zabawa w chowanego!

wczoraj ”odwiedzilismy” dzieci. tesciowa opowiada, ze przedwczoraj przezyla chwile grozy, bo… Szkrab sie tak skutecznie z kolezanka schowali, ze juz sasiedzi ich nawet szukali:) a oni usiedli sobie w szopce na strychu, za szafe sie wcisneli i przez okienko obserwowali poszukiwania! tak…. i dziadkowie dziewczynki, mama, ciocia, moi tesciowie i sasiedzi mieszkajacy miedzy nimi biegali przez godzine po okolicy. tesciowa strasznie to przezyla. i nie dziwie sie. ja bym juz chyba wyla z paniki…. bo tak jak nacodzien trudno zebym panikowala, to jesli chodzi o zaginiecia dzieci, potwornie sie tego boje i sama mysl o tym, ze dziecko moze o tak sobie zniknac, jak to sie czasem czyta, napawa mnie potwornym lekiem…

no a Szkrab i niejaka Liana mieli swietna zabawe! 

tesciowie pogadali ze Szkrabem, zeby juz nigdy takich numerow nie wykrecal. tego juz nie powtorzy, ale inny pewnie tak;)

 

a nam konczy sie blogi spokoj…

ja pedze na fitness, pozniej pojedziemy po warzywa i owoce na targ, szybka kawka w miescie i pojedziemy odebrac nasze kochane urwisy.

i znow zacznie sie hardcore;)

slonecznie!

w koncu mamy slonce. a dzis wolny dzien, wiec najpierw ”ubierzemy” lubego, ktorego koszule jakos dziwnie sie na lokciach poprzecieraly, a pozniej pojedziemy… odwiedzic nasze dzieci, ktore wakacjuja u tesciow.

wczoraj zaliczylam randke z lubym – poszlismy do cubanskiej knajpki, gdzie jedzenie bardzo nam odpowiadalo. pozniej obejrzelismy komedie – z komediami zawsze mamy problem, bo lubimy czarny humor, troche surrealizmu, a wiekszosc komedii jest dosc prosta i nudna. udalo nam sie znalezc dosc ”zajmujaca” komedie  ”Stulatek, ktory wyskoczyl przez okno i uciekl”.

 

przedwczoraj za to wyciagnelam lubego na spacer. pol godziny od nas (na piechote) jest piekny park, gdzie na ogol jezdze z dziecmi do olbrzymiej piaskownicy, a tym razem skusilam lubego na lampke wina w tamtejszej restuaracji. niestety, wina nam nie bylo sie dane napic – zamowilismy i czekalismy jakies 20 minut. na 2 lampki wina! po 20 minutach nam sie odechcialo, wiec po prostu sobie poszlismy, po drodze zahaczylismy o sklep monopolowy, gdzie nabylismy pyszne hiszpanskie wino i uraczylismy sie na balkonie.

 

jest taki spokoj i tak sie tym rozkoszuje, ze az mna wyrzuty sumienia targaja – z jednej strony zawsze marzylam o dzieciach i jestem przeszczesliwa, ze dane mi bylo zostac mama i w zyciu nie chcialabym tez zamienic na zycie bezdzietne, a jednoczesnie…. ta cisza, tez porzadek, spokoj sa… cudowne;) 

 

p.s. stopy mam oporne – jeszcze ani jedna skorka nie zaczela schodzic… albo skarpetki jakies lipne kupilam.

 

wiosenne porzadki

nie domowe;) tak rzadko bywam w domu, ze juz prawie w ogole mnie nieporzadki w szafach nie ruszaja. tylko jak czegos znalezc nie moge, to mnie chwilowy nerw bierze i sie odgrazam, ze jutro kupuje wiekszy dom;)

tym razem na wiosne wzielam sie za porzadki cielesne. we Francji sie opalilam, wiec zero pudru, niech skora oddycha (jesli to mozliwe w klimatyzowanym pomieszczeniu…). wczoraj zamowilam skarpety zluszczajace – dzis juz przyszly i wlasnie sie zluszczam. tzn. instrukcja glosi, ze za kilka dni nastapi proces wylinki, czy tez luszczycy stop, trwac bedzie kilka dni i akurat zanim wskocze w sandalki, stopy beda gladkie. zamowilam tez nowe buty do biegania. bo stare okazaly sie na tyle sfatygowane, ze bolaly mnie od nich biodra… tak sobie przynajmniej wyczytalam. wiec czekam na buty, ktore maja przyjsc jutro i zaczynam bieganie. trzeba sie ogarnac, w koncu wiosna! 

za domem nadal sie rozgladam – jeden, ktory dosc mi sie podobal, nie za bardzo podobal sie lubemu. a jak juz stwierdzil, ze w sumie moglby byc, to dom juz byl sprzedany. drugi, ktory obejrzelismy nie spodobal sie mi: ciemny, z dziwnym zapaszkiem (psa?) i za maly. w srode idziemy obejrzec kolejny. mam mieszane uczucia, bo to dom, ktory nalezaloby stopniowo udoskonalac, a mi sie ne chce remontow nadzorowac i w pyle przez kilka tygodni w roku zyc… ale zobaczyc mozna… sa piekne domy, ktore nie wymagaja remontu, ale na przedmiesciach, skad musielbysmy do pracy jezdzic samochodem. a tego nie chcemy. chcemy, zeby bylo praktycznie: blisko praca, szkola, sklepy, basen, fitness i atrakcje. ja sie juz dosc do szkoly sredniej nadojezdzalam – 4 lata i nie przyzwyczailam sie. wrecz przeciwnie, z kazdym kolejnym rokiem nienawidzilam dojazdow coraz bardziej i zalowalam traconego czasu. tym bardziej, ze argumenty o ciszy poza miastem do mnie nie trafiaja, bo teraz mieszkamy prawie w centrum i mamy ciszej niz tesciowie na wsi i moi rodzice w miasteczku:-) no nic, spieszyc sie nie bedziemy. bo na szczesce mamy gdzie mieszkac:)

niech zyje facebook:D

w zyciu nie przypuszczalam, ze ja bede sie cieszyc z facebooka, przez ktorego (taka jest moja teoria przynajmniej) blogi ledwo zyja. no coz, mam powod…

w piatek przed wyjazdem z Holandii padla mi komorka (na szczescie wieczorem ja naprawilam;)) a ja swinkom kwatere musialam na gwalt znalezc! numerow telefonow nie znam na pamiec, e-mailowo kontaktuje sie na ogol ze znajomymi z Polski, a na terenie Holandii glownie sms i telefony. w koncu wpadlam na pomysl by wyslac wiadomosc przez facebooka do Anity, ktora podczas swiat Bozego Narodzenia zajmowala sie swinkami. oczywiscie, w ciagu 5 minut odpisala! niestety, oni wyjezdzali, wiec swinkami zajac sie nie mogli. przyszla mi do glowy Martine, nasza wspolna kolezanka, ktorej numeru tel tez nie pamietam. jako ze Martine miala dyzur w szpitalu, na facebooku jej nie bylo. ale Anita dala mi jej numer. zadzwonilam i Martine ochoczo zgodzila sie zajac swinkami.

wczoraj wyslalam sms-a do Martine, zero odpowiedzi, dzis jeszcze raz i znow nic… Martine swinki nam do domu ma zawiezc, jako ze sami wyjezdzaja na wakacje w najblizsza sobote i swinki beda na nas czekac juz u nas w domu, ale chcialam, zeby sasiadce klucz do skrzynki na listy wrzucila, gdyby nam sie np. cos stalo – zeby swinki z glodu nie padly.

w koncu wskoczylam na facebook i…. znow! w 5 minut odpowiedz;) okazuje sie, ze moje smsy do Martine dochodza, ale jej juz do mnie nie docieraja…

usmialysmy sie wiec podsumowujac ”niech zyje facebook”:) a niech se zyje;)

zeby sie wyspac;)

przejechalismy 1400 km na poludnie i… upalow nie ma, ale nos sobie juz zdazylam zaczerwienic, a przede wszystkim…. wyspalam sie:) wczoraj 11 godzin, dzis 10 godzin… luby oczom nie wierzy, bo to ja zawsze przed nim z lozka wyskakuje. a ja… spelniam noworoczne postanowienie: bede dla siebie dobra (od czasu do czasu;)).

 

podroz minela z ”atrakcjami”, bo Bizona zlapala jelitowka ”gorna”, czzyli wymioty…. siedzial biedaczyna cala droge z reklamowka i meczyl sie:( dopiero we Francji… mial ochote na loda. pomyslalam, ze skoro ma smaka, to niech je. i po lodzie juz bylo dobrze;) smialam sie potem, ze nastepnym razem, jak ktorego zlapia wymioty, lupie im loda;)

 

domek nas rozczarowal – na zdjeciu,, podczas rezerwacji, byl inny domek, z dwoma oddzielnymi sypialniami… a my mamy domek z antresola. ale udowodnic tego nie moge, wiec trudno… wyposazenie domku tez kiepskie, nawet glupiego haczyka na kurtki nie ma… zamiast krzesel taborety… no coz, jak sie ma prawie 40 lat, to juz by sie chcialo troche wygodniej. domki w podobnym stylu, ktore kiedys rezerwowalam w Holandii byly o wiele lepiej wypoosazone i zorganizowane.. na szczescie luby nie jest maruda, dzieci zachwycone takim domkiem z antresola, wiec i ja dzielnie te warunki znosze:)

grunt, ze slonce jest! bo w Holandii…. grad!

przewrazliwiona

mialam dzis stresa, z powodu swinek. jedziemy na wakacje i swinki mialy jechac do tesciow. i pojechaly. pytam wieczorem lubego, gdzie postawili te swinki – w szopie tescia. ale tam nie ma ogrzewania, zadnej izolacji, a w nocy jest 2-4C!!! na salony swinkom nie wolno, bo ”smierdza” i ja to rozumiem, nikogo nie przymuszam, ze swinie w salonie trzymal. ale latem staly w przedsionku – pytam lubego, czemu swinki w przedsionku nie moga stac – bo tam stoi grill… a swinki niby futerko maja, ale raz, ze przyzwyczajone do 21-22C, bo taka temperature mamy w domu, a poza tym, poczytalam, ze optymalna temp dal swinek to 20C, a minimalna 15C. 

luby zadzwonil rano do tesciow poprosic, zeby swinki na strych zniesli, ze przeciez tam nie beda im smierdziec, a cieplej bedzie. ale tesc nie chcial… jak to uslyszalam, to sama zadzwonilam pogadac z tesciowa. no i nie wprost mi to zostalo powiedziane, ale dowiedzialam sie, ze przesadzam, ze swinki maja sie dobrze (no tak, po jednej nocy nie zdechna, ale po 6? nie dosc, ze sie namecza w zimnie, a pozniej jak sie rozchoruja, to znowu ja bede miala klopot), ze jestem przewrazliwiona, ze przeciez ludzie trzymaja swinki w klatach na dworze. no tak, trzymaja, jak jest powyzej 15C!!! a u nas w dzien jest 8-10C.  powiedzialam wiec tesciowej, ze przyjedziemy dzis po swinki i znajdziemy im cieplejsze lokum. 

tak, to sa tylko glupie swinki morskie. ale nawet swinki morskie nie powinny cierpiec. a marzniecie uwazam za cierpienie. 

zadzwonilam do mamy kolegi Bizona – jak ona sie ucieszyla!!! ”wczoraj o swinkach czytalam, bo ja jestem wielka fanka swinek!”. czemu ja do niej wczesniej nie zadzwonilam, tylko sie z tesciami uzeram…teraz swinki beda staly w sypialni dzieci:DDD swinkom bedzie nie tylko cieplej, ale i weselej, a nie tak w izolacji. 

wiem, ze to ich dom i ze to oni maja prawo decydowac, co, gdzie bedzie stalo. ale z drugiej strony, ja bylam wychowana tak i tak ma w glowie zakodowane, ze jak komus obiecam pomoc (a tesciowie obiecali opiekowac sie swinkami, zanim je kupilismy) to staje na glowie, zeby JAK NAJLEPIEJ wywiazac sie z obowiazku, a nie  na odwal sie. Wiec jesi wzielabym zwierze kogos na ”przechowanie”, to bym sie o nie troszczyla jak najlepiej, a nie do szopy wstawila i z glowy. 

no ale ja jestem przewrazliwiona….

poryczalam sie dzis lubemu. poszlam do niego i jakos lzy polecialy. nie tylko z powodu swinek, tak jakos ostatnio mi sie stresow nazbieralo – malych, w sumie niewaznych, ale jak sie te wszystkie malenstwa zsumuje, to w koncu czlowiek ma dosc. na szczescie luby mnie rozumie i wspiera. 

czas na wakacje. 

kapcieje;)

widze codziennie, ze ku 40-tce zmierzam. niestety, skora na twarzy traci swa jedrnosc, zmarszczki mimiczne zaczynaja zmieniac sie w bruzdy, i taka ta skora jakas ciagle wymieta… pewnie, ze za malo spie i to czesto na swoje zyczenie, bo ksiazki skracaja me noce. do niedawna nie wiedzialam co to siniaki pod oczami – coraz czesciej je widze.. znow, wystarczy zarwac noc. do tego klimatyzacja w pracy, ciagle slepienie w komputer… to tez nie sprzyja pieknej cerze, a zwlaszcza skorze wokol oczu. a cere mam strasznie sucha. mam juz w szpitalnym biurku krem pod oczy, ktory ukradkiem wcieram, gdy kolega wyjdzie z pokoju;) ale krem wsiaka w minute i nadal mam sucha skore. do tego czesto nekaja mnie wypryski, wiec i kremow ot tak sobie nie moge kupic, zeby wyprobowac, czy zwalcza zmarszczki czy chociaz toch nawilza skore. mam swietny krem od tzw. specjalistki od skory, ale… raz ze ma factor 50, a ja nie chce byc trupio blada, a dwa, ze nudno ciagle ten sam krem stosowac;) 

 

dlonie, tez mam bardzo suche:/ i tez kremuje, i tez raz-dwa krem wsiaka i uczucie, ze mam papeirowe dlonie wraca. 

ech… lepiej nie patrzec w lustro. choc… jak nie z bliska, to moze byc… rozmiar ciut mniejszy niz w liceum:)

jaki adres?

wczoraj luby polecial do Izraela. wyladowal, przyslal sms-a, ze zyje. za chwile drugi sms: czy mozesz mi podac adres hotelu, w ktorym mam sie zatrzymac? bo luby wzial walizke, wsiadl w samolot, wysiadl z samolotu, wsiadl do taksowki i… dopiero wtedy pomyslal, ze nie wie, gdzie jechac… 

pomyslal jednak, jakby mi tu ”dokuczyc”: 34C!!! napisal radosnie. a ja… siedze i marzne. termostat nastawiony na 22C, podwojny sweter i jest mi zimno. nie pojmuje tego:/

skala zmartwien

martwie sie, bo luby jutro leci do Izraela, a ja nie dosc, ze w ogole podrozy lubego nie lubie, to jeszcze tam…

martwie sie, bo za pol roku koncza sie pieniadze na moja pensje i choc szef optymistycznie na wszystko patrzy, to jego optymizm mi przelewu na konto nie zrobi

martwie sie, bo domy z lat 30-tych, ktore neca nas swoja architektura i przestrzenia, zniechecaja niewiadoma dotyczaca jakosci i czesto wymagaja remontow, na ktore nie mamy ochoty

martwie sie, bo w sobote jedziemy na poludnie Francji, a to dluga podroz

i wsrod tych glupich zmartwien przychodzi do mnie zaplakana studentka. siada, placze i opowiada. o mlodszym bracie narkomanie, ktory wlasnie przyznal sie, ze od 2 lat m HIV, ze nie chce sie leczyc, ze ma depresje, mysli samobojcze i ze moja studentka nie ma sily myslec o badaniach, studiach, przyszlosci, bo teraz jej brat jej potrzebuje. i placze… a moj zal jest bezsilny. bo co ja moge. poglaskac ja? powiedziec, ze mi przykro? przeciez jej to nie pomoze…

ide do naszej pielegniarki, a ta tez, niby z przylepionym usmiechem, ale przez lzy, mowi, ze tato juz jej nie poznaje (ma raka mozgu), ze walcza o niego, ze ona jest juz wykonczona, bo ciagle jezdzi z tata do Amsterdamu na terapie, bo jeszcze trzy dawki i jak sie nie poleszy, to juz koniec opcji… a tata, choc ich nie poznaje, to taki uparty, ze nie chce wsiasc na wozek, zeby go na spacer wziac, tylko lezy i narzeka.

slucham, wspolczuje i az mi glupio, ze ja sie martwie moimi pierdolami… obym tylko takie powody do zmartwien miala…

o seksie i seksualizacji

trafilam na taki artykul:

http://foch.pl/foch/1,142283,19472208,stop-seksualizacji-raczej-manipulacji.html#MT

i po pierwsze przypomniala mi sie sytuacje sprzed okolo roku, kiedy to dzieci w naszej szkole mialy z okazji wiosny mowic o milosci. pisalam o tym, ale zeby przypomniec, to streszcze, ze kiedy spojrzalam na link prowdzacy do proramu nauczania o milosci, zestresowalam sie czytajac, ze moj 8-letni wtedy Bizon mial sie dowiedziec o tym, ze lechtaczka to taki guziczek, ktorego dotykanie sprawia przyjemnosc. na szczescie okazalo sie, ze bylam jedyna osoba, ktora tekst pod linkiem przeczytala;) bo nauczycielka Bizona pojecia nie miala o tym, co w programie stalo:D i wcale o lechtaczce i seksie mowic zamiaru nie miala. 

wtedy tez napisalam, ze ja nie chce, zeby szkola uswiadamiala mi dzieci, ze ja czuje sie odpowiedzialna za te dziedzine edukacji moich dzieci. i nadal tak jest. przynajmniej na etapie szkoly podstawowej, kiedy ”taka” informacja o ”seksie” moze byc szokiem dla dziecka. jak na razie, nasza edukacja seksualna idzie zgodnie z planem: dzieci pytaja, my odpowiadamy. jestesmy na etapie, ze nasionko z jader taty przechodzi do brzucha mamy i tam laczy sie z druga polowka nasionka (komorka jajowa). pytania jak to nasionko dokladnie wchodzi do brzychan nie bylo. ale bylo pytanie co to jest ”parowanie sie” w kontekscie zwierzat. wtedy powiedzialam chlopcom, ze to przytulanie sie, podczas ktorego nasionko od pana przechodzi do pani i stad sie biora dzieci. ze mama i tata tez sie tak przytulaja i dzieki temu moga miec dzieci. 

ale tak w ogole to chcialam napisac o seksie. ze nie lubie tego slowa, ani jego pochodnych typu ”sexie”, ”seksowny” czy ”edukacja seksualna”. seks brzmi jak kopulacja. bez uczuc, bez przjemnosci, bez gry wstepnej: ciach-prach i byl seks.

nie wyobrazam sobie, zeby luby spytal mnie, czy mam ochote na seks. nawet jak bym miala, po takim pytaniu, by mi sie odechcialo. my na ogol caly dzien robimy ”podchody” i bez slow wiemy, co wsie bedzie dzialo, jak dzieci pojda spac, albo ewentualnie, gdy nie ma okazji do ”podchodow” wspominamy o ”having fun”, czyli zabawie. bo tak wlasnie to odbieram, jak zabawe, przyjemnosc, odprezenie, a nie po prostu seks. 

jak juz tak otwarcie pisze, to napisze, ze nie stosujemy antykoncepcji w formie prezerwatyw, spirali, czy kondomow. bo nam te ”gadzety” zwyczajnie psuly zabawe (bo owszem, prezerwatywy i pigulki wyprobowalismy). prezerwatywy… juz sam ich szelst nam zaburzal zabawe. do tego ”zapach” gumy… zadne zapachy poziomek itp nam nie pomogly. bo my naturysci i tyle… najbardziej lubimy naturalne zapachy;)  (zeby nie bylo: dezodoranty stosujemy:DDD). a pigulki… lubemu wsjo jedno, ale mi… apetyt zupelnie siadal. jak to jedna z bliskim mi kolezanek powiedziala ”pigulki dzialaja tak, ze ludziom sie odechciewa i dlatego nie zachodza w ciaze”  – u nas tak wlasnie bylo. dlateogo po krotkim okresie ekspperymentowania (w koncu my naukowcy) doszlismy do wniosku, ze stawiamy na nature, czyli nie ma samowolki, dzieki czemu ilosc przeszla w jakosc. bo jak sie czlowiek wyglodzi, to dopiero czuje ten smak o docenia to, czego mu brakowalo. choc, swoja droga, jak czasami podslucham kolezanki, ktore hormonalnie sie ”zabezpieczaja’ przed zbyt licznymi roodzinami, to mam wrazenie, ze my i tak czesciej ”mamy te fun” niz one… bo jesli slysze, ze ktos bawi sie z mezem raz w tygodniu, to wychodzi mi 4 razy w miesiacu. to dosc rzadko, jak dla nas;)

no tak sie powynurzalam, bo raz, ze trafilam na ten artykul o edukacji seksualnej, a dwa, ze niedawno mialam dyskusje z sasiadka, ktora nie mogla uwierzyc, ze my tak ”ryzykujemy”:D niedlugo stuknie nam 11-lecie malzenstwa i mamy na koncie 2 dzieci.  i w celibacie nie zyjemy. sasiadka ”stosujaca’ pigulke nie dotrwala do 3-lecia i ma 1 dziecko (nieplanowane) … hmm… to co by bylo gdyby miala swietowac 11-lecie;)