rzuc go dziewczyno…

dzis od rzeznika wyszlam ze sciskiem zoladka i bolem glowy. mimo ze sytuacja nie dotyczyla mnie bezposrednio, zatrzeslo mna. kolo mnie stala para, chlopak i dziewczyna. zastanawiali sie, co kupic na grilla. on mowi: 

-wezmiemy te kielbaski i tamte.

ona:

– wez tez steka, bo ja nie lubie kielbasek

on:

– ale te kielbaski sa swietne, od rzeznika, nie takie, jak z supermarketu

ona:

– ale ja nie lubie kielbasek i nie bede ich jesc

on:

– to ile wziac tych kielbas: 8 tych i 8 tamtych?

ona: 

– nie wiem, ale mnie nie wliczaj, bo ja ich jesc nie bede.

on: 

– zamknij sie!

ona nic nie mowi. za to ja sie wymownie na niego popatrzylam. on oczywiscie nic nie zauwazyl, ona tak…

on:

– wezme te i te – mowil tak, jakby sie przed chwila do niej chamsko nie odezwal.

ona:

– dla mnie wez steka.

on:

– jak ja przygotuje te kielbasy, beda ci smakowac

ona:

– nie, ja nie jem kiebas…

nie wiem, jak sie dyskusja zakonczyla, bo ja zakupy skonczylam i wyszlam ze sklepu. strasznie ze soba walczylam, bo mialam ochote jej powiedziec: rzuc tego chama! moj maz przez 10 lat malzenstwa nie powiedzial do mnie ”zamknij sie”! jemu tez chcialam pare ostrych slow powiedziec. ale nie powiedzialam… co ja sie bede w cudze zycia mieszac. mam nadzieje, ze dziewczyna na oczy przejrzy i faceta rzuci, a sama sie tylko moge cieszyc, ze ja szczescie mialam: jednego takiego typa sama rzucilam po 3 latach udreki, a drugi taki typ sam mnie rzucil, po 3 miesiacach ”chodzenia”, za co mu jestem bardzo wdzieczna. 

w glowie mi sie nie miesci, ze mozna sie o kielbaski klocic…

3 opryszczki…

zatoki, katar i trzy opryszczki. i okres na dokladke.

ciagle mi sie wydaje, ze mam goraczke i ciagle mi wychodzi 35,5… ktos zwariowal, albo ja, albo termometry. nawet rteciowy odmowil wspolpracy; nic nie nabija. 

jestem taka wymeczona tymi wirusami…

zarloki

nasze swinki nie sa jeszcze calkowicie oswojone. jedna nadal zwiewa, jak czuje, ze sie ja chce na rece wziac, druga nie ucieka, ale jak ja na podlodze postawie, to stoi, zamiast biegac… po moim doswiadczeniu z chomikami, ktore byly szybsze od swiatla, jest to wielkie zdziwienie, bo ja myslalam, ze wszystkie gryzonie to sprinterzy. 

ale apetyty im sluza:) juz wiem, co im smakuje (najbardziej jablka, salata i marchewka) i czego nie tkna: selera i… bagietki (bagietke demonstracyjnie wyrzucily z klatki;)). no i sianko idzie jak woda. 

zaczynaja sie powoli bawic, cos tam do siebie chrumkaja, ale nas jeszcze nie zaszczycily zadowolonym pomrukiwaniem i z reki jeszcze jesc nie chca. 

wypuszczamy je dwa razy dziennie, zeby pobiegaly (ale siedza w kaciku przytulone do siebie) i oczywiscie zadaza sie ”niespodzianki” – twardze i wodniste. wielka radosc dla chlopakow! lataja zachwyceniz papierem i zbieraja, scieraja i michy ciesza. tak, glaskanie jest nudne, ale zbieranie kupek jest super atrakcja;)

Szkrab bardziej garnie sie do pomocy, choc jak sie Bizona poprosi, to tez pomaga. 

ja natomiast sie relaksuje przy tych swinkach:D przed chwila skonczylam korekte raportu studentki. zawartosc raportu byla wczesniej przedyskutowana z moim szefem, bo ja bylam na kursie. no i niestety, szef, mimo ze madry facet, logike ma prosta jak sznurek w kieszeni… i to wlasnie bylo w raporcie. troche sie zirytowalam, bo to, ze szef pokrecony, nie znaczy, ze studenci nie moga samodzielnie myslec i tej logiki nieco wyprostowac. wiec sie wnerwilam, tym bardziej, ze samam musialam sie naglowic, jak temat ugryzc.

poglaskalam swinke i sie odprezylam:) choc swoja droga, pol tabliczki czekolady tez przy okazji myslenia wtrzachnelam…

jutro czekaja mnie ”atrakcje” na kempingu – jedziemy z wizyta do tesciow, ktorzy sa na wakacjach. pogoda kiepska, zimno (na wieczor wlaczylam ogrzewanie…), mokro, Szkrab zasmarkany, ja kaszlaco-zasmarkana. nie mam ochoty nigdzie jechac. ale tesciowie jak dzieci – jak sie obiecalismy, ze trzeba przyjechac. szkoda, ze nikt nie pamieta, jak mowilam, ze wszystko zalezy od pogody… ech… moze bedzie fajnie….

 

nauka jazdy

czlowiek uczy sie przez cale zycie. ano, uczy… prawie skonczylam kurs statystyki medycznej i przyznam, ze sama statystyka zaczela mi sie podobac, ale glowa mi ekspolduje od ilosci wiedzy, ktora musze jeszcze ulozyc i nabrac bieglosci w jej wykorzystywaniu.

a od przyszlego tygodnia bede sie uczyc jezdzic… duzym samochodem:D niestety, nadszedl czas, ze trzeba pozegnac naszego przytulnego polka. chlopaki urosly juz tak, ze ich ubrania pakowane w podroz wakacyjna z pewnosci nie zmieszcza sie juz do jednej walizki. konczyny tez sie juz powyciagaly i nadal rosna… mi juz tylko bruch rosnie, ale niestety widze, ze kolana i biodra, mimo regularnych cwicen, zle znosza kilkugodzinny bezruch i czasami dobrze byloby zwyczajnie wyciagnac nogi.

na dodatek slyszymy, ze polus zaczyna sie starzec i np. skrzynia biegow nie dziala juz tak gladko jak pol roku temu. dlatego zaczelismy sie rozgladacza czyms nowym. naszym faworytem bylo volvo V40… ladne, sportowe, zgrabne autko. ale niestety, za male. i zaczal sie problem. bo nam sie podobaja male samochody… z duzych to jeszcze nam sie volvo V60 podobalo, ale jak wsiadlam, to stwierdzilam, ze w lusterku wstecznym prawie tylu nie widze, takie to-to dlugie. 

w koncu jednak udalo nam sie znalezc duza machine(oczywiscie wielkosc to rzecz wzgledna;)), ktora nam wizualnie (i nie tylko) przypadla do gustu. odbieramy za tydzien. a ja juz sie stresuje, jak ja tym samochodem bede jezdzic. i parkowac!!! tak, zamiast skakac z radosci, ja sie stresuje…. i jeszcze tym, zeby nam w Polsce, w czasie wakacji nikt samochodu nie ukradl:/ bo polka to nikt by nie chcial;)

szalenstwo wakacyjne

jakies fatum wisi nad Jastrzebia Gora. niby sie dogadalam co do terminu, a dzis dostalam emaila, ze jednak w tym czasie, kiedy mi zalezalo, domki sa juz zajete. 

zaczelam wiec wydzwaniac i okazalo sie, ze… wiekszosc domkow letniskowych jest juz zarezerwowana na caly lipiec… troche mnie rozpacz ogarnela, bo bardzo sie juz nastawilam na te wakacje. zalezalo mi, zeby zwiedzic Kaszuby i jednoczesnie wygrzac sie nad Baltykiem, wiec wydzwonilam chyba wszystkie mozliwe domki letniskowe w tym rejonie. Niestety, zostaly tylko pokoje albo kampingi bez lazienki (tzn. z lazienka zewnetrzna). no coz… nie te lata;) jeszcze 11 lat temu zgodzilam sie na taki campingowy nocleg, ale juz wtedy wnerwiala mnie fruwajaca plastikowa kurtynka od prysznica, ktora przyklejala sie do mnie za kazdym razem, gdy ktos wszedl do wspolnej lazienki i zrobil przeciag. nigdy wiecej wspolnych prysznicow. jestem za stara, za wygodna, za leniwa i pamiec mam juz zbyt kiepska, wiec  pewnie zapomnialabym mydla, albo co gorsza recznika i zamiast sie zrelaksowac, to tylko bym klela.

majac 38 lat nastawiam sie na komfort, czyli lazienka w srodku, tylko i wylacznie na mnie i mojej rodziny.

pokoj tez mi sie nie usmiecha, bo spanie z naszymi dziecmi, we czworke w jednym pokoju jest upierdliwe: wieczorem chcemy sobie dluzej poczytac, winko skonsumowac, a rano dzieci wstaja ze wschodem slonca i nam sie nie daja wybyczyc. 

na dodatek, moze w tym roku dojedzie moj brat na kilka dni i w takiej sytuacji jeden pokoj to zabojstwo.

stad jedyna opcja jest domek. ale co zrobic, jak wszystko zarezerwowane? – szukac w ”dziurach”. udalo mi sie znalezc domek w Sztutowie (czy ktos slyszal o tej wsi???). super nazwa dla lubego:DDDD

oprocz tego studio w Stegnie. i wahalam sie… Stegna wieksza, studio ladne, okolica ladna, blisko do plazy… 

dlaczego jedna bardziej necila mnie wies??? chyba dlatego, ze sobie z wlascicielem pogawedzilam. byl zainteresowany wiekiem dzieci, skad bede jechac, powiedzial, ze byl w Holandii, spytal, czy znam Pomorze, zareklamowal to, o czym marze: spokoj. do tego domek jest przy galerii, gdzie mozna nacieszyc zmysly… i jeszcze ten mily, spokojny glos. 

pokazalam lubemu zdjecia domku i studio. luby od razu zdecydowal: domek. 

i tak to wlasnie z lubym ze mna jest: choc sie roznimy, to jednak w takich sytuacjach, niezaleznie od siebie, wybieramy to samo. podobnie z ludzmi: jesli ktos mi sie spodoba, to i luby go polubi; jesli ktos mi od pierwszego spojrzenia nie pasuje, to i luby bedzie mial alergie do takiej osoby;)

i jeszcze sprawa gosci… wspomnialam lubemu, ze moze moj brat by na 3-4 dni dolaczyl… lubemu to pasuje. ale w takim razie, moze jego siostra by tez mogla dolaczyc??? NIE. bo szwagierka nie dolaczy na 3-4 dni, tylko na caly tydzien, bo szwagierka ma plaski jak deska brzuch, dzieci nie rodzila, wiec nie ma rozciagnietej skory, a ja tak! i jak ja mam sie zrelaksowac na plazy to bez szwagierki. moj brat to moj brat. a szwagierka to obca baba. wrrr. no i te 7 dni… nie, nie i nie. nie chce przez caly tydzien moich wakacji silic sie na uprzejmosc. inne mam zainteresowania niz szwagierka i np. windsurfing czy narty wodne nie sa mi do szczescia potrzebne. mi potrzebny jest sw. spokoj, czyli plaza, piasek, wiaderko i woda. a szwagierke nosi, jak mnie 11 lat temu, kiedy jeszcze dzieci nie mialam;) tak wiec NIE. zadnej szwagierki. moj brat i owszem;)

jeszcze o prezencie; i o zakupach

poszlam w piatek obudzic Bizonka (ostatnio chlopaki sa tak wymeczone, ze rano musze ich budzic! – nie przypuszczalam, ze sie kiedys doczekam;)), ospiewalam mu sto lat, podroczylam sie z nim, ze zmarszczki widze i siwego wlosa na niby znalazlam. Bizon zazyczyl sobie kasze manne z truskawkami, wiec byla. i… ani razu nie zapytal o prezent! bylam pod wrazeniem. cieszyl sie, ze skonczyl 9 lat, cieszyl sie, ze sa nalesniki na poczestunek w szkole, ze ciocia po poludniu przyjedzie, ze snoepjes (zelki) na taekwondo kupilam i tyle. ani razu nie spytal o prezent. 

__________________

w zeszlym tygodniu dostalismy kartke z ulubionego (i jedynego sklepu) lubego z odzieza meska. byla to kartka z informacja, ze dzis miedzy 8.00-11.00 bedzie mozna kupic odziez letnia z znizka 40%. w zeszlym tygodniu luby podarl na rowerze swoja wiatrowke:/ wiec zarzadzilam, ze dzis nie ma spania do 10.00, tylko wstajemy o 8.00, zeby pojechac do tego sklepu po kurtke letnia dla lubego. zalezalo mi, bo sklep niestety do najtanszych nie nalezy… luby, podobnie do mnie, nie znosi kupowac ubran, chodzic po sklepach, przymierzac, wiec i on, i ja mamy swoje ”wybrane sklepy”, luby jeden, ja trzy, w ktorych na ogol luby w ciagu pol godziny, a ja godziny, potrafimy wylowic to, czego potrzebujemy. choc bardzo sie z lubym roznimy, to tu jestesmy jednakowi: kupujemy ubrania, gdy sa nam na prawde potrzebne. ja czasami robie wyjatek, gdy przy okazji zakupow ”koniecznych” cos wpadnie mi w oko i zauroczy. ale zdaza sie to srednio raz na 2-3 lata. 

o 9.00 weszlismy do sklepu a tam… tlumy. czegos takiego nigdy w Holandii nie widzialam. na dodatek 99% tego tlumu to byli mezczyzni i jakos dziwnie sie tam poczulam. tak jak przed laty w metrze londynskim, gdzie w pewnym momencie zorientowalam sie, ze jestem jedyna biala osoba, wsrod kilkunastu czarnoskorych w tym wagonie metra…

zacisnelam zeby, wzrokiem szybko wyszukalam kacik z kurtkami. w ciagu 10 minut znalezlismy kurtke idealna. zmierzamy do kasy i… szczeka mi hukenla o posadzke. w kolejce stalo jakies… 50-60 osob!!! konca kolejki nie moglam znalezc bo sklep nie byl przygotowany na taka ilosc klientow. luby popatrzyl na mnie, ja na niego i wiedzielismy: wychodzimy.

stanely mi przed oczami obrazki sprzed 30 lat, jak to sie za papierem toaletowym stalo. identyczna dlugosc kolejki. tyle, ze wtedy nikt by nie zrezygnowal;)

mialo byc zwierzatko…

a sa dwa! tak jest wyslac lubego z dziecmi na zakupy. jako ze dzis musialam caly dzien byc w pracy, luby spelnil misje nabycua zwierzecia. 

pani w sklepie zoologicznym poinformowala lubego, ze swinki morskie to zwierzeta stadne, ze ona ma tu dwa braciszki i ze ich osobno nie sprzeda… luby uwierzyl(ja nie bardzo w to wierze…) i przyjechal do domu z dwoma swinkami. niby braciszki, umaszczenie podobne (czarne), ale juz widac, ze jak nasze dzieci: zupelnie inne. jedna swinka jest wieksza niz druga i bardziej smiala, druga kuka z domku, ale nie wyjdzie.

bardzo mi sie podobaja te swinki:D boja sie mnie jeszcze, wiec przemawiam do nich, zeby sie oswoily. ciekawe jak dzieci ”zaprzyjaznia” z nimi. 

juz jutro!

Bizon skonczy 9 lat! z Bizona przemienil sie w adwokata-dyskutanta, czym nie raz doprowadza mnie do szalu a jednoczesnie wzbudza moj zachwyt i zazdrosc: bo ja nigdy taka wygadana nie bylam (i nie bede;). przyklad z dzis, na lekcji skrzypiec:

nauczycielka zwraca uwage na to, w jaki sposob Bizon trzyma szyjke skrzypiec (gryf? nie wiem, jak sie ta koncowa czesc skrzypiec nazywa po polsku…) i koryguje go. nie tylko koryguje, ale tez tlumacy konsekwencje, ze bedzie mu latwiej zmieniac pozycje, ze dzwiek bedzie donosniejszy i ze mniej bedzie musial dlonia ”skakac”, dzieki czemu zaoszczedzi energie do np. gry w noge.

na to Bizon: ale ja nie gram w noge rekami….

kiedy mialam 9 lat, mama pozwolila mi kupic chomika. i ja tez zarzadzilam, ze spelnimy marzenie Bizona o zwierzatku domowym. bedzie to niespodzianka. luby jutro pojedzie kupic klatke i… chyba szynszyla. ewentualnie swinke morska.

poczestunek do szkoly juz przygotowany: nalesniki z czekolalda i truskawkami. taki poczestunek mial Szkrab i o taki sam poprosil Bizon. co prawda dzis poodgrazalam mu sie, ze nic nie przygotuje, bo niestety dziecko za duzo szczeka:/ nie tylko do mnie, ale i do brata. i tak jak ja potrafie szybko pyskowke zatrzymac, tak ze Szkrabem ciagna sie nieprzyjemne tony, sprzeczki i licytacje, co mnie bardzo denerwuje. tak, to jest ten minus malej roznicy wieku: podobne rozumki. a ze obydwaj synkowie chrakterki zajadle maja, to daja czadu.

 

 

wysiedziec w szkole

od pn chodze na kurs statystyki medycznej: rano wyklady, pozniej cwiczenia, a wieczorami ukladam wiedze w glowie i trenuje. wiecie co, ja sie juz do szkoly nie nadaje: nie potrafie… siedziec. wydawalo mi sie, ze w pracy duzo siedze, ale jednak raz na godzinke ide po wode, kawe, ksero, spytac cos szefa. studenta, pielegniarke: swiadomie ide, a nie dzwonie, czy emailuje, bo mam problem z siedzeniem. piatek jest moim najciezszym dniem, bo mamy spotkania indywidualne z kazdym studentem, wiec 7 godzin ciurkiem siedze. 

a teraz ten kurs… ja nie wiem, jak ja wyrabialam w liceum, jak czasami bylo po 7 lekcji, kazda inny przedmiot. skupic sie zrozumiec, zanotowac, zapamietac…

przyznam, ze sama statystyka jest ciekawa, ale wyprowadzanie wzorow matematycznych i teoria mnie nuzy, ja wole wiedze stosowac w praktyce. i najlepiej ucze sie rozwiazujac zadania.

znow przekonalam sie jak wazny jest nauczyciel: wczoraj mielismy kobiete, ktora wylozyla teorie bez zilustrowania jej przykladami. siedzialam do polnocy, zeby zrozumiec, jak ona do pewnych wnioskow doszla. dzis mielismy pana… od razu zalapalam, o czym mowi, bo kazdy wzor, kazda nowa informacje ilustrowal przykladem z zycia wzietym.

a teraz ide odrobic zadanie domowe… choc strasznie mi sie nie chce…. 

po co te zmiany?

jako naukowiec powinnm cieszyc sie nowosciami, zmianami, wszystkim co to nas do przodu pcha. a mnie zmiany wnerwiaja! po co zmieniac cos, co dziala. i to dobrze dziala? wydajnie dziala. cos, do czego ludzie sie przyzwyczaili? nie znosze nowych wersji worda, mojego konta interentowego (ostatnio yahoo znow zmienilo ”wystroj” – znow musze przyzwyczajac i zamiast automatycznie, w ciagu 2 sekund odpowiedziec na maila, zajmuje mi to 2 minuty:/), telefonow, smartphonow. 

kreatywnosc jest super, ale jesli jest potrzebna. ostatnio poszlam na ulubiona lekcje bootcamp. patrze na tablice: ”free style bootcamp”, kurcze, co znowu… a no to, ze do ulubionej instruktorki prowadzacej lekcje dolaczyla nieulubiona instruktorka, ktora ma strasznie piskliwy glos i ktora prowadzi inne lekcje, wiec po co mi ona na bootcampie??? rozumiem, gdyby spadla ilosc osob przychodzacych na te lekcje. ale nie, sala jest pelna! to samo z BBB (brzuch, nogi, piersi = buik, benen, borst) – tez zmieniono na ”free style” – na szczescie, na razie zmienila sie tylko nazwa;) ale po co? zamiast kurz poscierac ze stojaka na sztangi, to oni nowe nazwy wymyslaja:/ 

dzis poszlam do minisupermarketu szpitalnego: zamiast trzech kas, zostala jedna, a obok niej stoja dwie kasy samoobslugowe. efekt: dluga kolejka do jednej kasy i ani jednej osoby przy kasach samoobslugowych.

 

teraz przymierzamy sie do zmiany samochodu… luby prze, zeby przed latem, a ja… ja bym poczekala az nasze polo padnie. bo je lubie, bo sie do niego przyzwyczailam, bo kazdy dzwiek, ktory nasz polus wyda rozumiem i nie jest mi nowe cacko do szczescia potrzebna.

lubie zmiany wystroju mieszkania, zmiany por roku, zapachow, smakow, pewnie dlatego, ze to zachodzi stopniowo, a nie z dnia na codzien, w ciagu godziny. 

i taki to ze mnie naukowiec…

___________________

jade dzis kolo Szkraba, a  on ni z tego ni z owego mowi:

– chociaz nie za bardzo lubie Bizona, to i tak, gdybym mial do wyboru, czy umrzesz Ty, Bizon czy Wisal (kolega Bizona), to wybralbym Wisala!

dziecko kochane, skad ci takie mysli do glowy przychodza….