zle nie mowic

staram sie zle nie mowic o bliznich. szczegolnie w obecnosci dzieci tego nie robie. staram sie mowic tylko dobre rzeczy, ale czasem mi sie cos spontanicznie chlapnie. dzis sasiadka mnie wnerwila i bardzo swiadomie pogderalam na nia do… dzieci. cel byl wychowawczy. zeby im uswiadomic do czego prowadzi lenistwo i brak konsekwencji.

a poszlo o sprzatanie ogrodka przed domem. ogrodek nalezy do sasiadki mieszkajacej na dole, a my i sasiedzi z gory mamy prawo przez niego dochodzic do domu i parkowac tam rowery. od ulicy jestesmy ogrodzeni zywolplotem, ktory musi byc regulanie przystrzygany. sam ogrodek wylozony jest w wiekszej czssci plytkami, wiec tylko od czasu do czasu nalezy powyrywac trawe z pomiedzy plyt. 

gdy wrocilismy z wakacji wszytko bylo pozarastane. bo siasiadka czasu nie ma… bo pracuje na pelny etat i jest samotna matka – to jej argumentacja, ktora od czasu do czasu przewija sie w naszych raczej przyjaznych wymianach zdan. brak czasu sasiadki jest jednak selektywny, bo dla znajomych ma zawsze czas i prawie codziennie ktos ja odwiedza. poza tym, niby jest samotna matka, ale jej synek spedza 3-4 dni tygodniowo u ojca! a ona wtedy baluje zamiast sie za ogrod wziac.

do tej pory ja, luby i dzieci kilka razy ogarnelismy plytki, pozamiatalismy, poucinalismy galezie, zeby mozna bylo swobodnie parkowac rowery. mimo ze oficjalnie oporzadzanie ogrodka nalezy do sasiadki. 

po wakacjach mnie nerw wzial: zywoplot zarosl tak bardzo, ze zeby wejsc/ wyjsc, trzeba bylo sie o niego otrzec, a rano zmoczyc rosa lub kropalami deszczu. wyslalam sasiadce sms-a, zeby sie umowic na WSPOLNE sprzatanie ogrodka. sasiadka zareagowala pozytywnie, ze dzis po poludniu jej pasuje. ok. umowilysmy sie nz 15.00.

i co? sasiadka a to papierosa musiala zapalic, a to picie i ciastka wyniosla, az w koncu powiedziala, ze o 16.00 szwagier ma do niej przyjechac… przyjechalci sasiadka sie zmyla.

ja zostalam. dzieci mi pomagaly, bylo calkiem milo, ale Bizon spytal, gdzie jest sasiadka. no jak to gdzie, ma goscia, jak zawsze. Bizon na to, to czemu my pracujemy, skoro ona poszla. no i tu zaczelam: 

ze jak sie cos zacznie, nalezy to skonczyc. bo tyle sie napracowalismy, ale efektu jeszcze nie widac, podworko nadal jest zasmiecone galeziami, trawa, liscmi. wiec gdybysmy teraz przestali, to cala nasza praca poszlaby na marne.

no tak, mowi Bizon, ale czemu my pracujemy, a sasiadka nie?

bo sasiadka jest leniwa, synku. dlatego. a ja sie brzydze lenistwem. leniwi ludzie daleko w zyciu nie zachodza. widzisz dziecko, ja jak zaczelam studia, to je skonczylam, a sasiadce sie nie chcialo. ja przyjechalam do obcego kraju i mam o wiele lepsza prace niz sasiadka, ktora tu sie urodzila – czemu? bo ja zawsze konsekwentnie wykonywalam swoje obowiazki. 

partner od sasiadki odszedl, bo nie wytrzymal tych tabunow ludzi, ktorzy przewijali sie przez ich dom, brudu, jaki ci ludzie po sobie zostawiali. kiedy partner sasiadki jeszcze z nia mieszkal, ogrodek i ich mieszkanie byly schludne. teraz wszystko jest zapuszczone. czasami dokarmiam kota siasiadki i zwyczajnie brzydze wejsc do jej kuchni… byly partner sasiadki mi powiedzial: odchodze, bo ona zachwuje sie jak nastolatka. i rzeczywiscie, sasiadka, mimo, ze mila osoba, jest infantylna, nieobowiazkowa i imprezowiczka. do mnie mowi, ze jej synek jest dla niej najwazniejszy w swiecie, ale zamiast z nim spedzac wolny od pracy czas, ona ciagle ma znajomych. a synek placze sie pomiedzy nimi, pozuje do zdjec z butelka wina (4-letnie dziecko), ktore to zdjecie jest pozniej umieszczane na facebooku. i sasiadce i jej znajomym wydaje sie smkeszne. dla mnie to zalosne.

i tak sobie pogderalam do dzieci: bez pracy nie ma kolaczy. lenistwem sie brzydze i nie cierpie niedokonczknej roboty. dlatego mimo ze sasiadka poszla, my prace dokonczymy. i dokonczylismy. dzieci towarzyszyly mi przez 3 godziny. powiedzialam im, ze jestem z nich bardzo dumna i w nagrode byla symboliczna wyplata w wysokosci 3 euro. 

roznice polsko-holenderskie

na poczatku swojej emigracji w oczy rzucaly mi sie inne roznice miedzy Holenderami a Polakami  niz teraz, bo do wielu z nich juz przywyklam. np. zycie z kalendarzem w reku. ja kalendarz zaczelam uzywac jakies 3 lata temu, wczesniej mialam jakies tam karteluszki na biurku, ale i tak wiekszosc rzeczy po prostu pamietalam – Holenderzy od najmlodszych lat wszystko planuja, patrza w kalendarz i skrupulatnie zapisuja kazde wydarzenie. ja w ciagu tych 3 lat tak zdemencialam, ze jak by mi ktos komorke ukradl, to bym przepadla. bo tam mam wszystko zapisane;)

na poczatku emigracji bardzo sie meczylam, bo nie moglam zidentyfikowac holenderskiej kuchni, bo jedynym holenderskim daniem jest stampot i snert, o ktorych juz kiedys pisalam, ale ktore to potrawy wcale nie kroluja tak czesto na holenderskich stolach (na ogol w zimie przezywaja renesans). na ogol, gdy ktos mnie zaprosil do domu, jedlismy cos ”z zagranicy”, najczesniej dania jednogarnkowe, z ryzem albo makaronem.

tym razem, na wakacjach zauwazylam kilka nowych roznic. w naszym wynajmowanym domku, w Sztutowie, wszedzie wisialy firaneczki. pierwsze co zrobilismy z lubym (niezaleznie od siebie:D), to poodslanialismy te firanki. w Holandii w domu nie mamy firanek i tam tez od razu nam one przeszkadzaly. a dlaczego? bo mniej slonca wchodzi do domu. domek nie byl ciemny, ale przez te firanki mniej nieba bylo widac:)

kolejna roznica to pozamykane drzwi. u nas drzwi byly od samego rana do wieczora otwarte, nie wazne czy padalo, czy nie. ja zaczynalam od kawy na ganku. i wlasciwie ciagle na tymze ganku przesiadywalam, o ile nie bylismy w trasie. nasi sasiedzi, a domkow bylo w sumie 6, drzwi mieli prawie caly czas pozamykane, a szczegolnie rano i wieczorem i caly dzien, gdy kropil deszcz. naszy sasiadow na ganku nie widzialam! mam wrazenie, ze oni cale dnie w srodku spedzali. tylko dzieci po podworku ganialy, a doroslych widzialam tylko, jak smieci wynosili albo z zakupami wracali.

Co mnie najbardziej zaskoczylo, to ciagle ”dzien dobry”. Tak mnie denerwuje, ze w Holandii ludzie za malo sie sobie klaniaja. Wlasciwie, to klaniaja sie, ale dziwnie, jak dla mnie bez logiki: jedni pozdrawiaja wszystkich wokolo jak leci, czy ich znaja, czy nie: na lewo i prawo ‚hoi, hi, morgen”. Inni, nawet jak mnie znaja, to nic nie mowia, a gdy ja ich pozdrawiam, odpowiadaja tonem, jakby byli zdziwieni, ze im mowie dzien dobry:D. Draznilo mnie, ze dzieci nie sa w szkole uczone, ze pierwsze powinne ulonic sie nauczycielowi i innym rodzicom (koledzy moich dzieci nie mowia mi dzien dobry! – na poczatku mnie to szokowalo, ale podczas wakacji zdalm sobie sprawe, ze juz do tego przywyklam, bo zaskakiwaly mnie dzieci, ktore mi z daleka wolaly dzien dobry! Podobnie sasiedzi, mijajac mnie siedzaca na ganku, glosno i dobitnie mowi dzien dobry. I znow, ze zdziwieniem stwierdzilam, ze mnie to na poczatku dziwilo – zholendrzylam sie! bo ja mijajac domek, nawet na niego nie patrzylam! wiec i nikomu dzien dobry nie krzyczalam… nieladnie… myslac o tym, wylapalam wiec kolejna roznice w polsko holenderskiej mentalnosci: Holender nie zaglada innym na podworko, w okna, na ganek (przynajmniej wiekszosc Holenderow mieszkajacych w miescie, na wsi jest pewnie troche inaczej). Dlatego Holendrzy moga miec olbrzymie okna bez firanek: bo nikt im sie w te okna nie gapi. oprocz mojej mamy:D ona gapi sie bez pardonu i cieszy sie z tego jak dziecko;)

tak wiec, na pierwszego i drugiego dnia zachowywalam sie jak niewychowana gburka;) domki mijalam, z nikim kontaktu wzrokowego nie szukalam i nie nawiazywalam, wiec sie nie klanialam. ale przyklad rodakow szybko mnie wyedukowal i juz po kilku dniach ladnie na lewo i prawo uklony wymienialam;)

no i najwieksza roznica: na plazy. te roznice az luby skomentowal: obstawianie sie wiatrolapaczami:D mnie to smieszylo, a luby z lekkim przerazeniem pytal: czemu ci ludzie tak sie poobstawiali??? no oficjalnie, zeby sie oslonic od wiatru, a nieoficjalnie, zeby miec kawalek plazy dla siebie;) w ostatni dzien naszego pobytu w SZtutowie odkrylismy, ze i w naszym domku byl zestaw do obstawiania sie, co jeszcze bardziej zdumialo lubego, bo to oznaczalo, ze to bardzo wazny sprzet;) 

lubie jezdzic na wakacje do Polski. lubie Polakow. lubie polskie tradycje, swieta, ucztowanie. ale na pytanie wlasciela pobliskiej restauracji, tu w Holandii, czy gdyby tak sypnelo mi malzenstwo, gdybym nie miala dzieci, to czy wrocilabym do Polski, bez wahania odpowiedzialam, ze nie. ja, ktora nigdy z Polski wyjezdzac nie chciala… tu jest moj kraj… stwierdzam to ze zdziwieniem, bez radosci, bez smutku – po prostu przyzwyczailam sie do tego kraju i ludzi w nim zyjacych. 

co mi w Polsce tym razem doskwieralo, to monotonnosc w menu… pewnie w Warszawie, czy Krakowie sa restauracje, gdzie jak sie porzadnie zaplaci, to sie oryginalnie zje. ale szkoda, ze w przecietnej knajpce nadal kroluje ten sam zestaw suruwek, mieso, ziemniaczki lub frytki, no ewnetualnie placek po wiegiersku. juz nawet lubemu, ktory miesozerny jest, znudzilo sie to polskie menu… w Holanii w domach menu jest racej nudne, ale w malych knajpkach staraja sie, zeby to menu urozmaicac. ostatnio jadlam pyszna salatke ze szpinaku z drobno utartym serem, orzechami i sosem z czarnej porzeczki. do tego bruszetki z zielonym i czerwonym pesto. na deser tiramisu z bialej czekolady z wisniami i kawowym posmakiem. i jeszcze wino hiszpanskie z sliwkowym (!) posmakiem. niebo w gebie. za bardzo przyzwoita cene. czemu w polskich knajpkach jest tak monotonnie?

oznaczenia dalej pod psem…

za to Polki… sa piekne. szczuple, zadbane, ladnie ubrane. puszyste Polki tez potrafia o siebie zadbac, tak, ze nie raz gapilam sie i podziwialam:)

 

 

niemiecko polska zupa

wracajac z Polski do Holandii sluchalismy niemieckiego radia. speaker mowi: super Samstag, my slyszymy ”zupaa zamstag” – Szkrab pyta: o jakiej zupie on mowi? o sobotniej zupie:D

pozniej Szkrab wychwytuje ‚jetzt’ i pyta, co to znaczy. smieje sie, ze to znaczy ”jedz zupe”- nawet luby zalapal zart;)

wytlumaczylam dzieciom o co z tym super Samstagiem i jetztem chodzi, a Szkrab filozofuje, jakby to sie Polak z Niemcem na wiezy Babel dogadali: Niemiec spytalby ”super?”,  a Polak by mu zupe przyniosl i powiedzial ‚jedz”, a Niemiec by od razu zupe spalaszowal, bo zrozumialby, ze ma ja jesc teraz… i z takimi jezykowymi potyczkami minela nam podroz.

w Polsce polszczyzna chlopakow sie podszlifowala, choc wpadki bywaly, u dzieci glownie z deklinacja i kalkami: mamo, pomagam dziadku! – wolal Bizon. Albo: ‚mamo, siedze pelny’, czyli ‚jestem pelny, najedzony’. Szkrab jak to Szkrab znowu nowe powiedzonko wymyslil: a co mnie to szkodzi (= a co mnie to obchodzi?). ja niestety tez zaliczylam wpadki… mylilam znaczenie slow podobnie brzmiacych, np. skwer i skwar. Kalki z niderlandzkiego tez mi sie przytrafily. w Holandii na rzezka pogode mowi sie ‚swieza’, wiec i ja, na pytanie, jaka mielismy pogode nad morzem odpowiadalam, ze swieza… z min rozmowcow wyczytywalam, ze cos glupiego mowilam. musze sie pilnowac, bo co raz czesciej czuje, ze slowa nie plyna juz tak spontanicznie, jak kilka lat temu – takie sa konsekwencje mowienia po niederlandzku przez 40 godzin tygodniowo. jak to dobrze, ze moge na blogu swa polszczyzne trenowac i korygowac.

 

letnia wena:)

cos mnie wena na pisanie zlapala:)

wakacje sie zblizaja, wiec i przygotowania poczyniam. fryzjer zaliczony, wszyscy czworo jestesmy na krociotko obcieci:) mojej fryzjerce bardzo bylo szkoda moich ”dlugich” wlosow, glownie grzywy, ktora juz sobie ladnie boczek moglam zarzucac. z wahaniem ciela, co chwile pytala, czy wystarczy, a ja w odpowiedzi wyciagalam zdjecie ze slubu, gdzie na krociutenko obcieta bylam:) w koncu sie poddala i poszla na calosc;) mam najkrotsze wlosy w calym departamencie:D

przed chwila zamowilam ksiazki w internetowej ksiegarni ”za rogiem”, gdzie moj ulubiony sprzedawca poszerzyl asortyment i kawe sprzedaje. taka dobra kawe, ze swiezo mielonego ziarna:) uraczymy sie, gdy pojedziemy ksiazki odebrac:)

chlopakom dresy do ogrodu rodzicow zamowilam.

sobie w sobote przewiewna sukienczyne z cieniutkiego plocienka kupilam i transparentny sweterek mgielke, cobym wieczorami przypadkiem nie marzla.

dzieci u tesciow do piatku… no coz, ja jestem matka kwoka, i mimo cisze uwielbiam i chlone (choc wlasnie sie dosc psychodeliczna Nirvana racze), to jednak nie lubie naszych rozstan. lubie miec dziatwe pod skrzydlami. lubie wieczorem popatrzec jak spia, powachac (tak, ja obwachuje swoje dzieci… dzieci pachna slodkim snem), poglaskac, posluchac co mrucza przes sen. martwie sie o Szkraba, ktory boi sie sam spac, zeby beppe i pake jednak go do lozka wzieli, zeby go na sile nie uczyli spac samemu, zeby mi sie dziecko nocy i snu nie balo. Martwie sie o Bizona, ktory ostatnim razem za malo pil i za malo owocow jadl i skonczylo sie takim zatwardzeniem, ze tesciowa do lekarza jechala, bo bylo podejrzenia wyrostka:/ 

ja bawie swinki:D luby patrzy z politowaniem, a ja… nie ukrywam, ze pokochalam bestie;) odpreza mnie glaskanie naszych swinek, cieszy kazda oznaka oswojenia, zadowolenia, kazde chrukniecie. zauwazylam, ze swinki, tak jak nasze dzieci, sa skrajnie inne. Snoepje jest maly i drobny, bardzo zywotny, jak Bizon;) a Snoetje jest ciezki, szeroki, solidnej postury, troche ociezaly, taki jak Szkrab;) mimo to Bizon wybral sobie Snoetje, a Szkrab tego mniejszego, Snoepje. Swinki oprocz postury, roznia sie charakterami: maly podskakuje (popkcornuje;)), kreci piruety, duzy sobie langsam, langsam, spokojniutko, jemu sie nie spieszy. maly jest bardziej plochliwy, ale strasznie ciekawski i dowcipny. Snoetje za to najbardziej interesuje jedzenie i z mniejszym sie dzielic nie lubi. Obydwaj uwielbiaja natke pietruszki i sie o nia kloca: Snoetje, ten duzy, lapie natke w pyszczek, podnosi glowe do gory, obraca na bok, a Snoepje, ten maly, probuje mu natke wyrwac. Takim zabawom towarzysza kwiki, ktore uwielbiam;) Luby podsumowal, ze tak najbardziej to ja sie swinkami ciesze;) Cos w tym jest. Lubie zwierzeta i nie ukrywam tego.

W piatek pojedziemy odebrac dzieci, a zawieziemy tesciom swinki. I przyznaje sie bez bicia, za swinkami tez bede tesknic:DDD

 

 

 

Gosc!

tydzien temu przybyl do naszje parafii ksiadz ”goscinny”, czyli zastepujacy naszego proboszcza, ktory wyjechal na wakacje. pisalam juz, ze tak juz jakos jest, ze jak sobie na czlowieka popatrze, to wiem, czy go lubie, czy szans na to nie ma (choc nawet jak nie ma, to staram sie te szanse zawsze dac;)). na ksiedza popatrzylam, posluchalam i po godzinie wiedzialam: fajny gosc.

i zaprosilam go na obiad:D pomyslalam, ze on tu obcy, sam na obczyznie, bo z Polski przyjechal, wiec chcialam, zeby poczul sie mile widziany.

ksiadz z radoscia przyjal zaproszenie i wczoraj po mszy przyszedl.

nie zaskoczyl mnie: radosny, pozytywny czlowiek, z ktorym od razu sie zaprzyjaznilam. ksiadz smial sie niczym rozbojnik, rubasznym smiechem z historii jezykowych typu: kom maar (=chodz tu)  -> gdzie ten komar?, kulinaria chwalil, w kuchni mi chcial pomagac, dzieciom kazal najpierw porcje nakladac, taki swojak.

w czasie rozmwoy ksiadz pyta gdzie na wakacje jedziemy. do Sztutowa. Okazalo sie, ze ksiadz pochodzi ze Sztutowa, jego tato i macocha tam mieszkaja i sam ksiadz bedzie tam tym okresie, kiedy my przyjedziemy! tak wiec juz na kawe jestesmy zaproszeni. 

ksiadz pyta u kogo bedziemy nocowac. a u pani Oli. okazuje sie, ze to dobra znajoma ksiedza, ponoc wspaniala osoba, a tato ksiedza robi dla niej koszyki wiklinowe! dla nas tez zrobi. tak wiec oprocz kawy w Sztutowie, bedzie na nas czekal tez koszyk wiklinowy (o ktorym juz od jakiegos czasu myslalam):D

i tak rzuce klasyka: gora z gora sie nie zejdzie, a czlowiek z czlowiekem sie zawsze zejdzie. mimo ze swiat taki wielki nam sie wydaje. 

 

co ciekawe, ksiadz do mnie ciagle Aniu, Aniu, Aniu, mimo ze ja zadna Ania! wiele osob tak sie myli i wszyscy mylacy mowia jednoglosnie, ze do mnie imie Ania pasuje i juz! rodzice rzeczywiscie zastanawiali sie nad Anna, ale w koncu nia nie zostalam.

pamiec wybiorcza

jakis czas temu luby zostal zaproszony na przyjecie slubne swojej doktorantki. zaproszenie mial przyniesc do domu, od miesiaca je nosi i nie przyniosl. dzis rano pytam lubego, kiedy ta impreza, on nie wie, ale chyba…10 lipca. uswiadamiam mu, ze to dzis. o kurcze, luby sie lapie za glowe.

w pracy wszyscy na wakacjach, umowilam sie z lubym na lunch w naszej kantynie. a co z prezentem, pytam lubego. jakim prezentem? dziwi sie luby. no na slub twojej studentki. luby jeczy, o kurcze, musisz mi o tym przypominac??? bo luby nie ma ochoty isc. i juz zdazyl sobie zapomniec.

przychodze do domu i pytam, o ktorej zaczyna sie to przyjecie. nie uwierzycie, ale luby patrzy blednym wzrokiem, o co mi chodzi… moje teatralne przewrocenie oczami zmusza go do wytezenia mozgu, w stresie adrenalina dziala, wiec sobie przypomina, o jakie przyjecie pytam. ale luby nie wie, gdzie, o ktorej… a zaproszenie ma oczywiscie w szpitalu.

smsuje kolzanke, ta mu podaje adres i godzine.

luby pyta, czy mamy w domu jakas koperte… a mi juz rece opadaja. czlowieku, przeciez ty mieszkasz w tym domu! pytam przewrotnie Szkraba, czy wie, gdzie sa koperty. Szkrab wie. luby i Bizon nie. 

luby chce do koperty banknot wsadzic, ale oczywiscie nie przyszlo mu wczesniej do glowy, zeby wyjac kase z bankomatu. masz cos, pyta. nie, zaplacilam niani i mam moze 2 euro w drobniakach. luby, jako, ze w piatek przylecial z Anglii znajduje w portfelu banknot funtowy. rechocze, ze zrobi zart studentce. no dobra, mozna i funty dac w prezencie. luby chowa banknot do koperty, koperte chowa do spodni i wychodzi.

za chwile wraca, bo sie okazuje, ze plame na spodniach. zmienia spodnie i jedzie na impreze.

ja skladam pranie w sypialmi i co widze na lozku? koperte z funtami… luby pojechal bez prezentu…

czy ktos sie dziwi, ze czasami nie wytrzymuje nerwowo i dre gebe? bo ja, mimo ze meza mam dobrego, podziwiam sie za cierpliwosc i rozgrzeszam sama siebie za wszystkie zlosci wobec lubego.  

——————————-

a teraz siedze i kwicze ze smiechu:D skonczylam pisac, dzwoni luby, wystraszony pyta, co sie stalo. bo oczywiscie dzwonilam, zeby go zawrocic, zeby jednak wzial te koperte. luby jednak nie slyszal telefou, a teraz odkryl, ze dzwonilam 4 razy i spanikowany pyta, co sie stalo. bo jak ja dzwonie, to na ogol cos sie dzieje. mowie lubemu, ze zapomnial koperty. luby uspokaja mnie, nieee, wzialem, juz dalem. luby, mowie, jak to dales. mam w rece koperte z funtami, ktore przygotowales! luby dalej uparcie twierdzi, ze dal koperte. moze i dales, ale nie ta z funtami. pusta dales!!! siedze i kwicze:D

opieka i nadopiekunczosc

gdzie jest granica miedzy opieka a nadopiekunczonscia, miedzy pozwalaniem dziecku na usamodzielnianie sie a olewajstwem, miedzy wyrozumialoscia a rozpieszczaniem? tak trudno te granice znalezc…

o tym pogadalam dzis z kolega (dziadkiem juz) podczas lunchu.

zaczelo sie od tego, ze powiedzialam mu, ze nianie prosilam o dwie rzeczy: zeby z dziecmi nie wybierala sie nad wode i zeby nie jezdzila z nimi po miescie na rowerze. kolega to zrozumial, ale kolezanka, ktora mi nianie znalazla, byla zdziwiona…byla tez zdziwiona, gdy powiedzialam jej, ze ja sama z dwojgiem dzieci nigdy nie ide nad wode czy na basen, bo zwyczajnie boje sie, ze jak jeden pojdzie w lewo, a drugi w prawo, to strace ich z pola widzenia, a nad wode chce dzieci widziec caly czas. bo c roku dzieci tona…

a z rowerem… ciagle pamietam, jak to przyjechalam do Holandii i zaczelam jedzic po miescie. to jest zupenie inna jazda niz rekreacyjnie, tu sa ronda, samochody, autobusy i tlumy rowerzystow. jazdy w takich warunkach trzeba sie nauczyc. i wiem, ze niania z dziecmi nie potrafila by jechac, tym bardziej, ze Szkrab lubi sie wlec, Bizon pedzic i trzeba miec na chlopakow rozne sposoby. 

czytam dzis o tragedii rodzicow, ktorzy corke na lekcje j. angielskiego wysylali do prywatnej szkoly i dziewczynke w przerwie przejechal tir. rodzice sa wciekli na szkole i chca wyciagnac konsekwencje. pierwsze co mi do glowy przychodzi, to co im to da? dziecka im nie odda. ale poza tym, dziwie sie, ze wczesniej, zanim wyslali dziecko do szkoly nie sprawdzili, jak bezpieczna jest ta szkola. szkola jezykowa byla przy ruchliwej ulicy… szkola moich dzieci tez. dlatego pierwsze co spytalam, to jak chronia dzieci przed wybiegnieciem na ulice: w czasie przerwy zamykaja bramke na klucz, a po szkole nauczycielka stoi przy bramce i wypuszcza tylko te (mlodsze) dzieci, po ktore przyszli dorosli opiekunowie. 

rodzice dziewczynki placza, bo oni nie wiedzieli, ze jakies przerwy sa. zajecia od 17-19 i oni mysleli, ze przerwy nie bedzie??? to oni nie wiedza, ze dzieci ciurkiem 2 godzin nie wysiedza? nie pytali corki, jak wygladaja zajecia??? 

tragiedia straszna i rodzicom bardzo wspolczuje,. i rozumiem, ze maja zal do szkolym ze dzieci w czasie przerwy nie pilnowali. ale nie rozumiem, dlaczego wczesniej nie zbadali, jak sie ma opieka w tej szkole. a okazuje sie, ze szkola, jako ze prywatne, nie podlega kuratorium, wiec np. kontroli bezpieczenstwa kuratorium tam nie przeprowadzalo… 

u nas jeszcze jeszcze sprawa samodzielnej zabawy na placach zabaw. ja moich chlopakow samopas nie puszczam. mieszkamy w na tyle duzym miescie, ze wszyscy sa anonimowi. sasiedzi nie znaja imion moich dzieci, nawet nie wiem, czy sasiedzi z naszej ulicy wiedza, gdzie dokladnie miekszamy. sama nie potrafie dokladnie wszystkich zlokalizowac, tylko wiem, ze niektorzy mieszkaja gdzies na poczatku lub na koncu ulicy. rozni sa tu rodzice i dzieci. Jedni rodzice dzieci ”hoduja” a inni wychowuja. roznice wychodza na placach zabaw. juz nie raz widzialam dzieci niszczycieli – agresorow. i dlatego boje sie puszczac moje dzieci samopas. bo nie wiem, czy ktos ich nie skatuje, nie ukradnie im rowerka. ostatnio na plazy, chlpaki zostawily wiaderko nad brzegiem i przyszli na koc sie napic. dwie dziewczynki szybko przejely wiaderko. powiedzialam do Szkraba, idz, wez to wiaderko, bo zaraz z nim gdzies pojda i juz go nie znajdzies. Szkrab wrocil i powiedzial, ze one mowia te to ich wiaderko. Wyslalam wie Bizona. Bizon po prostu wzial wiaderko do reki i zaczal isc w strone koca. Dziewczynki zaczely go wyzywac i rzucac w Bizona blotem… widzialy, ze nie jest sam, ze idzie do rodzicow, a mimo dokuczaly mu. luby zareagowal. rodzice tych dziewczynek nie.

kiedy odwiedzilismy tesciow na campingu tesc zaprowadzil chlopcow za plac zabaw. i wrocil. ja wstalam, spytalam, gdzie ten plac zabaw i podyndalam. oczywiscie tesc przekonywal mnie, ze tu jest bezpiecznie. ale jak sie go spytalam, czy zna tych ludzi, ktorzy wokol mieszkaja, czy zna ich dzieci, to oczywiscie nie znal. to jak on moze mowic, ze tu jest bezpiecznie??? na szczescie luby i tesciowa podzielaja moje zdanie: co innego wioska, gdzie kazdy sie zna, a co innego miasto, camping.

gdy bylam dzieckiem, jezdzilismy na wczasy. moja mama zawsze szla ze mna do toalety. nadopiekunczo. inne mamy nie. podczas naszego turnusu 4-letnia dziewczynka utopila sie w toalecie… (byly to drewniane deski z wycieta dziura). w czasie kolejnego turnusu, w tym samym miejscu facet zgwalcil 6-letnia dziewczynke i udusil. pechowy sezon, mowiono. czy pechowy? nie bylby pechowy, gdyby rodzice szli z dziecmi do toalety. ja stoje pod meskimi toaletami i prawie, ze czas odmierzam, gdy chlopaki sami ida sikac. i jeszcze kukam miedzy drzwi, jak jakis pan wchodzi / wychodzi. bo ja nie wiem, kto tam jest.

32 lata temu w grudniu, tuz przed Bozym Narodzeniem poszlam na spacer z ”kolega”. kolega nazwalam mlodego mezczyzne, ktory byl pod wplywem alkoholu. mimo ze mama tysiace razy powtarzala mi, ze z obymi nie wolno mi sie zadawac, ja poszlam. najwyrazniej ”kolega” wydal mi sie godny zaufania. szlam z nim w strone lasu, kilkanascie metrow od domu moich rodzicow. mame cos tkenlo i poprosila tate, zeby sprawdzil co robie. tato mie na podworku nie znalazl, wiec wyjrzal na ulice. w ostatniej chwili, na skraju lasu zauwazyl jaskrawoczerwony daszek od mojej kurtki. reszty nie widzial, bo dzien byl pochmurny. pognal sprintem. mnie kazal isc do domu, a sam… nie wiem, co zrobil, ale mama po latach powiedziala mi, ze ten facet mial noz i grozil tatowi… rodzicom wydawalo sie, ze jestem rozsadnym dzieckiem. i bylam. pilnowalam mlodszego brata, robilam zakupy, zawsze oddawalam reszte z zakupow. i co z tego. mialam 6 lat. i rozum 6-letniego dziecka. to byla nauczka dla moich rodzicow. i dla mnie tez. nigdy nie zostawiam chlopcow samych. bo to sa tylko dzieci.

Bizon czesto pyta mnie, kiedy pozwole mu samemu bawic sie na placu zabaw, bo jego koledzy moga… a ja mysle, ze predzej moje dzieci wyrosna z placu zabaw, niz ja im pozwole tam chodzic beze mnie lub lubego.

no i jeszcze o rozpieszczaniu. mama kolegi Bizona dziwi sie, ze mimo ze place za swietlice, to place tez niani. ona swoich chlopcow wysyla do swietlicy, bo sa tam SUPER zajecia, bo w czasie wakacji swietlica dziala na zasadzie pol kolonii. pytam ja, a o ktorej musza twoi chlopcy wstac. no,o 6.45. no wlasnie. a moi wstaja o 8.15… nie chce ich budzic. niech spia. niech czuja, ze maja wakacje. niech chociaz przez te 6 tygodni nic nie musza. czy to jest rozpieszczanie? jesli nawet, to moja mama tak samo mnie rozpieszczala. i nie jestem rozpieszczona, leniwa, ani roszczeniowa. wiem, ze jest czas pracy i odpoczynku. nie tylko dla mnie. ale tez dla dzieci.

jak to regul nie ma

mam do chlopcow nianie na wakacje. bule za swietlice (bo mamy roczny kontrakt), ale bule tez za nianie, bo chce, zeby chlopaki sie wyspaly, wypoczely, robily to, na co maja ochote, a nie to co pani w swielicy im kaze, czyli zeby mieli takie wakacje, jakie ja zawsze mialam.

niania napatoczyla mi sie przypadkiem. kolezanka, ktora widze raz na ruski rok, dorwala mnie pod kosciolem i spytala, czy niani na wakacje nie potrzebuje. potrzebuje:) kolezanka opiala nianie, jaka to super dziewczyna – miala miec 18 lat. OK, zgodzilam sie.

w sobote kolezanka dzwoni, czy wiem, gdzie jest jakas fajna plaza – wiem, wlasnie sie na nia zbieralismy. to ona dojedzie z nasza niania. dobrze, to sie poznamy. poznalysmy sie. i zaczelam watpic… bo niania okazala sie byc niesmiala dziewczynka, co to ”niedlugo” skonczy 17 lat. szczuplutka, malutka, delikatna. boi sie zwierzat, wstydzi sie lubego, do mnie caly czas ”tak, prosze pani”… mowila, ze doswiadczenie z dziecmi ma, bo siostrzencow bawila, co to 2-3 latka maja. hm… 2-3 latka a 7 i 9… roznica jest spora.

ale ze wyjscia nie mialam, postanowilam zaryzykowac. i co sie okazuje? chlopaki to (prawie) prawdziwi dzentelmeni. dziewczynka jest cicha i delikatna, to i oni probuja byc przynajmniej delikatni:D co prawda w pn, gdy przyszlam z pracy, dziewczynka z wielkimi oczami i przejeciem powiedziala, ze chlopcy sie troche poklocili i nawet pobili…. a niech sie tluka, mowie, grunt, zeby w stosunku do Ciebie grzeczni byli. bo co ja poradze na to, ze moje dzieci od czasu do czasu musza sie poklocic i pookladac? jak jestem w domu, to ich wysylam do ich pokojow, a za 5 minut juz chca sie razem bawic;) wyrosna z tego. 

ale wracajac do regul i niani. teoretycznie, ta 16-letnia jeszcze dziewczyna zupelnie nie pasuje mi na nianie. praktycznie… jest super. i w badmintona z chlopakami pograla, i ksiazke im poczytala, i statki z papieru porobila – widze, ze sie nimi zajmuje, a nie tylko ich pilnuje. do tego wczoraj, jako ze Bizon sobie dluzej pospal i nie mialam jak poscielic jego lozka, niania to zrobila. pizamke ladnie pod poduszka poskladala. w pn przepraszala, ze naczyn nie umyla, bo nie wiedziala, ze gdzie jest gabka. dzis wiedziala, wiec jak przyszlam z pracy, kuchnia byla czysciutka. 

nie place jej za sprzatanie, wiec tego nie wymagam. a jednak… zrobilo to na mnie pozytywne wrazenie.

i tak po 3 dniach wakacji pomyslalam o Magdzie, naszej bylej niani, ktora pilnowala chlopcow gdy zaczelam pierwsza prace. to ja po niej musialam kubek po kawie z pokoju do kuchni wynosic i zmywac… bo zostawiala, a to na parapecie, a to kolo TV…  Magda, mimo 30-letnia, pewna siebie, postawna, byla mniej gospodarna niz obecna dziewczynka. pamietam, jak posciel wynioslam rano na balkon, bo byl piekny sloneczny ranek. po poludniu zaczelo padac. Magda nie wpadla na pomysl, zeby ta posciel sciagnac. nasza obecna niania sciagnela dzies moja sukienke i sweter z balkonu, bo zaczelo padac…

Pytam chlopakow, jak im sie niania podoba – sa zadowoleni. Bizon jest na ogol zadowolony, ale Szkrab to typ malkontenta (na szczescie z poczuciem humoru:)) i na ogol musi sobie pomarudzic. ale na razie Szkrab jeszcze nie narzekal! Pewnie dlatego, ze niania jest bardzo ladna dziewczyna:DDD a przy okazji, widze, ze Szkraba bardzo ciagna takie ”delikatne”, dziewczece dziewczynki, jak obecna niania. Magda byla chyba zbyt chlopieca, twarda – ona dogadywala sie swietnie z Bizonem.

i tak to 16-letnia niania o posturze dziewczynki okazala sie byc lepsza niania niz 30-letnia kobieta. 

po 10 latach!

wczoraj, po rozwno 10 latach, kupilam sobie bikini:) doszlam do wniosku, ze kazdy ma jakas tam oponke – a ze ja mam trzy… na szczescie dosc male.

bikini kupilam w tempie lubego kupujacego garnitur: w 10 minut. swiadomie poszlam do sklepu w bocznej uliczce, gdzie malo klientow, dzieki czemu pani sprzedajaca bielizne miala czas, zeby dobrac mi odpowiednia gora. weszlam, powiedzialam, czego mi trzeba, pani spojrzala na mnie i spytala: 70E? eeee, taaak… pierwszy raz mnie ktos tak szybko i jednoczesnie trafnie ocenil. pani tez od razu wiedziala, jaki model gory potrzebuje: gleboki. 

nad majtkami troche podebatowalysmy, bo ja najchetniej majty do pach bym zalozyla, zeby oponki w nie upachac, ale pani powiedziala tak: nich pani pojedzie na plaze, w tych plytkich majtkach, przejdzie sie, rozejrzy i docenia swoja figure.

i tak zrobilam. i nieskromnie mowiac, docenilam swa figure. tzn. figure taka sobie, jaka ma 80% matek w moim wieku. ja sie podbudowalam…. moldszymi dziewczynami;) i nie mam na mysli tylko otylosci. chodzi o jakosc skory, umiesnienie. widzialam mlode, szczuple dziewczyny z galareta na podudziach, z obwislymi posladkami i trzesacymi sie (plaskimi!) brzuchami. tak, nikt nie ma figury idealnej. o ile nie jest wyretuszowana na zdjeciu modelka.

a przy okazji ciesze sie, bo w koncu znalazlam sklep, gdzie bede wracac – po biustonosze. bo pani sprzedajaca mnie juz kupila:)

Szkrab mnie rozbawil: byla na plazy dziewczyna w bardzo ladnym, oryginalnym bikini: dol jakby spodniospodniczka, gora tez fikusna i do tego w wesole zygzaczki. stroj i dziewczynka (tez bardzo ladna blondyneczka, z fikusnie upietym warkoczem wokol glowy) od razu przyciagnely moja uwage. i nie tylko moja. ile razy Szkrab przechodzil kolo tej dziewczynki ogladal sie za nia i gapil bez pardonu:D Bizon oczywiscie nic nie zauwazyl – dla niego dziewczyny moga nie istniec. Szkrab… to bedzie kochas;)

chorzy rodzice

kilka lat temu kolezanka opowiadala mi jak jej mama nie moze pogodzic sie z demencja swojej mamy (babci kolezanki): denerwowala sie, ze jej wlasna mama, kiedys kobieta blyskotliwa, madra, alfa i omega, teraz nie pamieta, czy dzis jadla czy nie, podrywa wlasnego syna i przez okno wyrzuca zelazko. wtedy juz do mnie dotarlo, ze rzeczywiscie, inaczej opiekowac sie dzieckiem, a co innego zajmowac sie swoim rodzicem tak, jak by byl dzieckiem.

dzis przyszla nasza pielegniarka, Tity, mlodsza ode mnie prawie o 10 lat, poplakala sie, bo jej tato w niedziele mial wylew i w ciagu kilku godzin zniedoleznial. jej tato kochany, ktory jeszcze kilka dni temu swobodnie chodzil, mowil, pelny energii planowal wakacje. dzis nie potrafi sam z lozka wstac, a jak sie go posadzi, to leci na boki. ze w kolko powtarza to samo, bo nie pamieta, ze wlasnie to powiedzial. ze sika bez kontroli. Tity powtorzyla slowa mojej kolezanki: trudno sie pogodzic z faktem, ze rodzic niedoleznieje.

jak ja sie ciesze, ze moi rodzice sa jeszcze sprawni. widze, ze juz sil mniej maja niz 10 lat temu, ale przynajmniej sa sprawni umyslowo i fizycznie. mnie oprocz leku, ze kiedys beda niedolezni smuci jeszcze fakt, ze ja nie bede mogla ot tak wsiasc w samochod, zeby co kilka dni ich odwiedzic, umyc, zawiezc do lekarzy. ktos obcy bedzie sie nimi zajmowal…