

podczas lunchu nasza pielegniarka smieje sie, ze miala dzis pacjenta, ktory rozne gazdety analne uzywa i bardzo chetnie jej o tym opowiadal. i o seksie analnym, i cudach, jakie z partnerem wyprawia. i przy okazji komentarze padly, jak to ludzie maja ”luzne srubki w mozgu”, czyli sa nienormalni. i znow pomyslalam, a gdybym ja, w zamian, zaczela opowiadac ze smiechem jak to widzialam pana w sukience i kapeluszu na plazy i ze mu sie srubka poluzowala… jak by ta pielegniarka zareagowala? w sumie, w koncu zagailam o panu – a propos tego, co jest normalne. czy wsadzanie gazdetow do odbytu jest normalne? – dla mnie nie – dla mnie to chore. dla naszej pielegniarki nie – dla niej to smieszne. a pan w sukience? tu juz odpowiedz byla wykretna… ze jak lubi, to jego sprawa. no, a jak ktos gazdety w odbycie lubie to tez jego sprawa. 

gdzie tkwi roznica? gdzie ta granica, miedzy normalnoscia a nienormalnoscia? z czego mozna sie posmiac, a z czego juz nie?

inni i juz

dzieki wychowaniu i dzieki wierze mam szacunek do kazdego czlowieka. zeby nie wiem co zrobil, w kazdym czlowieku widze czlowieka. ale nie kazdy czyn, nie kazde zachowanie akceptuje. i tak bylo dzis, patrzac na dwie paniusie siedzace za nami nad jeziorem, mialam po prostu niefajnie odczucia. bo jedna z paniusi, odzialana w piekna czerwona sukienke i troche zbyt czerwony kapelusz z olbrzymim rondem byla facetem. 

niech sobie ”tolerancyjni” mowia co chca, ale dla mnie fakt, ze facet ubiera sie w damskie ciuszki, strzela sobie tapete i obwiesza sie damska bizuterie jest brew naturze, jet niesmaczny i tacy panowie, nawet w pieknej czerowne sukni wygladaja zalosnie. 

paniusia i ”panius” siedzieli sobie za nami, rozmawiali i w niczym nam nie przeszkadzali. i nie zywie do nich zadnej nienawisci czy agresji. najpierw w ogole nie wiedzialam, ze jedna z panius jest paniusiem. dopiero jak wstal i przeszedl sie do jeziora, to patrzac na szerokie ramiona, cieniutkie lydeczki i ociazaly krok, cos mi zaczelo nie pasowac. a pozniej, jak w wodzie panius odwrocil sie z podniesiona sukienka, zobaczylam gatki, a w nich wymowne ”zaokroglenie” to juz wiedzialam, co mi nie pasowalo.

mozemy sobie mowic o tolerancji, o tak jak w Holandii wszystko mozna, o gender, i wolnosci. ale natury i tego jak nas Pan Bog stworzyl i po co nas stworzyl, nie da sie ukryc. z pewnoscia panow Pan Bog nie stworzyl do noszenia sukieniek. bo najwieksza babochlop (a znam takie) o niebo lepiej wyglada w sukience niz facet. kazdy, kto kolo nas przechodzil, czy przejezdzal rowerem, patrzyl sie o sekunde dluzej w strone tychze pan, prawie kazdy spojrzal wymownie na partnera badz usmiechanal sie pod nosem – tak, lubie sie gapic na ludzi i tak siedzialam przez godzine chyba i sie gapilam. i wiedzialam, ze nie jestem osamotniona w moich pogladach. tyle, ze ja ich nie ukrywam i na sile nie przekonuje sie, ze jak facet chce nosic sukienki, to niech mu bedzie. tzn. niech mu bedzie, ale dla mnie to jest zwykla przebieranka.

boyfriendy moich studentek…

coraz czesciej mam ochote zabronic moim studentkom pokazywanie ich wypocin swoim chlopakom. a bardzo jasno widze, kiedy chlopak ”pomogl” podszlifowac tekst. bo panowie, zamiast tylko podszlifowac jezyk, przy okazji zmieniaja kontekst, logike i wtracaja swoje dziwne konkluzje, ktore nie zgadzaja sie z nasza wizja. 

teraz czytam podanie o studia doktoranckie nowej studentki. czytam, czytam i zastanawiam sie, skad ona pewne wnioska wytrzasnela. widze, ze jej chlopak bardzo sie postaral, zeby napisac ”szykowne” zdania z ”therforami” i innymi pieknymi lacznikami, ale przy okazji zmienil logike. na dodatek czesto widze tu skladnie holenderska (czasownik na koncu zdania)… Holendrzy ucza sie jezyka intuicyjnie, i generalnie bardzo takiej formie nauki jezyka przyklaskuje. ale widze, ze jednak te podstawy gramatyki powinno sie miec, zeby uniknac kalki ze swojego jezyka.

 bywa, ze i ja pytam lubego, zeby doszlifowal zdanie, ktore nijak mi nie chce ”wyjsc ladnie”, ale wtedy wisze nad nim, zeby przypadkiem nie zmienil mi sensu zdania, zeby nie dodal czegos, czego nie mam na mysli. do tego, bardzo pilnuje swojego stylu, ktory rozni sie od stylu lubego – bo ja w wypocinach naukowych jestem bardzo konkretna, nie lubie lac wody i uzywac zbyt wielu ozdobnikow typu ”interesujacy”, bo zawsze sie smieje, ze to co dla lubego jest interesujace, mi zwisa i powiewa;) bo akurat immunologia, w ktorej lubuje sie luby, nigdy mnie nie pociagala.

w kazdym razie, siedze i poprawiam wypociny chlopaka mojej studentki, co mnie kosztuje wiecej czasu niz zwykle.

nieprzespana noc

wczoraj luby wywinal mi taki numer, ze po raz pierwszy doswiadczylam uczucia, ze mam ochote kogos pobic – kogos, tzn. lubego.

w czwartek przyjechal jest wspolpracownik z Anglii i po calodniowym walkowaniu spraw zawodowych poszli do miasta na obiad. luby zapowiedzial, ze wrocic bo pozo, bo… ”idzie z Paulem na obiad”. dobrze, pomyslalam, bede miala spokojny wieczor, okazje, zeby dopracowac wystapienie.

o polnocy stwierdzilam, ze ide spac. ale jakos mi nie szlo – spodziewalam sie, ze lada moment luby wroci, bo jak dlugo mozna jesc obiad? wybila pierwsza, druga, trzecia… lubego niet.a jego telefon oczywiscie wylaczony. zaczelam krazyc po mieszkaniu, bo luby tak pozno nigdy do domu nie wraca! gdybyby to jeszcze jakas impreza byla, powod do swietowania, no to bym sie uspokajala, ze sie zasiedzial, ale on wyraznie powiedzial, ze idzie z Paulem na obiad! 

jako ze w nocy czlowiek trzezwo nie mysli, zastanawialam sie, czy zadzwonic do tesciow, czy na policje, czy po szpitalach dzwonic… o 3.20 uslyszalam zgrzyt w zamku i czlapanie lubego po schodach. bylam juz tak wsciekla, zestresowana i wymeczona, ze mialam ochote wziac cokolwiek do reki huknac tym lubego! ale wyburczalam pare obrazliwych slow i zakazalam wstepu do sypialni.

rano luby sie kajal, ze tak im sie dobrz gadalo, ze nie wiedzial, ktora godzina… komorka mu sie rozladowala, a jemu wydawalo sie, ze jest 12.00.

dzis chodzilam jak zombi. przemowe wyglosilam, ale nie mam pojecia jak mi poszlo, bo juz resztka sil ciagnelam… 

ten pierwszy raz

jutro po raz pierwszy w zyciu wyglosze prezentacje w j. niderlandzkim. juz jakis czas temu ukladalam sobie jakies luznie fragmenty mojego przemowienia w glowie, ale dopiero przedwczoraj poskladalam luzne obrazki w calosc. 

prezentacja gotowa, mowa przygotowana, przecwiczona. ilosc slodyczy, jaka podczas tych przygotowan pochlonelam jest przerazajaca. tak wiec od soboty dieta scisla;)

jutro otwieramy oficjalnie nasze centrum/laboratorium… przyjada ‚goscie’z calej Holandii, glownie lekarze i fizjoterapeuci. i nie ukrywam, mam pietra;) bo jak juz nie raz pisalam, jezyk niderlandzki nie jest moim jezykiem. tak jak po angielsku moge sobie latwo pozwolic na improwizacje, tak po niderlandzku… w srod bliskich mi osob gadam bez problemu, i slysze, ze ”dobrze” gadam, ale ja nie mam takiego poczucia, przez co przy ”niebliskich” mi osobach zacinam sie….

ale gadke sobie napisalam, prawie ze na pamiec sie nauczylam, wiec o ile nagle pustki w glowie nie bedzie, to powinno byc gladko. 

trzymajcie kciuki – o 17.00 wkraczam na parkiet;)

o pracy, rzetelnosci i priorytetach

obrazila sie na nas studentka. bo szef w BARDZO przyjazny sposob raczyl jej zwrocic uwage, ze za duzo ”fruwa”, a za malo wysilku wklada w prace naukowa. w zeszlym roku studentka zawalila polrocze i oswiadczyla, ze przez 6 miesiecy bedzie sie poswiecac w 100% badaniom naukowym w naszej grupie. po jakims tygodniu przyznala sie, ze zalatwila sobie prace (na pelny etat!). spytalam ja, czy w takim razie rzeczywiscie bedzie sie mogla poswicic badaniom na pelny etat: tak, oczywiscie.

pod koniec marca oznajmila, ze jedzie na miesiac do NY, do swojego chlopaka…. a project? – spytalam. ona tam, w NY bedzie miala kupe czasu, bo jej chlopak w ciagu dnia tez badania naukowe prowadzi, wiec go nie bedzie i ona bedzie sie w 100% poswiecac projektowi… chciala wiec, zebysmy jej zasponsorowali dostep do naszej sieci szpitalnej, zeby ona w tym NY mogla pracowac. ale za to trzeba sporo zaplacic. doszlismy do wniosku, ze lepiej zeby ona w ciagu tego miesiaca napisala wniosek o zaakceptowanie jej tematu pracy magisterskiej (2xA4). po trzech tygodniach spytalam, czy juz napisala ten wniosek – tak, prawie. dwa dni przed powrotem do Holandii dostalam od niej pierwsza wersje. poprawilam, odeslalam – jest koniec maja, a ja jeszcze nie dostalam wersji ostatecznej. w miedzyczasie zalatwilam dla niej daze banych, zalatwilam, ze kwestonariusz jest online, sprawdzilam, ja on dziala, wylapalam kupe bledow, udalo mi sie porozumiec z programista, ktory znany jest z tego, ze z nim sie nie mozna dogadac, uregulowalam prawne aspekty jej projektu i co?… nic. 

donioslam szefowi, ze sie martwie – najwurazniej to ja czuje sie odpowiedzialan za progres jej badan, a nie ona. szef stwierdzil, ze rzeczywiscie, dwa lata w sumie minely, odkad dolaczyla do naszej grupy i…. nic. co spotkanie slyszymy, ze juz prawie cos tam skonczyla, ze tamto juz prawie skonczyla, ale tak wlasciwie, czego ja nie skonczylam, nie dopielam na ostatni guzik, to ona nic nie zrobila. no, listy do pacjentoow wyslala, ktora ja ulozylam, szef sprawdzil, a sekretarka wydrukowala….

szef bardzo przyjaznie z nia porozmawial, zeby pomyslala, gdzie jakie ma priorytety, ze moze czas ograniczyc multi-zajecia i skupic sie na studiach, bo jesli w ciagu miesiaca nie napisala 2 stronicowego wniosku, to jak ona napisze w ciagu 2 miesiecy prace magisterska? 

ale studentka nie widzi w sobie winy. szef poprosil, zeby pomyslala, gdzie lezy przyczyna jej powolnego tempa i ze jeszcze raz porozmawiamy, zeby jej pomoc ten projekt dokonczyc.

a dzis szef dostal e-maila, ze ona nie zgadza sie z krytyka szefa i ze w sumie to ten project nie bardzo jej tematycznie pasuje i ze ona to rzuca. w sumie dobrze, bo nie fajnie miec w grupie taka osobe bez motywacji. ale szefa bardzo zabolalo to, ze on sie stara, zeby wszyscy w jego grupie dobrze sie czuli, organizujemy wyjscia, zeby studenci sie zgrali i w sumie wszyscy sie zgrywaja oprocz tej dziewczyny. 

akurat bylam w domu, gdy szef przeslal mi e-maila od tej studentki. odpisalam, ze oczom nie wierze. a szef, widzac, zem ”wolna” od razu zadzwonil – tak go zabolala ta sytuacja. pogadalismy chwile, czulam, ze az kipi, a jednoczesnie obawial sie, ze moze byl za ostry. ale nie, ja bylam podczas tej rozmowy nie byl za ostry. owszem, ja mam gruba skore, ale tez bardzo uwazam, zeby kogos nie urazic i czesto owijam w bawelne, choc tego nie znosze i wole, zeby w stosunku do mnie ludzie byli bezposredni, bo podtekstow przez bawelnie nic nie widze. szef sie troche pocieszyl. 

ja zas, wieczorem, jak juz luby przyszedl do domu i odprawilam obiad, wrocilam do szpitala, by kontynuowac swoja prace. spotkalam w windzie kolege, ktory sie zdziwil widzac mnie o 19.00 idaca w kierunku biura. myslal, ze czegos zapomnialam. nie, mowie, mialam wolne popludnie, wiec teraz chce nadgonic prace. bo przeciez mam placone za pelny etat! dla mnie to oczywiste, ze godziny musze nadgonic – kiedy? to juz szefa nie interesuje – jego interesuje, zeby wszystko bylo rzetelnie i na czas przygotowane. i ja tak wlasnie staram sie wykonywac swoja prace.

moje priorytety to rodzina i praca. a inne sprawy typu sport, imprezy, hobby, ksiazki, filmy, podroze… lubie, ale nie naleza do moich priorytetow. jak mam czas (i sile), to ktoras z tych pozycji wybieram, ale najpierw dom, pozniej praca, a dopiero wtedy reszta. nie wiem, czy to dobrze, moze mozna inaczej, moze powinno sie inaczej, ale ja tak zostalam wychowana: szacunek dla blizniego i pracy.

i mam nadzieje, ze tak mi sie uda wychowac moje dzieci. choc trudne to zadanie… 

czekam!

babka wlasnie z piekarnika wyjechala.

salatka z brokula do lodowki wlasnie wjechala.

danie z pora sie przejada.

posciel na balkonie suszy sie i nabiera ogrodowego zapachu.

czekam na gosci: z PolskiDDD i juz ciesze miche. zeby tylko pogoda dopisala!!!

babskie sprawy

ostatnio mam tak obfite okresy, ze w drugi dzien, kiedy jest najgorzej, co chwile latam do toalety. dzis tak mnie zalalo, ze nie wiem jak, ale kaluze na podlodze zrobilam:/ a kiedy ja chciala zetrzec, pobrudzilam spodnie. jak tu wyjsc z toalety, gdy wokol prawie sami faceci chodza. jakims cudem udalo mi sie smyknac do pokoju, zalozylam kurtke i pojechalam do domu sie przebrac. na szczescie blisko mieszkam…

gdy juz wracalam szef zadzwonil, bo chcial ze mna wypic sluzbowa kawe… szybko wymyslilam klamstwo, ze sobie kawe na spodnie wylalam i musialam sie przebrac. 

nauczka na nastepny raz: ciemne ubranie a nie jasnoniebieskie spodnie i cos zakrywajace tylek a nie zakiecik do poldupka!

a swoja droga, martwie sie troche. bo takich ”zalewow” nigdy wczesniej nie mialam. moze to jakies oznaki zmiany cyklu, choc ten mam ciagle regularny. 

dobry plan i smutne wiesci

juz jakis czas temu zaplanowalam na dzisiaj wycieczke na wyspe lezaca najblizej nas, czyli Ameland. zaprosilam szwagierke, bo ciagle mam jakies tam wyrzuty, ze nie zapraszamy jej na nasze wakacje. pogoda byla piekna: sucho, slonecznie i mimo 12C, bylo cieplo, ba goraco, pot mi sciekal po plecach, bo przepedalowalismy w sumie jakies 50 km w tempie ambitnym. tempo bylo amibtne, bo szwagierke mam ”ambitna”;) ale to inna historia i nie chce mi sie nia zatruwac tego wpisu. bo wypad byl fajny – jak swieci slonce, jak mozna zanurzyc stopy w morzu, poczuc cieply (!) piasek, i jeszcze pomyslec ile sie kalorii spalilo, to jest super:) na ambitne tempo jazdy moglismy sobie pozwolic, bo jedno dziecko jechalo z lubym, a drugie ze szwagierka na ”specjalnym” tandemie, gdzie gdziecko tylko moze pedalowac, ale nie kierowac i wyskosc siodelka i kierownicy jest w rozmiarze dziecka.

po powrocie przejrzalam e-maile i jedna z wiadomosci mnie bardzo zdolowala – chyba jeszcze nie calkiem do mnie dotarla… nauczycielka Bizona, ta od skrzypiec ma raka – 13 lat temu miala raka piersi, ktory najwyrazniej nie byl wyleczony, ale zaleczony i przerzucil sie do kosci… od kilku mieiscy nauczycielka Bizona wspominala, ze bardoz boli ja kregoslup, raz nawet odwolala lekcje, co bardzo mnie zaskoczylo, bo odkad Bizon do niej chodzi, czyli juz prawie 5 lat, nigdy sie to nie zdarzylo. rozne sa raki, ale rak kosci to chyba jeden z najgorszych:/ nie wiem, czy mam jej odpisac, czy lepiej zadzownic… zawsze mialysymy bardzo bliskie stosunki, nie raz podczas lekcji pogadywalysmy, zartowalysmy i bardzo sie polubilysmy… wiec musze zareagowac, chce zareagowac, ale nie wiem, jaka forme kontaktu woli na nauczycielka…. kazdy jest inni – jedni chca o chorobie rozmawiac, inni nie. mysle, ze jutro zadzwonie…  tak mi cholernie zal… 

 

 

system (nie)przyjazny pracownikowi

w piatek szef dopinal ostatnie guziki dotyczace mojego kolejnego kontraktu. okazalo sie jednak, ze poniewaz bylby to moj czwarty kontrakt w naszym szpitalu, szef bylby zobowiazany dac mi stale zatrudnienie. jestem swiadoma tego, ze to nie realne. naukowcy pracuja na ogol od projektu do projektu i sa oplacani z pieniedzy uzyskanych z tychze projektow. a ze projekty sa tymczasowe, to naukowcy bez tytulu profesora, na stale zatrudnienie praktycznie szanse maja nikle. szef bardzo sie sumitowal, ze wiem, jaka jest sytuacja  – no wiem, szef dostal iles tam milionow euro od firmy i jak sie eurosy skoncza, to koniec badan naukowych. a ze niecale dwa lata, jakie pracuje to za krotko, zeby dostac jakis wypasiony grant (bo jeden ”maly”, 25.000 euro dostalam;)) i sie oplacic przez nastepne kilka lat, to musze liczyc na kase szefa.

jedynym rozwiazaniem jest wybycie na 3 miesiace i 1 dzien. czyli bezrobocie albo zmiana pracy.

a ja swoja prace tak lubie, ze nie chce isc gdzies indziej. tym bardziej, ze nei byloby to kwestia zmiany grupy naukowej, ale pojscie do jakiegosc innego instytutu albo firmy. a ja tego nie chce. dlatego zdecydowalam, ze pojde na 3 miesiace na bezrobotne, ktore i tak bedzie wyzsze niz pensja, jaka dostalawalam w poprzedniej pracy;) pracowac bede dalej, bo nie wyobrazam juz sobie ”pustych” trzech miesiecy i nie chce wypasc z rytmu. jedyne, co zmienie to godziny pracy – codziennie bede wychodzic sobie o 14.00, zeby odebrac dzieci ze szkoly:-) i bez wyrzutow sumienia spedze z dziecmi cale wakacje jesienne, a nie tylko jeden dzien, jak do tej pory. mysle, ze szef i tak docenil moja decycje pracowania podczas bycia na bezrobotnym – on wie, ze ja sie latwo nie poddaje:)

znalazlam wiec pozytywy w tym ”przymusowym” bezrobociu, ale przykre jest to, ze system, ktory mial przyc pracownikowi przyjazny, obraca sie przeciwko niemu.