trafilam na taki artykul:
http://foch.pl/foch/1,142283,19472208,stop-seksualizacji-raczej-manipulacji.html#MT
i po pierwsze przypomniala mi sie sytuacje sprzed okolo roku, kiedy to dzieci w naszej szkole mialy z okazji wiosny mowic o milosci. pisalam o tym, ale zeby przypomniec, to streszcze, ze kiedy spojrzalam na link prowdzacy do proramu nauczania o milosci, zestresowalam sie czytajac, ze moj 8-letni wtedy Bizon mial sie dowiedziec o tym, ze lechtaczka to taki guziczek, ktorego dotykanie sprawia przyjemnosc. na szczescie okazalo sie, ze bylam jedyna osoba, ktora tekst pod linkiem przeczytala;) bo nauczycielka Bizona pojecia nie miala o tym, co w programie stalo:D i wcale o lechtaczce i seksie mowic zamiaru nie miala.
wtedy tez napisalam, ze ja nie chce, zeby szkola uswiadamiala mi dzieci, ze ja czuje sie odpowiedzialna za te dziedzine edukacji moich dzieci. i nadal tak jest. przynajmniej na etapie szkoly podstawowej, kiedy ”taka” informacja o ”seksie” moze byc szokiem dla dziecka. jak na razie, nasza edukacja seksualna idzie zgodnie z planem: dzieci pytaja, my odpowiadamy. jestesmy na etapie, ze nasionko z jader taty przechodzi do brzucha mamy i tam laczy sie z druga polowka nasionka (komorka jajowa). pytania jak to nasionko dokladnie wchodzi do brzychan nie bylo. ale bylo pytanie co to jest ”parowanie sie” w kontekscie zwierzat. wtedy powiedzialam chlopcom, ze to przytulanie sie, podczas ktorego nasionko od pana przechodzi do pani i stad sie biora dzieci. ze mama i tata tez sie tak przytulaja i dzieki temu moga miec dzieci.
ale tak w ogole to chcialam napisac o seksie. ze nie lubie tego slowa, ani jego pochodnych typu ”sexie”, ”seksowny” czy ”edukacja seksualna”. seks brzmi jak kopulacja. bez uczuc, bez przjemnosci, bez gry wstepnej: ciach-prach i byl seks.
nie wyobrazam sobie, zeby luby spytal mnie, czy mam ochote na seks. nawet jak bym miala, po takim pytaniu, by mi sie odechcialo. my na ogol caly dzien robimy ”podchody” i bez slow wiemy, co wsie bedzie dzialo, jak dzieci pojda spac, albo ewentualnie, gdy nie ma okazji do ”podchodow” wspominamy o ”having fun”, czyli zabawie. bo tak wlasnie to odbieram, jak zabawe, przyjemnosc, odprezenie, a nie po prostu seks.
jak juz tak otwarcie pisze, to napisze, ze nie stosujemy antykoncepcji w formie prezerwatyw, spirali, czy kondomow. bo nam te ”gadzety” zwyczajnie psuly zabawe (bo owszem, prezerwatywy i pigulki wyprobowalismy). prezerwatywy… juz sam ich szelst nam zaburzal zabawe. do tego ”zapach” gumy… zadne zapachy poziomek itp nam nie pomogly. bo my naturysci i tyle… najbardziej lubimy naturalne zapachy;) (zeby nie bylo: dezodoranty stosujemy:DDD). a pigulki… lubemu wsjo jedno, ale mi… apetyt zupelnie siadal. jak to jedna z bliskim mi kolezanek powiedziala ”pigulki dzialaja tak, ze ludziom sie odechciewa i dlatego nie zachodza w ciaze” – u nas tak wlasnie bylo. dlateogo po krotkim okresie ekspperymentowania (w koncu my naukowcy) doszlismy do wniosku, ze stawiamy na nature, czyli nie ma samowolki, dzieki czemu ilosc przeszla w jakosc. bo jak sie czlowiek wyglodzi, to dopiero czuje ten smak o docenia to, czego mu brakowalo. choc, swoja droga, jak czasami podslucham kolezanki, ktore hormonalnie sie ”zabezpieczaja’ przed zbyt licznymi roodzinami, to mam wrazenie, ze my i tak czesciej ”mamy te fun” niz one… bo jesli slysze, ze ktos bawi sie z mezem raz w tygodniu, to wychodzi mi 4 razy w miesiacu. to dosc rzadko, jak dla nas;)
no tak sie powynurzalam, bo raz, ze trafilam na ten artykul o edukacji seksualnej, a dwa, ze niedawno mialam dyskusje z sasiadka, ktora nie mogla uwierzyc, ze my tak ”ryzykujemy”:D niedlugo stuknie nam 11-lecie malzenstwa i mamy na koncie 2 dzieci. i w celibacie nie zyjemy. sasiadka ”stosujaca’ pigulke nie dotrwala do 3-lecia i ma 1 dziecko (nieplanowane) … hmm… to co by bylo gdyby miala swietowac 11-lecie;)