jak juz nie raz pisalam, nasze dzieci sa zupelnie rozne.
Bizon bardzo latwo nawiazuje kontakty – powierzchniowe. on nie potrzebuje zazylej przyjazni, osoby zaufanej, z ktora bedzie dzieli sekrety (bo chyba ich nawet nie ma;)). wystarczy mu towarzystwo, z ktorym da sie pograc w pilke, pobiegac, poganiac.
Szkrab z kolei ma trudnosci z nawiazywaniem znajomosci – musi sie z kims oswoic, przyzwyczaic, wyczaic, jaki ktos jest. i choc ostatnio troche przekonal sie do gry w noge, to jednak nadal woli zabawy bardziej stateczne, z wykorzystaniem fantazji: piasek, woda, klocki, patyczki. lubi tez obserwowac ludzi. jest tez bardzo wrazliwy i dlugo swoje emocjonalne bolaczki pamieta i przezywa. Bizon pewnie tez, ale na mniejsza skale i duzo krocej.
To taki wstep do dzisiejszej sytuacji, ktora wydarzyla sie pod szkola. Bo do Szkraba mial przyjsc Julian. Co prawda, Julian nigdy w 100% nie powiedzial, ze przyjdzie, ale ja, myslac w kategoriach moich dzieci, ktore zawsze maja ochote isc do innych dzieci, nie pomyslalam, ze Julian nie bedzie chcial przyjsc. Po szkole pytam jego mamy ”to co, Julian do nas przyjdzie?”. a ona na to… ”nie wiem, bo rano Julian jeszcze sam nie wiedzial”…. poszlam do Juliana, a ten nie chce do nas przyjsc, tylko, zeby Szkrab do niego przyszedl, bo beda grac na Wii (a u nas X-box tylko w weekendy i wyjatki robie tylko przy paskudnej pogodzie – dzis pogoda byla przepiekna, wiec mowy nie bylo, zeby dzieci przed szklanym ekranem sadzac;)). Szkrab bardzo cchial isc, ale nie moglam go puscic, bo do Bizona tez mial przyjsc kolega, ktorego mama miala odebrac o 17.00, a ja Szkraba musialabym odebrac o 16.00 – nie chcialam zostawic Bizona z kolega samych w domu, zeby jechac po Szkraba, wiec niestety, Szkrab nie mogl isc do Juliana.
Szkrabowi bylo bardzo przykro, a ja sie troche zezlilam na tego calego Juliana i jego mame, ze do ostatniej chwili nie wiedza, czego chca. No ale dobra, powiedzialam Szkrabowi, zeby sobie zaprosil kogosc innego. Problem w tym, ze w klasie Szkraba jest 5 chlopcow; z trzema Szkrab sie koleguje, a z dwoma nie bardzo mu po drodze. Pod szkola zostal juz tylko jeden z jego ”przyjaciol”, niejaki Milan. Szkrab poszedl do niego i zamiast go zaprosic, spytal, czy moze sie u niego bawic. Milan sie zgodzil, jego mama tez, Szkrab byl przeszczesliwy. ja tez. ale chlopaki jeszcze zostaly chwile, zeby pograc w noge. Pech taki, ze Milan sie przewrocil i dal glos. I tak sie rozszlochal, ze nie mogl przestac i w koncu wyszlochal, ze chce isc SAM do domu, bez Szkraba…. Szkrab stal obok, pocieszal go, a tu taki… cios. Widzialam jak Szkrabowi bylo przykro, jak mu sie chcialo plakac. Przytulilam go i probowalam pocieszac. Mama Milana widziala to, ale skoro Milan zmienil zdanie, to zmienil zdanie – Szkrab nie byl juz zaproszony.
I tak myslalam o tych dwoch sytuacjach, ze my inaczej dzieci wychowujemy: ze nalezy tak postepowac, zeby komus przykrosci nie robic, zeby sytuacje byly jasne, czyli jesli ktos nas zaprasza, to jest tak/nie i o ile choroba kogos nie rozlozy, zdania nie zmieniamy. a nie takie do konca ”nie wiem” i trzymanie dzieci w niepewnosci, czy zmienie zdania jak juz sie powiedzialo tak lub nie. Tak bylam ja wychowywana i luby tez.
To sa w sumie drobnostki. Ale od takich drobnostek sie zaczyna. Ucze moich dzieci rzetelnosci, dotrzymywania slowa i szacunku do innych ludzi. Roznie to bywa z efektami tejze nauki, nie raz dadza czadu tak, ze mi troche wstyd, ze to moje dzieci, ale w szkole nie ma na nich skarg, nauczyciele lubia nasze dzieci, a ja widze, ze jednak efekty naszego ”trucia” sa.
Przy okazji zastanowilam sie nad soba. Jak to jest z moimi przyjazniami… i jestem taka rozwarstwiona. Potrafie jak Bizon: powierzchownie sie z kims lubic i taka forma znajomosci jest zwyczajnie latwiejsza: nie kosztuje czasu, wkladu energii, poswiecenia. I w sumie, tak na codzien nie brakuje mi przyjaciolki, z kotra bym maglowala ”problemy”, bo problemow raczej nie mam, a jesli mam to szybko je rozwiazuje a nie walkuje. a zwierzam sie lubemu. mam tu jedna bliska kolezanke, ale… nie chce mi sie z nia regularnie spotykac, bo o czym tu gadac;) na wakacje tez lubie jezdzic tylko z lubym i dziecmi – nie potrzebuje grona przyjaciol, zeby miec udane wakacje. a na dluzsza mete, to by mi przeszkadzali;)
ale jak juz kogos polubie, to nie tylko, zeby lubic, ale dac z siebie wszystko, pomoc, gdy trzeba, a nawet nie trzeba, ale mozna.