o milczacej zonie

poczytalam o milczacej zonie polskiego prezydenta i o krytyce, ze zona nie chce mowic. na poczatku poszlam z pradem, myslac, ze stanowisko pierwszej damy do czegos zobowiazuje. ale pozniej pomyslalam, ze przeciez ta kobieta to stanowisko dostala bez pytania jej o zgode. jej maz chcial byc prezeydentem, zostal nim i ma obowiazek zabierac glos. ale ta pani nie ubiegala sie o stanowisko pierwszej damy, dostala je automatycznie, przy okazji bycia zona prezedenta, bez bycia pytana o zgode. 

odnioslam te sytuacje do siebie – mam swoje zdanie, ale to nie znaczy, ze lubie i chce sie nim dzielic z kazdym, a juz na pewno nie z cala Polska czy Holandia. I gdyby moj maz zostal prezydentem nadal nie mialabym ochoty na publiczne debaty, dyskusje. A poniewaz malzenstwo to nie kajdany i czuje sie w nim wolna kobieta, to nie czulabym sie zobowiazana asystowac mezowi podczas jego pracy. Bo to on chcial zostac prezydentem. Ja pierwsza dama nie chce byc. Do tego, jesli nawet by moj maz zostal prezydentem (na szczescie nie ma zadnych politycznych aspiracji), to ja wyszlam za maz za lubego, a nie za prezydenta. I znow, mimo sluby, luby jest wolnym czlowiekiem i jak zechce byc prezydentem, to bede mu kibicowac, ale ja, jako pierwsza dama, nie zmierzam dyskutowac z dziennikarzami i glosic wszem i wobec swoich pogladow. 

I tak doszlam do wniosku, ze mimo ze obecna prezydentowa Polski jest dla mnie zbyt cukierkowa pania (z wygladu), to blizej mi do niej, trzymajacej swoje poglady dla siebie i najblizszych, niz wszedobylskiej i wszystkowiedzacej pani Kwasniewskiej. 

zakupy dla dzieci i granice rozsadku

nagle sie ocieplilo i okazalo sie, ze wiatrowka Bizona z jesieni jest na niego za mala, buty za ciasne i na gwalt trzeba nabyc nowe. jako ze u nas w czwartki sa wieczory handlowe i sklepy otwarte do 21.00 pojechalam wiec wieczorem z Bizonem na zakupy.

z butami stara spiewka, prawie wszystkie za waskie, bo Bizon choc chucherko, to podbicie stopy ma  wysokie. zanim w koncu znalezlismy takie, ze noga weszla, a jednoczesnie but nie byl zbyt dlugi, obydwoje sie zmeczylismy. a z nami pani sprzedawczyni, ktora uwijala sie jak w ukropie – zadanie utrudnial jej fakt, ze buty o rozmiarze 34 jednej firmy sa czesto mniejsze lub wieksze niz innej firmy, wiec Bizon mierzyl buty miedzy 33-35. na dodatek nie wszystkie mu sie podobaly. a jak jemu sie podobaly, to mi sie nie podobaly, bo plastikowych butow (nie ze skory) nie kupuje (Bizonowi nawet w oddychajacej skorze noga sie poci, a co dopiero w skorze ‚ekologicznej”…). Ale w koncu buty ”idealne” zostaly zakupione.

przyszla kolej na wiatrowke. w H&M szarzyszna, brzydzizna… nie wiem, gdzie podzialy sie te wesole kolory, ktore szaleja w katalogach tego sklepu. poszlam do ”Juniora”,  – tam Bizon znalazl piekna wiatrowke. prawie z nia szlam do kasy, ale spojrzalam jeszcze przelotnie na cene i… stwierdzilam, ze za drogo. powiedzialam Bizonowi, ze tyle za kurtke dla dziecka nie zaplace. Bizon bez problemu oodwiesil kurtke. Poszlismy jeszcze do innych dwoch sklepow – jak nam sie cos podobalo, to rozmiaru nie bylo, jak byl rozmiar to kolory pogrzebowe, a tych unikamy. w koncu sie poddalismy. idziemy do rowerow, a tu jeszcze jeden sklep mi mignal… taki troche ”zapuszczony” sklep z tanizna (a jakos takiej totalnej tanizny kupowac nie lubie, bo z kolei jakosc na ogol kiepska).  ale weszlismy. a tam, na pierwszym wieszaku wisi piekna wiatrowka. no dobra, piekna, to moze przesada, bo jak na moj gust to zbyt blyszczaca;) ale Bizon zachwycony. rozmiar dobry, wiec kupilismy. do tego Bizon wybral sobie jeszcze koszulke. zeby Szkrab nie czul sie poszkodowany, jemu tez kupilam koszulke i t-shirta. i poszlam do kasy. za wszystko zaplacilam polowe ceny tej drogiej wiatrowki. I moze jakosc i design nie z tak wysokiej polki, ale pomyslalam, ze przeciez Bizon z tej kurtki znow w ciagu sezonu wyrosnie. i po co bulic na jeden sezon, skoro dziecko i tak w tej kurtce nie bedzie chodzic latami, jak ja w swojej niesmiertelnej wiatrowce.

Doszlam do wniosku, ze na butach dla dzieci nie warto oszczedzac, bo porzadne buty to gwarancja zdrowej stopy i tego, ze buty nie obetra (na ogol…). Ale koszulki, kurtki, dresy…. bedziemy chodzic do taniego, badziewnego sklepu;) 

sposob na baklazana

bardzo lubie pieczone baklazany – moge je jesc solo, bez zadnych dodatkow. ale pieczenie w piekarniku trwa dlugo, smazone baklazany wsiakaja tluszcz jak gabka i przez to rzadko je jem, a patelni grilowej nie mam i zamierzam miec. a dzis przyszlo mi do glowy, ze przeciez patelnie grillowa moge zastapic tosterem. wsadzilam do tostera plastry baklazana, 10 minut i mam: mieciutkie plasterki, bez kapiacego tluszczu. pycha:)

o przyjazniach dzieci

jak juz nie raz pisalam, nasze dzieci sa zupelnie rozne.

Bizon bardzo latwo nawiazuje kontakty – powierzchniowe. on nie potrzebuje zazylej przyjazni, osoby zaufanej, z ktora bedzie dzieli sekrety (bo chyba ich nawet nie ma;)). wystarczy mu towarzystwo, z ktorym da sie pograc w pilke, pobiegac, poganiac. 

Szkrab z kolei ma trudnosci z nawiazywaniem znajomosci – musi sie z kims oswoic, przyzwyczaic, wyczaic, jaki ktos jest. i choc ostatnio troche przekonal sie do gry w noge, to jednak nadal woli zabawy bardziej stateczne, z wykorzystaniem fantazji: piasek, woda, klocki, patyczki. lubi tez obserwowac ludzi. jest tez bardzo wrazliwy i dlugo swoje emocjonalne bolaczki pamieta i przezywa. Bizon pewnie tez, ale na mniejsza skale i duzo krocej.

To taki wstep do dzisiejszej sytuacji, ktora wydarzyla sie pod szkola. Bo do Szkraba mial przyjsc Julian. Co prawda, Julian nigdy w 100% nie powiedzial, ze przyjdzie, ale ja, myslac w kategoriach moich dzieci, ktore zawsze maja ochote isc do innych dzieci, nie pomyslalam, ze Julian nie bedzie chcial przyjsc. Po szkole pytam jego mamy ”to co, Julian do nas przyjdzie?”. a ona na to… ”nie wiem, bo rano Julian jeszcze sam nie wiedzial”…. poszlam do Juliana, a ten nie chce do nas przyjsc, tylko, zeby Szkrab do niego przyszedl, bo beda grac na Wii (a u nas X-box tylko w weekendy i wyjatki robie tylko przy paskudnej pogodzie – dzis pogoda byla przepiekna, wiec mowy nie bylo, zeby dzieci przed szklanym ekranem sadzac;)). Szkrab bardzo cchial isc, ale nie moglam go puscic, bo do Bizona tez mial przyjsc kolega, ktorego mama miala odebrac o 17.00, a ja Szkraba musialabym odebrac o 16.00 – nie chcialam zostawic Bizona z kolega samych w domu, zeby jechac po Szkraba, wiec niestety, Szkrab nie mogl isc do Juliana.

Szkrabowi bylo bardzo przykro, a ja sie troche zezlilam na tego calego Juliana i jego mame, ze do ostatniej chwili nie wiedza, czego chca. No ale dobra, powiedzialam Szkrabowi, zeby sobie zaprosil kogosc innego. Problem w tym, ze w klasie Szkraba jest 5 chlopcow; z trzema Szkrab sie koleguje, a z dwoma nie bardzo mu po drodze. Pod szkola zostal juz tylko jeden z jego ”przyjaciol”, niejaki Milan. Szkrab poszedl do niego i zamiast go zaprosic, spytal, czy moze sie u niego bawic. Milan sie zgodzil, jego mama tez, Szkrab byl przeszczesliwy. ja tez. ale chlopaki jeszcze zostaly chwile, zeby pograc w noge. Pech taki, ze Milan sie przewrocil i dal glos. I tak sie rozszlochal, ze nie mogl przestac i w koncu wyszlochal, ze chce isc SAM do domu, bez Szkraba…. Szkrab stal obok, pocieszal go, a tu taki… cios. Widzialam jak Szkrabowi bylo przykro, jak mu sie chcialo plakac. Przytulilam go i probowalam pocieszac. Mama Milana widziala to, ale skoro Milan zmienil zdanie, to zmienil zdanie – Szkrab nie byl juz zaproszony.

I tak myslalam o tych dwoch sytuacjach, ze my inaczej dzieci wychowujemy: ze nalezy tak postepowac, zeby komus przykrosci nie robic, zeby sytuacje byly jasne, czyli jesli ktos nas zaprasza, to jest tak/nie i o ile choroba kogos nie rozlozy, zdania nie zmieniamy. a nie takie do konca ”nie wiem” i trzymanie dzieci w niepewnosci, czy zmienie zdania jak juz sie powiedzialo tak lub nie. Tak bylam ja wychowywana i luby tez.

To sa w sumie drobnostki. Ale od takich drobnostek sie zaczyna. Ucze moich dzieci rzetelnosci, dotrzymywania slowa i szacunku do innych ludzi. Roznie to bywa z efektami tejze nauki, nie raz dadza czadu tak, ze mi troche wstyd, ze to moje dzieci, ale w szkole nie ma na nich skarg, nauczyciele lubia nasze dzieci, a ja widze, ze jednak efekty naszego ”trucia” sa. 

Przy okazji zastanowilam sie nad soba. Jak to jest z moimi przyjazniami… i jestem taka rozwarstwiona. Potrafie jak Bizon: powierzchownie sie z kims lubic i taka forma znajomosci jest zwyczajnie latwiejsza: nie kosztuje czasu, wkladu energii, poswiecenia. I w sumie, tak na codzien nie brakuje mi przyjaciolki, z kotra bym maglowala ”problemy”, bo problemow raczej nie mam, a jesli mam to szybko je rozwiazuje a nie walkuje. a zwierzam sie lubemu. mam tu jedna bliska kolezanke, ale… nie chce mi sie z nia regularnie spotykac, bo o czym tu gadac;) na wakacje tez lubie jezdzic tylko z lubym i dziecmi – nie potrzebuje grona przyjaciol, zeby miec udane wakacje. a na dluzsza mete, to by mi przeszkadzali;) 

ale jak juz kogos polubie, to nie tylko, zeby lubic, ale dac z siebie wszystko, pomoc, gdy trzeba, a nawet nie trzeba, ale mozna. 

 

stacja bezynowa

Upatrzylam na internecie ladny dom. Lubemu tez sie spodobal, wiec planowalismy go obejrzec od srodka. Jedyne co nam nie do konca sie podobalo to polozenie, bo jakies 10-15 minut dalej do pracy niz dotychczas bysmy mieli. Zaproponowalam, zebysmy sie przejechali na rowerach, zeby sprawdzic ile dokladnie czasu nam potrzeba, zeby dojechac do centrum, do pracy, do szkoly z tego ‚nowego’ domu. 

Podjezdzamy pod dom, a luby z radoscia mowi: ”o, stacja bezynowa! to jest poreczne!’

Na co ja: ”co, stacja benzynowa?!?!?!?!, kolo stacji benzynowej nie bede mieszkac!”.

I tak to sie roznia mezczyzni od kobiet;)

Szukamy dalej….

Wiara, nadzieja i milosc

40-dniowy post sie konczy. w tym roku postanowilam sobie nie pic alkoholu. i nie pilam. i dobrze mi to robi. lubie wino, ale moj organizm wina nie lubi. 

juz jutro Wielkanoc. po raz pierwszy upieklam mazurki. dzieci zachwycone. a ja sie zastanawiam jak ja te malownicze, kiczkowanki bede kroic;) sernikiem jeszcze pachnie, ale 1/3 juz nie ma. dzieci zmlocily!

przy wychodzeniu z kosciola, po poswieceniu pokarmow, Szkrab cos je… co jesz? kielbase! – mowi bardzo zadowolony Szkrab! Szkrabie, ale dopiero jutro sie je swieconke, tlumacze. ojej, nie wiedzialem, mowi Szkrab i dalej cieszy miche – zero skurchy;)

pachnie tez zurkiem. mam nadzieje, ze jutro dzieci bez grymaszenia zjedza, zeby zakwasic ten sernik, ktorym sie dzis na dobranoc objadly.

jutro przyjdzie kolezanka z synem. ciesze sie, ze bedzie okazja do pogadania i choc po trosze polskiego swietowania. po jutrze jedziemy do tesciow. z jednej strony cieszy mnie to, ze nie zastaniemy uginajacego sie stolu i nikt nie bedzie nas naklaniam do wciskania kolejnej porcji salatki czy ciasta, z drugiej strony… brak tradycji wielkanocnych w rodzinie lubego zawsze mnie troche bodzie… ‚moja’ tradycja ich nie interesuje… dobrze, ze luby tak ‚dzielnie’ wszystko znosi, na swieconki ze mna chodzi, zurek je i w przeciwienstwie do czerwonego barszczu, dosc lubi, a wczoraj nawet pisanki z dziecmi skrobal.

____________________

Wiara, nadzieja i milosc – oby trwaly w naszych rodzinach!!! Radosnego Alleluja!

gdzie ta higiena?

kilka razy ”przyuwazylam”, a wlasciwie uslyszalam bedac sama zamknieta w szpitalnej ubikacji, ze ludzie wychodza z wc i nie myja rak… zawsze myslalam, ze to tylko ”ci brudasi” rak nie myja. i tak jest. tylko nie myslalam, ze lekarze i studnci medycyny do nich naleza. bo 90% ludzi, ktorzy mnie otacza to lekarze i studenci. Dzis przechodzilam kolo meskiej toalety – katem oka przyuwazylam pewnego chirurga – wyszedl i rak nie umyl. a pozniej na powitanie podaja pacjetnowi reke… fuj. 

biedne dziecko…

mam czworo dzieci: dwoje moich i dwoje cudzych. jedno cudze z tzw. ‚dobrego domu”, drugie cudze z mniej ‚dobrego domu’. to pierwsze bawi sie z Bizonem tak, ze w ogole nie zauwazam, ze sa. to drugie dziecko tak daje czadu, ze po 10 minutach mialam go juz dosc. co 5 minut przychodzi i pyta, czy moze grac na x-boxie. nie, nie moze. a dlaczego – pyta co 5 minut. bo pokoj Szkraba jest pelen zabawek i dzieci w waszym wieku bawia sie zabawkami a nie x-boxem. ale u niego w domu wolno. a u nas wolno w weekendy. no to on nie wie, czym sie bawic…. 

matko kochana… rece mi opadaja… lego, duplo, rozne inne klocki, kilka rodzajow playmobile, pociagi + tory, pilkarzyki, garaz, pudlo z samochodzikami, statek piracki, radio (Bizon z Fee wlasnie tancza przy muzyce plynacej z radio w pokoju Bizona): sklep zabawkowy! a on nie wie, czym sie bawic. biedne dziecko. 

planowanie

zeby nie stracic funkcji domowego managera, planuje wakacje majowe. dzieci maja dwa tygodnie wolnego, my tydzien. na tydzien wyslemy dzieci do tesciow, a na tydzien gdzies chce (konkretnie: ja chce) gdzie wyjechac. potrzebuje slonca i ciepla. potrzebuje wygrzac gnaty naladowac baterie sloneczne. marzyla mi sie jakas ciepla wyspa, ale jednak loty sa koszmarnie drogie i szkoda mi wybulac tyle kasy na zaledwie 5-6 dni wakacji. tym bardziej, ze chodzi za mna jeszcze inne przedsiewziecie, kupno domu…

hm… za pol roku konczy mi sie kontrakt, ale za to luby za tydzien podpisuje nowa umowe, w koncu ”na stale”, co daje nam jakies tam poczucie bezpieczesntwa finansowego. ogladam sobie rozne domy i nawet udalo mi sie lubego oswoic z ta mysla. tak, bo lubemu jest dobrze tu, gdzie mieszkamy… jemu duzo do szczescia nie trzeba;) i to jest kolejna zaleta lubego, zeby nie bylo po wczorajszym wpisie, ze on taki zly;)

ale wracajac do wakacji, przyszla mi do glowy Nicea… i klimat przyjazny, i storna kulinarna zachecajaca… tylko te 1500 km troche mi sie nie podoba. zobaczymy.