raz na wozie, raz pod wozem…

mimo ze duchem czuje sie mloda, co raz czesciej widze, ze jednak jestem duzo dojrzalsza niz np. moi studenci. choc dojrzalosc to jedno, to charakter tez pelni wazna role w zyciu, np. w przyjmowaniu porazek, rozwiazywaniu problemow czy akceptacja rzeczy, ktorych sie nie da zmienic.

moja ulubiona studentka niestety nie zostala zakwalifikowana do programu MD-PhD. jest to program, ktory umozliwia studentom medycyny robienie doktoratu juz w trakcie studiow magisterskich. osobiscie uwazam ten pomysl za poroniony, ale to juz inna historia. 

moja ulubienica poniosla porazke. za porazke czesciowo odpowiedzialny jest jej oficjalny promotor, ktory poprosil w ostatnim momencie o takie poprawki w aplikacji doktoranckiej, ktore pozniej spotkaly sie z krytyka komisji i z powodu tychze kilku punktow wniosek zostal odrzucony.

az chce mi sie powiedziec ”a nie mowilam” – bo sprzeciwialam sie tym poprawkom, ale skoro szef departamentu, pan profesor i… czlonek komisji (!!!) nalegal, to 21 letnia studentka oczywiscie posluchala jego, nie mnie. czemu sie nie dziwie. moj szef sie nie ustosunkowal i teraz gorzko zaluje. na szczescie wniosek moze byc zlozony raz jeszcze za pol roku. no ale porazka jest porazka.

studentka o ktorej pisze jest moja ulubienica, bo oprocz tego ze pracowita i rzetelna, to latwa w komunikacji: co mysli, to powie;) jak ja lubie rozmawiac z takimi ludzimi… nie musze domyslac sie podtekstow, co mowca mial na mysli. do tego studentka jest bardo emocjonalna. i z tego akurat powodu wzbudza we mnie uczucia macierzynskie;) a tak na serio, to z powodu jej emocji, martwie sie czy ona rzeczywiscie by sie na ten doktorat nadawala… bo zeby robic doktorat, trzeba miec twardy tylek, mocne zeby i silne lokcie: nie reagowac na bicie, tylko zaciskac zeby pchac sie do przodu, rozpychajac sie lokciami. ja tylek i zeby mam twarde, lokcie troche slabsze… 

wczoraj o 17.00 studentka miala dac prezentacje dla naszej grupy (liczy ona 13 osob, ktore zyja w symbiozie, przyjazni i harmonii). o 14.00 dostalam emaila, ze ona nie jest w stanie dac prezentacji, bo tak bardzo jest rozczarowana i zdolowana odrzuceniem jej wniosku. nie zdziwilam sie – to do niej pasuje… tylko, ze nie pasuje do silnej osoby, jaka musi byc doktorant…

wiem, ze ja bym zacisela zeby, otarla lzy i dala te prezentacje… po czesci jest to moja dojrzalosc, ale przede wszystkim charakter – 20 lat temu mialam podobna historie, ale stanelam na wysokosci zadania i dzieki temu jestem tu gdzie jestem. 

powiedzialam to szefowi, z ktorym regularnie ”obgadujemy” naszych studentow (na ogol pozytywnie:)) i zgodzil sie ze mna. i dodal:i wlasnie dlatego wybralem Ciebie na ta funkcje. okazuje sie, ze mimo ze bylam najmlodsza kandydatka to okazalam sie najsilniejsza psychicznie: pytania zadawane podczas rozmowy kwalifikacyjnej mialy m.in. wytracic kandydatow z rownowagi. jakos tego nie zauwazylam:DDD  – pewnie dlatego zem Polka, bo Polki wydaja mi sie silniejsze psychicznie niz Holenderski… choc moze tylko mi sie tak wydaje? 

myslec o sobie?

od czasu do czasu wpadaja mi oko teksty, ze bardzo wazne jest myslec o sobie, zeby koniecznie o sobie nie zapomnoec, zeby potrzeby innych przypadkiem nie zacmily nam naszych potrzeb, bo jak tak sie stanie to dol, meczarnia, depresja i w ogole zycia nie ma…

a ja sie dziwie….

bo po pierwsze, jak mozna o sobie zapomniec? no jak? mozna byc zabieganym, mozna miec tysiac spraw na glpwie, mozna nie miec czasu na spelnianie swoich marzen, zachcianek, kaprysow, ale zapomniec o sobie – wydaje mi sie to niedorzeczne.

po drugie, jak juz ktos rzeczywiscie o sobie potrafi zapomniec, to ja mu zazdroszcze. bo ja dopoki kogos nie uszczesliwie, to siebie tez nie jestem w stanie zadowolic. mi najwieksza radosc sprawia, gdy cos dla kogos zrobie, a dla siebie… jakos juz mniej. cieszy mnie taki wieczor, kiedy zmobilizuje sie, zeby poszalec z dziecmi, poczytac im ksiazke, podrapie lubego po plecach, zadzwonie do mamy i popilnuje dziecka sasiadce. wtedy czuje sie uzyteczna, czuje, ze zrobilam cos dobrego, wartosciowego. nie mam takiego uczucia, gdy caly wieczor przepaplam o dupie marynie z kolezankami… juz nie wspomne o kosmetyczce. niby to czas w 100% dla mnie, zeby przypadkiem o sobie nie zapomniec, a jednak mnie on nuzy i niecierpliwi.

po trzecie, wracam do pierwszego, nadal nie rozumiem, jak ktos moze zapomniec o sobie tak, zeby nie sprawic sobie drobnych przyjemnosci: wypic lampke wina, zjesc czekolade, obejrzec film czy pojsc na spacer. moze ludzie sa zmeczeni? zniecheceni? leniwi? nie potrafia planowac dnia? jedyne co mi do glowy przychodzi, to ograniczenia finansowe. ale i tak, gdy zylismy z jednej pensji i kazdego cencika obracalam kilka razy, zanim go wydalam, potrafilam sobie sprawiac przyjemnosci – i nie, nie tak swiadomie ‚dzis bede myslec o sobie’. nie, instynktowie robilam to, zeby mi bylo dobrze: gdy swiecilo slonce, szlam na plac zabaw, zeby pogapic sie na ludzi (uwielbiam), gdy padal deszcz dzwonilam do kolezanek, zeby wpadly i na ogol wpadaly. a jak wpasc nie mogly, to odliczalam czas, zeby dzieci poszly spac i bieglam do blogow, zeby sie wypisac i kawe wypic. i  juz bylo mi dobrze.

po czwarte, takie ‚pamietanie o sobie’ kojarzy mi sie ze skupieniem na sobie, a to z egoizmem i samotnoscia. 

chcialabym nauczyc moje dzieci, ze dawanie (np. czasu bliskiej osobie) moze sprawiac radosc. chcialabym nauczyc moje dzieci, zeby nie skupialy sie na sobie, na ‚JA’, ale na zyciu, na ludziach wokol nich, bo mam wrazenie, ze ludzie, ktorzy skupiaja sie na swoich potrzebach nigdy nie sa szczesliwi. artysci, chyba najwieksi egocentrycy swiata, na ogol cierpia na depresje, melancholie, uzaleznienia od uzywek. moze dlatego, ze sa wrazliwi? ale wrazliwi na co? na siebie? bo gdyby byli wrazliwi na niedole swiata, to by ruszyli tylek, jak matka Teresa czy Angelina Jolie i pomagali naprawiac swiat, zamiast pic. 

znam kilka osob, ktore bardzo dbaja o to by pamietac o swoich potrzebach, zeby przypadkiem o sobie nie zapomniec i nie wydaja mi sie one szczesliwsze ode mnie… no ale ja… ani o sobie, ani o innych nie zapominam. tak, pamiec mi jeszcze nie nie szwankuje;)

dyplom C

Szkrab dzis zdal egzamin z plywania: ostatni, na poziomie C. po raz kolejny cieszylam sie, ze w Holandii bardzo dba sie o samopoczucie dzieci i egzamin wygladal bardziej jak swieto malych plywakow niz egzamin: z muzyka, brawami i kciukami w gore. a w domu, na obiad, zeby tradycji stalo sie zadosc… frytki i frykandel:)

relacje z szefem i zona;)

umowilismy sie z szefem, ze ukladam mu liste rzeczy, pod ktorymi on musi juz tylko postawic parafke. zanim pojawi sie parafka, studenci robia koncept (artykulu, grantu, dokumentu, plakatu, prezentacji, itd..), ja czytam, pisze, co nalezy zmienic, studenci zmieniaja i dopiero jak uznam, ze wersja jest gotowa, idzie do szefa: w ten sposob oszczedzamy czas szefa. on czyta wersje gotowa do wyslania w swiat. i takie wlasnie wersje stoja na jego liscie do parafek. oprocz tego, dokladam mu inne punkty, np. telefon do pacjenta. prosilam go juz ze trzy razy, zeby zadzwonil do pewnej matki, ale szef ciagle nie mial czasu… przedwczoraj znowu pytam: zadzwoniles juz do pani XY? szef patrzy na mnie z wyrzutem: no kiedy mialem zadzwonic???? i dodaje: ”ty to juz jak moja zona: zrobiles to, zrobiles tamto????? jeszcze tylko pretensji w glosie nie masz”;)

czyzby taka to byla rola kobiet? – przypominac? robic listy? (zakupow np.;)). 

na dokladke wczoraj wieczorem dostalam od szefa sms-a: ”hallo Eva, zanim wyjade z Nijmegen, zjem z kolegami obiad w restauracji. zadzwonie, jak bede wyjezdzal”. sms byl oczywiscie przeznaczony dla zony;) 

czyzbym rzeczywiscie zaczynala pelnic funkcje ”zawodowej zony”?:D

kiedys juz lubemu powiedzialam, ze w sumie to ja z szefem wiecej czasu spedzam niz lubym… a zorientowalam sie po tym, ze szef, gdy razem idziemy, lubi mnie miec po swojej lewej stronie (bo na prawe ucho slabo slyszy), a luby z kolei woli, gdy ide po jego prawicy (przyzwyczail sie do polskiej tradycji). od pewnego czasu ustawiam sie po lewej stronie nie tylko szefa, ale i lubego, co lubego drazni… i taki to wplyw ma praca na zycie prywatne:)

weekend bez soboty

wczoraj caly dzien spedzilam w Aarhnem, na zgromadzeniu organizowanym przez pacjentow i rodzicow pacjentow z dosc rzadka choroba, jaka jest malformacje odbytu i miednicy (ARM). jeszcze rok temu nie widzialam, ze niektore dzieci rodza sie z odbytem w zlym miejscu lub w ogole bez odbytu, ze dziewczynka moze urodzic sie z jedna ”dziurka” lub dwoma zamiast trzech, nie wiedzialam, ze wykonuje sie operacje ”przesuwajace” odbyt w odpowiednie miejsce, czy rekonstruujace odbyt. nie wiedzialam tez, jakie sa konsekwencje takiej operacji, bo jako optymistka, na dodatek zyjaca juz 38 lat bez zadnej operacji, myslalam, ze operacja na ogol problem rozwiazuja. 

w niektorych przypadkach bywa dobrze, ale bywa czesto tak, ze zoperowana osoba cierpi na ciagle zatwardzenia albo inkontynencje, czyli nie potrafi pozostac ”czysta” i np. codziennie, zanim pojdzie do szkoly, do pracy najpierw musi oczyscic jelita, zeby uniknac zawstydzajacej niespodzianki…

wiekszosc uczestnikow spotkania to byli pacjenci lub ich rodzice, ktorzy zaprosili ludzi, ktorzy moga im pomoc w poprawieniu swojej kondycji: m.in. mojego szefa, ktory oprocz tego, ze operuje takich pacjentow, prowadzi tez badania naukowe, jak pomoc tym ludziom, ma aparature, ktora pozwala stwierdzic, jakie pacjent ma szanse na poprawe, jakie dodatkowe np. cwieczenia powininen wykonywac, by prawidlowo uzywac miesni miednicy.

wydaje sie, ze jak choroba wystepuje 1:5000, to takich ludzi jest malo. wczoraj, gdy zjechali pracjenci z calej Holandii, sala byla pelna… 

po wykladzie mojego szefa, epidemiologa i fizjoterapeutki pacjenci mieli wiele pytan – i wtedy czulam sie troche obco, bo dziwnie bylo patrzec i sluchac opowiesci mlodego, przystojnego faceta, ktora opowiada, jak przed praca czysci jelita… albo mlodej dziewczyny, ktora opowiada, jak radzi sobie, gdy bol wynikajacy z zatwardzenia ja przerasta… wokol biegaly dzieci – najmlodsi pacjenci z ARM.

moj szef na koniec prezentacji pokazal zdjecie naszej grupy, ze mna na czele;) i po wykladzie kilku pacjentow podeszlo do mnie, zaczeli opowiadac o ich ”przygodzie” z moim szefem, z nasza fizjoterapeutka i mimo ze motywacji do badan mi nie brakuje, to dostalam dodatkowego kopniaka motywujacego, gdy uslyszalam, jak bardzo ludzie cenia nasze badania i jak bardzo licza na pomoc, ktora powinna z tych badan wyniknac.

dzien byl bardzo intensywny, weekend o jeden dzien krotszy, ale warto bylo. bo oprocz tego, ze moja wiedza na temat tej choroby i jej leczenia poszerzyla sie, to uzmyslowilam sobie jak wazne sa te badania, jak bardzo ci pacjenci potrzebuja pomocy, z jakimi problemami zmagaja sie rodzice dzieci urodzonych z ARM, a przede wszystkim zobaczylam, ze nawet z taka choroba mozna byc szczesliwym. dzieci radosnie biegaly, mlodziez, choc powazniejsza, wygladala tak zdrowo, ze zyciu nie zgadlabym, z jaka choroba zyja, rodzice, choc w trakcie wykladow powazni i nawet bardzo krytyczni, po wykladach witali sie radosnie, smiali sie, zartowali. najbardziej bylam pod wrazeniem relacji, jaka nasza fizjoterapeutka ma z najmlodszymi pacjentami: jak ja tylko zobaczyli, od razu do niej podbiegali, usmiechnieci, bez jakich uprzedzen, ze to ta pani, co zajmuje sie ich choroba, kilku nawet sie do niej przytulilo. i nie dziwie sie, bo jest to bardzo optymistyczna, pozytywnie do swiata nastawiona osoba, z nie tylko usmiechem na ustach, ale ze smiejacymi sie oczami.pani po 50-stce… patrzac na nia, pomyslalam, ze taka wlasnie chce byc za 12 lat: wesola, pogodna i… szczupla;) a ze ostatnio troche sobie pofolgowalam… pora sie za siebie wziac;)

poszusowac….

dzieci nam podrosly, w koncu dadza sie wyspac, wiec nam sie zachcialo troche szalenstwa…. na sniegu. wlasciwie to mi sie zachcialo nart. chcemy sie wybrac do Zielenca. czy ktos ma jakies doswiadczenie co do bazy noclegowej, szkolek i wypozyczalni sprzetu?

znowu we czworke

mama wrocila juz do Polski. troche odpoczelam, bo jednak jest to wygoda, gdy babcia zaprowadzi dzieci na taekwndo, kupi chleb i mleko, usmazy racuszki, czy ugotuje zupe… ale po miesiacu zycia pod jednym dachem, poczulismy wszyscy tez ulge: mama, ze wrocila do swojego domu, a my, ze znow jestesmy sami.

doszlysmy z mama do wniosku, ze to byl ostatni raz, kiedy przyjechala ‚z okazji’ wakacji dzieci, zeby sie nimi opiekowac. mama powiedziala, ze jest juz stara, jej choroby sa coraz bardziej upierdliwe i ze ona czuje sie niepewnie. ja pomyslalam to samo i jeszcze, ze jednak mama jest pedagogiem starej daty, na dodatek znajacy dzieci wychowywane w innej kulturze i jednak nie nadaje na wspolnych falach z moimi dziecmi, zwlaszczacze Szkrabem. Szkrab nie jest latwym dzieckiem, ale jesli sie jest stanowczym i konswekwentnym, to mozna z nim zyc, a nawet go kochac (ze wzajemnoscia). taki glupi przyklad z zupa: mama lamentuje, ze Szkrab nie chcial pray niej jesc zupy i krzyczal, ze nie bedzie jadl takiej paskudnej zupy. pytam mame, co zrobila i slysze, ze mama go grzecznie prosila, ze mu tlumaczyla, ze jak nie bedzie jadl, to nie urosnie, itd. a ja bym po prostu wziela talerz do kuchni i powiedziala ‚to nie’, zjesz jak zglodniejesz. no ale Szkrab byl glodny- lamentuje mama, bo jak luby wrocil pol godziny pozniej, to Szkrab zjadl az dwa talerze!!! jak by byl glodny, to byl protestowal, jakby babcia talerz mu sprzed nosa zabrala, ale jak babcia blagala, prosila, gadala, blablala, to Szkrab na przekor nie chcial jesc. taki wlasnie jest Szkrab. olewanie jego glupiego zachowania najszybciej stawia go do pionu. Moja mama tego nie kapuje – ‚ale czemu on TAKI jest?” – pyta. no taki jest, taki ma charakter! luby tez taki byl i wciaz jest…. i tylko mnie jakims cudem slucha;) Szkrab mamie codziennie podnosil cisnienie swoja krnabrnoscia – on do domu nie pojdzie, bo on chce, zeby mama, a nie babcia, go odbierala… ech…

dopiero dwa ostatnie dni byl grzeczniutki – bo mu powiedzialam, ze babcia juz niedlugo jedzie….

na szczescie jakos caly ten miesiac w zgodzie nam minal.

 

lojalny pracownik

kiedy ja odchodzilam z bylej pracy, razem ze mna odszedl moj najlepszy kolega Hans – odszedl do lubego, bo dosc mial ciaglego czekania na ‚cos’ – na decyzje, na odczynniki, na rezultaty. obydwoje mielismy dosc rozlazlego tempa pracy i wiecznie niezdecydowanej szefowej.

poszlismy w kierunku pracy naukowej. przed wakacjami umowilismy sie na kawe i pogadalismy sobie, wydawalo mi sie tak szczerze, od serca. ja przyznalam, ze tempo mojej pracy jest bardzo szybkie, ale wlasnie tego potrzebuje, to lubie i ze jestem bardzo zadowolona z tejze pracy, z ludzi, z ktorymi przyszlo mi wspolpracowac. Hans tez byl zadowolony. przynajmniej tak mowil…

jakiez bylo moje zdziwienie, gdy we wtorek spotkalam kolezanke z bylej pracy i uslyszalam, ze Hans z powrotem aplikowal w starej firmie… az mnie zatkalo. zadzwonilam szybko do lubego, ze cos jest nie tak, bo Hans, z ktorego luby jest zadowolony, planuje odejscie. a to oznacza problemy, bo kto przyjdzie skonczyc projekt, ktory rozpoczal Hans? projekt, w ktory Hans sie juz wdrozyl, w ktorym nabral bieglosci, ktory w koncu po ponad roku potrafi dosc samodzielnie wykonywac?

luby od razu poszedl spytac Hansa, czy to prawda. no prawda…. Hansowi bylo bardzo glupio, byl zaskoczony, ze luby tak szybko sie dowiedzial;) ale zamiast powiedziec, co mu nie pasuje, czemu woli wrocic do tamtej pracy, ktora tez mu nie lezala, zaczal krecic, ze on ”tylko tak sprobowal”. dziecinada….

a ja zaluje, ze Hansa lubemu polecilam.

potrafie zrozumiec, ze jednak praca naukowa okazala sie zbyt trudna, zbyt intensywna, zbyt stresujaca dla 50-letniego faceta. ale wydaje mi sie, ze lojalny pracownik, zwlaszcza w Holandii, gdzie pracodawca nie mobbinguje, gdzie jest mozliwosc dialogu, porozumienia, powinien przyjsc i jasno powiedziec, ze mysli o zmianie pracy, bo nie daje rady, bo czuje sie zestresowany. ale nie tak ukradkiem… za plecami. co ciekawe, rok temu Hans postapil podobnie wobec naszej szefowej, kiedy chcial uciec do lubego…

przyznam, ze na miejscu szefowej nie przyjelabym takiego niestabilnego pracowanika, ktory co rok szuka czegos innego…

zegnaj pmsie?

obym nie zapeszyla, ale najwyrazniej moja kosmetyczka z Polski wyleczyla mnie z pmsa. zakazala pic kawe (niemozliwe… ale zredukowalam ilosc kaw do 2, no czasami 3 dziennie!) i kazala jesc magnez. magnez zre, a raczej pije, podwojne dawki, bo raz, ze nie wierze, ze wszystko sie przyswaja, a dwa, ze jednak kawe nadal pijam i mg wyplukuje. od lipca nie mialam pmsa…. zbieg okolicznosci? nie wydaje mi sie. przed akcja z magnezem  piersi i podbrzusze bolalo mnie juz od owulacji a na na tydzien przed @ miotalam sie, nie moglam sama z soba wytrzymac. odkad zaczelam pic magnez nie boli mnie nic.

madralinski

pisalam juz ze Bizona przegadac trudno…

wczoraj cwiczyl na skrzypcach gdy bylamw pracy. pytam Bizona, czy czysto gral – jasne! pytam moja mame, czy potwierdza – nie tak calkiem. Bizon upiera sie, ze gral czysto. babcia mowi, ze nie. ja wiem, ze Bizon nie gral czysto, ale to akurat mnie nie denerwuje, tylko fakt, ze temu zaprzecza. mowie, ze ktos tu klamie, albo Bizon albo babcia. oczywiscie nikt nie klamie;) w koncu Bizon mowi, ze babcia sie nie zna…

moja mama na to, ze zna sie zna, ze babcia nie taka glupia jak mu sie wydaje, ze przeciez byla dyrektorem szkoly.

na co Bizon: ale nie szkoly muzycznej! 

no ma Bizon racje….

_______________

dzis ostatnia osemka usunieta. koniec z osemkami! moja dentystka podsumowala, ze cala swa madrosc u dentysty zostawilam;)