jak co roku

w pazdzierniku przyjezdza mama z odsiecza.i jak co roku z jednej strony sie ciesze, a jednoczesnie az drze, co to bedzie;) bo chlopaki latwe nie sa… a moja mama z kolei, niby pedagog, ale z takimi przypadkami jak moje dzieci, nie umie sobie radzic. bo mama jest przyzwyczajona, ze dzieciom sie tlumaczy… no coz, moje dzieci sa na tyle duze i madre, ze nie trzeba im tlumaczyc, ze rece nalezy myc mydlem i wycierac w recznik. moje dzieci sa na tyle leniwe, niemadre i spieszne, ze wola rece ochlapac woda w przelocie miedzy siku a zabawa. i tu nie ma co tlumaczyc. tu trzeba huknac – raz, a dosadnie. wtedy dociera.

na dodatek chlopaki kloca sie non stop (no maja lepsze fazy, na ogol rano, gdy sie wyspia), a ze kloca sie po holendersku, mama nie wie o co chodzi, kto zaczal, kto zawinil i jak Szkrab leje Bizona, to on jest w oczach mamy winny. bo nie wie, ze Bizon Szkraba podjudzal przez pol godziny…

ja z toku i tonu rozmowy potrafie wywnioskowac, w jakim ona kierunku zmierza, czy pokojowym, czy wojennym i czesto udaje mi sie dzieci na czas porozsylac do ich pokojow. a mama nie, bo nie rozumie, co mowia..

______________________________

a tak z innej beczki: mialam wczoraj smieszny sen:) snilo mi sie, ze tesc kupil na trzecia swinke morska… o twarzy pitbulla!!! nasze biedne ”normalne” swinki siedzialy skulone kacie, a w klatce panoszyl sie swinko-pitbul. tak sie zdenerwowalam, ze zadzwonilam do tescia, zeby te swinke oddal do sklepu. a tesc zamilkl…. i zadzownil budzik:D

 

slon, mrowka i owsik

zamawialam dzis przez internet chlopakom kurtki na zime. a ze byla okazja: 2+1 gratis, zadzwonilam po sasiadke z dolu, zeby dla swojego dla synka kurtke wybrala. sasiadka sie ucieszyla i przybiegla wybrac kurtke.

po wyjsciu sasiadki Bizon mowi:

– oj mamo, jakas ty malutka… – nie zaskoczylam o co Bizonowi chodzi i mowie:

– ja, malutka? o popatrz jaki mam brzuch –  i wydelam, ku uciesze dzieci. dzieci sie posmialy, ale Bizon tlumaczy:

– mamo, jak siedzialas kolo sasiadki, to ona jak slon, a ty jak mrowka!

– a ty? – pytam Bizona

– ja… bakteria! 

– hmmmm, raczej owsik: cienki, ale gibki:DDD

 

wieczorem sie zegnamy:

– dobranoc mamo-mrowko

– dobranoc Bizonku-owsiku

_____________________________

w miedzyczasie zaimponowalam dzieciom znajomoscia jezyka, a raczej umiejetnoscia komunikacji ze swinkami:

maly Snoepje siedzi u Szkraba na kolanach. wchodze do po pokoju, a Snoepje zasuwa w moim kierunku i mruczy: mrrrruuuuu. to i ja: ”mrrrruuuuuu”, na to obydwie swinki na raz: mmmrrrruuuu.

dzieciom sie odglos spodobal, zaczely nasladowac, ale nic, swinki zamilkly.

ja znow: ”mrrrruuuuuu”. swinki na to ”’mrrruuuuu”:DDD smialismy sie do lez. ale w koncu dzieci mowia: mamo, ale jak ty to robisz??? no nie wiem, zwyczajnie ”mrrruuuuu”’, na co swinki ”mmmrrruuuu”;)

szkola moich dzieci

szkola mi sie z roku na rok coraz mniej podoba…

w tym roku ktos wpadl na genialny pomysl, zeby zamiast dwoch dni z jedna godzina gimnastyki, dzieci mialy w jeden dzien dwie godziny gimnastyki. dlaczego? bo dzieci musza wedrowac do sali gimnastycznej okolo 20 minut… to bardzo dobrze! niech sie ruszaja! z jednej strony szkola chce walczyc z otyloscia, z drugiej strony ogranicza dzieciom ruch. a dlaczego? bo nauczycielom nie pasuje takie chodzenie… dzieci sie nie skarza.

uwazam to za strasznie glupia zmiane i oczywiscie w pn podziele sie swoja opinia z nauczycielami moich dzieci.

bo w pn jest 10 minutowe spotkanie rodzic – nauczyciel. po co to spotkanie? zeby rodzic opowiedzial nauczycielowi o swoim dziecku, np. jakie dziecko ma hobby… a czemu dziecko samo nie moze o sobie opowiedziec??? znow, srednio mi sie cel tego spotkania podoba, wiec go sobie zmodyfikuje, zeby opowiedziec, co mi siec w szkole nie podoba;)

czas spotkan tez mi sie srednio podoba: codziennie od 14.00- 15.45. to nie pierwszy raz, kiedy szkola jest malo przyjazna rodzicom pracujacym…

dodane po edycji: rano odwiozlam dzieci do szkoly. poszlam z nimi za szkole, zeby gdzie parkuja rowery. na srodku sciezki lezala sobie psia kupa. w ostatniej chwili krzyknelam do chlopakow, bo by wjechali oponami w te kupe. dyzurujacy nauczyciel slyszal, popatrzyl i az bylam ciekawa, czy zareguje, czy komus to zglosi. jako ze lubego rozlozyla jelitowka, ja odebralam dzis chlopcow ze szkoly. ide za szkole, zeby odpiac rowery, a tam kupa dalej lezy… nie wytrzymalam i podeszlam do nauczycielki stojacej przed szkola i zglosilam co trzeba.  w glowie mi sie nie miesci, ze nikt przez caly dzien z tym nie zrobil… czyzby tylko mi psie kupy przeszkadzaly?

o zab glupsza

ostatnia osemka wyrwana. niby sie zmiescila, ale ciagle chodzlam obolala z podpuchnietym dziaslem. moja ulubiona pani dentystka (Niemka – solidna firma:)) sprawnie mi zebora usunela. znieczulenie juz nie dziala, a ja nadal nie czuje zadnego bolu:) 

spacer po lesie

mimo ze z natrury nie mam sklonnosci do depresji, melancholii i zasmucania sie, to jednak holenderska jesien znosze z roku na rok co raz gorzej. mokre i wietrzne dni dni sprawiaja, ze nie chce mi sie wychodzic z domu. tesknie polska, zlota jesienia, kiedy to rano para leci z ust, powietrze jest ostre, ale suche, a w ciagu dnia pokazuje sie slonce.

zachwuje sie juz jak Holenderka, bo gdy tylko zobacze slonce, ciagnie mnie na lono natury;) i tak dzis zarzadzilam wyjazd do lasu, bo jeszcze o 10.00 slonce swiecilo. zanim sie towarzystwo zebralo, glownie lubemu szlo to bardzo powolnie, byla 12.00… tak, luby w niedziele spieszyc sie nie bedzie. z reszta, w ogole, niespieszny z niego czlowiek… jak juz zajechalismy do lasu, zaczelo mzyc. a po godzinie lac. ja mialam kurtke z kapturem, nieprzemakalna, luby… skorzana wiatrowke ze stojka… schowalismy sie pod koronami drzew i przeczekalismy ulewe. dzieci buszowaly po krzakach, puscily wodze fantazji, natchnione opowiesciami z Narnii. pospacerowalismy jeszcze z godzinke, ja baterie naladowalam, luby ciagnal na ostatnim ”pasku”, dzieci tez sie troche wymeczyly. poszlismy wiec na kawe i ciepla czekolade w kawiarni, ktora stala tuz przy lesie.

mimo ze oczywiscie popadac musialo, kontakt z natura, zapach lasu, grzybow, cisza lesnia, zlagodzily moj jesienny niehumor. najbardziej ucieszyla mnie purchawka:) taki powrot do dziecinstwa. mimo ze uczulam dzieci, zeby przyrody nie niszczyly, to pozwolilam im lekko nadepnac na purchawke – ale sie zdziwily, gdy wylecial z niej dym:)

wczoraj obejrzalam ‚Delikatesy’ – stary film, ale wczesniej nie mialam okazji go zobaczyc. odprezylam sie. i zgodnie z nowoszkolnorocznym postanowieniem poszlam wczesnie spac. o 22.00. wstalam o 8.30… widac, bardzo mi snu potrzeba, bo spalam ciurkiem, cala noc. dzis tez zamierzac wczesnie isc spac. bede dla siebie dobra, a sen, sport i czekolada, to podstawa;)

kontrolowac?!??!!?

jakis czas temu przyszla do nas w odwiedziny ”dziewczyna” Szkraba – Naomi. siedzieli w pokoju Szkraba i bawili sie. po jej wyjsciu pytam Szkraba w co sie bawili, a Szkrab odpowiada, a w nic, tak sobie lezelismy…

?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!??!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!??!?!?!?!?!?!?!?!?!

– tak? – pytam tak niby spokojnie – i co, nie nudzilo wam sie tak lezec?

– nie – odpowiada betrosko Szkrab – troche sie poprzytulalismy.

?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!??!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!??!?!?!?!?!?!?!?!?!

matko kochana…. moj syn na 7 lat!!! jego ”dziewczyna” 8…… 

nie wiedzialam co powiedziec. i nic nie powiedzialam. i juz nie chce tej dziewczynki zapraszac. ani nie chce, zeby Szkrab tam chodzil. 

chodzenie za raczke czy calusy w policzek, wspolne zabawy to OK, ale lezenie i przytulanie sie 7-8 latkow to chyba jednak troche za wczesnie. co?

niania wybrana

w sobote przyszla pierwsza kandydatka, dzis druga. mialam jeszcze zaprosic dwie, ale sie rozmyslilam. bo tak jak pierwsza dziewczyna tak srednio sie nam spodobala, tak dzisiejsza Nynke od razu nam przypadla do gustu: silny, energiczny glos, iskierki blyskajace z oczu i szybki kontakt z dziecmi.

sobotnia kandydatka byla za spokojna, za potulna – wybralabym ja do niemowlecia, ale nie do moich dwoch zywczykow, za ktorymi trudno nadarzyc. sluchala grzecznie, co mam do powiedzenia, pytan nie miala, do chlopakow zagadywala, ale jakos sie rozmowa nie kleila. zero feedbacku.

dzisiejsza kandydatka od razu skomentowala rowery chlopakow, to, ze pokoje maja tak rozne, ze od razu widac, ze maja inne charaktery (tu mnie zastrzelila! racja, ale ja tego nie bylam swiadoma, ze pokoje chlopakow odzwierciedlaja ich charaktery, a tak rzeczywiscie jest!), od razu zainteresowala sie swinkami i nie mnie, ale Szkraba spytala, jak je rozroznia. zagladnela do Bizona i od razu zaskoczyla, ze Bizon przygotowuje ksiazki na kiermasz, bo wlasnie ceny wypisywal i przyklejal. Szkrab wkroczyl w czapce mikolaja, a Nynke pyta: cos mi sie wydaje, ze masz wiecej takich strojow, zgadza sie? Szkrab od razu poczul sie zachecony do prezentacji wszystkich strojow-przebran, jakie ma:) 

przed chwila wyslalam jej e-maila, ze moze zaczac od listopada. 

a teraz musze poinformowac pierwsza kandydatke, ze jednak nie bedzie u nas pracowac… 

pieniazki kochane…

wczoraj rano Bizon i Szkrab poszli ze szwagierka na jezyny do pobliskiego lasu. przyniesli pol wiadra jezyn.. fajnie, tylko co z nimi zrobic, przeciez tyle nie zjemy… 

Bizon mowi: bedziemy je sprzedawac!

wrocilismy do domu, wyjelam wage, woreczki, dzieci zaczely odwazac po 100 g do woreczkow, luby wystawil im na chodniku przed domem stolik, wczesniej jeszcze napisali na kartonie ”jezyny, 100 g, 50 centow” i zaczela sie zabawa w sklepik:)

nasza ulica jest bardzo spokojna, wiec balam sie, ze nikt nic nie kupi. i rzeczywiscie, wrocilam z zakupami z miasta, Szkrab juz sie pddal i wrocil do domu, a Bizon oznajmil, ze tylko jeden woreczek sprzedal.

luby pojechal zawiezc Szkraba na urodziny do kolezanki, a Bizon wpadl na pomysl, ze bedzie chodzil od domu do domu i probowal w ten sposob sprzedac jezyny. nie bardzo mi sie spodobal ten pomysl, ale postanowilam nie podcinac dziecku skrzydel;) siedzialam ”w oknie” i patrzylam, gdzie Bizon wchodzi i czy wychodzi. tak jak juz kiedys pisalam, nie znam naszych sasiadow… kazdy tu zyje anonimowo… niby nikt sie nie awanturuje, nie widze, zeby ktos pijany chodzil, ale jak kogos nie znam, to nie do konca mu ufam. dlatego troche sie balam o Bizona. ale Bizon szybko sie uwinal: w ciagu pol godziny wszystko sprzedal i w sumie 10 euro zarobil:)

stwierdzilismy z lubym, ze nalezy cos Szkrabowi odpalic bo jednak tez chodzil i zbieral jezyny, a pozniej wazyl i pakowal do woreczkow. Bizonowi oczywiscie ten pomysl sie nie spodobal, ale w koncu wyplacil Szkrabowi 3 euro. 

__________________

wieczorem przyszla kandydatka na nianie. niby fajna, niby sympatyczna, ale czegos nam w niej brakowalo. a ze trudno powiedziec czego, luby stwierdzil: jakos nie lubie ludzi z wylupiastymi oczami…. pokretna logika;) jutro przyjda jeszcze dwie dziewczyny i kogos trzeba bedzie wybrac…

spiesz sie powoli?

czy raczej do woli?

ja twierdze, ze zeby moc zwolnic, najpierw trzeba przyspieszyc.

mialam wscieklo-szybki, bardzo intensywny tydzien, a zwlaszcza jego zakonczenie. bo szef jutro jedzie na wakacje, pozniej na konferencje i nagle studenci sie obudzili i zaczeli zasypywac mnie pracami, ktorych terminy koncza sie, gdy szefa nie bedzie… wiec czytalam, korygowalam, wyjasnialam, pytalam, dyskutowalam, kombinowalam, szlifowalam, rysowalam, zeby w koncu w piatek dopiac wszystko na ostatni guzik, nie byle jak, ale jak najlepiej sie da, zeby szef tylko podpisal i mial ‚to’ z glowy.

wisienka na torcie byly wczorajsze urodziny tescia, na ktore jak co roku, zgodzilam sie przygotowac dwie salatki/ surowki. szkoda tylko, ze urodziny zostaly zorganizowane, nia jak co roku w sobote, tylko w piatek, o 17.00, kiedy to ja jeszcze pracuje, a dzieci maja taekwondo… na dodatek, po takim tygodniu, jak miniony ja slabo nadaje sie do bycia towarzyska, bo zwyczajnie mozg mi odmawia posluszenstwa.

lubemu tez ten piatek srednio sie podobal – co rodzicom z reszta powiedzal…

kiedy nie pracowalam, impreza organizowana byla w sobote. ja tez swoje urodziny zawsze robilam w soboty, bo liczylam sie z tym, ze tesc pracuje… no coz, tesc nalezy do tych osob, ktore uwazaja, ze tylko on w zyciu ciezko pracuje…

moze i ja w takim razie zorganizuje moje urodziny w tygodniu;) a co… tylko, ze w tym roku niestety przypadaja w niedziele;)

dzis sobota – dzien, w ktory zaopatruje lodowke, zamrazarke i odhaczam sprawy typu poczta, szewc, czy zakup tenisowek -sprawy, ktorych w tygodniu zalatwic sie nie da. do tego zawsze w soboty zaliczam bootcamp. a dzis jeszcze zaprosilam jeszcze na rozmowe potencjalna nianie. a tesciowie, u ktorych nocowalismy, dziwia sie, ze mi sie spieszy, ze na lunch nie chce zostac…ze weekend, a ja sie spiesze!

spiesze sie, bo musze. zeby jutro odpoczac, zwolnic, zeby w nadchodzacym tgodniu po pracy sie nie spieszyc, dzis musze zrobic zakupy, przygotowac obiadki i je zamrozic, bo nikt tego za mnie nie zrobi.

tak, zeby jutro zwolnic, dzis musze nadac zyciu tempo. bom ja nie emerytka z doroslymi juz dziecmi.