wyszlam do pracy o 7.00. w drodze do pracy przypomnialam sobie, ze nie wyjelam mielonych z zamrazarki – zadzwonilam do lubego, ktory jeszcze byl w domu, ze ”na po szkole” sa nalesniki, a na obiadokolacje mielone, ktore trzeba wyjac z zamrazarki.
wchodze do domu 0 18.10. w kuchni pietrza sie naczynia, ale gnam do ubikacji i nie patrze, co tam dokladnie jest. po chwili slysze szczek zmywanych naczyn i komentarz Bizona: o mama przyszla z pracy, to tato od razu zabiera sie do zmywania naczyn! – siedze sobie, wiadomo gdzie, i mysle, czy to bylo smieszne czy smutne? i jedno, i drugie…
wyszlam z ubikacji, chlopaki sie podjudzaja i jecza. prym w podjudzaniu wiedzie Bizon, a w jeczeniu Szkrab. jak zwykle szukam przyczyny, bo olac (jeszcze) nie umiem.
okazuje sie, ze dzieci jeszcze obiadu nie jadly. zagladam do kuchni, naczynia ladnie umyte (jak sie okazalo, po nalesnikach), a obiadu niet. pytam lubego, co z obiadem? noooo, jeszcze nie jedli, czekali na mnie. czekali na mnie? ze co, ze ugotuje, czy ze razem z nimi zjem, czy i jedno i drugie – zaczal mnie brac nerw.
no…. luby, nie wie, co powiedziec. no, bo dzieci dopiero co jadly! – w koncu rzecze.
ale przeciez dzieci wrocily ze szkoly o 14.00, a teraz jest juz 18.20 – dwa nalesniki na glowe, to tylko przekaska! dawne ”dobre” czasy sie skonczyly, kiedy to dwa nalesniki byly obiadem.
wchodzi Szkrab i jeczy: gloooodny jestem…..
pytam lubego jeszcze raz, to co z tym obiadem? luby zaglada do zamrazarki… teraz to juz za pozno, kotlety sa zamrozone i twardze jak kamien, zaczynam sie pieklic. i juz jade na calego: ze jak ja wracam w pn i w czwartek wczesniej z pracy, to gdy luby wkracza do domu, obiad juz stoi na stole. gdy obydwoje wracamy z pracy o 18.00, tez mam juz obiad gotowy, trzeba go tylko podgrzac (bo gotuje go wieczorem dzien wczesniej), a kiedy jeden raz w tygodniu luby wraca o 14.00 do domu, co na mnie czeka? bajzel i glodne dzieci. zero planu, zero wykoniania, zero jedzenia. jeden wielki chaos.
tak, wylalam jad. wkurza mnie to, ze ciagle to JA musze byc managerem: ja planuje co jemy, co kupujemy, gdzie i kiedy jedziemy na wakacje, kiedy i jak swietujemy urodziny, jak spedzamy wakacje…… noz kurcze….. przeciez wyszlam za maz za doroslego faceta! i ja musze byc wykonawca wiekszosci z tym planow: kupic, ugotowac, posprzatac (badz znalezc pana do sprzatania i panietac, zeby wyjac pieniadze z bankomatu, zeby miec czym zaplacic), zarazerwowac wakacje, zadzwonic do solenizanta, jaki sobie prezent zyczy, kupic tenze prezent i pamietac, zeby go zabrac.
jedyna sfera naszego zycia, w ktorej nie moge narzekac na lubego, to opieka nad dziecmi – luby ojcem jest swietnym. ale to chyba troche za malo…..